Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stopy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stopy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Inwestowanie bez stop lossów - jak uciekłem spod noża

Inwestowanie bez stop lossów nie jest podejściem, które można polecić każdemu. Ja sam jednak stosuję je od dłuższego czasu na rynku akcji i jestem zadowolony z osiąganych w tym zakresie efektów. Nawet, jeśli czasem sytuacja bywa gorąca.

Zazwyczaj jedną z pierwszych rzeczy, jakie słyszy początkujący inwestor jest właśnie przypomnienie o konieczności stosowania zleceń stop loss. Trudno nie przyznać tutaj racji, gdyż w ten sposób ryzyko jest określone i zdefiniowane do preferowanego przez nas poziomu. Po drugie, zdejmowany jest z naszych barków ciężar podjęcia trudnej z psychologicznego punktu widzenia decyzji o tym, żeby uciąć stratę i zamknąć pozycję. Jednak tym samym odcinamy sobie szansę do odrobienia strat przy ruchu wzrostowym.

Doświadczenie, również moje własne, uczy, że wiele osób ma trudność z wychodzeniem z rynku w sytuacji ponoszonych strat. Moment ten jest odwlekany w oczekiwaniu na bardziej sprzyjające warunki. Szuka się wtedy uzasadnienia dla pozostawienia pozycji na rynku, być może dostrzegamy kolejne wsparcia, od których rynek powinien się odbić. W efekcie straty znacząco przekraczają założony początkowo poziom, a jeśli jest to rynek lewarowany, potrafią całkiem mocno uderzyć w stan portfela. Dlatego też sądzę, że dobrze jest zlecenia obronne stosować.



Ja sam od przynajmniej kilkunastu miesięcy nie używam stop lossów. Zlecenia zamykające transakcję składam ręcznie, każdorazowo monitorując ich egzekucję. Zanim jednak opowiem, dlaczego działam tak, a nie inaczej, zaprezentuję dwie sytuacje, w których było bardzo gorąco. 

poniedziałek, 23 marca 2015

Nikt nie postawi za Ciebie stop lossa lepiej niż Ty sam

Stop lossy to bardzo gorący temat w inwestycyjnym światku. Większość doświadczonych inwestorów, autorów publikacji oraz prelegentów na szkoleniach jest zgodnych co do tego, że najważniejsze na rynkach finansowych jest kontrolowanie ryzyka. Nie możemy przecież zaplanować zysków, ale możemy zaplanować maksymalny poziom strat. A głównym narzędziem służącym ograniczaniu strat są właśnie zlecenia o sugestywnej nazwie stop loss.

Ze zleceniami stop loss związana jest pewna nieco kłopotliwa kwestia. Nikt nie wie, gdzie należy je ustawić, żeby było dobrze. Może inaczej, nikt nie jest w stanie nam doradzić, gdzie je ustawić. Z jednej strony ustawiane są one za daleko od rynku, przez co jeśli ponosimy stratę, będzie ona nie taka mała, jak byśmy chcieli. Z drugiej strony, jeśli ustawimy zlecenie obronne za blisko, rynek bardzo szybko je aktywuje. A jeśli mamy do tego odrobinę pecha, rynek odpali naszego stop lossa, a po jego wyczyszczeniu powróci do poprzedniego ruchu, ale już niestety bez naszego zaangażowania kapitałowego.

sobota, 18 stycznia 2014

Shit happens - każdy w to wdepnie

Widzisz szykującą się na wykresie okazję. Spółka zachowuje się dokładnie tak, jak tego oczekujesz, utrzymuje poziom techniczny i w końcu następuje ruch, na który czekałeś. Wchodzisz na rynek w idealnym miejscu, dobrze wykonując zlecenie, po czym obserwujesz sytuację, czekając na pojawienie się zysków. I wtedy wydarza się coś niespodziewanego, co wali cię na glebę i kopie w nerki...
Przykład Aliora pokazuje, że nawet najlepsze zabezpieczenie na nic się nie zda, jeśli zwyczajnie masz pecha. Gigantyczna luka spadkowa nie pozostawia złudzeń - nawet ustawiony stop loss ma szansę się zrealizować dopiero kiedy na rynku będą miały miejsce jakieś obroty. W tym wypadku możliwość sprzedania papierów pojawiła się dopiero po dużo niższych cenach. Tracisz na tej transakcji 20%. Nic to, otrzepujesz się, wstajesz z kolan i idziesz dalej.

piątek, 27 grudnia 2013

Bajka o internetowych mędrcach

Rzecz działa się nie tak dawno temu, za górami, za lasami, pewnej nadwiślańskiej krainie... Młody człowiek zapragnął wyswobodzić się w końcu z codziennych obowiązków, konieczności mozolnego zdobywania środków na utrzymanie. Zapragnął odnieść spektakularny sukces, tak wielki, żeby później już nie musieć pracować. Doszedł do wniosku, że zostanie inwestorem, dołączy do starożytnej profesji, która nawet dziś owiana jest wielką tajemnicą i nie do końca wiadomo, co jest prawdą, a co mitem.

Młody człowiek nie szukał nauczyciela, kogoś kto wprowadzi go w świat inwestycji. Nieszczególnie też pociągały go manuskrypty, zawierające porady niezliczonych pokoleń giełdowych graczy. Wolał spróbować samodzielnie i osiągnięty sukces zawdzięczać tylko sobie.

Nie wiemy dziś dokładnie, czym się kierował wybierając obiekt swojego inwestycyjnego zainteresowania. Zapewne chęć zysku skłoniła go do zaufania Midasowi, legendarnemu królowi, który wszystko czego dotknął, zamieniał w złoto. Pomyślał sobie młody człowiek: skoro potrafi on zdziałać takie cuda, z pewnością pomnoży i moje pieniądze, zapewniając dostatnie życie. Nasz bohater zebrał więc cały swój majątek, ponad dwadzieścia tysięcy talarów, i wszystko to powierzył Midasowi. Związał z nim swój los na dobre i na złe.

Nie myślcie jednak sobie drodzy czytelnicy, że wybór ten dokonany został na ślepo. Ów młody człowiek zasięgnął też nieco wiedzy na temat Midasa. Dowiedział się, że przychody skokowo rosną. Internetowe ptaszki ćwierkały też o rewolucji, jaką jest tajemnicza transmisja LTE, mająca zmienić świat. Mówiło się, że Midasa czeka świetlana przyszłość i nasz bohater chciał być jej częścią, a nawet samemu ją tworzyć.

środa, 20 lutego 2013

Nowa pozycja w portfelu IKE

TPSA okazała się niewdzięczna. Nie martwi mnie sam spadek ceny, bo to akurat miałem zabezpieczone certyfikatem, ale takiego obcięcia dywidendy już im nie wybaczę. W związku z tym pojawiło się trochę przestrzeni w portfelu IKE i zacząłem się rozglądać za ciekawymi propozycjami do zainwestowania.

Jak to już zapowiadałem na facebooku, zrobiłem sobie listę spółek kierując się kryteriami przyjętymi dla naszego zestawienia Spółek Ciekawych Technicznie. W rezultacie pojawiło się kilka interesujących propozycji, w których ostatecznie wybrałem Mennicę. 
Długoterminowo znajduje się w trendzie wzrostowym, co wydaje się być całkiem niezłą przesłanką. Notowana jest od około 15 lat i w tym czasie rosła średnio ok. 16% rocznie, co jest rzadkim wynikiem na przestrzeni naszego rynku. Ponadto, spółka płaci niewielką dywidendę, która zazwyczaj waha się w okolicach 3%.
Bezpośrednią przesłanką do zajęcia pozycji była korekta, w której spółka się znajduje. Fakt, że jej prawe ramię znalazło się na wsparciu, a całość przybiera postać trójkąta zniżkującego sprawia, że formacja podoba mi się jeszcze bardziej.

Oczywiście przejawia się tu moja alergiczna niechęć to stawiania szerokiego stop lossa. Dzięki temu układowi ryzykuję niecały 1% mojego portfela IKE. W końcu o to właśnie chodzi, żeby minimalizować straty, zwłaszcza jeśli oszczędności mają służyć zabezpieczeniu finansowej przyszłości.

Co myślicie?

czwartek, 17 maja 2012

środa, 11 stycznia 2012

Czy z powodu ciasnego stop lossa może zabraknąć kapitału?

Oczywiście nie mam na myśli sytuacji, w której ciasny stop loss powoduje tak częste zamykanie transakcji, że całe nasze inwestowanie staje się nieefektywne.

W tym wpisie chciałbym pokazać znaczenie blisko ustawionego stop lossa dla naszego zarządzania kapitałem, a także odkłamać nieco lewarowanie portfela, które miewa niekiedy bardzo złą prasę.

Wyobraźmy sobie portfel inwestycyjny na rynku akcji o dowolnej wartości. Jego posiadacz opracował system inwestycyjny, który pozwala na ustawienie stopa średnio w odległości 2% od ceny wejścia. Jednocześnie, inwestor zakłada możliwość zaryzykowania 3% portfela w każdej z transakcji, jaką zawiera. Widzicie paradoks? Nawet kupując akcje za wszystkie środki zgromadzone w portfelu, nie jest możliwe, aby zaryzykować więcej niż te 2%, gdyż po prostu nasza strategia z samej swej konstrukcji zakłada postawienie na szali tyle i nie więcej.

W efekcie, inwestor może za każdym razem kupować akcje za wszystkie posiadane przez siebie środki lub też może sztucznie dzielić portfel na kilka części. W pierwszym przypadku, inwestowanie jest dużo bardziej powolne. Żyje się z tą jedną pozycją i tyle. Nawet, jeśli pojawia się wiele innych, potencjalnie bardziej atrakcyjnych okazji inwestycyjnych, inwestor z nich nie korzysta, gdyż nie ma na to środków. Drugie rozwiązanie jest równie nieciekawe. Owszem, jest dywersyfikacja, ale jest ona sztuczna, gdyż nie ma na celu rozkładania ryzyka, a jedynie sztuczne dzielenie środków. W efekcie, dzieląc kapitał na 4 części, inwestor w każdej transakcji stawia na szali nie 3% portfela, jak to wcześniej zakładał, ale jedynie 0,75%. Potencjalne straty są mniejsze, ale i zyski mają czterokrotnie mniejszą siłę oddziaływania na portfel.

Trzecim rozwiązaniem jest przeniesienie się na rynek oferujący możliwość skorzystania z dźwigni finansowej. Dzięki wykorzystywaniu kapitału jako depozytu, możliwe jest otwarcie pozycji wielokrotnie przekraczającej posiadane środki. Tak więc możliwe jest równoczesne otwarcie pięciu pozycji, lewarując portfel dziesięciokrotnie, wykorzystując przy tym jedynie 50% kapitału. I tu właśnie wielką zaletą jest ciasno ustawiony stop loss. Przyjmując wymienione wyżej założenie, każda z pozycji będzie miała wartość dwukrotności portfela. Jeśli inwestor ustawi stopa o szerokości 1,5%, zaryzykuje w jednej transakcji właśnie 3% portfela. Dzięki ciasnym stopom jesteśmy w stanie otwierać wiele pozycji na rynku, bez jednoczesnego zwiększania naszego ryzyka.

I tu właśnie kryje się klucz w korzystaniu z dźwigni finansowej. Jeśli kontroluje się ryzyko, można korzystać z lewara do woli. Na potrzeby tego wpisu dokonałem kilku punktowych obserwacji swojego portfela forexowego w sytuacji stosunkowo dużej dźwigni. Kilka razy trafiła się 18-krotność, a raz nawet 24-krotność wielkości otwartych pozycji w stosunku do posiadanego kapitału. Na pierwszy rzut oka, taka ekspozycja może sugerować, że "inwestor albo zaczyna, albo zaraz będzie kończył" swoją przygodę z giełdą. Ale przyglądając się bliżej, okazuje się, że jest to sześć pozycji, z których w każdej ryzyko nie przekracza 2% portfela.

Idąc tym tropem, można sobie wyobrazić jeszcze śmielszy scenariusz. Inwestor ma portfel zlewarowany 20-krotnie i jego całościowe ryzyko równe jest zeru. Jak? Każda z pozycji, które otworzył, przesunęła się w jego stronę o tyle, aby móc przesunąć zlecenia obronne w punkt wejścia. W efekcie, jego jedynym ryzykiem jest luka na otwarciu, która może wypaść poniżej zlecenia zamykającego. Będąc wolnym od ryzyka, kolejnym całkiem zasadnym krokiem może być otwarcie dalszych pozycji i jeszcze większe lewarowanie portfela. Bo i dlaczegóż by nie, jeśli okazje się nadarzają?

Przykład ten pokazuje, że lewar sam w sobie nie jest zły. Co więcej, lewar wykorzystywany bardzo intensywnie również nie musi być zły, pod warunkiem utrzymywania stałej kontroli ryzyka. Ciasne stop lossy dają szansę ograniczenia jednostkowego ryzyka w transakcjach, przy jednoczesnym otwarciu większej ich ilości. Dla aktywnych traderów, jest to idealne połączenie.

piątek, 28 stycznia 2011

Inwestowanie w dłuższym terminie V

Technika gry z trendem oraz oczekiwania na strategiczne odwrócenia mają spory potencjał, co pokazują ostatnie przykłady Astarty, Redanu, czy wybijającego się dziś Kopexu. Ale jest też druga strona medalu, czyli porażki naszych upatrzonych setupów. Oczywiście nie da się ich całkowicie wyeliminować, gdyż takie są uroki giełdowej zabawy, ale można w pewien sposób starać się minimalizować ich negatywne skutki.

W kwestii wejścia w korekcie trendu sprawa jest prosta. Kupujemy, gdy rynek kończy swing spadkowy, najlepiej na jakimś wsparciu. Dzięki temu podaż jest już lekko wyczerpana, a popyt ostrzy sobie zęby na otwarcie dodatkowych długich pozycji. Stop loss ustawiony pod wsparciem (lub pod poprzednim low) w znaczący sposób ogranicza nasze ryzyko, a przełamanie naturalnych poziomów będzie dla nas znakiem, że z trendem dzieje się coś złego. Ale patrząc na trendy i ilość korekt w nich występujących, mamy relatywnie większe szanse, że trend się utrzyma, wszak to jeden z fundamentów AT.

Nieco bardziej złożona jest sytuacja przy próbie łapania odwrócenia trendu, czym zajmujemy się w ostatnich wpisach. Jest tu o wiele większa liczba możliwości w kwestii wyznaczania punktów otwarcia pozycji oraz ustawiania zleceń stop loss. Nie jest moją intencją omawianie ich wszystkich, gdyż trzeba by było się mocno odnosić do konkretnych przykładów. W tym wpisie chcę pokazać, co się dzieje, gdy setup nie wypala, od czego może to zależeć oraz w jaki sposób można się próbować przed tym zabezpieczyć.

Najpierw pokażę wszystko na modelu, który jest bardzo czytelny, czyli spółce Kopex (tak, tak, znów ten sam wykres):
Widzimy dwa bardzo wyraźne poziomy obrazowane przez czerwone linie. Fakt, że są one aż tak czytelne jest bardzo znaczący, gdyż dzięki temu widzi je duża liczba inwestorów, którzy ustawiają dużą liczbę zleceń w tych okolicach. Jak to się przekłada na zachowanie cen?

W okolicach górnego ograniczenia i nieco powyżej niego stoi masa zleceń sprzedaży. Ustawili je ci, którzy grają pod układ prostokąta. Kupili oni w okolicach dolnego ograniczenia lub przy zmianie swingu w połowie formacji, a teraz chcą zrealizować część lub całość zysków. Stąd fala podaży w tamtych okolicach, co utrudnia wybicie się w górę i jest przyczyną zwiększonych obrotów. Ewentualna porażka wybicia jeszcze bardziej utwardzi ten poziom, co znajdzie swoje odzwierciedlenie przy kolejnej próbie testowania.

Dolne wsparcie działa analogicznie. Gdy cena zbliża się w te okolice, pojawia się zwiększony popyt, gdyż kupujący widzą okazję do kupna przy niskim ryzyku. Obrona tego poziomu umacnia go jeszcze bardziej.

No fajnie, powiedzieliśmy sobie o grze w kanale, ale jak to się ma do naszej strategii gry na odwrócenie? Dla nas ważne jest, czy cena wybije się w którąś ze stron. Dopóki pozostaje ona w range'u, oba warianty są otwarte. Jak zatem przebiega wybicie?

Aby doszło do wyjścia z formacji (pomijając wariant fałszywki) popyt musi pokonać barierę podażową w okolicach górnej kreski. Jest oczywistym, że towarzyszą temu zwiększone obroty. Jeśli kupujący mają na tyle siły, żeby pokonać ten poziom, cena zazwyczaj dynamicznie przemieszcza się w górę. Sukces tych, którzy kupili w obszarze formacji, poparty zleceniami kupna tych, którzy oczekiwali z zajęciem pozycji na wybicie.

Co przy dolnej barierze? Tam dzieją się rzeczy jeszcze ciekawsze, gdyż strach jest silniejszy niż chciwość. Gdy podaż ma dość pieniędzy, żeby przebić się przez warstwę popytu, dzieją się rzeczy straszne. Zlecenia stop loss, które znajdują się tam w wielkiej ilości, zaczynają się aktywować. Najpierw te ciaśniejsze, później coraz szersze. Powiększa to falę podaży, która ze zdwojoną siłą zaczyna rysować czerwone świeczki. No bo kto chciałby kupić spółkę, która właśnie wyszła dołem z silnego wsparcia?

Istotną determinantą wydarzeń na dolnym ograniczeniu jest w mojej ocenie czytelność formacji. Jeśli wsparcie jest bardzo wyraźne, zlecenia koncentrują się na stosunkowo wąskim obszarze. Jeśli natomiast można sytuację odczytywać w różny sposób, to co dla jednych będzie porażką układu, dla drugich będzie dopiero okazją do zajęcia długiej pozycji. Omówię to na dwóch przykładach, o których już kiedyś wspominałem. Dziś znamy rozwiązanie, więc możemy się na nich uczyć.

Spółkę Projprzem kupiłem pod formację oRGR. Zlecenie aktywowałem ręcznie w chwili, gdy uznałem, że doszło do odbicia od poziomu lewego ramienia. Stop loss, jak każe logika, stanął poniżej głowy, co pokazuje czerwona pozioma strzałka. W tym wypadku układ okazał się niewypałem, straciłem na tym 8% + prowizje.

Mamy tu do czynienia z rozproszeniem poziomów. Jedni grali pod oRGR przy ramieniu, inni prawdopodobnie liczyli, że dopiero głowa się utrzyma. W tym kontekście zaryzykuję tezę, że nie wszyscy odczytali tu układ oRGR, więc nie doszło do szczególnego zagęszczenia zleceń w jednym rejonie. Czas pokazał, że w sumie było to zwyczajny trend spadkowy, który trwa do dziś. Można się obecnie zastanawiać, czy znów nie formuje się oRGR, ale to już pozostawiam Wam. Marniutka płynność sprawia, że spółkę tę skreślam z listy potencjalnych okazji do kupna.

Poljadło pokazuje już nieco inny obraz. W przeciwieństwie do poprzedniej sytuacji, tu mieliśmy wyraźnie uformowany układ konsolidacji. Wyrysowałem w nim trzy linie wsparcia, położone stosunkowo blisko siebie. Wciąż nie jest to idealne zgrupowanie poziomów, ale są one dość czytelne. O ile pierwsze wsparcie padło raczej bez większych fajerwerków, o tyle przełamanie dwóch kolejnych odbyło się jednym, szybkim ruchem, przy zwiększonych obrotach. Wykres powyższy pokazuje również zależność, że gdy wyraźnie pęka silne wsparcie, trudno znaleźć chętnych do kupna danego waloru. Dlatego też cena znajduje się dziś ponad 20% od najniższej kreski i ciągle nie widać zainteresowanych nabyciem akcji tej spółki.

Myślę, że powyższe przykłady, choć zaledwie dwa, wyraźnie pokazują, że im czytelniejszy układ oraz im silniejsze są dane poziomy, tym gwałtowniej przebiega wybicie. Zakładając naszą formację odwrócenia, preferuję kupno przy dolnym ograniczeniu. Ryzyko jest niewielkie, cena dość atrakcyjna, a potencjał do wzrostów znaczny. A w razie porażki tego setupu, wolę stracić kilka % i uniknąć wariantu Poljadła. Uważam, że to sprawiedliwa cena.

czwartek, 6 stycznia 2011

Inwestowanie w dłuższym terminie II

Pozostańmy jeszcze w temacie wchodzenia w trakcie trendu. Można walczyć z rynkiem na różne sposoby, ale dobrze jest jechać razem z dominującą tendencją. Poświęcając jakieś pół godziny, łatwo dziś na rynku znaleźć kilka całkiem stabilnie rosnących spółek, co do których można mieć podejrzenie, że tak od razu nie zawrócą na południe. Oczywiście zasada ograniczonego zaufania każe ustawić zlecenie stop loss.

Poprzednio opisałem spółkę, która rośnie w dość klasycznej formie, czyli poprzez szereg stosunkowo łatwych do wyodrębnienia szczytów i dołków. Wtedy oczywistym zagraniem jest zaczekanie na czytelną korektę i zajęcie pozycji zgodnie z trendem. Nieco odmiennie mają się sprawy przy spółkach, w których swingi cenowe nie są aż tak czytelne. Oczywiście prędzej czy później korekta następuje, ale z różnych względów nie chcemy na nią czekać. Co wtedy?

Wtedy pojawia się problem, gdyż kupno "teraz" niesie za sobą różnego typu ryzyka. Pierwszym i najbardziej oczywistym jest fakt, iż w zasadzie jest to wejście losowe. Mamy trochę wolnej kasy, dostrzegamy rosnącą spółkę i planujemy od razu kupić jej akcje. W tym przypadku musimy mieć świadomość, że dziś, jutro, lub każdego kolejnego dnia może nastąpić korekta. Nie będzie to coś niezwykłego, w końcu korekty się zdarzają i są nieodłącznym elementem trendu. Tyle, że musimy zrobić tu odwołanie do opisywanego poprzednio wejścia w korekcie.

Jeśli tam kupimy akcje pod setup zakończenia korekty, oczekujemy dynamicznych wzrostów i przebicia maksimów. Gdy zaraz po kupnie następują spadki, wiemy że coś jest nie tak. Połamanie wsparcia na ostatnim swing low oznacza, że najprawdopodobniej z trendem dzieje się coś niedobrego i jest to czytelny sygnał do ucieczki. Te spadki COŚ znaczą. W przypadku wejścia "bo tak", spadki nie oznaczają niczego. Ot, korekta. Jakie to niesie konsekwencje?

Przede wszystkim wpływa to na ustawienie naszego stop lossa. Inwestorzy opierający się na różnych syntetycznych koncepcjach wykorzystają do tego średnią kroczącą, SAR, ATR z mnożnikiem czy BBand. Tutaj decydują nieco inne parametry, głównie nasze arbitralne ustalenia (po optymalizacji lub bez niej). Co natomiast robią zwolennicy price action? Pozwalają, żeby wykres sam do nich mówił. W tej sytuacji ustawiają stopa poniżej poprzedniego swing low, a takowe może być znacznie oddalone od ceny kupna. Przekłada się to oczywiście na znacznie wyższe ryzyko początkowe transakcji, co determinuje mniejszą pozycję.

Można oczywiście z tym walczyć. Jak? Wchodzimy na rynek na podstawie własnego "widzimisię", ale stawiamy sobie dość ciasnego stopa. Zakładamy, że jeśli rynek będzie kontynuował wzrosty bez korekty, uda nam się zarobić dość, aby przyszła korekta nie wpuszczała nas w stratę. Natomiast szybkie spadki zaraz po kupnie będą sygnałem, że kupiliśmy szczyt i trzeba uciekać czem prędzej. Ucieczka taka jest oczywiście tylko zagraniem taktycznym. Ponieśliśmy niewielką stratę, ale za to udało nam się wychwycić korektę, czyli okazję do odnowienia pozycji przy niskim ryzyku. Co robimy? Czekamy :)

Początkowo można zaplanować odnowienie pozycji przy przebiciu ostatnich maksimów. Jest to wersja na małe korekty. Jeśli spadki się pogłębiają, można próbować przyspieszać powrót na rynek poprzez ustawienie zlecenia kupna na zniesieniu 50% korekty lub w innym preferowanym miejscu. Dzięki temu zmniejszamy odległość ceny kupna, od stopa początkowego, którego wypada ustawić poniżej nowo utworzonego swing low. Jeśli natomiast korekta się pogłębia, czekamy na rozwój zdarzeń. Połamanie wsparć może być dla nas sygnałem słabości rynku, co przełoży się na decyzję odpuszczenia sobie transakcji. Wtedy wypadamy z tej przygody jedynie z małą stratą początkową.

Pragnę podkreślić, iż przedstawione powyżej uwagi wynikają z mojego podejścia wykorzystującego głównie price action oraz czytanie wykresu. Być może są jeszcze inne ciekawe sposoby na uniknięcie dużych strat będących skutkiem wejścia "nie w korekcie". Jeśli chcecie zgłosić takowe do omówienia, zapraszam poniżej.

czwartek, 5 sierpnia 2010

Dokąd teraz?

Rynki doszły do ciekawego miejsca. Właściwie to indeksy w USA doszły do niego, a jeszcze konkretniej - S&P. O ile poprzednim razem zabrakło pary i rynek odbił się od poziomu oporu z 21 czerwca, o tyle po pięknym rajdzie z 2 sierpnia spodziewałem się kontynuacji i dalszych wzrostów. Tymczasem ceny już czwarty dzień poruszają się w bardzo wąskim range'u i nie bardzo okazują chęć do jego opuszczenia. Zerknijmy na wykresy (za freestockcharts.com):



I teraz nie wiadomo, co myśleć. Za spadkami przemawia fakt, że jesteśmy na oporze technicznym, z którego przełamaniem mamy widoczny problem. Pesymistycznie wygląda również struktura wykresu w ramach konsolidacji, gdzie podejścia w górę są raczej mozolne, a zjazdy gwałtowne. Można to odczytywać, jako koszyki wysypywane przez dużych zawodników.

Z drugiej strony jesteśmy w krótkoterminowym trendzie wzrostowym i na razie nie ma przesłanek do jego załamania. Ci, co byli na długich pozycjach z pewnością ciągle mogą na nich pozostać, przynajmniej dopóki nie będzie jakiegoś większego cofnięcia.

Ja w tym wypadku jestem otwarty na oba warianty, no może z lekkim nastawieniem na spadki, gdyż patrząc na strukturę ostatnich wzrostów widzimy gasnący impet przejawiający się w coraz słabszych ruchach na północ. Poza tym nie mieliśmy porządniejszej korekty, zatem bym jej oczekiwał.

Myślę, że na razie warto czekać, gdyż range ma to do siebie, że prędzej czy później zostaje przełamany. Dynamika ruchu po wybiciu może nam dać pewne wskazówki, co do siły obu stron, a co za tym idzie pozwoli nam to na narysowanie jakiegoś scenariusza na najbliższe dni. Myślę, że nawet samo złapanie wybicia może nie być głupim pomysłem z racji możliwości ustawienia ciasnego stopa. Ale niestety, ciężko u nas zagrać na indeksie S&P.


środa, 28 lipca 2010

Opory, opory

Nie chcę przyzwyczajać Was do sytuacji, gdy publikuję po dwa wpisy dziennie, ale niestety jutro sprawa może już być nieaktualna. Chodzi oczywiście o świeczki, które mamy na wykresach. Zatem może najpierw obrazki, później komentarz.

(wykres za: freestockcharts.com)


Jak widzimy, zarówno S&P 500 jak i nasz Wig20 znalazły się na technicznych oporach. Smaczku może dodawać fakt mocno wykupionych oscylatorów oraz dwie spadkowe świeczki, które zwiastują przynajmniej chwilowe zatrzymanie się cen na obecnym poziomie. I pojawia się kluczowe pytanie, czy urodzi się z tego jakaś większa korekta.

W sumie ciężko powiedzieć, gdyż poprzednim razem zakładałem swing w dół i mocno się pomyliłem. Oczywiście mam na myśli ruch cen, gdyż odpowiednio ustawione zlecenie obronne pozwoliło ograniczyć straty do minimum. Co do S&P jest to ważny poziom, gdyż będzie to pokonywanie pierwszego porządnego swing high, co może zasugerować zmianę trendu na wzrostowy. Z kolei na Wigu20 badamy opór w postaci lewego ramienia potencjalnego RGR, więc w sumie również nie byle co.

Z drugiej strony, patrząc na dynamikę zmian cen w ostatnich 3-4 tygodniach, można zauważyć dużą siłę rynku. Zatem w perspektywie średnioterminowej, nastawienie się na dalsze wzrosty może dać lepsze rezultaty. Dobrze obrazuje to przykład poprzedniego wyjścia z korekty, kiedy to ceny szły w górę prawie bez odreagowania.

Jeśli chodzi o mnie, postanowiłem zaryzykować kolejną krótką pozycję, mimo że poprzednia poleciała na stopie. Uznałem, że jest okazja do wejścia na ciasnym stopie, a z racji tego, że zrobiłem to stosunkowo wcześnie (dziś intraday), mogę już myśleć o ograniczaniu ryzyka i zmierzaniu w kierunku breakeven. Oto wykres:


Najniższa linia to moja poprzednia krótka pozycja, środkowa przerywana to poziom, na którym odkupiłem, natomiast gruba czerwona to dzisiejsze wejście na short. Jak widzicie jestem póki co kontrarianinem, ale staram się dokonywać transakcji o niskim ryzyku początkowym, dzięki czemu nawet strzelony stop nie powoduje dużego uszczerbku na portfelu. Wczesne zajęcie pozycji sprawiło, że ceny już oddaliły się nieco od stopa. Oby tak dalej :)

wtorek, 27 lipca 2010

Czas na finisz

Dochodzimy do końcowego etapu cyklu o stopach. Po omówieniu rozmaitych aspektów związanych ze zleceniami obronnymi, czas przejść do konkretnych technik ich ustawiania. W kolejnych wpisach postaram się zaprezentować najpopularniejsze typy stopów kroczących wraz z ich zaletami i wadami.

Dlaczego tylko stopy kroczące? Dlatego, że stopy początkowe mają stosunkowo niewiele odmian - są oparte o poziomy techniczne lub współczynniki preferowane przez gracza. Natomiast w przypadku trailing stopów mamy cała gamę narzędzi dających się zastosować i właśnie najciekawsze z nich postaram się wspomnieć.

Raczej nie będę przeprowadzał testów, gdyż na wyniki systemu wpływa o wiele więcej czynników niż tylko stopy, zatem ciężko bo było wychwycić, czy zmiany zyskowności są efektem takiego, a nie innego stopa.

Tytułem wprowadzenia chciałbym zaprezentować dwie zasady, kluczowe z punktu widzenia stopów kroczących.

Stopy przesuwają się tylko w jedną stronę

Zasada ta dotyczy wszystkich stopów, nie tylko kroczących, ale w przypadku tych drugich jest szczególnie ważna. Może nas czasami kusić, żeby obniżyć stopa, dać cenom jeszcze trochę miejsca do poruszania się. Uważam, że lepiej jest mieć mechaniczny system prowadzenia stopów i jego się trzymać. Obniżanie stopa pod wpływem chwilowego "widzimisię" może nam rozsypać cały system.

Stopy przesuwają się tylko wtedy, gdy przesuwa się cena

To również bardzo ważna zasada. Stop kroczący ma to do siebie, że podąża za ceną. Z tym, że niektórzy zacieśniają stopa mimo, iż cena ciągle porusza się w tym samym obszarze. Spotkałem się z argumentacją odwołującą się do czasu - stop już tak długo przebywa w tym samym miejscu, że trzeba go ruszyć. Tym sposobem krótki ruch przeciwko nam może doprowadzić do przedwczesnego zamknięcia pozycji.

Jedyny wyjątek od tej zasady dopuszczam w przypadku analogicznym do zacieśniania stopów oraz zamykania części pozycji, czyli przy strategiach grających w oparciu i poziomy techniczne (szerzej tutaj).

Kolejna sprawa, o której warto wspomnieć to rodzaje stopów kroczących. Klasyfikacji i typologii można robić wiele, ja chciałbym jedynie wspomnieć o stopach prowadzonych na różnego rodzaju współczynnikach oraz opartych na układach świecowych. Te pierwsze są wynikiem matematycznego przetworzenia cen, natomiast drugie opierają się wyłącznie na tym, co widać na wykresie.

Można jeszcze wyszczególnić stopy żyrandolowe, czyli "podczepione" pod szczyty wykresu oraz inne, zazwyczaj oparte o minima z jakiegoś zakresu. Stop żyrandolowy jest liczony w oparciu o maksima cenowe, czyli ostatnie ekstrema osiągnięte przez rynek. W efekcie o stopie decyduje (głównie) to, jak wysoko zawędrowała cena.

Odwrotną koncepcją jest opieranie stopa o minima z jakiegoś zakresu. Wtedy nie interesują nas szczyty, ale raczej to, jak szybko przesuwają się dołki i to one wyznaczają nam poziomy obronne.

Wiem, że opisałem to wszystko stosunkowo pobieżnie, ale nie chcę wdawać się w zbyt szerokie dywagacje, gdyż będzie jeszcze na to czas podczas omawiania konkretnych technik. Postaram się je opisać zaczynając od tych najciaśniejszych (2-3 dni, swing trading) i zmierzać do szerokich (trend following), ale nie wykluczam, że w trakcie cyklu przypomni mi się coś, co szkoda by było pominąć.

sobota, 24 lipca 2010

Sztuka wychodzenia z rynku

Od jakiegoś czasu zajmujemy się metodami i zasadami prowadzenia stopów i zamykania pozycji. Tym razem chciałbym skupić się na aspekcie bardziej technicznym, czyli wyborze zleceń, które będziemy do tego wykorzystywali. Sprawa jest niebagatelna, gdyż jeden błąd może skutkować nieprzyjemnymi sytuacjami.

Omówię jedynie dwa typy zleceń (stop limit oraz stop loss), gdyż wybór któregoś z nich kosztem drugiego jest bardzo istotny, co mam nadzieję wykazać w niniejszym wpisie.

Zlecenie stop limit jest konstrukcją dwuczęściową. Po pierwsze ustalamy jego cenę aktywacji. Dopóki nie zostanie ona osiągnięta przez rynek, zlecenie nie pojawia się w arkuszu, a jedynie oczekuje sobie spokojnie w czeluściach systemów informatycznych. Gdy ceny spadną do poziomu naszego limitu aktywacji lub niżej, zlecenie jest wrzucane do arkusza, jako zlecenie z limitem ceny. To właśnie jest jego druga część, limit ceny. Tak więc dla przykładu kupujemy po cenie 20 zł i ustawiamy zlecenie stop limit, gdzie limit aktywacji wynosi 18.30 zł, natomiast limit ceny na 18,35 18,25 zł. Gdy ceny spadną do poziomu 18.30, stop jest aktywowany i wchodzi do arkusza, jako zlecenie sprzedaży z limitem ceny 18,35 18,25 zł. Myślę, że nie jest to jakaś szczególnie złożona konstrukcja.

Przypadek zlecenia stop loss jest bardzo podobny. Tu również występuje limit aktywacji, lecz po jego osiągnięciu jesteśmy wrzucani do akrusza w formie zlecenia PKC. Oznacza to, że transakcja dochodzi do skutku po najlepszych cenach oferowanych aktualnie przez kupujących. Tu również konstrukcja wydaje się prosta.

Tak więc możemy wybierać między dwoma rodzajami stopów. Oczywiście możliwe jest też ustawienie zwykłego zlecenia z limitem ceny, które od razu zostanie umieszczone w arkuszu. To są właśnie te oferty, które widzimy w tabeli, gdy mamy wykupiony pakiet pełnego rynku. Cena oscyluje w okolicach 3 zł, a my widzimy w arkuszu zlecenia sprzedaży akcji po cenie 1.20 zł lub też 8.60 zł :) Ze zleceniami wiszącymi na rynku wiąże się też ryzyko, że będą celem polowania przez większych zawodników. Szczególnie, gdy wystawiamy dużo papierów na stosunkowo mało płynnym rynku.

Jak zatem zdecydować się, który typ zlecenia jest lepiej dopasowany do naszych potrzeb? Generalnie, zlecenia stop limit (umiejętnie stosowane) pozwalają uzyskać nieco lepszą cenę sprzedaży, ale ich główną wadą jest ryzyko, iż nie zostaną zrealizowane. Będziemy sobie czekać na limicie, a tymczasem rynek pójdzie dalej zostawiając nas na pozycji. Skutkiem tego jest sprzedaż po cenie dużo gorszej, niż by to było po wyjściu zleceniem stop loss.

Przede wszystkim musimy ocenić płynność i szybkość rynku. Rozumiem przez to ilość papierów po każdej ze stron, jak również czas, jaki przebywają ceny w danym miejscu. Jeśli gramy na walorach bardzo mało płynnych, wtedy nasz aktywowany stop limit, po wrzuceniu na koniec kolejki, może nie zostać zrealizowany, gdyż ceny w tym czasie przesuną się poza limit. Nie muszę chyba mówić o opłakanych skutkach tego typu sytuacji. W tym wypadku lepiej zastosować zlecenie stop loss, które zamyka pozycję od razu, przez co nie musimy się obawiać, że stop nie zadziała.

Z własnego doświadczenia powiem, że miałem kiedyś sytuację, gdy ustawiłem zlecenie stop limit po czym wybyłem na uczelnię. Gdy sprawdziłem w komórce notowania okazało się, że cena przeszła już przez mój limit. Pogodziłem się z faktem, że wyleciałem na stopie, przecież to normalna rzecz. Niestety, gdy dotarłem na wieczór do domu okazało się, że ciągle jestem na pozycji i do tego kawałek dalej w stratach, niż zakładałem to przy planowaniu transakcji. Tak więc jest to wielka wada zleceń stop limit i zarazem silny argument na rzecz zleceń stop loss.

Kolejną sprawą są ewentualne luki, które na naszym rynku nie są czymś niezwykłym. Przecież może się zdarzyć (i pewnie niektórym z Was się zdarzyło), że rynek w nocy przeskoczy naszego stopa i po otwarciu nawet aktywne zlecenie nie będzie miało szans na realizację z racji ceny zbyt oddalonej od aktualnych ofert. Także i tym razem lepiej sprawdzi się stop loss, który zamknie pozycję na otwarciu. Możemy narzekać, że cena będzie gorsza, że może rynek w późniejszych godzinach notowań jednak osiągnie poziom stopa, ale nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby niwelować ryzyko, a skoro jest luka przeciwko nam to trzeba wiać czym prędzej.

Jak na razie wychodzi nam 2-0 na korzyść stop lossów. Dorzucimy później jeszcze jeden argument, już bardziej złożony, ale póki co zastanówmy się, co może przemawiać przeciwko nim. Jest to oczywiście wynik konstrukcji samego zlecenia, a konkretnie części PKC. Po osiągnięciu limitu aktywacji wychodzimy z pozycji po cenach oferowanych aktualnie przez stronę przeciwną i to zapewnia nam szybkość i pewność wykonania. Kosztem jest niestety gorsza, czasem dużo gorsza, cena realizacji zlecenia. O ile w przypadku kontraktów na W20 czy najbardziej płynnych spółek jesteśmy w stanie przymknąć na to oko z racji niewielkiego spreadu, to gra kontraktami akcyjnymi lub innymi mało płynnymi walorami pociąga za sobą znaczne koszty. W przypadku często poruszanych przeze mnie kontraktów na PKO nie jest rzadkością spread o wartości 12-15 złotych. A musimy pamiętać, że często są to tylko oferty animatorów i po każdej ze stron może czekać zaledwie 1 kontrakt. Zatem zamykając PKC pozycję o wielkości 3 lub więcej kontraktów możemy narobić nieco zamieszania w arkuszu przy okazji zaliczając średni spread o wartości ponad 20 zł. Aby mieć skalę porównania powiem, że średnia zmienność na tym walorze wynosi dziś 70 zł, tak więc spread to 20-30% zmienności. Koszt niemały, trzeba przyznać. Porównując to do kontraktu FW20, gdzie spread również wynosi 10-20 zł (1-2 pkt) można odnieść mylne wrażenie, że wychodzi na to samo. Niestety, średnia zmienność na FW20 to dziś 416 zł., co czyni koszt spreadu relatywnie mniejszym. Poza tym nawet wysypanie się PKC 10 i więcej kontraktami nie stanowi większego problemu z racji dostatku ofert po obu stronach.

Tak więc widzimy, że mimo wielu zalet, zlecenia stop loss posiadają wielką wadę - duży koszt ich stosowania na mało płynnych rynkach. W tym momencie musimy sobie poważnie przemyśleć sprawę, czy chcemy mieć gwarancję wyjścia, ale po słabej cenie, czy też próbować łapać złotówki, ale ryzykować przewiezienie papierów dalej niż zamierzaliśmy.

Obiecałem dorzucić jeszcze jeden argument na rzecz stop lossów, więc czas się nim zająć. Argument ten wynika głównie z moich doświadczeń, z niedawnej przygody jednego ze znajomych, jak również z przemyślenia sprawy w wolnej chwili. Załóżmy, że nie mając dostępu do notowań w ciągu dnia (nie mogąc modyfikować zleceń) stosujemy wyłącznie stop lossy. Ale gdy wiemy, że będziemy w stanie śledzić wydarzenia na rynku, często rodzi się pokusa, aby zastosować stop limit i ugrać trochę więcej niż trzeba. Rynek się otwiera, rusza przeciwko nam i w końcu osiąga poziom naszego zlecenia obronnego. Aktywuje się ono, ale ustala cenę powyżej rynkowej (dla stopa ustawionego na pozycji długiej), aby sprzedać trochę drożej. Czekamy, aż znajdzie się chętny do przejęcia naszych papierów, ale on się nie trafia. Rynek przesuwa się niżej, wskakują nowe zlecenia i nasze nie jest już najlepsze, przez co spadają szanse jego realizacji. Co robimy? Oczywiście zmieniamy cenę na bliższą aktualnych ofert. Niestety, znów jak na złość widełki przesuwają się w dół, rynek nam ucieka i trzeba go gonić. Poprawiamy dalej zlecenie, ale jesteśmy coraz bardziej zdenerwowani, gdyż dawno już minęliśmy cenę, po której chcieliśmy wyjść, a oferty ciągle lecą w dół. Po wielu poprawkach krzyczymy "pie***lę to" i wystawiamy wszystko PKC. Jako wisienka na tym gorzkim torcie okazuje się, że dokonaliśmy transakcji po najgorszej cenie dnia, gdyż rynek po naszym wysypaniu się, wrócił w górę.

Znacie to? Jestem pewien, że tak. Wierzcie mi, że przerabiałem ten scenariusz nie raz i nie dwa. Pogoń za rynkiem i próba przechytrzenia go sprawiają, że przez długi czas siedzimy przy notowaniach modyfikując zlecenie co kilka minut i przy okazji rwąc sobie włosy z głowy. Po takiej sesji nerwy mamy w strzępach, kasy w portfelu ubyło, a my obiecujemy sobie, że już nigdy więcej. Życie pokazuje, że to nigdy więcej trwa zwykle do następnego razu...

Myślę, że ze względu na stan naszych nerwów i finansów należy sięgać raczej po zlecenia stop loss. Fakt, tracimy na gorszej cenie sprzedaży, ale mamy gwarancję, że rynek nie przeskoczy nas zostawiając z ręką w nocniku, jak również odcinamy się od wszelkich prób walki z innymi graczami i samym sobą. Po kilku przygodach z przeskoczonym zleceniem oraz po kilku emocjonujących pogoniach za rynkiem doszedłem do wniosku, że lepiej stosować stop lossy zamiast zleceń stop limit.

Tak więc traktujmy nasze zlecenia obronne jak ubezpieczenie. Płacimy składkę, ale mamy gwarancję, że zadziałają, gdy przyjdzie taka potrzeba. Zlecenia stop limit nie zawsze zaskakują, a więc stanowią wyłom w naszym systemie. Nie wiem, jak Wy, ale ja wolę płacić nawet trochę wyższą składkę i mieć pełne zabezpieczenie niż próbować oszczędzać i żyć w ciągłym strachu.

Jakie jest Wasze zdanie?

wtorek, 20 lipca 2010

Nie rośnie - co robić?

Poprzednio omówiliśmy optymistyczny wariant, w którym sytuacja rozwijała się zgodnie z założonym przez nas scenariuszem. Teraz czas na wariant może nie pesymistyczny, ale powiedzmy że umiarkowanie negatywny, czyli sytuację, w której po wejściu na rynek nie mamy ani spadków ani wzrostów, a jedynie ruch boczny w wąskim zakresie.

Dlaczego uważam, że jest to scenariusz umiarkowanie negatywny? Przecież nie tracimy, a ceny nie zmieniają swoich poziomów. To prawda, lecz zazwyczaj otwieramy pozycję w oczekiwaniu na ruch rynku w daną stronę. Wchodzimy licząc, że ceny podążą w założonym kierunku, a nie będą sobie dreptały w miejscu. Z drugiej strony mamy pewną tolerancję na zwłokę, czasem jest to 2-3 dni, czasem trochę więcej. Tak więc setup ma swój (nie zawsze określony) okres ważności, po upływie którego można uznać, że oczekiwany przez nas ruch nie nastąpił, a my jesteśmy na rynku zupełnie przypadkowo. Co wtedy?

Znów wypada zrobić rozróżnienie na strategie podążania za trendem oraz swing tradingowe. W przypadku tych pierwszych oczekujemy na wzrost cen w szerokiej perspektywie. Stąd też stosunkowo krótki okres płaskiego rynku nie stanowi większego zaburzenia, w końcu jesteśmy gotowi przeczekać nawet korekty, o ile nie strzelą nam stopa. Przyjmując, że ruch boczny trwa wyjątkowo długo, nasze szanse na wzrosty wciąż wynoszą 50%, gdyż rynek może iść tylko w górę lub w dół. Znając skuteczność systemów trend following (35-45%) szanse pół na pół są całkiem niezłe, w związku z czym raczej byłbym zwolennikiem pozostania na rynku.

Nieco inaczej wypada perspektywa swing tradingowa, kiedy to naszym celem jest krótki ruch cen, wykorzystanie jakiegoś nadzwyczajnego odchylenia od średniej, impetu, wsparcia lub czegoś zupełnie innego. Wtedy sprawy mogą wyglądać podejrzanie, kiedy zamiast gwałtownej korekty mamy ruch boczny. Podejmiemy decyzję o wcześniejszym opuszczeniu rynku, gdyż "coś tu śmierdzi". Zatem w przypadku swing tradingu, jestem w stanie dopuścić możliwość wcześniejszego wyjścia, choć zalecam poważne przemyślenie sprawy.

Patrząc na wszystko z nieco innego punktu widzenia, wychodzenie z rynku z powodów innych, niż uwzględnione w systemie, może rodzić poważne konsekwencje. Główną jest zaburzenie wskaźników skuteczności oraz średniego zysku do średniej straty. Poprzez zamknięcie pozycji realizujemy zazwyczaj niewielki zysk lub niewielką stratę, co wpływa na bilans. Kolejna sprawa, nawet ważniejsza to zwolnione środki, które możemy jakoś zagospodarować. Czasem trafnie, czasem nietrafnie, wszystko to ciężko oszacować. Zatem dopuszczając dyskrecjonalną ocenę sytuacji wystawiamy się na wprowadzanie punktów niepewności do naszych działań, a w połączeniu z emocjami towarzyszącymi grze na giełdzie, może to bardzo niekorzystnie odbić się na naszym portfelu.

Podsumowując ten krótki wpis, myślę że warto jednak zostawać na rynku nawet wtedy, gdy zakładany ruch nie następuje. Możliwe, że to tylko opóźnienie, a opuszczenie pozycji z pewnością pozbawi nas szans na zysk, zwłaszcza gdy gramy zgodnie z kierunkiem dominującego trendu.

Magiczny moment

Myślę, że każdy z nas (a zwłaszcza ci grający w realu) zna to uczucie, kiedy po zajęciu pozycji rynek idzie od razu tam, gdzie chcemy, żeby poszedł. Zdarza się niestety i tak, że nasze papiery tracą na wartości, depozyt się kurczy, a my zaciskamy zęby myśląc "znowu?".

Ten oraz kolejny wpis postanowiłem poświęcić właśnie na omówienie pierwszych chwil w transakcji, kiedy to obserwujemy początkowy rozwój pozycji i podejmujemy pewne decyzje. Głównie mam na myśli czas, kiedy stop loss przekształca się w trailing stop oraz pierwsze chwile tego drugiego. Dziś rozważymy wariant pozytywny, czyli sytuację, gdy ceny od razu dają nam zarobić.

Większość z nas zapewne pamięta zasadę głoszącą "nie pozwól zyskom przerodzić się w straty". Traktując ją bardzo dokładnie, powinniśmy przesuwać zlecenie obronne na breakeven już w chwili, gdy ceny ruszą się o kilka tików w naszą stronę. Wtedy mamy pewność (choć ograniczoną), że zysk nie przekształci się w stratę. Oczywiście jest to błędna strategia, gdyż co prawda znacznie redukuje nam liczbę wpadek, ale z drugiej strony "ucina" wiele dobrych pozycji. Przyczyną jest nie pozostawienie odpowiedniej ilości miejsca, przez co zwykły szum aktywuje zlecenie. Wzrost liczby transakcji (poślizgi i prowizje) jest kolejnym negatywnym skutkiem.

Co możemy zrobić? Niestety, należy dopuścić możliwość, że zyski przerodzą nam się w straty. Po przemyśleniu tematu dochodzę do wniosku, że zasada o której wspominałem odnosi się głównie do konieczności stosowania zleceń obronnych, aby ludzie nie "wieźli" spadającej pozycji, tylko ucinali ją przy pomocy np. trailing stopa. Sądzę więc, że spokojnie możemy uznać, iż zasada ta nie dotyczy początkowej fazy transakcji.

Wiemy, że musimy zaryzykować część zysku. Ile? Jak najmniej oczywiście :) Kluczowym zagadnieniem jest dla nas relacja szerokości stopa początkowego do stopa kroczącego. Zazwyczaj jest tak, że stop kroczący jest nieco szerszy od stop lossa, czasem zdarza się, że są one sobie równe, natomiast nie sądzę, aby ktoś stosował trzecie rozwiązanie (SL > TS), gdyż otwarcie pozycji i minimalny ruch ceny od razu przełączał by nas na stop kroczący. W efekcie stop początkowy nie miałby praktycznie żadnego znaczenia.

Tak więc zakładając, że trailing stop jest szerszy niż stop loss, ceny muszą przebyć nieco dystansu zanim zaczniemy podnosić zlecenie obronne. Odległość ta jest właśnie naszym zyskiem ryzykowanym za free, czyli bez żadnych innych korzyści. W chwili, gdy przechodzimy na zlecenie kroczące, w miarę wzrostów (dla longów) ryzykujemy również pewną część zysku, ale już nie za darmo, gdyż zmniejsza się nasze pole straty z racji podnoszącego się stopniowo stopa.

Rozpiszmy prosty przykład (bez prowizji i poślizgów):
Kupujemy po cenie 20 zł, nasz stop początkowy to 2 zł, natomiast stop kroczący to 3 zł. Jak więc widzimy, zakres między 20-21 zł jest to pole, w którym w razie odwrócenia oddamy zysk bez żadnych dodatkowych korzyści, gdyż stop stoi ciągle na poziomie 18 zł. W chwili, gdy cena przebije 21 zł, przełączamy się na stop kroczący, a więc zaczynamy podnosić nasze zlecenie obronne. I tak przy cenie 22,50 zł ryzykujemy utratę aż 2,50 zł zysku, ale nie za darmo - w tym momencie nasz stop jest już na poziomie 19,50 zł. Tak więc jeszcze troszkę i będziemy w punkcie breakeven, co oznacza darmowa transakcję.

Oczywiście w przypadku stopa początkowego równego szerokością kroczącemu, nie ma tego "martwego pola" i każdy ruch ponad cenę wejścia oznacza zmniejszenie naszej potencjalnej straty.

Tak więc widzimy, że czasem należy zaryzykować niewielki zysk. Głównie dlatego, iż zbytnie zacieśnienie stopa wyrzucałoby nas z rynku zdecydowanie za często, co w efekcie przerodziło by się w skalpowanie. Ceny potrzebują miejsca na szum, a zatem należy im to miejsce zapewnić. Bez tego nici z udanego tradingu.

czwartek, 15 lipca 2010

Zlecenia take profit

No właśnie, kasować zyski czy nie. W poprzednim wpisie starałem się pokazać różnicę miedzy systemami trend following i swing trading w kontekście stopów zacieśniających się. Tym razem postaram się poruszyć jeszcze bardziej złożoną sprawę, czyli opuszczanie pozycji w z góry zaplanowanym momencie.

Sądzę, że sam rdzeń zagadnienia nie jest szczególnie skomplikowany. Zakładamy sobie, że opuszczamy rynek po spełnieniu pewnych warunków. Teraz jednak, w odróżnieniu od wszystkich innych stopów, nie czekamy na cofnięcie się rynku, ale na osiągnięcie założonej ceny.

Przechodząc do meritum, warto się zastanowić, czy w ogóle warto zaprzątać sobie głowę zleceniami/poziomami take profit. Przecież ograniczają one nasze zyski, wyrzucają z rynku w czasie, gdy nie widać przesłanek dla spadków, zarzynają tę kurę, która generuje zyski.

Oczywiście medal ma dwie strony (lub w tym wypadku nawet więcej), a zatem trzeba się nad tym aspektem strategii pochylić. W przypadku trend followingu już się wypowiedziałem na temat zacieśniania stopa. Teraz mogę jedynie wzmocnić te słowa - żadnego kasowania zysków przy trendzie, on jest naszym przyjacielem.

Co w przypadku swing tradingu, gry pod formacje i wszystkich innych technik, które zakładają eksploatację ruchów o ograniczonym potencjale? Też jestem przeciwnikiem stosowania take profitów rozumianych jako zamykanie całej pozycji, gdyż nawet próba złapania krótkiego swingu może zakończyć się całkiem ładnym i płynnym ruchem w naszym kierunku. Wtedy, poprzez zamknięcie wszystkiego wcześniej, tracimy okazję na partycypację we wzrostach (lub spadkach).

Co nam zatem pozostaje? Wykorzystywanie zleceń kasujących zyski do zamykania części pozycji. Tutaj roztacza się przed nami cały wachlarz wariantów, z których ja postaram się omówić dwa, jak mi się wydaje najważniejsze.

Pierwszy przypadek to zarządzanie pozycją jednakowe dla wszystkich pozycji. Czyli ustalamy, że wchodzimy np. 3 kontraktami lub liczbą jednostek/akcji odpowiednio podzielną dla naszych potrzeb. I na przykład, w chwili gdy nasza transakcja przebiega z prawidłowym kierunku, zamykamy 1 kontrakt gdy zyski z niego pokryją prowizje (za wejście i wyjście dla całej pozycji 3 kontraktów) oraz połowę ryzyka początkowego (też dla całej pozycji). Drugi kontrakt zamykamy, gdy zyski z niego pokryją pozostałe ryzyko oraz wygenerują założoną nadwyżkę, a trzeci prowadzimy trailing stopem aż do chwili, gdy ceny zakończą swing i zaczną zmieniać kierunek.

Nie chcę wdawać się za mocno w analizę wszystkich aspektów związanych z powyższym przykładem, gdyż nie jest to na razie naszym celem. Chcę jedynie zwrócić uwagę, że redukowanie pozycji wynika z odgórnie przyjętej koncepcji zarządzania nią i odnosi się jedynie do jej stanu, czyli relacji do ryzyka początkowego, prowizji etc.

Drugi przypadek wynika z sytuacji na wykresie, a co za tym idzie jest uzależniony od tego, co aktualnie pokazują nam kreski. Załóżmy standardową sytuację gry w prostokącie. Kupujemy przy wsparciu, ceny podchodzą w górę, oczekujemy na odbicie od oporu i zacieśniamy stop. Jednak rynek przebija opór po czym cofa się formując świeczkę, która może nie jest spadającą gwiazdą, ale pokazuje niezdecydowanie rynku. Co zrobić? Wykorzystać zlecenie take profit do zamknięcia połowy (lub innej części) pozycji i skasowania zysku, natomiast drugą część zabezpieczyć stopem kroczącym.

Efekt? Nastawialiśmy się na swing trading wewnątrz formacji prostokąta. Cel został zrealizowany, osiągnęliśmy górną barierę, ale istnieje szansa, że ceny podążą jeszcze wyżej i szkoda by było rezygnować z tej szansy. Oczywiście ponosimy przy takim zagraniu ryzyko - jest nim odległość pozostającej na rynku połówki pozycji od stopa (zacieśnionego lub nie). Jak zawsze, wszystko zależy od indywidualnego przypadku, ale nas interesuje zysk w długiej perspektywie, więc sprawę trzeba przemyśleć, ewentualnie przetestować i stosować.

Bardzo ważnym aspektem stosowanie zleceń typu take profit jest konieczność wytyczenia poziomów jeszcze przed rozpoczęciem transakcji. Dzięki temu mamy komfort, że emocje będące wynikiem utrzymywania otwartych pozycji nie zaburzą naszego procesu decyzyjnego. I o ile w przedstawionych przykładach jest to możliwe (w relacji do stanu pozycji lub sytuacji na wykresie), to czasem niestety sprawa jest złożona. Dobrym rozwiązaniem może być skonstruowanie zestawu narzędzi pomagających dodatkowo ocenić ryzyko odwrócenia. Alternatywą jest prowadzenie pozycji z ciasnym stopem.

Myślę, że to tyle w kwestii stosowania zleceń kasujących zyski. Oczywiście istnieje szereg strategii zakładających wychodzenie z rynku na określonych poziomach, ale wydaje mi się, że jest to głównie arbitraż, skalpowanie oraz innego typu sprawy bazujące na solidnej analizie statystycznej. Dla nas take profity mogą być szczególnie przydatne podczas regulowania wielkości pozycji podczas jej trwania. Warto sprawę przemyśleć.

Stopy kroczące - suplement

Jak każdy z aspektów gry na giełdzie, trailing stopy mają swoje smaczki oraz punkty, w których traderzy się spierają. Postanowiłem pomówić o jednym z nich, a mianowicie zacieśnianiu stopa w miarę, jak pozycja zarabia.

Celem jest oczywiście maksymalizacja zysku. Gdy zarobimy na pozycji już nn%, nie chcemy się z tymi pieniędzmi rozstawać, gdyż traktujemy je jak własne (może niektórzy zauważyli, że mamy tendencję do postrzegania zysku na otwartej pozycji jako "pewnego", natomiast straty wciąż uważamy za "wirtualne"). W związku z tym niektórzy gracze budują systemy zakładające stopniowe zacieśnianie stopów, aby w chwili odwrócenia kierunku cen, oddać rynkowi możliwie jak najmniej. Na takiej właśnie zasadzie działa system SAR, o którym pewnie słyszeliście.

Może się to wydawać logiczne, gdyż chronimy nasze zyski. Ale z drugiej strony, podejście to jest sprzeczne z zasadą "tnij straty, pozwól zyskom rosnąć". Zamiast próby "wyciśnięcia" ze wzrostów wszystkiego, co się da, my uciekamy z rynku przy pierwszej lepszej okazji. Trudno nie przyznać racji osobom twierdzącym, że jest to zabijanie kury znoszącej złote jajka.

Moje zdanie w tej kwestii jest w zasadzie podobne do tego, co mówię zawsze - to zależy. Musimy wprowadzić rozróżnienie na typy strategii, gdyż może to istotnie zmienić podejście do zagadnienia.

Trend following, jak sama nazwa wskazuje, zakłada podążanie za trendem i eksploatowanie go aż do samego odwrócenia. Oczywiście nie możemy liczyć na wejście na samym dołku, a wyjście na idealnej górce, ale celem jest skonstruowanie takiego systemu prowadzenia pozycji, aby w czasie korekt pozostawać na rynku. I tu właśnie napotykamy na konflikt między zacieśnianiem stopa a celami strategii. Gdy za mocno przybliżamy nasze zlecenie obronne do ceny, ryzykujemy wyrzucenie na zupełnie przypadkowym ruchu, który wcale nie musi oznaczać, że trend ma się ku końcowi.

Trzeba też pamiętać, że przy systemach podążających za trendem, zyskowne transakcje stanowią mniejszość (35-45%). Kolejna rzecz to relacja średnich zysków do średnich strat. Zyski są często znaczne, sięgając kilkuset %, podczas gdy nieudane wejścia to jedynie szerokość stopa początkowego (pamiętając, że przy trend followingu stop ten jest szerszy niż przy innych strategiach). Pomyślmy teraz, co stanie się po wprowadzeniu systemu stopów zacieśniających. Skuteczność raczej się nie zmieni, gdyż zakładamy, że stopy zawężamy dopiero po minięciu breakeven. Ale już znacznie zmienia się relacja zysków do strat. Oczywiście na niekorzyść tych pierwszych, gdyż zapewne często będzie się zdarzało, że utniemy ruch w połowie jego potencjału i zamiast osiągnąć 100%, osiągniemy tylko 40 lub 50%. Ten fakt może sprawić, że system nie będzie już zarabiał. Pomyślcie, jeden szczegół przesądza o wszystkim! A szczegółów tych jest cała masa...

Gdybym w tym momencie zakończył omawianie trend followingu, rozważania byłyby niepełne. Bo przecież jest jeszcze jeden szczegół, który również może sporo namieszać. Mam na myśli ewentualne odnawianie pozycji po wyrzuceniu na stopie. Powyższe rozważania opierały się na założeniu, że nie wchodzimy ponownie w ten sam walor (choć też nie uwzględniłem wszystkich elementów, ale nie czas teraz na to). W tym przypadku dopuszczamy możliwość ponownego otwarcia pozycji po wyrzuceniu na stopie. Niestety, trudno jest oszacować, jak by to wpłynęło na wyniki systemu. Wynika to z faktu, że mielibyśmy więcej transakcji, których wyniki trudno oszacować. Poza tym, za środki zwolnione z zamkniętych pozycji moglibyśmy kupić zupełnie inne, nowe walory, co czyni bezskutecznym wszelkie próby szacowania wyników, jak również znacząco utrudnia backtesty.

Podsumowując tę część, zdecydowanie zgodzę się z krytykami zacieśniania stopów w miarę zarabiania pozycji. Te pozycje to "wszystko co mamy", a ich zamknięcie pozbawia nas "złotych jaj" :)

Nieco inaczej mają się sprawy dla osób wykorzystujących strategie swing tradingowe oraz inne, w których wiemy, że zysk jest ograniczony. Mam tu na myśli ewentualne wsparcia i opory, oscylatory i tym podobne. Dla przykładu rozważmy sytuację występującą przy grze w prostokącie. Kupiliśmy na odbiciu od dolnej krawędzi, a w chwili obecnej ceny zbliżają się do górnego ograniczenia, które jest jednocześnie istotnym poziomem technicznym, zgrupowaniem zniesień Fibonacciego i co tam jeszcze chcecie. Oczekujemy, że ceny się odwrócą, gdyż na tym opieramy swoje działania na rynku. Zacieśnić stopa? Jak najbardziej tak! Czekając, aż ceny po odbiciu od oporu strzelą stopa, marnujemy tylko część ruchu, który, jak wiemy, przy takich strategiach jest ograniczony i szczególnie cenny. Czasem nawet zawahanie się o jedną sesję sprawia, że ceny dynamicznie spadają, niwelując nasze zyski.

Zdarzają się też sytuacje, gdy oczekujemy odwrócenia z nieco innych względów. Poniżej załączam wideo-analizę przygotowaną przez PSAadmin, który to kanał subskrybuję na YT i bardzo sobie cenię z racji podejścia opartego na price action i prostej logice analizy wykresu.

W prezentowanym wypadku (1:20) przesłanką do zacieśnienia stopa jest szereg świec spadkowych, nie przerwanych żadnym dniem wzrostów. Jest to sytuacja, która wykracza poza "średnią", a co za tym idzie, szanse na odwrócenie rosną z każdym kolejnym słupkiem. Wtedy też autor proponuje zawężenie zlecenia obronnego do wierzchołka ostatniej świecy, co wydaje się bardzo rozsądnym rozwiązaniem, zwłaszcza w świetle tego, co wiemy dzisiaj :)



Podobnie można analizować wczorajszą (wykres jest dzisiejszy, ale sam wpis powstawał rano, gdy jeszcze USA spało) sytuację na indeksach w USA. Szereg dni wzrostowych bez korekty, formacja ABCD (gdzie AB=CD), a także oscylatory pokazujące wykupienie mogą skłonić nas do podciągnięcia zlecenia obronnego bliżej ceny.


Myślę, że w kwestii zacieśniania stopa to tyle, co możemy powiedzieć na przyjętym poziomie ogólności. Pamiętajmy oczywiście, że na rynku mamy do czynienia z prawdopodobieństwami, więc niekiedy sytuacja może odbiegać od tego, co sobie zakładamy. Chodzi o to, aby w dłuższym terminie usprawniać nasze techniki inwestycyjne.

Część dotycząca swing tradingu stanowi rodzaj wprowadzenia do następnego wpisu, w którym będziemy się zajmowali zleceniami kasującymi zyski (take profit).

wtorek, 13 lipca 2010

Stopy kroczące

Stopy kroczące (podążające, trailing stopy) są chyba obecne w większości strategii inwestycyjnych wykorzystywanych przez graczy indywidualnych. Wydaje mi się (choć nie jestem pewien), że jedynie krótkoterminowe skalpowanie może się obyć bez tego elementu z racji realizacji zysku na określonym, niskim poziomie.

O ile stopy początkowe mają za zadanie ograniczać naszą ekspozycję na ryzyko oraz wyznaczać czytelny punkt, w którym opuszczamy rynek, trailing stopy uruchamiają się w chwili, gdy wydarzenia na rynku rozwijają się zgodnie z założonym przez nas scenariuszem i ich zadaniem jest ochrona już wypracowanego zysku. Zatem punktem wyjścia zawsze jest dla nas stop początkowy, ale w chwili, gdy różnica między ceną a stopem początkowym jest wyższa niż szerokość trailing stopa, przechodzimy na stosowanie tego drugiego. Daje nam to szansę na stopniowe podnoszenie poziomu zlecenia obronnego w miarę wzrostów (dla pozycji krótkich sytuacja jest oczywiście odwrotna) i zmniejszanie naszego ryzyka, a po minięciu breakeven point, zabezpieczanie zysku.

Z powyższego opisu łatwo można wysnuć wniosek, że trailing stop doskonale komponuje się ze strategiami trend following. Oczywiście tak jest, ale logika wskazuje, że warto go również stosować przy swing tradingu czy też daytradingu. Myślę, że mianem stopa kroczącego można określić każdy system zleceń obronnych opierający się na przesuwaniu stopów w miarę zdobywania przez ceny nowych terytoriów.

Istnieje fundamentalna zasada dotycząca stopów, która ma również zastosowanie przy stopach kroczących - nie cofamy ich. Jeśli cena poszła mocno w górę i wywindowała nasz stop wysoko, respektujemy naszą strategię i nie dajemy rynkowi "jeszcze trochę" miejsca. Dzięki temu mamy zabezpieczone to, co do tej pory udało nam się zarobić, a w razie przedwczesnego wyrzucenia zawsze możemy ponownie wejść na pozycję.

Poprzednio bardzo akcentowałem znaczenie stopa początkowego, co nie znaczy, że reszta stopów nie jest tak ważna. Myślę, że większość z nas zna tezy stawiane w literaturze, iż wejście jest w naszej strategii najmniej istotne, a o sukcesie decyduje prowadzenie pozycji. Za ten element odpowiada właśnie trailing stop, który ma być ustawiony tak, aby dawał rynkowi niezbędne miejsce, ale jednocześnie wyrzucał nas z niego w chwili odwrócenia.

Stąd też kluczowe staje się pytanie o techniki prowadzenia pozycji i przesuwania stopów. Podstawową rzeczą jest oczywiście dopasowanie ich do naszej strategii oraz do waloru, na którym gramy. Zatem jeśli chcemy łapać trendy, będziemy stosowali rozwiązania pozwalające na przeczekanie małych i średnich korekt, pod warunkiem że rynek cały czas tworzy coraz wyższe szczyty i dołki. Z kolei swing trading wymaga znacznie ciaśniejszego stopa, aby, z racji ograniczonych zysków, minimalizować ich utratę w chwili odwrócenia. Nie wspomnę już o tradingu w horyzoncie intradayowym (forex, kontrakty), gdzie zwroty rynku bywają szybkie i z racji lewara bolesne.

Jestem oczywiście zwolennikiem mechanicznych systemów dla trailing stopów. Problemem są, jak zawsze, emocje, które mogą pozbawić nas chłodnego osądu i sprawić, że wyjdziemy z pozycji na chwilowym wahnięciu przed wielkim strzałem w naszym kierunku. Z drugiej strony wiem, że trudno jest opracować system stopów kroczących, który sprawdzi się w każdej sytuacji. Pokuszę się o stwierdzenie, że nie jest możliwe stworzenie perfekcyjnego systemu i musimy koncentrować nasze starania na zbudowaniu takiego, który w największym stopniu będzie odpowiadał naszym potrzebom i w długiej perspektywie pozwoli wyjąć z rynku jak najwięcej przy dopuszczonym poziomie ryzyka.

Z racji mnogości technik dających się zastosować do przesuwania stopów, nawet nie będę ich wymieniał. Niemniej w niedalekiej przyszłości postaram się zaprezentować kilka (moim zdaniem) ciekawych propozycji mogących być podstawą do budowania własnej strategii. Jeszcze nie wiem, czy załączę wyniki testów historycznych, gdyż głównie zależy mi na pokazaniu samego konceptu, a nie na końcowym "podkręcaniu i optymalizacji".

Na razie tylko "liznęliśmy" temat, ale na jego rozwijanie przyjdzie jeszcze czas.

piątek, 9 lipca 2010

Stop początkowy

Stop początkowy jest najważniejszym ze stopów. To on pozwala nam dobrać odpowiednią wielkość pozycji, a co za tym idzie określić ryzyko, jakie ponosimy w danej transakcji. Oczywiście w sytuacji, gdy gramy jedną jednostką (np. kontraktem, lotem) to wyłącznie odległość między ceną kupna a poziomem zlecenia obronnego decyduje o tym, ile możemy w danym przypadku stracić.

Myślę, że nie trzeba po raz kolejny powtarzać, jak ważne jest ustawianie stopów. Bez tego byli byśmy narażeni na walkę z samym sobą. Temat mechanicznych i intuicyjnych technik ustawiania zleceń obronnych omawiałem tutaj.

Jak zatem prawidłowo ustawić stopa początkowego? Najlepszą chyba metodą jest ustawienie go w miejscu, w którym uznajemy porażkę naszego setupu wejściowego. Powyżej tego punktu (dla pozycji długich) uznajemy, że jest jeszcze nadzieja na zrealizowanie założonego przez nas scenariusza, natomiast poniżej wycofujemy się aby chronić nasz kapitał, gdyż najwidoczniej tym razem rynek był przeciwko nam.

Materia jest stosunkowo prosta, gdy posługujemy się poziomami wsparcia i oporu wynikającymi z price action, współczynników Fibonacciego lub też pivotów. Wtedy po prostu ustawiamy stopa pod (nad) kluczowym poziomem. Jeśli zostanie on przełamany opuszczamy rynek i czekamy na kolejną okazję do wejścia. Podejście to można zastosować zarówno do daytradingu, jak i swing tradingu czy trend followingu.

Trochę bardziej złożona jest sytuacja, w której opieramy się na różnego rodzaju wskaźnikach. Nie można ograniczyć się do stwierdzenia, że kupuję, gdy RSI będzie poniżej 30, a sprzedaję powyżej 70, gdyż w ten sposób możemy zajechać głęboko w straty. W związku z tym potrzebujemy stopa, który będzie chronił nas przed wpadkami. Można oczywiście wybrać wsparcia i opory, ale jeśli nie chcemy iść tą drogą, musimy wyznaczyć jakiś współczynnik decydujący o oddaleniu stopa.

I tu natykamy się na pytanie "jak daleko?". Odpowiedź jest oczywista - tak daleko, aby zostawić cenie niezbędne miejsce na ruch, ale jednocześnie wychodzić jak najwcześniej z sytuacji stratnych. Niestety, niewiele nam to wyjaśnia, więc trzeba się nieco rozwinąć.

Myślę, że od razu można odrzucić z góry założone wartości. Stop oddalony o 3 zł od ceny wejścia będzie miał zupełnie inne znaczenie przy akcjach o wartości 12 zł i 240 zł. Tak samo stop 20 punktów na kontrakcie nie sprawdzi się przy poziomie 1400 pkt, mimo że działał pięknie przy 3600 pkt. Wniosek jest prosty, należy wprowadzić uniwersalne odwołania, które dadzą się zastosować do wielu walorów.

Prostym przykładem może być ruch o określony %. Zakładając, że kupimy akcje po cenie 90 zł i ustawimy stopa 10% mamy jasny punkt wyjścia - 81 zł, co daje nam ryzyko 9 zł/akcja. Z kolei stop 10% dla spółki o cenie 30 zł oznacza ryzyko zaledwie 3 zł/akcja. Bezwzględnie obie wartości się różnią, natomiast ryzyko zawsze jest takie samo - 10% ceny akcji. Dzięki temu mamy zestandaryzowane parametry i do tego dopasowane do każdej spółki.

Ale czy na pewno? Można zadać sobie pytanie, czy dwie spółki zawsze w podobnym czasie przebędą tę odległość 10%. Może jedna z nich zrobi to znacznie szybciej, niż druga. Na to pytanie (częściowo) odpowiada nam zmienność, czyli odległość, jaką ceny są w stanie przebyć w danej jednostce czasu. Mierzy się ją w różny sposób, dwie najpopularniejsze metody to odchylenie standardowe oraz ATR. Sam korzystam z tego drugiego miernika i jest on dla mnie zupełnie wystarczający.

Zatem weźmy pod uwagę dwa przypadki: PGE oraz Cersanit. Posłużę się ATR(15), czyli zmiennością uśrednioną dla ostatnich 15 sesji. W przypadku PGE wskaźnik ATR przyjmuje wartość 0,4277, co oznacza, iż akcje tej spółki w ciągu jednej sesji zmieniają swoją wartość średnio o 43 grosze, co przy cenie 21,3 zł oznacza ruch o 2,02%. Z drugiej strony Cersanit porusza się średnio o 38 groszy, co przy cenie 12,98 daje już 2,93%. W ramach ciekawostki dorzucę Petrolinvest poruszający się średnio o 6,64% oraz Techmex szalejący około 10,25% dziennie.

Widzimy zatem wyraźnie, że stop ustawiony w odległości n% od ceny wejścia również może nie gwarantować, że dopasowaliśmy się do waloru. Nie chcę tutaj za mocno odbiegać w stronę zmienności, jej mierników i różnic w stosowanych stopach, niemniej chciałem pokazać najprostsze sposoby na ustawienie stopa początkowego. Wzór dla przypadku ATR będzie wyglądał mniej więcej następująco:

cena wejścia - n*ATR(m)

n - mnożnik
m - ilość ostatnich sesji, dla której uśredniany jest ATR

Jego zadaniem jest ustawienie stopa w takiej odległości, aby dopasował się do zmienności panującej na danym walorze. Nie opiera się na sztywnych wskaźnikach, nie wymaga analizowania wsparć i oporów na wykresie, a z racji swej powszechnej dostępności staje się użytecznym narzędziem stosowanym przez wielu traderów.

Oczywiście trzeba też pamiętać o konieczności dopasowania stopów do naszej strategii inwestycyjnej w sensie largo. A zatem łapiąc swingi ustawimy raczej ciasnego stopa o mnożniku 0,8*ATR, natomiast chcąc złapać trend posłużymy się prędzej współczynnikiem 2,5-3,5.

Powracając do stopów początkowych, trzeba jeszcze zaznaczyć kilka rzeczy. Po pierwsze, stop ten powinien być umieszczany zaraz po wejściu na rynek. Pozostawienie "gołej" pozycji na godzinę czy dzień może nas drogo kosztować, gdyż zdarzają się czasem sesje zwane "black swan" i lepiej wtedy mieć zlecenie w gotowości. Poświęcę oddzielny wpis rodzajom zleceń oraz technicznym szczegółom ich ustawiania, więc w tym poście ograniczam się do powyższego.

Kolejna sprawa wiąże się z ryzykiem. Odległość stopa początkowego powinna wynikać z założeń naszego systemu, a konkretnie z części "method". Podejmowane ryzyko reguluje się poprzez dobranie odpowiedniej wielkości pozycji. W uproszczeniu działa to na zasadzie "szeroki stop - mało akcji, ciasny stop - więcej akcji". Dopasowanie oby tych wartości daje nam w efekcie ryzyko.

Problemem jest sytuacja, gdy np. mamy rachunek o wartości np. 10 000 zł i chcemy otworzyć jeden kontrakt na Wig20. Przy wartości kontraktu 23 320 zł mamy już lewar, ale jeszcze umiarkowany. Niestety, dokupienie drugiego kontraktu pogwałciłoby nasze zasady zarządzania kapitałem, w związku z czym tworzy się sytuacja, w której nie możemy dowolnie regulować wielkości pozycji, a jedyną opcją określania ryzyka staje się odległość stopa od ceny wejścia. Mając konkretne wskazania systemu (method), jak również zasady zarządzania kapitałem (money), możemy się spotkać z przypadkami, gdy ryzyko jest zbyt duże (czyli dla danego stopa powinniśmy otworzyć np. 0,64 kontraktu, czego oczywiście zrobić się nie da). Moja rada jest prosta - nie gramy. Nie ma sensu sztucznie zacieśniać stopa aby zmieścić się w ryzyku, gdyż wtedy nasza strategia ląduje w koszu, a my zostajemy z para-strategią, natomiast otwarcie takiej pozycji rozwala nam zarządzanie kapitałem.

Ostatnia rzecz i w zasadzie najważniejsza - nie cofamy stopa. Fundamentalna zasada, której złamanie jest analogiczne do niestawiania stopów w ogóle. Jeśli dopuścimy możliwość obniżania stopa w miarę spadków, wtedy narażamy się na wszystkie ryzyka związane z dyskrecjonalną oceną rynku. Zaawansowani i zarabiający traderzy z pewnością mogą wprowadzać ( i pewnie wprowadzają) bieżące poprawki do systemu, ale początkującym stanowczo zalecam trzymanie się z góry przyjętych założeń.

Myślę, że to tyle w kwestii stopa początkowego. Jeśli macie uwagi lub pytania dotyczące powyższego, zapraszam do komentowania. Dobrze jest wyjaśnić wszystkie detale zanim przejdziemy dalej.