Pokazywanie postów oznaczonych etykietą analiza fundamentalna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą analiza fundamentalna. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 lipca 2015

Wywiad z Filipem Rudnickim - twórcą Fundamentalnej.net

Na moim blogu najczęściej spotykacie się z podejściem opartym o analizę techniczną. Tym razem zaprezentowane zostanie podejście fundamentalne, o którym rozmawiam z Filipem Rudnickim, autorem bloga 10 procent rocznie i twórcą serwisu Fundamentalna.net. Rozmawiamy o trzech głównych sprawach, jakimi są blogowanie, inwestowanie oraz serwis, który został stworzony na potrzeby tak Filipa, jak i innych inwestorów.

Zachęcam do przeczytania wywiadu, bo niesie on wiele wartościowych wskazówek, nie tylko dla inwestorów zainteresowanych analizą techniczną. Znajdziecie w nim ważne rzeczy, pokazujące jak istotna jest cierpliwość i systematyczne stosowanie odpowiedniego podejścia, żeby mogło ono przynieść rezultaty. A te ostatnie potwierdzane są przez prowadzony przez Filipa portfel, który jest z jednej strony publiczny, ale z drugiej pokazuje realne transakcje dokonywane przez jego twórcę.

Przypominam też, że tylko do końca lipca trwa promocja, w ramach której osoby zakładające konto w serwisie Fundamentalna.net i dokonujące w tym miesiącu pierwszej płatności za abonament, uzyskują rabat w wysokości 15%. Co więcej, rabat ten mogą uzyskać również dotychczasowi użytkownicy serwisu, którzy jeszcze nie korzystali z płatnego dostępu, a chcieliby spróbować. Te ostatnie osoby powinny podesłać mi swój nick, celem przyznania zniżek. Skorzystanie z promocji do końca lipca powoduje przypisanie zniżek do konta użytkownika, dzięki czemu kolejne przedłużanie abonamentu będzie się dokonywało z jeszcze większym upustem.

czwartek, 9 lipca 2015

Fundamentalna.net - rewelacyjna wyszukiwarka spółek i nie tylko


Dzisiejszy wpis będzie poświęcony narzędziu, o którym wiedziałem od dawna, ale które zacząłem eksplorować dopiero kilka tygodniu temu. Jestem pewien, że o serwisie Fundamentalna.net słyszeli prawie wszyscy moi czytelnicy, gdyż jego twórcą jest Filip Rudnicki, autor bloga 10 procent rocznie, istniejącego zaledwie miesiąc dłużej niż Humanista.

Wiedziałem, że serwis ten istnieje i natykałem się wielokrotnie na tworzone w jego ramach analizy, ale jakoś do tej pory nie zdecydowałem się na założenie tam konta. Teraz widzę, że był to wielki błąd. 

Jako bloger odezwałem się do Filipa z propozycją, która ma sporo wartości również dla moich czytelników. Udało mi się wynegocjować, że każdy, kto z mojego linku do końca lipca 2015 roku założy konto w serwisie Fundamentalna.net i wykupi płatny dostęp, uzyska go ze zniżką w wysokości 15%. Co więcej, zniżka ta pozostanie przypisana do jego profilu i kolejne przedłużenia abonamentu będą się dokonywały z coraz większą bonifikatą. Warto więc nie czekać i rozważyć skorzystanie z tej oferty, gdyż nie wiem, czy się jeszcze powtórzy.

Polecam też przeczytanie wywiadu z Filipem Rudnickim, który zgodził się odpowiedzieć na kilka pytań. Jest to bardzo wartościowa lektura.

UWAGA! Z promocji mogą również skorzystać osoby posiadające już konto w serwisie Fundamentalna.net, które jeszcze nie korzystały z płatnej jego części. Wystarczy przysłać mi na maila swój login, a zniżka zostanie do niego przypisana ręcznie, dzięki czemu do końca miesiąca można będzie wykupić dostęp 15% taniej.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Naiwna analiza fundamentalna - wszyscy to robimy

Czy można przeprowadzić analizę fundamentalną spółki w ciągu kilku sekund? Czy można po jednym rzucie oka wiedzieć, czy się dobrze rozwija i czy przynosi zyski? Owszem, można, a my jako inwestorzy robimy to bardzo często, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

Bardzo często analiza techniczna postrzegana jest jako przeciwieństwo analizy fundamentalnej. Są niczym ogień i woda, nie mając wielu punktów wspólnych. Wydawać by się mogło, że są to zupełnie odrębne analizy, a zadaniem początkującego inwestora jest zdecydowanie, czy będzie technikiem czy fundamentalnym.

W rzeczywistości oba typy analizy są ze sobą bardziej połączone niż nam się wydaje. Przecież wychodzą one z tego samego źródła: od aktywa, które analizujemy. Niezależnie od tego, czy są to akcje spółek, surowce, czy pary walutowe, zawsze pod wykresem coś się kryje. A więc zapis ceny w czasie nie jest zupełnie wirtualnym tworem, który porusza się w górę lub w dół niezależnie od czynników fundamentalnych wpływających na dane aktywo.

źródło:prettygoodatlife.com

wtorek, 7 lutego 2012

Się porobiło...

Sprawcą całego zamieszania jest Bartek Szyma, autor bloga Lazy Share, który w ostatnim numerze Equity Magazine popełnił artykuł na temat inwestowania w akcje dla strumienia finansowego, jakim są wypłacane przez spółki dywidendy.

Od chwili przeczytania tego artykułu, nie robię praktycznie nic innego oprócz czesania internetu wszelkimi odmianami hasła "inwestowanie w spółki dywidendowe". Okazuje się, że mi, zadeklarowanemu zwolennikowi analizy technicznej, poszukiwaczowi dołków do kupna i górek do sprzedaży, przyjdzie cierpliwie przeanalizować sprawozdania finansowe, przejrzeć indeks WIGdiv i trzymać cierpliwie spółki w portfelu w oczekiwaniu, że raz w roku nadejdzie nagroda w postaci tych kilku procent dywidendy. Ale od początku...

Szukam pomysłu na swoje IKE. Mam kilka innych subkont maklerskich, które dają mi możliwość realizowania różnych strategii inwestycyjnych, w szczególności tych bardziej ryzykownych z wykorzystaniem derywatów. Któregoś razu przemyślałem poważnie temat i doszedłem do wniosku, że IKE jest jednak rachunkiem, na którym w pierwszej kolejności powinienem chronić kapitał i pozwolić mu spokojnie rosnąć, a dopiero później ewentualnie szukać zysków większych niż na lokatach. 

W ostatnich dniach skreśliłem z emerytalnego menu obligacje korporacyjne. Stało się to w związku z problemami, jakie pojawiły się przy wypłacie odsetek oraz wykupie papierów przez niektóre spółki. Stwierdziłem, że kilka dodatkowych punktów procentowych nie jest warte ryzykowania całości środków zainwestowanych w dług jakiegoś przedsiębiorstwa.

Bartek trafił ze swoim artykułem akurat w punkt. Również dlatego, że jeszcze nie znamy wyników finansowych przedsiębiorstw za rok 2011, a co za tym idzie wszelkie rajdy pod wyniki raczej się nie zaczęły. Dodatkowo, sam układ rynku pozwala sądzić, że właśnie zaczynamy jakiś ładniejszy ruch wzrostowy (temat luźny, na inny wpis), dlatego też ewentualna korekta, która teraz nastąpi może być dobrą okazją do kupna papierów spółek oferujących sowite dywidendy.

Nasz rynek kapitałowy jest jeszcze bardzo młody, a co za tym idzie, niewiele spółek wypracowało stabilną politykę wypłacania dywidendy. Niektóre z nich jednak mogą poszczycić się kilkuletnią dywidendą rzędu 5-6% wartości akcji. Z drugiej strony, spółki te reprezentują różne sektory, tak są to spółki defensywne (TPSA, PZU), jak i te bardziej aktywne (KGHM, BHW). Pośród podmiotów z krótką historią, są też takie, które otwarcie deklarują politykę dzielenia się zyskami z inwestorami (GPW). Dlatego też możliwe jest takie skonstruowanie portfela, aby znalazły się w nim zarówno podmioty mocno zyskujące w trakcie hossy, jak i te mniej tracące w trakcie bessy.

Inwestowanie w dywidendy poprzez IKE wiąże się z dwoma ważnymi aspektami. Z jednej strony, otrzymywane dywidendy nie są obciążone podatkiem Belki, dzięki czemu otrzymujemy je w pełnej wysokości. Ale niestety, kij ma dwa końce, a więc środków tych nie możemy wypłacić, dopóki nie uzyskamy uprawnień emerytalnych (możemy, ale wtedy zapłacimy podatek). Dlatego też uzyskanie strumienia pieniędzy z tytułu dywidend nie jest w ten sposób możliwe, chyba że zgodzimy się na oddanie fiskusowi jego części.

Kupiłem już akcje spółki TPSA, korzystając z wczorajszego dość atrakcyjnego poziomu. Teraz, czekam na korektę, aby dobrać nieco inaczej skorelowane walory, które również charakteryzują się wysoką stopą dywidendy.

Jeśli jesteście zainteresowani tą tematyką, polecam pomęczyć trochę wyszukiwarkę internetową. W ten sposób, w ciągu 2-3 minut, jesteście w stanie wydobyć 20-30 artykułów, które z pewnością poszerzą Waszą wiedzę na ten temat.

Technik kupuje dla dywidendy... Się porobiło...

niedziela, 6 listopada 2011

O złocie inaczej, ale praktyczniej

Rozwijając jeden z poprzednich wpisów na temat złota, postanowiłem przedstawić go w formie nagrania, co z pewnością jest ważne przy tej ilości wykresów :)

sobota, 29 października 2011

O złocie inaczej

Głównym podejściem stosowanym na tym blogu jest analiza techniczna, to chyba dla nikogo nie jest tajemnicą. Dziś jednak postanowiłem spojrzeć na złoto, gdyż to o nim będę pisał, od nieco innej strony. Żeby jednak nie było, krótki rzut oka na wykres żółtego metalu w wersji spot USD;
Trend się, jak widać, obronił i w chwili obecnej przebiliśmy już zniesienie 50% korekty, co dobrze rokuje temu metalowi w długiej perspektywie. I na razie dość o AT, przejdźmy trochę do fundamentów.

Na początku chciałbym zaznaczyć, że ten typ analizy nie jest moją mocną stroną. Będzie to więc raczej zbiór luźnych uwag i przemyśleń, aniżeli dokładna i oparta na konkretnych wyliczeniach analiza. Niemniej sądzę, że na stosunkowo ogólnym poziomie można z niej będzie wysnuć kilka ciekawych wniosków.

Co decyduje o cenie złota? Oczywiście popyt i podaż. O ile ta druga jest raczej stała (jej wahania są niewielkie, gdyż wydobycie jest czasochłonne i pracochłonne), o tyle strona popytowa jest dużo bardziej zróżnicowana. Mamy popyt ze strony jubilerów (ok. 48% popytu), ze strony przemysłu (ok. 13%) oraz ze strony inwestorów (ok. 39%). Ten ostatni rozbija się na zapotrzebowanie na złoto fizyczne (na sztabki i monety puszczane w obieg) oraz na złoto papierowe (sztaby leżące w skarbcach, stanowiące zabezpieczenie dla ETF-ów i innych funduszy).

I tu znów mamy rozbicie na popyt zmieniający się względnie powoli, w zależności od makro koniunktury (biżuteria, przemysł) oraz popyt "szybki", czyli inwestycyjny. Z punktu widzenia inwestorów, ten ostatni wydaje się być najciekawszy, gdyż odzwierciedla on zachowania dużych graczy, w zależności od aktualnych nastrojów na rynku, co w efekcie przekłada się na cenę tego metalu.

Czym jest więc złoto dla inwestorów? Dużo się mówi, że złoto chroni przed inflacją. Jak to działa? U podstaw leży założenie, że złoto jest pierwotnym i jedynym prawdziwym środkiem płatniczym, a co za tym idzie, to ono powinno być głównym "nośnikiem wartości" i to w nim powinny być wyceniane inne dobra i aktywa. Z praktyki wiemy, że złoto wyceniane jest w dolarze, a więc już mamy jakieś punkty odniesienia. Stosunkowo ograniczona i stała podaż złota (ostatnimi laty, podaż się zmniejsza) w połączeniu z szybko zwiększającą się podażą dolara (QE i tym podobne sprawy) powodują, że dolar słabnie, a złoto się umacnia. W efekcie, cena złota idzie w górę (w znacznym uproszczeniu). Teoretycznie więc, zamieniając nasze aktywa dolarowe na złoto, faktycznie chronimy się przed inflacją, rozumianą jako wzrost podaży pieniądza. Traktowanie złota, jako ochrony przed wzrostem cen towarów, wypada już mniej jednoznacznie

Po drugie, złoto często traktowane jest, jako "safe heaven", czyli bezpieczne aktywo, które w sytuacji niepokojów gospodarczo-politycznych, większość inwestorów chciałoby mieć w portfelu. Wynika to z przekonania, że w razie zaistnienia najgorszego scenariusza (wojen, załamania światowego ładu polityczno-gospodarczego), złotem można będzie wszędzie zapłacić. W efekcie popyt na nie rośnie wraz z rozwojem niepewności na światowych rynkach. Nieco inną kategorią jest tu grupa inwestorów, którzy akumulują złoto jedynie w formie fizycznej, rezygnując z formy papierowej (instrumenty powiązane z cenami złota). Często wiąże się to z przekonaniem, że świat papierowego pieniądza chyli się ku upadkowi, dolar jest nic nie warty i ogólnie, całe to przedstawienie niedługo się skończy. W takiej sytuacji faktycznie, instrumenty opierające swoją wartość na złocie zdeponowanym "gdzieś tam w jakimś skarbcu" mogą być niewiele warte, a prawdziwym zabezpieczeniem będą jedynie sztabki zakopane w ogrodzie.

Na końcu są inwestorzy, tacy jak ja, którzy traktują złoto lub instrumenty na nim oparte, jedynie jako wehikuł inwestycyjny. Gdy oczekują wzrostów, kupują, jeśli przeczuwają spadki, sprzedają. Utrzymujący się od dekady trend wzrostowy sprawił, że na pokładzie jest z pewnością wiele takich osób. Niekiedy tę masę inwestorów określa się mianem kapitału spekulacyjnego, który zainteresowany jest znacznie mniejszymi ruchami niż te widoczne w skali miesięcy i lat. Jest to również zdecydowanie najbardziej płynna część kapitału, co w efekcie przekłada się na, dynamiczne niekiedy, zmiany ceny złota w krótkim terminie. 

Przedstawione powyżej kwestie mogą prowadzić do wysnucia kilku wniosków. Po pierwsze, złoto umacnia się kosztem dolara. Im ten ostatni słabszy, tym złoto silniejsze. Działa tutaj proste powiązanie wyceny jednego aktywa w drugim. Jeśli jedna szalka wagi idzie w dół (słabnący dolar), druga porusza się odpowiednio w górę (silniejsze złoto). W efekcie można próbować zagrywać na złocie nie tylko w oparciu o analizę tego pierwszego, ale również poprzez konkretne scenariusze budowane dla dolara. Ewentualne QE3 z pewnością znalazłoby odzwierciedlenie w cenie złota.

Kolejna sprawa to złoto, jako bezpieczna przystań dla kapitału w chwilach niepewności. Zakładamy tutaj ujemną korelację z rynkami akcji. Złe nastroje na S&P odzwierciedlają się spadkami, a na złocie oczekiwany jest w takiej sytuacji przypływ kapitału i wzrost cen.

Nieco trudniej jest wychwycić te zależności w przypadku kapitału spekulacyjnego. Przepływa on z rynku na rynek w stosunkowo szybki sposób, a w konsekwencji to właśnie on jest sprawcą krótko i średnioterminowych ruchów na głównych światowych rynkach. Budowanie scenariuszy dla ruchu kapitału między tymi trzema głównymi rynkami (dolar, akcje, złoto) jest nieco trudniejsze, ale nie niemożliwe.

Na dziś to tyle tytułem wprowadzenia, w kolejnym wpisie zobaczymy, czy przedstawione powyżej prawidłowości się sprawdzą. Zaznaczam, że nie jestem specjalistą od rynku złota, stąd też jestem otwarty na różnego typu krytyczne komentarze. W końcu chodzi o to, żeby czytelnicy na tym skorzystali, a nie abym bronił swojego zdania do ostatniej litery.

Na marginesie dodam, że nie mam jeszcze przygotowanego następnego wpisu. Tak więc i ja sam przekonam się, co da się wycisnąć z wykresów i czy w dzisiejszym poście nie minąłem się z prawdą.

środa, 21 kwietnia 2010

Jak patrzę na rynek

Zazwyczaj wyróżnia się dwa główne podejścia do rynku - analizę fundamentalną oraz analizę techniczną.

Pierwsza z nich stara się oceniać wartość spółki. Dokonuje się tego na podstawie raportów finansowych, wiadomości ze spółki, perspektyw dla sektora etc. Następnie porównanie wyceny z ceną rynkową oraz przewidywania co do przyszłego rozwoju spółki/sektora mogą wykazać, że rynek przecenia daną spółkę w odniesieniu do jej wartości. Może to być przesłanka o podjęciu decyzji kupna.

Analiza techniczna za punkt wyjścia obiera sobie wykres cen akcji danej spółki. Opiera się na założeniu, że "cena/rynek dyskontuje wszystko". Co to znaczy? Otóż tyle, że wszystkie informacje o danej spółce, perspektywy, oczekiwania, a także wartość wewnętrzna, są już uwzględnione w cenie akcji. Zatem nie jest konieczne analizowanie fundamentów danej spółki - wykres jest jedynym co jest nam potrzebne, gdyż zawiera w sobie wszystkie składowe wpływające na cenę akcji.

Ci, którzy zerknęli na poniższą analizę Świecia domyślają się, że jestem zwolennikiem tego drugiego podejścia. Byłem nim od początku swojej "kariery" giełdowej i wydaje się, że to się nie zmieni jeszcze przez jakiś czas. Dlaczego?

Po pierwsze nie mam wykształcenia ekonomicznego. Nie mam warsztatu do przeprowadzenia analizy fundamentalnej na tyle solidnie, żebym mógł z pełnym przekonaniem postawić na to własne pieniądze. Raporty finansowe nic mi nie mówią, wskaźniki typu cena/wartość księgowa to dla mnie ciemna magia, gdyż nie wiem, co mają one oznaczać. Wydaje mi się, że gdybym przeszedł przez tryby akademickiego wykształcenia ekonomicznego to byłbym bardziej "fundamentalny", gdyż wpojono by mi, że spółka ma pewną wewnętrzną wartość i należy ją zawsze wycenić. Również z moich obserwacji, lektur oraz rozmów wynika, że osoby mające właśnie wykształcenie w tym kierunku bardziej zwracają uwagę na aspekt fundamentalny, natomiast traderzy i inwestorzy "z zewnątrz" preferują podejście techniczne.

Jestem technikiem również dlatego, że wydaje się to nieco łatwiejsze. Z tego, co mi wiadomo, przeanalizowanie konkretnej spółki pod kątem fundamentalnym może zająć nawet kilka dni wytężonej pracy, a efekt może okazać się niezadowalający, co sprawia, że część naszych wysiłków idzie na marne i musimy szukać kolejnej spółki. Wymusza to na nas zastosowanie systemu "filtrów fundamentalnych", które wstępnie wybiorą nam spółkę do analizy. Natomiast technik może rzucić okiem na wykres i już mniej więcej zna sytuację. Oczywiście napisałem "nieco łatwiejsze", gdyż ta łatwość to tylko pozory.

Na potrzeby niniejszego postu możemy podzielić analizę techniczną na "powierzchowną" oraz "naukową". Jest to podział mój i od razu zaznaczam, że jest on nie do końca poprawny. Analiza powierzchowna to taka, gdzie patrzymy na wykres i widzimy jakieś wsparcia, opory, formacje, coś tam może na wskaźnikach i oscylatorach się ciekawego układa etc. Bynajmniej nie twierdzę, że jest to analiza amatorska, czy też nieskuteczna. Wielu ludzi zarabia w ten sposób pieniądze i to niemałe pieniądze, np. przy wykorzystaniu price action. Co więcej, sam stosuję ten typ analizy. Tworzone są całe systemy inwestycyjne oparte właśnie na takim spojrzeniu na rynek.

Druga, może nieco na wyrost nazwana naukową, polega na próbie skonstruowania całkowicie mechanicznego systemu do gry na giełdzie, wykorzystującego określone nieefektywności rynku. Wykorzystywane są tutaj bardzo złożone testy historyczne, duża ilość danych statystycznych oraz zaawansowane oprogramowanie giełdowe. Dzięki temu, po znacznym wysiłku na początku, otrzymujemy coś w rodzaju "maszynki do zarabiania", która później wymaga jedynie prac dostosowawczych do zmieniającej się mechaniki rynków. Zatem niesłuszna jest teza, że pójście w stronę analizy technicznej jest drogą na skróty.

Kolejnym argumentem, który w mojej ocenie przemawia na korzyść analizy technicznej, jest fakt, że możemy ją zastosować do większości instrumentów finansowych podlegających rynkowej wycenie. Specjalista od analizy fundamentalnej może być dobry w analizie spółek, ale już nie koniecznie w analizie złota, czy kukurydzy. Natomiast technik może grać na wszystkim, od obligacji, przez towary rolne, surowce, metale, indeksy, spółki aż po waluty. Daje to bardzo szeroki wachlarz możliwości, który może być szczególnie przydatny w czasie bessy, kiedy znacząca większość spółek leci na pysk. Może kiedyś pokażę, co w czasie naszej bessy działo się na towarach, czy surowcach.

I jeszcze jeden argument przemawiający za AT. Są nim bańki spekulacyjne, które zdarzają się tu i tam wcale nie tak rzadko. Inwestorzy o podejściu fundamentalnym, jeśli zauważą, że ceny zaczynają się za mocno odrywać w górę od wartości spółek, mogą albo nie wchodzić wcale albo mogą próbować zajmować krótkie pozycje (tam, gdzie jest to możliwe) w celu złapania tego załamania. Obie decyzje niosą ze sobą duże ryzyko błędu, gdyż bańki mają to do siebie, że rosną często ponad wszelką logikę, więc pierwszy wariant powoduje przegapienie jeszcze znacznego ruchu, natomiast łapanie szczytu krótką sprzedażą to jak łapanie noża, można przy tych próbach stracić palce.

Natomiast technik w sytuacji bańki spekulacyjnej nie musi się przejmować tym, że ceny oderwały się od wartości fundamentalnej. Wystarczy, że ma opracowane mechanizmy kontroli ryzyka. Wtedy może sobie "jechać" na bańce i częstokroć zarabiać niezłe pieniądze.


Może trochę w uproszczeniu porównałem analizę techniczną oraz fundamentalną, ale mam nadzieję, że udało mi się oddać zasadnicze różnice między nimi. Zapewne zwolennicy AF byliby w stanie wykazać wiele zalet swojego podejścia, ale tematem niniejszego wpisu nie jest wałkowanie odwiecznego sporu AT vs. AF, a jedynie pokazanie, jak na patrzę na te sprawy.