Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia inwestowania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia inwestowania. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 marca 2015

A czy Ty przegrałeś już na giełdzie nowy samochód?

Motyw samochodu na giełdzie pojawił się w mojej świadomości w czasach, kiedy jeszcze nie byłem obecny na parkiecie. Gdzieś w połowie 2008 roku mój ojciec wybrał się do placówki banku i po powrocie do domu wspomniał, że przed nim w kolejce stał mężczyzna, który odkupował jednostki TFI. Jeśli pamiętacie, jak silnie wtedy wszystko spadało, wiecie zapewne, jaką minę mógł mieć ten człowiek. Ojciec przytoczył tylko jego narzekania, że nowe Volvo odjechało, właśnie z powodu strat poniesionych na funduszach.

Dokładnie ten sam mechanizm dostrzegamy podczas inwestowania na giełdzie. Zaczynamy zazwyczaj z niewielką kwotą, do której jesteśmy przyzwyczajeni. Dla niektórych będzie to 5 tysięcy, dla innych 50 lub 100 tysięcy. W każdym razie zarządzanie takimi pieniędzmi nie stanowi dla nas problemu.

Jeśli jednak kapitał staje się dla nas znaczącą kwotą, mogą pojawić się problemy. Weźmy chociażby kwotę 50 tysięcy przy miesięcznym wynagrodzeniu inwestora (na etacie) na poziomie 3 tys. zł netto. Okazuje się wtedy, że zaczynamy przeliczać. I strata rzędu 6% portfela nie stanowi dla nas wirtualnych sześciu procent, ale jest równowartością miesięcznych zarobków. I pojawiają się różne dziwne myśli. Tak samo dzieje się w sytuacji, gdy zarobimy te trzy tysiące. Człowiek wstaje rano i pracuje dla kogoś przez cztery tygodnie, a na giełdzie jedna dobra transakcja pozwala na osiągnięcie tego samego efektu, praktycznie bez wysiłku. Jaki jest tego efekt?

źródło: allfamilysites.com

poniedziałek, 9 marca 2015

Nudne życie analityka technicznego

Analitykiem technicznym jestem praktycznie od początku mojej przygody z giełdą. Urzekła mnie chyba uniwersalność tego podejścia, gdyż posiadając wypracowane kryteria oceny poszczególnych spółek, możemy skupić się na samych wykresach, niemal zupełnie odpuszczając wszystko to, co za nimi stoi. Podobnie sytuacja wygląda w przypadku walut, gdzie każda kolejna para jest dla mnie wykresem. I nie ma większego znaczenia, co robi bank centralny tego czy innego kraju. Gwałtownego wydarzenia nie przewidzę, a rynkową reakcję i tak zobaczę na wykresie. Nic mnie nie omija.

Jeśli siedzimy w temacie trochę dłużej, mamy już swoje wypracowane podejście. Ulubione wskaźniki lub system, który stosujemy. Wtedy też nie interesują nas również te spółki, które nie spełniają naszych kryteriów. Inni inwestorzy pytają czasem mnie jako blogera, co myślę na temat tej czy innej spółki. Najczęściej nic nie myślę, bo to nie jest spółka, którą bym kupił. Oczywiście mogę powiedzieć, jak wygląda jej sytuacja z punktu widzenia tego czy innego wskaźnika technicznego, ale co z tego, skoro danego wskaźnika nie stosuję w moim własnym podejściu i nie mam wiedzy na temat jego skuteczności lub braku skuteczności. Ot, wypowiem się, ale można w ten sposób zrobić więcej złego niż dobrego, jeśli niefrasobliwie wypowiada się opinie, na które być może ktoś postawi pieniądze.

sobota, 29 listopada 2014

Trudna sztuka nicnierobienia kluczem do sukcesu

Nie jest łatwo być inwestorem zarabiającym na giełdzie. Jednym z problemów, które często przytrafiają się początkującym, ale nie tylko, jest poczucie, że trzeba dokonywać transakcji. Dotyczy to zwłaszcza rynku instrumentów pochodnych, ale nie tylko. Czasami rynek nam nie sprzyja, ale mimo tego zajmujemy pozycję. W tej chwili mam do czynienia właśnie z taką pokusą.


Jak widzimy na powyższym wykresie z PowerTradera, indeks Wig20 znajduje się aktualnie blisko szczytu trójkąta symetrycznego, będącego niejako punktem decyzyjnym dla tej formacji. Z drugiej strony, nie mam absolutnie żadnych oczekiwań kierunkowych co do dalszych ruchów tego indeksu. Zazwyczaj jest tak, że potrafię stosunkowo łatwo ocenić, czy rynek znajduje się w okresie wyczerpania czy wykupienia lub czy się do takiego stanu zbliża. Wykorzystuję to chociażby przy moich transakcjach na opcjach i podejście to bardzo dobrze mi się sprawdza. Teraz jednak nie mam żadnego określonego planu. Decyzja może być tylko jedna - nie handluję.

czwartek, 30 października 2014

Inwestowanie nie jest dla każdego - powiedzmy to szczerze

Zastanawiałem się ostatnio, czy inwestowanie jest aktywnością, którą każdy jest w stanie opanować. Nie mam oczywiście na myśli samego wykonywania zleceń, ale osiąganie długoterminowej dodatniej stopy zwrotu, dodatkowo przekraczającej stopę zwrotu z indeksu. Czy możliwe jest stwierdzenie, że każdy, kto ma chęci, prędzej czy później stanie się inwestorem odnoszącym sukcesy.

Przy inwestowaniu, jak w przypadku wielu innych godzin, mówi się o zasadzie 10 000 godzin. Tyle czasu potrzeba (teoretycznie) poświęcić, aby stać się ekspertem w jakiejś dziedzinie. Czy działa to też w naszym przypadku? Czy możemy ten czas zapakować w określoną ilość tekstów, filmów i szkoleń, przekuć w określone gigabajty danych, których przetworzenie da nam np. 95% prawdopodobieństwo, że dołączymy do grona skutecznych inwestorów?

Sądzę, że niestety, nie jest to możliwe. Każdy z nas posiada nieco inną pozycję wyjściową. Inne wychowanie, mentalność, wpojone wzorce kulturowe i zachowania. Inaczej kojarzymy fakty, syntetyzujemy dane i tworzymy nowe rozwiązania. Jesteśmy po prostu różni. Dlatego przeczytanie określonej książki, np. Mistrzów rynków finansowych, może u jednej osoby stanowić brakujący element w układance, a komuś innemu nie przyniesie niczego poza kilkoma faktami, które spoczną gdzieś w zakątkach pamięci.

Być może inwestowania można się nauczyć patrząc na wykresy? I tu znów możemy posadzić kilka osób, każąc im każdego dnia przez określony czas (np. rok) analizować notowania cenowe i dokonywać na tej podstawie własnych transakcji. Jednym uda się wychwycić prawidłowości pozwalające na pobicie indeksu, podczas gdy inni stracą pieniądze. Dostarczyliśmy tych samych bodźców, a jednocześnie otrzymaliśmy inny wynik. Czyja wina? Niczyja.


wtorek, 23 września 2014

Czy jest tu jakiś doświadczony inwestor?

Kilka dni temu, w minioną środę na jednym z czatów giełdowych, padło podobne pytanie, gdzie wirtualny inwestor (być może inwestujący też realne pieniądze) poszukiwał kogoś z większym doświadczeniem. Pytanie, na jakie poszukiwał odpowiedzi brzmiało mniej więcej tak: będzie teraz rosło, czy spadało?

Trudno jest się nie uśmiechnąć, widząc takie podejście do rynku i inwestowania, ale z drugiej strony każdy z nas kiedyś przez to przechodził i znamy to z własnych doświadczeń. Wiele osób pozostaje właśnie na tym etapie inwestowania, kiedy to za każdym razem należy się zastanawiać, co zrobi rynek. Zbiera się opinie innych, dokłada własne, rysuje kilka kresek i w oparciu o to próbuje zarabiać pieniądze. Z wynikiem najczęściej negatywnym.

Z doświadczenia wiem, że czasem trudno jest wydobyć się z takiego właśnie podejścia. Nie zawsze trafi się na odpowiednią osobę, książkę lub szkolenie, pozwalające na otwarcie oczu na zagadnienie długoterminowego sukcesu inwestycyjnego. Wiele osób zastanawia się więc każdego dnia, co zrobi rynek. Czyta, pyta, głowi się i kombinuje. I tak każdego dnia, od transakcji do transakcji.

Poszukiwanie długoterminowej przewagi powinno być procesem logicznym. Przecież intuicyjnie wiemy, że nikt nie otwiera budki z hamburgerami na pustyni, czy też punktu serwisującego drukarki w małej wiosce gdzieś pod lasem. Dlatego właśnie, że logika podpowiada nam, że taki biznes raczej nie będzie dochodowy. I, co ważne, nie jest to intuicja, ale przeważnie możemy wymienić kilka przyczyn takiego stanu rzeczy. Dlaczego więc w przypadku inwestowania takie zdroworozsądkowe podejście zawodzi?

czwartek, 8 maja 2014

Trzy porady, by lepiej inwestować

Zagadka:

Ilu transakcji potrzeba, żeby być lepszym na giełdzie od dużej części inwestorów?

Odpowiedź:

Żadnej. Mój portfel na jednej z gier giełdowych, mimo że nieaktywny od wielu miesięcy, ciągle utrzymuje zbliżone miejsce w rankingu.

Bardzo często rady udzielane inwestorom dotyczą "dużych" kwestii - podstawowych zasad inwestowania, które mają za zadanie pomóc w stawianiu pierwszych kroków w skutecznym funkcjonowaniu na giełdzie. Okazuje się jednak, że oprócz tych zasad istnieje wiele praktycznych porad, które potrafią często przesądzić o sukcesie bądź też porażce danego podejścia.

W tym tekście napiszę o trzech zasadach, które uważam za charakterystyczne dla mojego stylu inwestycji. W rezultacie nie wszyscy mogą się zgodzić w tymi regułami i nie wszyscy muszą. Ale sądzę, że są one przynajmniej warte rozważenia, gdyż zdecydowanie poprawiają one moje wyniki, jednocześnie podnosząc psychiczny komfort inwestowania. Z pewnością podchodząc inaczej do tych zagadnień, miałbym dużo większe problemy w codziennym radzeniu sobie z rynkiem. Z drugiej strony, z rozmów z innymi inwestorami wiem, że nie wszyscy tak do tego podchodzą, stąd też uważam, że warto jest zaproponować takie właśnie zasady.



czwartek, 27 marca 2014

Zarabianie na giełdzie okiem Humanisty [wywiad]

Niedawno odezwał się do mnie Michał Sankowski, autor bloga 30 lat później. Zaproponował mi, abym odpowiedział na kilka pytań, które dla mnie przygotował. Oczywiście podjąłem wyzwanie, a że nie mogliśmy spotkać się osobiście, zebrałem swoje odpowiedzi w formie nagrania, na wszelki wypadek (w miarę) nadającego się do publikacji. Michał w oparciu o moją wypowiedź skonstruował wpis, w którym skomentował moje spojrzenie na kwestie inwestycyjne.

Myślę, że początkujący inwestorzy mogą w tym wywiadzie znaleźć kilka rzeczy, o których jeszcze nie mówiłem. Pytania zadane przez kogoś innego zawsze stanowią coś nowego niż zagadnienia, które porusza się spontanicznie, pisząc na blogu.

Jeśli chcecie posłuchać nagrania online, zachęcam do skorzystania z opcji YouTube.


Jeśli z kolei pragniecie otrzymać je na wynos, nie ma najmniejszego problemu, wystarczy że skorzystacie z LINKU i zapiszecie je na dysku (mp3). 

Osoby chcące zadać swoje pytania, na które odpowiem w nagraniach, mogą skorzystać z cyklu Zapytaj Humanistę. Z uwagi na fakt, że pytania zadaje się zawsze pod najnowszym wpisem, polecam skorzystanie z tagu, aby sprawdzić, który z nich jest najświeższy.

niedziela, 25 grudnia 2011

Droga inwestora

W posiadanie Drogi inwestora wszedłem już jakiś czas temu, lecz dopiero teraz piszę recenzję. Książka autorstwa Tomasza Zaleśkiewicza i Grzegorza Zalewskiego jest zapisem dyskusji między dwoma osobami - psychologiem oraz spekulantem giełdowym. Autorzy po kolei omawiają stadia kondycji emocjonalnej inwestorów, nakładając je na wykres cyklu giełdowego. W efekcie możemy odczytać liczne lęki i nadzieje uczestników gry na giełdzie w miarę, jak rynek przemieszcza się od jednego cenowego apogeum do drugiego. 

Na początku mojej przygody z giełdą praktycznie nie zwracałem uwagi na jej aspekt psychologiczny. Ważniejsze wydawały mi się techniki analizowania rynku, poszczególne wskaźniki oraz wykonywanie zleceń, a psychologia schodziła na bardzo daleki plan. Dobrze obrazuje to fakt, iż czytając Eldera (Zawód inwestor giełdowy), opuściłem pierwszą część, traktującą o psychologii inwestowania, i przeszedłem od razu do kolejnych rozdziałów, poruszających rzeczy "poważniejsze".

Dopiero pierwsze poniesione na giełdzie straty sprawiły, że zacząłem dostrzegać znaczenie oddziaływania emocji na poszczególne decyzje inwestycyjne. Ciągłe sprawdzanie notowań, niemożność zamknięcia pozycji, niekiedy euforia, gdy straty udawało się odrabiać - przechodziłem większość z tych rzeczy. Patrząc z perspektywy tych 2,5 roku (bo tyle jestem obecny "w realu"), jeszcze bardziej mogę podkreślić znaczenie wpływu emocji na wyniki naszej aktywności na giełdzie.

Oprócz tego, co już przerabialiśmy, wiemy i znamy, jest jeszcze cała masa zagadnień związanych z psychologią inwestowania, z których nie zdajemy sobie sprawy. Wynikają one ze sposobu funkcjonowania naszego mózgu, ewolucyjnego ukształtowania naszej psychologicznej konstrukcji, która dobrze sprawdzała się w obliczu walki o przetrwanie, natomiast może znacząco przeszkadzać w grze na giełdzie. Tego niestety, nie jesteśmy w stanie sami u siebie odszukać, trzeba po prostu oprzeć się na badaniach przeprowadzonych przez specjalistów zajmujących się tą tematyką zawodowo.

I tu właśnie z pomocą przychodzi książka, o której wspominam. Dzięki przyjętej koncepcji rozmowy, możemy z łatwością zidentyfikować się z licznymi stanami emocjonalnymi, o których wspomina Grzegorz Zalewski (gracz giełdowy) rozmawiając z Tomaszem Zaleśkiewiczem (psychologiem). Podczas lektury odnalazłem bardzo wiele miejsc, w których mogłem rozpoznać swoje własne emocje, które zdarzało i zdarza mi się czasem przeżywać. Z kolei umieszczone w tekście ramki, zawierające wyjaśnienie poszczególnych mechanizmów psychologicznych, pozwalają nam zapoznać się z funkcjonowaniem mózgu w tej części, której nie możemy kontrolować.

Nie jest możliwe zupełne odcięcie się od emocji. Jedyną formą obrony przed podążaniem za ich głosem jest wiedza o ich istnieniu, a także samoświadomość, czyli umiejętność dostrzegania ich obecności i wpływu na nasze decyzje. Dlatego też Droga inwestora, ujmując szerokie spektrum stanów emocjonalnych, z jakimi spotykamy się w grze na giełdzie, stanowi dobre narzędzie do rozpoczęcia pracowania nad samym sobą, nie tylko w zakresie stosowanych przez nas technik, ale właśnie mechanizmów psychologicznych.

Bo cóż nam po dobrych narzędziach, skoro nie będziemy w stanie odpowiednio z nich korzystać...

Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o tej książce, sprawdźcie koniecznie mój program partnerski. A moje inne recenzje znajdziecie na poświęconej temu stronie internetowej.

czwartek, 22 września 2011

Intuicja stosowana

Za każdym razem, kiedy myślę, rozmawiam lub piszę o intuicji towarzyszącej grze na giełdzie, niezmiennie w pamięci wracam do porównania użytego bodajże przez Grzegorza Zalewskiego podczas jednego ze szkoleń. Odnosząc się do intuicji amatora i intuicji profesjonalisty, w tym drugim przypadku przywołał anegdotę o strażaku, którego intuicja ocaliła kilka osób przed śmiercią pod zawalonym budynkiem. Strażak stwierdził, że nic mu w tym budynku nie pasowało, nic nie było takie, jakie podczas pożaru być powinno, dlatego też kazał ewakuować ekipę, po czym chwilę później dom się zawalił.

Absolutnie nie aspiruję do miana profesjonalisty, ale w ostatnich dniach intuicja zaczęła kierować moją uwagę w pewne obszary portfela. W zasadzie może brzmieć to trochę nieszczerze, gdyż wpis miał się ukazać wczoraj i to przed komunikatem Bena, a dziś będzie to trochę wyglądało, jak dorabianie bajki do przeszłych wydarzeń. Niemniej postanowiłem podzielić się moimi spostrzeżeniami, gdyż to właśnie w oparciu o nie podjąłem te decyzje, niejako wbrew zasadom, którymi powinien kierować się profesjonalny inwestor.

Chodzi o utrzymywane przeze mnie od jakiegoś czasu długie pozycje na certyfikatach na złoto i srebro, zabezpieczanych na ryzyku walutowym pozycją krótką na parze USD/PLN. Sporo jest do omawiania, gdyż mamy do czynienia z kilkoma wykresami, wyrażanymi w różnych walutach. Niemniej warto o tym wspomnieć, gdyż również w tych zależnościach kryją się kwestie, które przykuły moją uwagę.

Zacząć należy od tego, co właściwie miałem. Otóż miałem złoto i srebro w proporcjach mniej więcej 2:1 na korzyść złota. Przez długi czas starałem się grać na tych metalach w dolarach, czyli utrzymując na rynku forex krótkie pozycje o wartości 100% moich pozycji w metalach. Jednak ostatnie tygodnie sprawiły (a konkretnie umocnienie dolara), że przebalansowałem nieco poziom zabezpieczenia w stronę złotówki, a co za tym idzie, częściowo zyskiwałem również na wzrostach pary USD/PLN (utrzymywana tam krótka pozycja była mniejsza niż pozycja na metalach). Zabezpieczałem ok 60% ryzyka walutowego, co pozwalało pozostałym 40% korzystać na słabnącej złotówce.

Pierwsze wątpliwości pojawiły się w przypadku złota denominowanego w dolarach.
Jak widzicie na wykresie, ceny weszły w bardzo nietypową konsolidację. "Typowość" tej konsolidacji jest bardzo subtelną kwestią, lecz dotychczas niepewność na rynkach odzwierciedlała się w silnych wzrostach na tym metalu. Ostatnie tygodnie pokazują jednak dużą niepewność również na cenie złota. Niezdolność do osiągania dalszych maksimów, dziwne zachowania i zwiększona zmienność pokazują, iż inwestorzy nie posiadają już zdecydowanie prowzrostowego nastawienia. Moją uwagę zwróciło również zachwianie pewnych dotychczas korelacji, gdyż spadkom na giełdach towarzyszą teraz spadki na złocie. Jeszcze niedawno było to nie do pomyślenia.

Czas teraz na srebro.
Srebro do kwietnia, czyli do chwili zmian w wysokościach depozytów na ten metal, traktowane było jak tańszy zamiennik złota. Po solidnej, jak widać, korekcie, popyt na ten metal zdecydowanie zmalał, mimo że również pewne wzrosty dawały nadzieję na kontynuację trendu. Jednak całość tych analiz przekreślona została przez dzisiejszą sesję, w której srebro zaliczyło bardzo mocny spadek. Okazało się jednak, że srebro to nie tylko metal inwestycyjny, ale również w dużej mierze przemysłowy. W efekcie tych wydarzeń, na srebro patrzę dziś bardziej przez pryzmat miedzi (poleciała dziś o ponad 7% w dół), niż przez pryzmat złota. 

I w końcu dolar
Nie jestem szczególnym zwolennikiem harmonii rynków, lecz pierwsze dwa szczyty dzieli dystans około 15-16 miesięcy, czyli dokładnie tyle, ile minęło od drugiego z nich do dziś. Historia pokazuje, że szczyty mają to do siebie, że po ich przekroczeniu następuje dość istotny ruch w przeciwnym kierunku. Z kolei dynamiczne trendy mają też to do siebie, że the sky is the limit, ale w sytuacji "technicznego" oczekiwania na szczyt, postanowiłem nieco spasować.

 I teraz czas na sedno całego wpisu, czyli certyfikaty na srebro i złoto.
W obu przypadkach widzimy wyraźnie wzrostową tendencję, zwłaszcza w ostatnich miesiącach. Niestety, smuci fakt, że duża część ostatnich wzrostów jest wynikiem osłabiającej się złotówki, a nie aprecjonujących instrumentów bazowych. Tak więc, z perspektywy certyfikatów, impreza trwa dopóty, dopóki USD/PLN rośnie w dotychczasowym tempie. Dziś wzrosty dolara ledwie utrzymały w ryzach spadki na złocie, ale już w przypadku srebra zrealizował się spadek o ponad 5%.

Opisane powyżej kwestie sprawiły, że postanowiłem zamknąć całość moich pozycji na tych dwóch metalach, realizując jednocześnie zyski. Z jednej strony były to certyfikaty kupowane przez IKE, pomyślane na długie trzymanie w nadziei, że te metale (głównie złoto) będą zyskiwały na wartości. Z drugiej jednak strony, doszedłem do wniosku, że skoro nie widzę na razie przesłanek do dalszych wzrostów, a rodzą się obawy o scenariusze spadkowe, nie ma co zaciskać zębów i trzeba uciekać z kapitałem.

Mimo moich obecnych obaw, jestem gotów w każdej chwili odnawiać pozycje. Ujawnia się tutaj przewaga posiadania papierowego złota i srebra, co jest w wielkiej niełasce u inwestorów wieszczących upadek globalnego systemu finansowego, gdzie jedyną twardą walutą będą sztabki zakopane w ogrodzie. Dzięki certyfikatom, kupuję złoto taniej i elastyczniej, nie ponosząc przy tym kosztów bicia, transportu i przechowywania monet bulionowych. Oczywiście ponoszę za to ryzyko emitenta, ale na razie nie wydaje mi się, aby sytuacja wyglądała tak źle.

Tak więc trend na certyfikatach nie jest już moim przyjacielem, a zyskom na razie nie pozwalam rosnąć. Zabrałem zabawki i czekam na rozwój zdarzeń, utrzymując jednak pełną gotowość do odnowienia pozycji, czy to w złotówce, czy w dolarze. 

A Wy co myślicie?

niedziela, 10 lipca 2011

Analiza techniczna vs. analiza techniczna

Zgodnie z obietnicą złożoną w jednym z poprzednich wpisów, chciałbym zrobić zastrzeżenie do treści, które prezentuję na blogu. Temat był już wałkowany kilka razy, ale w kontekście do ostatniego, mocno uznaniowego układu parabolicznego, warto go odświeżyć.

Jak dobrze wiecie, jestem analitykiem technicznym, czyli w swoich decyzjach kieruję się głównie tym, co zobaczę na wykresie. A więc mając już przygotowany zestaw strategii i technik inwestycyjnych, analizuję wykres i w zależności od tego, co tam zobaczę, podejmuję odpowiednie działania (lub się od nich powstrzymuję). 

Z drugiej strony śledząc blog Tomasza Symonowicza, który czytam od dawna i bardzo cenię, popadam w pewien dysonans. Symonowicz w swoich wpisach na temat analizy technicznej, jej zasad i podstaw konsekwentnie stoi na stanowisku, że jedyny obiektywny edge to taki, który można zweryfikować na danych historycznych, zmierzyć, zważyć i policzyć. Wszystko inne sprawia, że wyniki naszej gry na giełdzie nie są funkcją analizy technicznej jako takiej, ale naszych umiejętności, intuicji oraz zarządzania ryzykiem. Pogląd taki Kathay wyraził chociażby w TYM wpisie.

Dlatego też chciałbym, żebyście zwracali szczególną uwagę na różnego typu techniki, które zdarza mi się prezentować na blogu. Jest to szczególnie widoczne właśnie na przykładzie tej paraboli, gdzie mogę powiedzieć, że "czuję" nadchodzące odwrócenie, widzę tam jakieś przesłanki, które uważam za atrakcyjne na tyle, aby pod to zagrać. Oczywiście jest to podparte jakimiś podstawami z zakresu AT (opory, wyczerpania impetu, nachylenia wykresu), ale jest tam olbrzymia doza uznaniowości. 

Jako że dość dawno temu odpuściłem kodowanie moich pomysłów inwestycyjnych i późniejsze weryfikowanie ich w backtestach, nie mogę powiedzieć, że te układy działają w sensie obiektywnym i statystycznym. Po prostu z moich dotychczasowych doświadczeń wynika, iż dosyć dobrze mi się na nich zarabia, a to z kolei skłania mnie do podzielenia się z Czytelnikami tymi pomysłami.

Tyle, że ja również jestem podatny na różnego typu figle płatane mi przez moją własną głowę. Wcale nie dam sobie ręki uciąć, że nie zapamiętuję jedynie tych sytuacji, gdzie takowy układ się sprawdził, odsyłając w niepamięć niepowodzenia. Jest cała masa czynników i mechanizmów sprawiających, że oceniamy nasze działania inwestycyjne w sposób nieco odbiegający od faktów (tu z kolei odsyłam do wpisów i publikacji Grzegorza Zalewskiego, który mocno interesuje się tą tematyką).

Ponadto istnieje również możliwość, że po prostu dzięki nabytym już umiejętnościom jestem w stanie efektywnie wykorzystywać analizę techniczną do zarabiania na giełdzie, mimo faktu, że jest to podejście dyskrecjonalne. Tu jest właśnie ta podstawowa zmienna, którą jest sam inwestor. I z pozoru identyczne sytuacje mogą być zupełnie inaczej odczytane przeze mnie i przez kogoś innego.

Dlatego też chciałbym jeszcze raz podkreślić, iż nie analizuję prezentowanych technik ze statystycznego punktu widzenia. W konsekwencji nie można stwierdzić, iż one działają. Stąd moja prośba, abyście nie traktowali moich sugestii, jako bardzo skutecznych układów, gdyż nie ma tam obiektywnej przewagi zwanej również the edge. Uznajcie je, jako prezentację mojego podejścia oraz może inspirację do rozwijania Waszych technik inwestycyjnych, czy to dyskrecjonalnych, czy też mechanicznych. Dzięki temu z pewnością lepiej na tym wyjdziecie niż ślepo podążając za czyimiś radami, nawet przekazywanymi w dobrej wierze.

piątek, 1 października 2010

O walce z samym sobą

Nie często zdarza mi się pisać na blogu o psychologii inwestowania. Wiem, że istnieje cała masa opracowań zajmujących się tym, jak nasze emocje, ewolucyjne uwarunkowania lub złudzenia oddziałują na działania, które podejmujemy w świecie finansów. Nie piszę o tym dlatego, że nie czuję się kompetentny do wygłaszania naukowych tez dotyczących mechanizmów działania naszej psychiki. Dziś jednak zabiorę głos.

Niestety, gra na giełdzie to nie tylko techniki inwestycyjne, czy zarządzanie portfelem, ale też to, jak patrzymy na rynek i naszą tam obecność. Według wielu osób, Mind jest najważniejszym z Trzech M, na których opiera się udane zarabianie. Osobiście sądzę, że nie jest to może kluczowy element, ale znajduje się w ścisłej czołówce. 

Przypadek, który omówię wnika z faktu, iż w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że z tym, jak patrzę na rynek nie jest wszystko tak, jak być powinno. Że coś nie gra i to COŚ może się odbić na wartości mojego portfela. Kwestia ta jest poruszana w wielu opracowaniach, ale uznałem, że może ona zaginąć w ich gąszczu i postanowiłem ją przybliżyć na własnym przykładzie.

Spółka, którą niedawno kupiłem, zwyżkuje praktycznie od chwili, kiedy zająłem długą pozycję. Obecnie mam na niej jakieś 15% zysku, co mnie bardzo cieszy. Od kilku dni zauważam jednak, że zbytnio przywiązuję się do jej ceny. Obserwuję głównie to, ile ona wynosi. Oczywiście prowadzę stopa, więc nie ma obaw, iż pozycja nie jest zabezpieczona, ale w chwili obecnej stop zapewnia skromne 3-4% zysku. Kiedy myślę o tej spółce, o zysku który wypracowała, nie skupiam się na tym, ile zabezpiecza mój stop loss, ale właśnie na tym, ile jest ona warta. Co więcej, traktuję ten wirtualny zysk tak, jakby już spoczywał w mojej kieszeni. Gdzieś w tyle głowy wiem, że mam jedynie to, co jest na stopie, ale emocjonalnie jestem skoncentrowany na kwocie, którą bym otrzymał po spieniężeniu papierów po obecnej cenie.

Jakie mogą być tego konsekwencje? To chyba oczywiste. Gdyby teraz sytuacja diametralnie się odwróciła i ceny zaczęły spadać w kierunku zlecenia obronnego, czułbym się tak, jakby ktoś wydzierał mi pieniądze z portfela. Moje ciężko zarobione złotówki uciekają w las, a ja nic nie robię, żeby temu przeciwdziałać. Co jest naturalnym odruchem? Brać kasę i zawijać się z rynku. Wbrew systemowi, zasadom i zdrowemu rozsądkowi.

Zbytnie przywiązanie się do tego, co widzimy na ekranie komputera może skutkować błędami w ruchach na parkiecie, co z kolei prowadzi do odstępstw od strategii i bardzo prawdopodobnych strat. Fakt, iż traktujemy wirtualny zysk, jak realny, może znacząco skomplikować naszą sytuację. 

To są właśnie te emocje i psychologia inwestowania, o której czyta się w książkach. Przyznam się bez bicia, że kiedy po raz pierwszy czytałem Eldera (Zawód, inwestor giełdowy), praktycznie opuściłem pierwszą część traktującą o sprawach, które musimy ułożyć sobie w głowie podczas inwestowania. Uznałem, że są to rzeczy oczywiste, pierdoły którymi nie warto się zajmować. Kiedy czytałem tę książkę po raz drugi, postanowiłem jednak przeczytać i początek. Ku mojemu zdziwieniu, mogłem dopasować moje zachowanie do wielu z opisywanych tam błędów, które czyni inwestor nieświadom własnych ograniczeń i emocji, które nim targają.

Dodam to, czego pewnie niektórzy się domyślają. Po raz pierwszy zgłębiałem książkę Eldera, będąc początkującym traderem bawiącym się wirtualnym kapitałem, a drugi raz sięgnąłem po nią, gdy miałem już bagaż nieprzyjemnych doświadczeń związanych z utratą kasy w realnych transakcjach. I to myślę jest kluczem do zrozumienia doniosłości tego, co dzieje się w naszej głowie. Dopóki nie jesteś zaangażowany własnymi, czasem z trudem odłożonymi środkami, nie masz presji związanej z pozostawaniem na rynku. Zyskasz, to zyskasz, stracisz - nic się nie stanie. Nawet osoby bardzo poważnie podchodzące do prób na wirtualnym kapitale, nie są w stanie przygotować się na figle, które będzie im w realu płatała ich własna głowa. Stąd też wynika moje twierdzenie, iż osoby odnoszące wirtualne sukcesy nie powinny się nimi przesadnie chwalić, dopiero radzenie sobie przez dłuższy czas w prawdziwym świecie może być powodem do dumy. Prowadzenia samochodu, seksu i gry na giełdzie nie nauczycie się z książek. Zapewniam Was.

Co w takim razie możemy zrobić, aby nie nacinać się na własne pułapki? Starać się analizować doświadczane emocje. Może się to wydawać trudne, ale z pewnością jest możliwe. Aby jednak umieć wychwycić momenty, kiedy działamy pod wpływem własnych wyobrażeń, emocji lub heurystyk, musimy wiedzieć, czym one są, skąd się biorą i jak im zapobiegać. A tego wszystkiego możemy się dowiedzieć poprzez czytanie o nich, dzięki czemu zdążymy interweniować zanim negatywne skutki staną się odczuwalne na portfelu.

Niniejszy wpis nie stanowi ani wyczerpującego omówienia tego problemu, ani przemądrzałej gadki blogera, który nie ma pomysłu na wpis. Po prostu psychologia inwestowania dotyczy nas wszystkich. Cieszę się, że udało mi się wychwycić tę sytuację, zdać sobie z niej sprawę, a także zwerbalizować wszystko w formie niniejszego wpisu. Jest to dla mnie forma autoterapii, ale mam nadzieję, że przeczytanie powyższego pomoże też innym.

Aequam memento rebus in arduis servare mentem non secus in bonis - Horacy

 

czwartek, 22 kwietnia 2010

Trzy "M", bez których o sukcesie na giełdzie nie ma mowy

Osoby, które skutecznie pomnażają swój kapitał na giełdzie wymieniają wiele z czynników, które ich zdaniem decydują o osiągnięciu sukcesu. I choć traderów i technik inwestycyjnych jest całe mnóstwo, wszystko zazwyczaj sprowadza się trzech "M": Method, Money, Mind.

Method

Chcąc osiągnąć sukces na giełdzie musimy mieć jakąś metodę, którą planujemy wykorzystywać do zarabiania pieniędzy. Bez tego niestety cała bajka urywa się na samym początku. Początkujący inwestorzy bardzo szybko przekonują się, że potrzebują jakiegoś planu, schematu który działa, i który jesteśmy w stanie stosować w przyszłości. Czasem jest to najzwyklejsze przecięcie średnich, czasem analiza formacji, jeszcze innym razem "czucie" rynku lub też system inwestycyjny. Często się zdarza, że inwestor wchodzi na giełdę i zaczyna stosować techniki, o których przeczytał w jakiejś książce lub usłyszał od znajomych. Istnieje duże ryzyko, że osoba taka stosunkowo szybko (i boleśnie) przekona się, że coś tu nie gra. Zazwyczaj przyczyną jest fakt, że dana metoda po prostu nie działa. Nie została dostatecznie zweryfikowana, może nie jest przystosowana do aktualnej mechaniki rynków, może nigdy nie działała, a ktoś ją jako taką sprzedawał. Niezależnie od naszego podejścia, musimy sobie wypracować przewagę nad rynkiem. Dzięki niej zarabiamy. Przewaga nad rynkiem, jest to metoda, dzięki której w długiej serii transakcji jesteśmy w stanie osiągnąć zyski. Bez niej jesteśmy skazani na przypadkowość i zazwyczaj straty.

Stąd też większość wysiłków kierowana jest w stronę odszukania działającej metody. Zwana jest ona bardzo często Świętym Graalem, jako coś, o czym wszyscy wiedzą, że istnieje, ale nikt jeszcze nie odszukał. Niestety, moje ponad roczne poszukiwania również nie zostały zwieńczone sukcesem i śmiem twierdzić, że giełdowy Graal nie istnieje. A może tylko nie udało mi się go odszukać... No, nie ważne. Faktem jest, że są w obiegu działające metody, a jeszcze więcej skutecznych metod kryje się w głowach traderów, którzy siedzą i po cichutku wyciągają kasę z rynku. Po cichu sądzę, że Graalem jest właśnie skuteczne połączenie trzech M. Zatem lecimy dalej...

Money

Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że do skutecznego pomnażania kapitału potrzebna jest KASA. No faktycznie, jeśli mamy jej odpowiednio dużo to możemy żyć po królewsku już z inwestowania w lokaty i obligacje skarbowe. Ale przecież cały myk polega na tym, żeby przekształcić małą sumę w dużą, więc to nie może być dobre rozumienie terminu money.

I faktycznie, pod tym pojęciem kryje się money management, czyli sztuka (a może nauka) zarządzania kapitałem. W uproszczeniu rzecz polega na tym, aby nie ryzykować w jednej transakcji zbyt dużej części portfela, gdyż nawet dobry system inwestycyjny może zaliczyć kilka strat z rzędu, co przy zbyt dużych pozycjach może skutkować znaczną redukcją naszych środków. Istnieją różne formuły do zarządzania wielkością pozycji, techniki oceny, czy wejść za więcej, czy za mniej. Myślę, że będzie jeszcze okazja coś o tym napisać. Dodam tylko, że jest to bardzo ważny aspekt działalności na giełdzie, gdyż nasz kapitał jest naszą fortecą. Jeśli za bardzo stopnieje to dupa zbita i koniec pieśni.

Mind

Psychologia inwestowania jest moim zdaniem bardzo niedocenianym aspektem. Ludzie skupiają się na poszukiwaniu "magicznych średnich", czy też ganiają ciągle za Graalem, mimo że może wcale nie tam jest pies pogrzebany. Jesteśmy ludźmi, więc odczuwamy emocje. Im są one silniejsze tym bardziej wpływają one na nasze zachowanie. Wyobraźmy sobie, że właśnie straciliśmy na giełdzie równowartość naszych rocznych zarobków. Próbujemy jeszcze raz i znów tracimy. Trzeci raz to samo... Znajdźcie mi takiego, komu przy którejś kolejnej podobnej stracie nie zadrży ręka przy składaniu zlecenia. Pojawiają się wątpliwości, obawa że i tym razem skończy się podobnie. Ostatecznie zlecenie nie zostaje ustawione, inwestor robi sobie tydzień lub dwa przerwy od giełdy, żeby ukoić skołatane nerwy. Po odpoczynku włącza notowania i co widzi? Że gdyby umieścił to pamiętne zlecenie, to nie dość, że by odrobił poprzednie straty, ale jeszcze wyszedł na niewielki plus. Co robi? Wchodzi w tę spółkę, a ona zaczyna zjazd... Potencjalny samobójca gotowy.

Każdy, kto zaryzykował na giełdzie swój (często z trudem zdobyty) kapitał wie, że emocje są niesamowite. I trzeba umieć sobie z nimi radzić. Bardzo ważne jest wcześniejsze przygotowanie się na to, co może nas spotkać, oswojenie się, że straty są częścią tej gry. Dobrze jest też poczytać wrażenia osób, które opisują emocje nimi targające podczas posiadania otwartej pozycji. Sam wiem, że emocje te są niemałe. To nie jest jedyny przykład, gdzie nasz umysł może nie radzić sobie z sytuacją i przez to znacząco mieszać w kapitale (bo w dłuższej perspektywie to jest bardzo kosztowny problem). Jedynym lekarstwem jest przeprowadzenie ze sobą poważnej rozmowy (wcale nie żartuję), poukładanie sobie w głowie niektórych spraw oraz znalezienie sposobu na eliminowanie wpływu emocji na nasze działania.

Co jest najważniejsze?

Wszystko :) Nie po to podaje się 3M, żeby coś pomijać. Inaczej byłoby to 2M lub coś zupełnie innego. Na potrzeby niniejszego wpisu starałem się jednak wyróżnić jeden, najważniejszy element i stwierdziłem, że nie potrafię. Te trzy aspekty to esencja tradingu, aspekty których pominięcie może wyeliminować inwestora bardzo szybko.

To może jest jakiś element, który jest nieco mniej ważny? Znalazłem jeden, ale jest on mniej ważny tylko w określonych warunkach. Są to emocje, czyli Mind. Można przykładać do niego nieco mniejszą wagę, jeśli posiadamy w 100% mechaniczny system inwestycyjny, do którego posiadamy pełne zaufanie. Jeśli tylko potrafimy go konsekwentnie stosować, możemy przetrzymać serie stratnych transakcji, gdyż wiemy, że w długiej perspektywie statystyka jest po naszej stronie. Jeśli z systemem zaczyna dziać się coś złego, jest to dla nas znak, że trzeba sprawdzić jego parametry i ewentualnie podregulować ten czy inny element. To chyba jedyna sytuacja, kiedy emocje nie niszczą naszego tradingu. No, ewentualnie można dorzucić trading automatyczny, gdzie zlecenia składają za nas programy komputerowe.

Reasumując

Omówione przeze mnie 3M są bardzo ważne. Radzę nie lekceważyć żadnego z nich, gdyż z doświadczenia wiem, że może się to źle skończyć. Ale z drugiej strony, jeśli docenimy ich znaczenie, przejdziemy ten próg, gdzie nauczymy się wyciszać emocje i ochraniać kapitał, nasz trading stanie się dużo bardziej elastyczny. Będziemy umieli się dostosować do wielu technik inwestycyjnych, gdyż później jest to kwestia jedynie "przeregulowania" tego i owego. Pozostaje mi życzyć wszystkim jak najszybszego przejścia na jasną stronę mocy :)