Pokazywanie postów oznaczonych etykietą certyfikaty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą certyfikaty. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 marca 2016

Uśredniłem Wig20 o ponad 500 punktów i odrobiłem straty z 10 miesięcy

Dzisiaj opiszę historię mojego rachunku IKZE. Pokażę, jak zacząłem kupować blisko szczytu i w miarę upływu czasu uśredniałem coraz bardziej. W sumie uśredniłem indeks o ponad 500 punktów i dzisiaj moje konto wyszło mniej więcej na zero. Myślę, że jest to historia, którą warto przeczytać.

W maju 2015 otworzyłem swoje maklerskie konto IKZE i wpłaciłem tam połowę rocznego limitu, czyli kwotę ok. 2 375 zł. Nowo otwarty rachunek, będący przecież kontem emerytalnym, miał służyć do inwestycji o bardzo długim horyzoncie, przekraczającym dekadę. Dlatego też postanowiłem, że w ramach tego konta będę kupował jednostki ETF na indeks Wig20. Cechują się one niskimi kosztami zarządzania, co ma bardzo wielkie znaczenie dla długoterminowych inwestycji, a ponadto, ich cena jest powiększana o wartość dywidend wypłacanych przez spółki wchodzące w skład Wig20.

W dniu 29 maja kupiłem 8 jednostek ETFW20 za cenę 277,83 zł. Indeks w tym dniu zamknął się na poziomie 2437 pkt. Nie jest tajemnicą, że kupiłem bardzo blisko szczytu i, czego jeszcze wtedy nie wiedziałem, czeka mnie długa podróż w dół.

Kolejne jednostki ETF kupiłem w październiku. Ostatniego dnia tego miesiąca kupiłem 6 jednostek po cenie 237,74 zł, a nieco ponad miesiąc później, 8 grudnia, kupiłem 5 jednostek za cenę 210,80 zł. Transakcje te zaznaczyłem czerwonymi strzałkami na wykresie poniżej.



Wykorzystane środki obejmowały cały limit na 2015 rok i nie mogłem w starym roku dopłacić większej sumy. Jak łatwo jest policzyć, średnia cena moich zakupów wynosi 247,53 zł. Przeliczając to na indeks, daje nam to poziom ok. 2140 pkt.

poniedziałek, 8 lutego 2016

Certyfikaty faktor - wszystko co musisz wiedzieć

Mój tekst z 25 stycznia wywołał wśród czytelników bloga sporo zamieszania, gdyż zapewne każdy z Was chciałby zarobić 35% w ciągu dwóch giełdowych sesji. Dzisiaj pociągnę ten wątek, przybliżając nieco instrument, z którego skorzystałem do osiągnięcia takiej właśnie stopy zwrotu. Jeśli nie czytaliście mojego poprzedniego tekstu, koniecznie do niego zajrzyjcie, gdyż dzisiejszy będzie rozwinięciem i uszczegółowieniem kwestii tam omówionych. Doprecyzuję również kilka detali, które mogły wydawać się niejasne.

Czym są certyfikaty faktor?


Są one produktami strukturyzowanymi. Oznacza to, że posiadają swojego emitenta, który niejako "produkuje" je na potrzeby obrotu rynkowego. Sam certyfikat nie reprezentuje określonego prawa majątkowego, a zatem nie kupujemy części spółki czy innego podmiotu. Jego zadaniem jest odzwierciedlanie, w sposób określony specyfikacją certyfikatu, ruchów innych instrumentów. Mogą nimi być akcje, indeksy giełdowe czy też poszczególne surowce.



Czy certyfikaty faktor przypominają kontrakty terminowe?


Mimo posiadania pewnych podobieństw, certyfikaty te są jednak zupełnie różnymi instrumentami. Przede wszystkim certyfikat nie jest instrumentem pochodnym. Nie potrzebujemy podpisanej z domem maklerskim umowy w zakresie obrotu derywatami. Oprócz tego na certyfikatach nie można stracić więcej niż kwota, za którą się je kupiło. W wypadku kontraktów wnosimy określony depozyt, ale straty mogą przewyższyć jego wysokość. W tym zakresie certyfikaty przypominają bardziej akcje, gdyż mogą spaść tylko do zera.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Jak zarobiłem 35% w dwa dni, czyli mój sposób na bessę

W poprzednim tekście zwróciłem Waszą uwagę na fakt, że wiele rynków znajduje się na swoich historycznych lub też od dawna nie obserwowanych poziomach. Te "rekordy" mogą skłaniać nas do zwrócenia szczególnej uwagi na wykresy, gdyż możliwe, że nadchodzą momenty przełomowe i punkty zwrotne. Jeśli nie czytaliście czwartkowego artykułu, jak najszybciej nadróbcie zaległości. W tym artykule przeczytacie o moim podejściu do rozegrania tej sytuacji.


Kilka ważnych informacji na początek


Zanim opowiem o moich transakcjach, muszę poczynić kilka zastrzeżeń, gdyż podniosły się głosy, że jeszcze jest zdecydowanie zbyt wcześnie na kupowanie, a spadki (lub wzrosty, w przypadku walut) nie znalazły swojego dnia. Dlatego nakłanianie do kupna jest działaniem niewłaściwym.

Sam uważam, że już jest tanio. Niezależnie od tego, jakie są wskaźniki P/E indeksu Wig20, czy ryzyko polityczne wcale nie zmalało, uważam, że mamy już dobrą okazję do kupna poszczególnych instrumentów lub do zagrania przeciwko obecnym poziomom.



Moim celem jest zwrócenie jedynie Waszej uwagi na to, co dzieje się na rynku. Owszem, sam zająłem w czwartek dwie ważne pozycje, ale Was wcale do tego nie namawiam. Możecie czekać, aż będzie taniej, możecie wreszcie nic nie robić. W moim wypadku jest to część długoterminowej strategii, a ponadto jestem gotów do dokonywania korekt i dalszego budowania pozycji. Wiem co robię, mam plan i jestem gotów przyjąć na siebie ryzyko, które ponoszę. Jeśli nie przemyślicie odpowiednio swojej decyzji, możecie ponieść dotkliwe straty, przed którymi Was ostrzegam.

wtorek, 31 stycznia 2012

Certyfikaty knock-out / turbo już na GPW

Właśnie się dowiedziałem, że 15 grudnia 2011r. zadebiutowały na GPW nowe produkty strukturyzowane - certyfikaty turbo, zwane również certyfikatami knock-out. Starałem się znaleźć możliwie dużo informacji związanych z tymi instrumentami, lecz okazuje się, że kilka rzeczy jest jeszcze nie do końca jasnych. Wynika to po części z braku dostępnych materiałów, w tym podstawowych dokumentów emisyjnych, a po części z krótkiego funkcjonowania tychże certyfikatów na naszym rynku.

Czym więc jest certyfikat knock-out? Jest to instrument przypominający nieco swoją konstrukcją opcje oraz warranty, lecz cechujący się nieco innymi parametrami. Przede wszystkim, daje on możliwość gry zarówno na wzrosty (certyfikaty long), jak i na spadki (certyfikaty short). Oprócz tego, daje on możliwość zastosowania dźwigni finansowej, co jest rzadko spotykanym rozwiązaniem przy instrumentach rynku kasowego.

Punktem odniesienia dla certyfikatu jest jego instrument bazowy. W chwili obecnej mamy do dyspozycji Wig20 oraz 9 spośród największych spółek. To właśnie ruchy instrumentu bazowego decydują o cenie certyfikatu. Warto dodać, że na jego wycenę nie ma wpływu zmienność (inaczej niż np. w warrantach czy opcjach) oraz czas do wygaśnięcia. To ostatnie związane jest z faktem, że certyfikaty wyemitowane zostały, jako open-end, czyli istnieją dopóty, dopóki nie zostanie osiągnięty poziom knock-out. Ponadto, certyfikaty zostały skonstruowane w taki sposób, że mamy możliwość kupna tylko części instrumentu bazowego. I tak, dla akcji Tauronu, jeden certyfikat równa się jednej akcji, dla TPSA, tylko 0.1 akcji (na każdą akcję trzeba kupić 10 sztuk certyfikatów), natomiast dla Wig20 mnożnik wynosi 0.01 (100 szt. aby zrównoważyć indeks).

Certyfikat ten, zwany również certyfikatem turbo, posiada dwa kluczowe poziomy. Pierwszym z nich jest bariera. Dla certyfikatów long (do gry na wzrosty), znajduje się ona poniżej ceny instrumentu bazowego, dla certyfikatów short - powyżej. Jeśli cena dotknie poziomu bariery - instrument przestaje być notowany i znika z rynku. Jego posiadacze otrzymują wartość rezydualną, której dokładny sposób wyliczenia niestety nie wpadł mi w ręce. Aczkolwiek z materiałów, do których dotarłem można wnosić, że środki te są na tyle znikome, że można przyjąć, iż w zasadzie nie dostaniemy nic. Dlatego też uderzenie w barierę (knock-out) będzie dla nas oznaczało utratę wszystkich środków zainwestowanych w certyfikat. Jest to rodzaj automatycznego stop lossa.

Drugi poziom, strike, zwany również ceną wykonania, jest wykorzystywany głównie przy wycenie certyfikatu oraz przy jego ostatecznym rozliczaniu po uderzeniu w barierę.

Co ważne, cena wykonania i bariera są ustalane oddzielnie dla każdej serii certyfikatu, ale ulegają one zmianie w trakcie jego życia. Wynika to z faktu, że wykorzystując lewar, de facto kredytujemy się kosztem innego podmiotu. W ten więc sposób, poprzez stopniowe podnoszenie poziomu bariery (dla certyfikatu long; pytanie, czy dla short jest ona obniżana), emitent zabezpiecza sobie koszt kapitału. Z informacji widniejących na stronie GPW wynika, iż koszt finansowania odliczany jest od ceny certyfikatu long i doliczany do certyfikatu short (coś w rodzaju punktów swapowych), ale nie wiem, jak to działa w praktyce, a do konkretnych dokumentów traktujących o sposobie liczenia nie udało mi się dotrzeć.

Wiemy już więc, że kupując certyfikat typu long, liczymy na wzrost instrumentu bazowego. Pojawia się pytanie, gdzie tu dźwignia i jak na niej zarobić. Niestety nie miałem dziś czasu na zebranie dużej ilości danych z rynku, ale myślę, że uda się coś powiedzieć. Jako przykład wezmę certyfikat RCTLWIG001 (RC- nazwa emitenta, T-turbo, L-long, WIG-instrument bazowy, 001- numer certyfikatu).

Kiedy rzuciłem okiem na notowania, bid dla tego certyfikatu wynosiło 9.75 zł, natomiast ask 9.90. Z tego wiemy, że spread oferowany przez emitenta wynosi nieco ponad 1,5%, co jest wartością bardzo atrakcyjną, w porównaniu np. do opcji. Niestety, nie udało mi się uchwycić ceny, przy której oferty te pojawiły się w arkuszu, więc przyjmę średnią cenę Wig20 z dzisiejszego dnia, a zatem 2339 pkt. Wiedząc, że mnożnik wynosi 0.01, kupując jeden certyfikat mamy możliwość kontrolowania 1% wartości indeksu liczonej punktami, a więc 2339 zł, a nie, jak przy kontraktach 23 390 zł. Zatem jest to 23,39 zł. Licząc od ceny ask (9.90zł), koszt zakupu jednego certyfikatu jest równy 42,3% wielkości pozycji, którą kontrolujemy.

Teraz wchodzi w grę kwestia lewara. Jest on zmienny, a więc za każdym razem przed transakcją, należy go sobie wyliczyć. Do tego potrzebujemy ceny instrumentu bazowego (S) oraz ceny wykonania certyfikatu (każdego dnia jest publikowana na stronie GPW)(X). Strike'a nie należy mylić z barierą.

Cena S to 2339, natomiast X to 1350,65. Wzór wygląda następująco (wzór dla certyfikatu long, dla short jest nieco inny):

dźwignia = S/(S-X)

co po podstawieniu danych daje nam:

2339/(2339-1350,65) = 2,37.

Jest to lewar stosunkowo niewielki. Jeśli instrument bazowy wzrośnie o 10%, cena naszego certyfikatu wzrośnie o 23,7%. Trzeba jednak zauważyć, że kluczowe znaczenie ma tutaj cena wykonania certyfikatu. Im bliżej ceny wykonania, tym dźwignia jest większa. Weźmy więc ten sam poziom indeksu, ale strike na poziomie 1800 pkt. Dźwignia wyglądałaby następująco:

2339/(2339-1800) = 4,34.

A dla strike'a 2200? Spójrzmy:

2339/(2339-2200) = 16,83.

Widzimy więc, że w miarę zbliżania się ceny instrumentu bazowego do poziomu wykonania, lewar zwiększa się wykładniczo. Z drugiej też strony, certyfikaty stają się wtedy najtańsze, co kusi do ich kupna. W tej sytuacji, ponosimy jednak największe ryzyko, że jeśli cena spadnie do poziomu bariery (która znajduje się powyżej ceny wykonania), tracimy wszystkie zainwestowane środki. Z kolei kupno certyfikatu odległego od bariery, daje nam mniejsze ryzyko utraty zainwestowanych środków, ale i mniejszy lewar.

Dla uspokojenia serc wzburzonych lewarem 17:1 na rynku kasowym powiem, że w chwili obecnej, strike najbliższy cenie (dla certyfikatów long), znajduje się na poziomie 1765, co daje lewar rzędu 4,07:1. 

Ciekawa jest też kwestia dokonywania wyceny teoretycznej certyfikatu. Dokonujemy tego według wzoru (dla long):
(S-X)*mnożnik

, co dla używanych wyżej danych wynosi:

(2339-1350,65)*0,01 = 9,8835.

Widzimy więc, że certyfikat wyceniany jest w miarę wiernie (pamiętając, że przyjąłem średnią wartość z Wig20, a nie dokładną na czas podanych widełek certyfikatu). Mając te dane, jesteśmy w stanie samodzielnie wychwytywać jakieś darmowe obiady, choć pewnie zbyt dużo ich nie będzie. Ważne, żeby samemu nie przepłacić przy kupnie.

Tak więc w uproszczeniu wygląda kwestia certyfikatów knock-out dostępnych na naszym rynku. Będę jeszcze zgłębiał tę tematykę, gdyż nie udało mi się ostatecznie rozwiązać kilku kwestii:
  • znaczenie dywidendy dla wyceny certyfikatu,
  • dokładny sposób rozliczenia przy uderzeniu w barierę,
  • wzór na przesuwanie bariery i strike'a (koszt finansowania),
  • czy faktycznie, jak napisano na stronie GPW, to co odliczane jest od pozycji long, trafia do pozycji short,
  • czy certyfikat, będąc instrumentem rynku kasowego, można kupić przez IKE (logika mówi, że tak).
Jakie są moje wrażenia? Z pewnością jest to ciekawy instrument, który będzie zyskiwał na zainteresowaniu w miarę zbliżania się ceny instrumentu bazowego do cen wykonania. Zobaczymy też, na ile aktywny będzie emitent RCB przy wypuszczaniu nowych serii w miarę przemieszczania się indeksu na nowe poziomy. W mojej ocenie certyfikaty knock-out są bardzo fajnym uzupełnieniem możliwości inwestycyjnych dostępnych na GPW. W najbliższej przyszłości postaram się porównać poszczególne certyfikaty do opcji, gdyż już na pierwszy rzut oka widać, że można będzie je całkiem ciekawie łączyć.

Głównym źródłem informacji o certyfikatach turbo, o których pisałem, są strony GPW, a konkretnie TA z odnośnikami do warunków emisji (warto przejrzeć) i do aktualnych poziomów bariery i strike'a, a także TA z notowaniami (opóźnionymi).

Gdybyście odszukali ciekawe informacje, które mi umknęły lub dostrzegli błędy w obliczeniach, zachęcam do zostawienia komentarza. Sam dołączyłem do założonego dziś wątku na forum Stockwatch.pl, gdzie pojawiają się już pierwsze propozycje wykorzystania nowych certyfikatów, więc jak wypłynie coś ciekawego, postaram się skrobnąć notkę.

czwartek, 22 września 2011

Intuicja stosowana

Za każdym razem, kiedy myślę, rozmawiam lub piszę o intuicji towarzyszącej grze na giełdzie, niezmiennie w pamięci wracam do porównania użytego bodajże przez Grzegorza Zalewskiego podczas jednego ze szkoleń. Odnosząc się do intuicji amatora i intuicji profesjonalisty, w tym drugim przypadku przywołał anegdotę o strażaku, którego intuicja ocaliła kilka osób przed śmiercią pod zawalonym budynkiem. Strażak stwierdził, że nic mu w tym budynku nie pasowało, nic nie było takie, jakie podczas pożaru być powinno, dlatego też kazał ewakuować ekipę, po czym chwilę później dom się zawalił.

Absolutnie nie aspiruję do miana profesjonalisty, ale w ostatnich dniach intuicja zaczęła kierować moją uwagę w pewne obszary portfela. W zasadzie może brzmieć to trochę nieszczerze, gdyż wpis miał się ukazać wczoraj i to przed komunikatem Bena, a dziś będzie to trochę wyglądało, jak dorabianie bajki do przeszłych wydarzeń. Niemniej postanowiłem podzielić się moimi spostrzeżeniami, gdyż to właśnie w oparciu o nie podjąłem te decyzje, niejako wbrew zasadom, którymi powinien kierować się profesjonalny inwestor.

Chodzi o utrzymywane przeze mnie od jakiegoś czasu długie pozycje na certyfikatach na złoto i srebro, zabezpieczanych na ryzyku walutowym pozycją krótką na parze USD/PLN. Sporo jest do omawiania, gdyż mamy do czynienia z kilkoma wykresami, wyrażanymi w różnych walutach. Niemniej warto o tym wspomnieć, gdyż również w tych zależnościach kryją się kwestie, które przykuły moją uwagę.

Zacząć należy od tego, co właściwie miałem. Otóż miałem złoto i srebro w proporcjach mniej więcej 2:1 na korzyść złota. Przez długi czas starałem się grać na tych metalach w dolarach, czyli utrzymując na rynku forex krótkie pozycje o wartości 100% moich pozycji w metalach. Jednak ostatnie tygodnie sprawiły (a konkretnie umocnienie dolara), że przebalansowałem nieco poziom zabezpieczenia w stronę złotówki, a co za tym idzie, częściowo zyskiwałem również na wzrostach pary USD/PLN (utrzymywana tam krótka pozycja była mniejsza niż pozycja na metalach). Zabezpieczałem ok 60% ryzyka walutowego, co pozwalało pozostałym 40% korzystać na słabnącej złotówce.

Pierwsze wątpliwości pojawiły się w przypadku złota denominowanego w dolarach.
Jak widzicie na wykresie, ceny weszły w bardzo nietypową konsolidację. "Typowość" tej konsolidacji jest bardzo subtelną kwestią, lecz dotychczas niepewność na rynkach odzwierciedlała się w silnych wzrostach na tym metalu. Ostatnie tygodnie pokazują jednak dużą niepewność również na cenie złota. Niezdolność do osiągania dalszych maksimów, dziwne zachowania i zwiększona zmienność pokazują, iż inwestorzy nie posiadają już zdecydowanie prowzrostowego nastawienia. Moją uwagę zwróciło również zachwianie pewnych dotychczas korelacji, gdyż spadkom na giełdach towarzyszą teraz spadki na złocie. Jeszcze niedawno było to nie do pomyślenia.

Czas teraz na srebro.
Srebro do kwietnia, czyli do chwili zmian w wysokościach depozytów na ten metal, traktowane było jak tańszy zamiennik złota. Po solidnej, jak widać, korekcie, popyt na ten metal zdecydowanie zmalał, mimo że również pewne wzrosty dawały nadzieję na kontynuację trendu. Jednak całość tych analiz przekreślona została przez dzisiejszą sesję, w której srebro zaliczyło bardzo mocny spadek. Okazało się jednak, że srebro to nie tylko metal inwestycyjny, ale również w dużej mierze przemysłowy. W efekcie tych wydarzeń, na srebro patrzę dziś bardziej przez pryzmat miedzi (poleciała dziś o ponad 7% w dół), niż przez pryzmat złota. 

I w końcu dolar
Nie jestem szczególnym zwolennikiem harmonii rynków, lecz pierwsze dwa szczyty dzieli dystans około 15-16 miesięcy, czyli dokładnie tyle, ile minęło od drugiego z nich do dziś. Historia pokazuje, że szczyty mają to do siebie, że po ich przekroczeniu następuje dość istotny ruch w przeciwnym kierunku. Z kolei dynamiczne trendy mają też to do siebie, że the sky is the limit, ale w sytuacji "technicznego" oczekiwania na szczyt, postanowiłem nieco spasować.

 I teraz czas na sedno całego wpisu, czyli certyfikaty na srebro i złoto.
W obu przypadkach widzimy wyraźnie wzrostową tendencję, zwłaszcza w ostatnich miesiącach. Niestety, smuci fakt, że duża część ostatnich wzrostów jest wynikiem osłabiającej się złotówki, a nie aprecjonujących instrumentów bazowych. Tak więc, z perspektywy certyfikatów, impreza trwa dopóty, dopóki USD/PLN rośnie w dotychczasowym tempie. Dziś wzrosty dolara ledwie utrzymały w ryzach spadki na złocie, ale już w przypadku srebra zrealizował się spadek o ponad 5%.

Opisane powyżej kwestie sprawiły, że postanowiłem zamknąć całość moich pozycji na tych dwóch metalach, realizując jednocześnie zyski. Z jednej strony były to certyfikaty kupowane przez IKE, pomyślane na długie trzymanie w nadziei, że te metale (głównie złoto) będą zyskiwały na wartości. Z drugiej jednak strony, doszedłem do wniosku, że skoro nie widzę na razie przesłanek do dalszych wzrostów, a rodzą się obawy o scenariusze spadkowe, nie ma co zaciskać zębów i trzeba uciekać z kapitałem.

Mimo moich obecnych obaw, jestem gotów w każdej chwili odnawiać pozycje. Ujawnia się tutaj przewaga posiadania papierowego złota i srebra, co jest w wielkiej niełasce u inwestorów wieszczących upadek globalnego systemu finansowego, gdzie jedyną twardą walutą będą sztabki zakopane w ogrodzie. Dzięki certyfikatom, kupuję złoto taniej i elastyczniej, nie ponosząc przy tym kosztów bicia, transportu i przechowywania monet bulionowych. Oczywiście ponoszę za to ryzyko emitenta, ale na razie nie wydaje mi się, aby sytuacja wyglądała tak źle.

Tak więc trend na certyfikatach nie jest już moim przyjacielem, a zyskom na razie nie pozwalam rosnąć. Zabrałem zabawki i czekam na rozwój zdarzeń, utrzymując jednak pełną gotowość do odnowienia pozycji, czy to w złotówce, czy w dolarze. 

A Wy co myślicie?

poniedziałek, 12 września 2011

Free lunch czeka na chętnych

Osoby, które walczą już trochę na rynku wiedzą, że jeśli chce się coś uzyskać, trzeba to samemu wyrwać, nie licząc na podarunki. Jeśli takowe się zdarzają, a się czasem zdarzają, to albo nie są wielkie, albo szanse ich wystąpienia są nikłe. Jednak tym razem można sobie zjeść całkiem za darmo, a przynajmniej na pierwszy rzut oka tak się wydaje. Pomogą nam w tym certyfikaty dyskontowe.

Certyfikat dyskontowy, jak to ostatnio pisałem, jest to instrument finansowy, który możemy kupić po niższej cenie niż jego instrument bazowy, a który razem z upływem czasu zbliża się stopniowo do jego ceny, aby się z nią zrównać w dniu wygaśnięcia. Tak więc z samej konstrukcji certyfikatu wynikają pewne prawidłowości. Najważniejszą jest taka, że certyfikat zbliża się do instrumentu bazowego, co w praktyce oznacza, że przy wzrostach rośnie szybciej, a przy spadkach traci mniej. Jak to wykorzystać?

Oczywiście dokonując arbitrażu, czyli kupując certyfikat, a sprzedając instrument bazowy. Wtedy też będziemy grali na zmniejszenie się tej różnicy, co w efekcie wygeneruje nam zysk. O ile z certyfikatem problemu nie ma, trzeba trochę pokombinować z pozycją krótką na instrumencie bazowym. Dzwoniłem dziś do obu moich DM i niestety żaden z nich nie udostępnił jeszcze krótkiej sprzedaży akcji, więc na razie wariantami są dla mnie kontrakty terminowe lub instrumenty CFD. Do tych drugich aktualnie nie mam dostępu, więc zostaje krótka pozycja w kontrakcie, która akurat nie jest problemem.

Żeby sprawdzić potencjał drzemiący w tej strategii, dwukrotnie w ciągu dnia sprawdziłem dziś oferty na certyfikaty dyskontowe oraz kontrakty terminowe spółek (w tym samym czasie), na których można przeprowadzić taką operację. Akurat z dopasowaniem instrumentów nie było problemu, gdyż emitent zabezpiecza się właśnie na kontraktach. Spośród 10 spółek i Wigu20, na który również są certyfikaty, w oczy rzuciły mi się dwa przypadki, na których różnice, a co za tym idzie możliwości zarobku, były największe.

Pierwszą z nich jest TPSA, gdzie cena ask certyfikatu różniła się od ceny bid kontraktu średnio o 10,43% (w mianowniku cena ask cert.), natomiast w przypadku KGHM różnica ta, a zatem i potencjalny zysk wyniosły aż 26,44%.

Żeby wszystko miało ręce i nogi, przed przystąpieniem do liczenia, trzeba uwzględnić dodatkowe koszty. Wyliczenia będę robił dla najmniejszej możliwej jednostki, czyli 100 certyfikatów zabezpieczanych 1 krótkim kontraktem. Policzymy spółkę TPSA (dlaczego nie KGHM, napiszę niżej), a więc prowizja od kupna certyfikatów to jakieś 5-6 zł, a sprzedaż kontraktu to 3 zł.

Wyliczenia opieram na braniu oferty z rynku, teoretycznie można by to było zrobić korzystniej, ale można i mniej korzystnie, więc myślę, że ten sposób będzie optymalny.

Pamiętając, że certyfikaty zapadają 20 lipca 2012, musimy przewałkować kilka serii kontraktów. Zakładając, że kupimy już grudniowe, później musimy nabyć marcowe, czerwcowe i wrześniowe, a następnie te ostatnie sprzedać, więc operację przeprowadzamy pięciokrotnie. Uwzględniając spread w kwocie 5 punktów na kontrakt, dorzucając 3 punkty prowizji i mnożąc przez 5 otrzymujemy 40 zł, a po dodaniu kosztu zakupu certyfikatów możemy całość zamknąć kwotą 50 zł, która będzie naszym kosztem przy tej strategii.

Przechodząc do przykładu, certyfikat na akcje TPSA kosztował dziś 14,75 zł (ask), podczas gdy kontrakt terminowy 16,30 zł. (bid). (16,30-14,75)/14,75= 10,51% zysku do zrobienia. Jako, że jednostkowo, różnica ta wynosi 1,55 zł, a więc w przypadku 100 sztuk certyfikatu i 1 kontraktu (opiewającego na 100 akcji), otrzymujemy teoretyczny zysk w kwocie 155 zł (bez prowizji).

Załóżmy wariant wzrostowy. 20 lipca 2012 akcje TPSA będą wyceniane na 19 zł. Długa pozycja daje nam 425 zł zysku (100*(19-14,75)=425), a krótka pozycja przynosi 270 zł straty (100*(19-16,30)=270). W efekcie otrzymujemy zysk w kwocie 155 zł (425-270=155).

Przyjrzyjmy się więc wariantowi spadkowemu, w którym 20 lipca 2012 TPSA będzie wyceniana na 10 zł za akcję. Na certyfikatach tracimy 475 zł, a na krótkim kontrakcie zarabiamy 630 zł, co w efekcie również daje nam 155zł. 

Tak więc widzimy, że strategia ta jest faktycznie arbitrażem. Niezależnie od zachowania rynku, nasz zysk jest taki sam, a do tego jest pewny. Różnice mogą się pojawić przy rolowaniu kontraktów. 

Spójrzmy teraz, jaki kapitał trzeba zaangażować, aby zrobić tę strategię, co pozwoli nam oszacować stopę zwrotu. Certyfikaty nie posiadają lewara, a więc wykładamy pełne 1475 zł. Niestety, nie porozumiałem się z kalkulatorem SPAN na stronie GPW, więc zakładam konieczność wyłożenia 150 zł na depozyt. Nie uwzględniam ewentualnych wymogów, gdyby pozycja szła przeciwko kontraktowi.

Dla precyzji dodam, że nie uwzględniam również wyceny teoretycznej kontraktu, a konkretnie stopy wolnej od ryzyka w tej wycenie. Kontrakt na 3 miesiące przed wygasaniem powinien być nieco powyżej instrumentu bazowego. Teoretycznie więc, krótkie pozycji powinny być bardziej zyskowne, niż to przyjąłem w wyliczeniach, ale tutaj to pomijam.

Tak więc w sumie mamy 1625 zł, które musimy zaangażować, aby osiągnąć 105 zł zysku (po prowizjach). Daje nam to zysk rzędu 6,46%. Ale, ale! Pamiętajmy, że zysk ten osiągniemy do 20 lipca, a więc nie jest to roczna stopa zwrotu. Rocznie, będzie to w przybliżeniu 7,55% zwrotu.

Oto macie więc przed sobą strategię arbitrażową, w której możecie zarobić 7,55% rocznie, a jeśli będą sprzyjały Wam wiatry, nawet trochę więcej, gdyż rolowanie kontraktów może się lepiej udawać z racji wyższej wyceny (stopa wolna od ryzyka). Dobre rezultaty może nam dać zastąpienie kontraktów instrumentami CFD, gdzie odpadają koszty rolowania, lecz dochodzą chyba punkty swapowe lub inne wymogi depozytowe. Czy warto? Rzecz gustu.

//////////////////////////////////

Na razie poprzestanę na tym, co wyżej napisałem i pozostawię Was z małą zagadką: gdzie tu jest haczyk, przez który nie robiłem obliczeń na przykładzie KGHMu?

Odpowiedź zostanie rozwinięta w kolejnym wpisie.

czwartek, 8 września 2011

Covered call inaczej

Miałem dziś okazję partycypować w szkoleniu na temat warrantów, organizowanym przez FERK we współpracy z GPW. Niestety, nie mogłem uczestniczyć w całości szkolenia, lecz cieszę się, że byłem na pierwszej jego części, gdzie przedstawiciele Raiffeisen Centrobanku (RCB), emitenta warrantów i całkiem dużej liczby certyfikatów na naszej giełdzie, prezentowali ogólną ofertę produktów strukturyzowanych, które postanowili przywieźć nad Wisłę.

W trakcie szkolenia okazało się, że umknął mi, a także czytelnikom, którzy nie wspomnieli w komentarzach, fakt pojawienia się certyfikatów bonusowych i dyskontowych. Są to dwa rodzaje instrumentów, których budowa opiera się na wykorzystaniu opcji oraz instrumentu bazowego, a których celem jest umożliwienie zagrania pod konkretne scenariusze, które mogą zaistnieć na rynku.

Dziś przedmiotem wpisu będzie certyfikat dyskontowy na akcje spółki TPSA. W dużej mierze dlatego, że w certyfikacie bonusowym strzeliła już bariera, przez co bonus zniknął, a sam certyfikat przekształcił się w zwykły tracker.

Czym jest więc certyfikat dyskontowy? Mówiąc najprostszymi słowami, jest to instrument umożliwiający nabycie po niższej cenie instrumentu bazowego. A dokładniej, jest to nabycie po niższej cenie prawa do otrzymania kwoty równej wartości instrumentu bazowego w dniu wygaśnięcia certyfikatu. Jest to więc forma strategii covered call, tyle że tam kupujemy instrument bazowy, a później sprzedajemy opcję, a tutaj mamy to wszystko już w jednej paczce. Skutkiem tego, nie możemy dowolnie wybierać strike'a sprzedawanej opcji, ale musimy zaakceptować warunki zaoferowane przez emitenta. Ważne jest też, że jest to opcja europejska, a więc nie możemy zażądać wcześniejszego wykonania.

Założenie jest takie samo, jak przy strategii covered call. Premia opcyjna (w tym wypadku jest to dyskonto) tym większa, im dalej do wygaśnięcia oraz im wyższa zmienność panująca na rynku.

Przyglądając się już konkretnemu przypadkowi, należy rzucić okiem na certyfikat dyskontowy na spółkę TPSA. Więcej certyfikatów dyskontowych i bonusowych TUTAJ(.xls). Nazywa się RCTPS02DC, a jego kod ISIN to AT0000A0LTF6. Kod ten jest o tyle ważny, że pozwala nam dotrzeć do specyfikacji instrumentu, dostępnej na stronie RCB. Oczywiście, jak wszędzie, podstawą podejmowania decyzji inwestycyjnych jest masa opasłych dokumentów w obcym języku, warto o tym pamiętać.

Tak więc certyfikat na akcje spółki TPSA opiewa na 1 akcję każdy. Oznacza to, że kupując 1 sztukę certyfikatu, robimy covered call o wartości 1 akcji. Jest to spore ułatwienie, gdyż od razu w arkuszu widzimy cenę z uwzględnieniem dyskonta, a więc wiemy, o ile będziemy do przodu w porównaniu do ceny rynkowej. Certyfikat zapada 20 lipca 2012 roku, a więc za około dziesięć miesięcy. Tak więc jeśli zakładamy się z rynkiem o cenę TPSA, to zakład ten trwa do tej daty, o ile wcześniej nie sprzedamy certyfikatu.

Ważnym elementem konstrukcji takiego certyfikatu jest CAP, czyli maksymalny możliwy pułap zysku, jaki możemy uzyskać. W przypadku covered call jest podobnie, gdyż jest to strategia z ograniczoną możliwością zysku. Nasz certyfikat ma ten poziom w punkcie 20 zł za jedną akcję TPSA. Czyli nawet jeśli 20 lipca akcje spółki będą notowane w cenie 50 zł, za każdy certyfikat otrzymamy tylko 20 zł. taka jest istota covered call i jej substytutów. Ważnym zastrzeżeniem jest fakt, iż rozliczenie odbywa się w formie pieniężnej, a zatem nie otrzymujemy za nasze certyfikaty akcji, ale środki pieniężne o równowartości ceny akcji na koniec życia certyfikatu.

Ryzyko w stronę spadków nie jest ograniczone. A zatem w razie zniżki, będziemy w niej uczestniczyli, ale nasza strata będzie pomniejszona o wartość dyskonta. Zatem, w zależności o ile taniej od ceny akcji kupimy certyfikat, o tyle nasze straty będą złagodzone.

Kolejnym ważnym zastrzeżeniem jest fakt, że posiadamy certyfikat, a nie akcje, a zatem nie przysługuje nam prawo do dywidendy. Dywidendę zgarnia emitent, który zabezpiecza wypuszczone instrumenty na papierze bazowym. Ale żeby nie było, że jesteśmy grubo stratni, dywidenda powiększa stopę dyskonta, a zatem im większa antycypowana dywidenda, tym taniej możemy nabyć certyfikat w porównaniu do ceny akcji.

Żeby trochę przejść do realnych warunków, w których przyjdzie nam działać, zobaczmy co możemy teraz zrobić. Niestety, jest już późno, więc w arkuszu nie wiszą oferty animatora, jak również nie jestem w stanie dotrzeć do żadnych danych transakcyjnych dotyczących tego certyfikatu. Jest tylko kurs odniesienia, który niczego nie oznacza. Dlatego też postaramy się obejść problem. Kopiując kod ISIN na stronę RCB docieramy do specyfikacji instrumentu, a tam podane są również oferty bid i ask wystawiane przez austriackiego animatora. Jako, że są w euro, mnożymy cenę ask z 19.25 (3,69euro) przez kurs waluty w tamtej chwili (mój broker forex podaje 4,26), co w efekcie sugeruje nam, że bylibyśmy w dniu dzisiejszym w stanie nabyć tenże certyfikat po cenie 15,72 zł za sztukę. Patrząc na dzisiejszą cenę zamknięcia akcji TPSA i zakładając, że utrzymałaby się ona do 20 lipca 2012, mamy (17,70-15,72)/15,72 = 12,59 % zysku. I to w około 10 miesięcy, co proporcjonalnie w skali całego roku daje nam trochę wyższy wynik. Najlepsze wyniki strategia ta daje nam w punkcie CAP, czyli jeśli akcje 20 lipca będą kosztowały równo 20zł (około 27,2% zysku).

Niestety, nie jestem w stanie na szybko przygotować profilu wypłaty dla tej strategii, ale przedział zyskowności będzie z pewnością powyżej 20 zł dla wariantu wzrostowego (być może 24,28 zł, czyli CAP powiększony o różnicę między CAPem a ceną nabycia). Dla wariantu spadkowego nie mamy ograniczenia strat, ale za to są one złagodzone o dyskonto, co z pewnością ma duże znaczenie. 

Pytanie, czy warto pod ten wariant zagrać. Patrząc na wykres spółki TPSA widzimy, że od 2,5 roku porusza się ona w kanale między 14 a 19 zł. Zatem zakładamy, iż jeszcze przez najbliższe 10 miesięcy spółka utrzyma się w tym przedziale. Jak też zaznaczałem, kupno certyfikatu jest korzystniejsze od posiadania akcji w pewnym zakresie powyżej 20 zł oraz w pewnym zakresie poniżej. Szczególnie ten zakres poniżej wymaga dokładnego przeliczenia z uwzględnieniem antycypowanej stopy dywidendy, ale tego się nie podejmuję.

Przyznam, że poważnie rozważam nabycie tego certyfikatu, przynajmniej w jakiejś rozsądniej ilości. Jeśli ktoś będzie miał okazję, niech sprawdzi w ciągu dnia i wrzuci w komentarzach oferty animatora na tym certyfikacie. Według zapewnień na stronie, spread powinien wynosić około 1,4%, ale ciekaw też jestem dokładnych ofert, w tym również trafności moich obliczeń teoretycznych.

Wpis zrobiłem na gorąco, po pierwszym spotkaniu z certyfikatem typu dyskontowego, a więc być może nie ustrzegłem się błędów. Dlatego też proszę o krytyczne podejście do moich obliczeń i konkluzji, aby później nie ponosić ich konsekwencji na własnej skórze.

Jesteście zainteresowani takim instrumentem?

poniedziałek, 14 marca 2011

Certyfikaty strukturyzowane - ryzyko walutowe c.d.

W poprzednim wpisie dotyczącym certyfikatów strukturyzowanych pisałem o ryzyku walutowym, którego to elementu nie możemy pomijać. Możliwe jest oczywiście przyjęcie założenia, że będziemy inwestowali w surowce w złotówkach, lecz jest to często nieopłacalne, zwłaszcza wobec umacniania się złotówki wobec dolara. Jak można temu przeciwdziałać?

Oczywiście zabezpieczając się. Aby nasze pozycje były odporne na te wahania, należy zająć krótką pozycję na parze USD/PLN, czyli de facto sprzedać dolary, których nie mamy. W świetle obecnych możliwości na polskim rynku, realne wydają mi się dwie możliwości. Pierwszą z nich jest zajęcie krótkiej pozycji na kontrakcie terminowym notowanym na GPW. Wiąże się w tym jednak szereg trudności, w szczególności wymogi depozytowe oraz konieczność rolowania pozycji co serię, a więc i pewne prowizje. Ponadto, standardowo kontraktu walutowy opiewa na 10 000 jednostek waluty, tak więc najmniejsza pozycja, jaką możemy w ten sposób zabezpieczyć jest warta prawie 29 tys. PLN. To sporo.

Inną metodą jest otwarcie konta o brokera forexowego oferującego mikroloty. Wielkość zabezpieczanej w ten sposób pozycji spada do 2 900 PLN co powinno już być akceptowalne dla mniejszych inwestorów. Ponadto, odpada nam kosztochłonne odnawianie pozycji. Na marginesie dodam, że zabezpieczam swoje certyfikaty właśnie w ten sposób.

O tym, że ceny podlegają trendom, dobrze wiemy. Kursy walut nie są tu wyjątkiem, choć trudno jest nie zauważyć, iż trendy te przebiegają w nieco inny sposób. Patrząc jednak na skalę wzrostów na parze USD/PLN w drugiej połowie 2008 roku, trudno jest nie zadać sobie pytania "czy przez ten czas też miałabym/miałbym utrzymywać krótką pozycję?". Odpowiedzi każdy musi udzielić sobie sam.

Ja, jak się może domyślacie, stwierdziłem, że nie będę trwał przy shortach na USD/PLN niezależnie od tego, jak para będzie się zachowywała. Oczywiście rację będą miały osoby, które powiedzą, że to nie ma już nic wspólnego z zabezpieczaniem, a jest wyłącznie spekulacją. Mam tego świadomość, lecz nie zmienia to bardzo stanu rzeczy. Serce mi się kraje, jak widzę piękne wzrosty na srebrze czy złocie, a mam w tym czasie zajętą krótką pozycję na walucie.

Tak więc ryzyko walutowe nie jest nieodłącznym elementem inwestowania w certyfikaty strukturyzowane na GPW. Możemy je akceptować, zabezpieczać lub nawet wykorzystać na naszą korzyść. Wszystko wynika z naszych potrzeb, akceptacji ryzyka oraz realizowanej strategii.

niedziela, 6 marca 2011

Certyfikaty strukturyzowane - ryzyko walutowe

Wszystkie certyfikaty strukturyzowane RC notowane są w złotówkach. Dzięki temu mamy możliwość inwestowania w różnego typu aktywa bez konieczności wymiany waluty, co znacząco ułatwia sprawę. O ile w przypadku indeksów (np. DAX) nie ma to większego znaczenia, gdyż oryginalnie podawany jest on w punktach, to problem pojawia się z chwilą, gdy chcemy zainwestować nasze środki w któryś z surowców. Na światowych rynkach ich cena podawana jest w dolarach, więc w tym przypadku, oprócz ryzyka rynkowego, musimy się również zmierzyć z ryzykiem walutowym. Oto, jak przedstawia się wykres złota w PLN oraz USD, a także kurs USD/PLN od 2005 roku:
 Widzimy wyraźnie, że do mniej więcej połowy wykresu (czyli do lipca 2008) umacniająca się złotówka zabierała sporą część wzrostów na złocie. Jednak dynamiczna zmiana trendu (którą odczuli kredytobiorcy i przedsiębiorstwa bawiące się opcjami) w znaczący sposób wpłynęła na ceny złota w złotówkach.

Sytuacja taka może prowadzić do paradoksów, gdy dużo mówi się o rekordach cenowych na jakimś surowcu, podczas gdy jego wykres w rodzimej walucie kształtuje się zupełnie inaczej. Trzeba być świadomym tego faktu, gdy chce się inwestować w certyfikaty na surowce oferowane przez RC, gdyż podkreślmy raz jeszcze, są one notowane w złotówkach.

Skoro zatem certyfikat RC ma odzwierciedlać wycenę aktywów w PLN, warto jest sprawdzić, czy odzwierciedla rzetelnie. Dokonałem porównania ceny srebra (cena spot mnożona przez walutę) z notowaniami certyfikatu:
Różnice widać dopiero po bliższym przyjrzeniu się wykresowi. Pokazuje to, iż certyfikat kwotowany jest wiernie, przez co można sobie odpuścić wszelkie próby arbitrażu, spready sprawiają, że jest to nieopłacalne.

Tak więc przy certyfikatach typu long osłabiająca się złotówka jest naszym sprzymierzeńcem. Im droższy dolar, tym wyżej znajduje się certyfikat. Problem może się pojawić w przypadku certyfikatu typu short. W świetle obecnej oferty będzie to jedynie krótka ropa, gdyż na krótki DAX waluta nie ma wpływu. 

Certyfikat SCRA rośnie, kiedy ropa spada. Szczegółowy wzór konstruowania jego notowań (dla wyceny w EURO) znajduje się pod tym adresem. Przełożenie na nasz rynek odbywa się poprzez uwzględnienie waluty. W tym wypadku, umocnienie dolara względem złotówki działa przeciwko nam, gdyż niweluje spadki na ropie, a co za tym idzie, wzrost ceny certyfikatu na krótką ropę jest słabszy. 

W następnym wpisie zobaczymy, czy da się coś poradzić na to ryzyko kursowe.

środa, 23 lutego 2011

Certyfikaty strukturyzowane - oferta i płynność

Niezmiernie bawią mnie, prezentowane na różnego typu szkoleniach, wypowiedzi przedstawicieli GPW, który opowiadają, jak to szeroką ofertę inwestycyjną prezentują certyfikaty strukturyzowane. Patrząc na to zagadnienie z formalnego punktu widzenia, mają rację i trudno zarzucić im kłamstwo. Już same certyfikaty Raiffeisen Centrobanku (RC) pozwalają inwestować m.in. w:

Indeksy:
- DAX,
- DJ Euro STOXX 50,
- Nikkei 225,
- Nasdaq 100,
- RTX.

Surowce:
- ropa,
- złoto,
- srebro,
- gaz ziemny,

Towary rolne:
- kakao,
- kawa,
- cukier,
- pszenica,
- kukurydza,
- soja,

Koszyki towarów:
- koszyk metali (po 25% - srebro, złoto, platyna, pallad)
- koszyk rolnych soft (po 25% - kukurydza, pszenica, cukier, rzepak),
- koszyk rolnych food (po 20% - kawa, kakao, cukier, soja, pszenica),

Regionalne koszyki spółek:
- CECE EUR (rynek polski, czeski, węgierski),
- CECExt (rynek słoweński, chorwacki, bułgarski, rumuński),
- Skandynawia (Dania, Szwecja, Norwegia)

Krajowe koszyki spółek:
- RPA,
- Turcja,

Koszyki sektorowe:
- spółki wydobywające żelazo,
- spółki wodne (pompowanie, filtracja),
- spółki leśne (dbające o odpowiednie użytkowanie drewna).

Certyfikaty typu SHORT (rosną, gdy instrument bazowy spada):
- ropa,
- DAX.

Ponadto można odszukać certyfikaty na konkretne sektory i regiony (CEE budownictwo) oraz na poszczególne spółki. Oferta jest faktycznie szeroka, dokładny spis certyfikatów tutaj.

Wracając jednak do moich zarzutów dotyczących możliwości REALNEGO inwestowania, czyli korzystania z dostępnej oferty, zapraszam do obejrzenia wykresu certyfikatu spółek z branży leśnej. Wykres nie istnieje, co zostało stwierdzone u trzech różnych dostawców danych. Hmm? Sprawdźmy dalej. Certyfikaty na DIESEL? To samo, brak jakichkolwiek danych. Na spółkach wydobywających rudę żelaza doszło do 4 transakcji, z czego ostatnia opiewała na prawie 300 zł. Wow.

Ale, ale, jest dobra nowina, RC animuje swoje certyfikaty. Zatem zaglądamy tutaj, gdzie pod pozycją 703 widzimy od razu, że animowana jest dużo mniejsza ilość certyfikatów niż jest notowana. Ten fakt, w połączeniu zaprezentowanymi powyżej przykładami zupełnego braku transakcji na certyfikatach, stawia pod poważnym znakiem zapytania faktyczną szerokość oferty dla inwestorów.

Jako że niniejszy blog nie służy wyszukiwaniu problemów, ale rozwiązywaniu ich, zastanówmy się, na czym udaje się zagrać. Niestety nie udało mi się odszukać na stronie GPW warunków animacji dla konkretnych certyfikatów, na maila również nie uzyskałem odpowiedzi, więc muszę się oprzeć na materiałach ze szkolenia Roberta Raszczyka (jeszcze wtedy w GPW) z grudnia 2009 roku, gdzie przykładowo podaje następujące maksymalne spready (w %) i wielkości pozycji (szt. w zleceniu) oferowane przez animatora:

Ropa Crude - 2% - 1000,
Złoto - 2% - 500,
DAX - 3% - 1000,
DJ Euro STOXX - 3% - 1000,
Srebro - 4% - 1000,
Kawa - 5% - 1000,
Cukier - 5% - 1000,
Pszenica - 9% - 1000.

Jak więc widzicie, na tych walorach zawsze można kupić lub sprzedać określoną ilość papierów. Tym bardziej dziwi mnie sytuacja opisana przez Tobiasza pod poprzednim wpisem. O ile więc zlecenia animatora zawsze gdzieś są (o ile certyfikat jest animowany), to dokonanie transakcji może być utrudnione z racji, nie bójmy się tego słowa, tragicznego niekiedy spreadu. Trochę pocieszać może fakt, iż jest to spread maksymalny i niekiedy animator daje węższe widełki. Skali promocji nie znam, gdyż trzeba by było posiedzieć online i pooglądać arkusz.

Nasze szczęście jest takie, że oferty kupna/sprzedaży pochodzą nie tylko od RC, ale również od inwestorów, którzy są zainteresowani obracaniem danym walorem. Dlatego też możemy powiedzieć o pewnym gronie liderów, gdzie płynność jest już zadowalająca. Oto mój autorski ranking, poczynając od tych najbardziej płynnych:

RCSCR - krótka ropa,
RCSIL - srebro,
RCGLD - złoto,
RCNMB - koszyk metali,
RCSUG - cukier,
RCKAO - kakao,
RCWHT - pszenica,
RCCOR - kukurydza,
RCSDX - krótki DAX.

Mogłem coś pominąć, ale raczej nie ma tego wiele. Wychodzenie poza powyższy zestaw może prowadzić do znacznego wzrostu kosztów spreadu, a co za tym idzie, obniżać rentowność inwestycji.

Tak poza tematem, patrząc na powyższe zestawienie w miarę płynnych certyfikatów, można odnieść wrażenie, że inwestorzy są zainteresowani głównie inwestowaniem w towary i surowce, a także szukają okazji do gry na spadkach.

c.d.n.

niedziela, 20 lutego 2011

Certyfikaty strukturyzowane - podstawy

Po dość długiej przerwie, czas powrócić do tematu certyfikatów strukturyzowanych. Nie bardzo lubię zajmować się aspektami ściśle formalnymi, ale trzeba poznać kilka cech tego typu instrumentów, żeby móc bez problemów w nie inwestować lub mówiąc dokładniej, nimi spekulować.

Certyfikat strukturyzowany RC jest instrumentem finansowym, który ma odzwierciedlać zmiany cen waloru, na którym jest oparty. Nazywany jest z tego względu "trackerem". W kwestii zasad obrotu warto wspomnieć, iż certyfikaty notowane są na rynku równoległym GPW, począwszy od 9.30 aż do 17.30. Co ważne, notowane są w PLN, o czym będę wspominał w kolejnych wpisach. Rozliczenie transakcji odbywa się na zasadzie T+2.

Nazewnictwo certyfikatów ma swoją specyfikę. Pierwsze dwa znaki to symbol emitenta, kolejne trzy to nazwa instrumentu bazowego, kolejny to nazwa serii, a ostatnie cztery to data zapadalności. I tak:

RCGLDAOPEN oznacza:

RC - Raiffeisen Centrobank,
GLD - gold, certyfikat śledzi ceny złota,
A - seria A,
OPEN -brak określonego terminu zapadalności.

Wszystkie certyfikaty RC będą miały podobne nazwy, z różnicą na instrument bazowy oraz datę zapadalności (wygasający w sierpniu 2012 będzie miał końcowe cztery znaki - 0812).

Następną ważną cechą certyfikatów inwestycyjnych jest lewar, którego brak :) Tak więc płacąc 2000 zł za kilka certyfikatów nie czerpiemy zysków od większej pozycji, a co za tym idzie nie ma tutaj czegoś takiego, jak depozyt.

Inną ważną różnicą jest fakt, iż instrument oddaje cenę waloru 1:1, co oznacza, iż nie ma (w przeciwieństwie do kontraktów) premii lub dyskonta. Tak więc wszelkie transakcje arbitrażowe są raczej bez sensu, zwłaszcza wobec funkcjonującej płynności.

Kolejna rzecz to opłaty, których również brak :) Emitent nie pobiera żadnych opłat za wystawianie danego instrumentu czy też za pilnowanie, aby nie odbiegał od instrumentu bazowego. Płacimy więc tylko prowizje maklerskie, zgodnie z cennikiem dla akcji. Naszym kosztem, a zarobkiem emitenta jest spread, gdyż to Raiffeisen animuje swoje certyfikaty.

Z rzeczy praktycznych warto jeszcze wspomnieć, iż na certyfikaty strukturyzowane nie można składać zleceń PCR oraz PCRO. Jeśli chce ktoś kupić po spreadzie może zawsze złożyć zlecenie z odległym limitem.

Dla niektórych może być jeszcze istotne, co kupujemy decydując się na taki instrument. Z mojej wiedzy wynika, że nic. Tzn. nie stoją za tym jakieś konkretne aktywa typu sztaby złota w skarbcu lub pszenica w magazynach. Dlatego też do ryzyk inwestowania w tego typu certyfikaty należy zaliczyć ryzyko wypłacalności emitenta. Zapewne są gdzieś zawarte szczegółowe informacje dotyczące gwarancji, ale niestety nie starczyło mi siły, żeby do nich dotrzeć :)

niedziela, 13 lutego 2011

Dobrze jest tam, gdzie nas nie ma

Tym mało optymistycznym tytułem chciałbym zainaugurować nowy cykl wpisów dotyczący inwestowania w instrumenty nie będące akcjami i nie związane z sytuacją na polskim podwórku. Mam tu głównie na myśli certyfikaty emitowane przez Raiffeisen Centrobank, które dają możliwość lokowania kapitału w inne rynki akcji, surowce, towary rolne lub koszyki różnego typu aktywów. Jeśli się rozpędzę, być może pogrzebiemy jeszcze w certyfikatach innych emitentów, których na obecną chwilę bliżej nie badałem.

Po co się interesować tego typu sprawami? Głównie po to, żeby mieć możliwość dywersyfikacji naszych inwestycji. Kupowanie kilku różnych spółek, nawet jeśli należą one do zupełnie odmiennych sektorów, jest ciągle inwestowaniem w akcje, a więc tę samą klasę aktywów. W 2008 roku rynek akcji spadał po całości, a inwestorzy tracili duże sumy. Co prawda byli to głównie inwestorzy, którzy przespali moment na zamknięcie pozycji i wieźli coraz większą stratę, ale myślę, że można śmiało założyć, iż niektórzy nie mieli świadomości, że na GPW można nabyć instrumenty o ujemnej korelacji z indeksami (nie licząc kontraktów terminowych dających możliwość zajmowania krótkich pozycji). Poniżej przedstawiam wykres certyfikatu RC na krótką ropę, który pojawił się już w trakcie spadków na akcjach, ale mimo tego dosyć dobrze obrazuje, gdzie można było szukać zarobku w tym czasie.
Oczywiście wykres spreparowałem tak, żeby pokazywał tylko okres wzrostów, ale jego zadaniem jest działanie na wyobraźnię :) Jak już się bawimy to pokażę jeszcze złoto za ostatnią dekadę, ale z zastrzeżeniem, że jest to wykres w USD, co jak się później okaże, nie jest bez znaczenia:
Cykl ten będzie niejako kontynuacją poprzedniego, głównie dlatego, że inwestowanie w certyfikaty jest raczej wskazane przy poszukiwaniu trendów długoterminowych. Przyczyną są zarówno spready, które mogą stanowić całkiem pokaźny koszt przy transakcjach zaplanowanych na mniej niż kilka miesięcy, jak również sama specyfika aktywów, na które proponowane są certyfikaty. W końcu jeśli ktoś chce dokonywać dużej liczby transakcji na małych ruchach, prędzej wybierze kontrakty.

Tak więc zapowiada się kilka interesujących wpisów, które mogą nieco poszerzyć spektrum możliwości, które stoją przed inwestorem na GPW. Szczególnie warte zainteresowania certyfikaty są w kontekście IKE. W końcu jak już planujemy inwestycje mogące przeciągnąć się na kilka lat, to czemu nie spróbować przy okazji ominąć podatek?