Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bańka spekulacyjna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bańka spekulacyjna. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 grudnia 2012

O naszym niedorozwiniętym rynku...

Dzisiejszy wpis w zasadzie nie będzie o rynku, ale o aktywach, o których w ostatnich dniach z pewnością wszyscy słyszeli, a mianowicie o obligacjach. Jako osoba zainteresowana tematyką giełdową, "polubiłem" na Facebooku liczne strony z tej dziedziny, skutkiem czego często dostaję ten sam link udostępniany przez trzy, cztery, czy pięć kolejnych fejsbukowych stron. 

O ile pewne rzeczy można jeszcze przeboleć, ostatnio zaczęły mi doskwierać nasze dziesięciolatki i ich rentowności. W ciągu dnia otrzymuję kilkanaście komunikatów z rekordowych poziomów, jakie te obligacje notują. Blogerzy i dziennikarze meldują, że rentowność spada do 4.06, 4.01, 3.99... I tak przez cały dzień... 

Skoro więc już te obligacje wtargnęły do mojego życia, postanowiłem przyjrzeć im się z punktu widzenia psychologii i analizy technicznej. Czynniki fundamentalne już zapewne znamy. Jedna strona mówi, że jest to wyraz wspaniałych reform, jakie dokonują się w naszym kraju, druga z kolei tłumaczy to napływem kapitału, który ucieka z innych, mniej interesujących miejsc. Rezultat jest jeden - nasze obligacje notują niespotykane dotychczas poziomy.

Aspekt psychologiczny jest stosunkowo łatwy do ujęcia. Gdy wszyscy o czymś mówią to znak, że czas uciekać, bo odwrócenie na rynku jest bliskie. I choć fryzjerzy raczej handlują akcjami niż obligacjami (i to zazwyczaj w czasie hossy), to jednak festiwal obligacji w branży giełdowej jest już szeroko komentowany. A wiec tutaj sygnał jest jasny.

A co z perspektywy analizy technicznej? Spójrzmy wiec na wykres naszych dziesięciolatek DS1019:
Jak to mówią, sky is the limit. Obligacje, które trzy wcześniejsze lata spędziły poniżej poziomu 100, obecnie szturmem zdobywają kolejne poziomy. Luka goni lukę. A co z rentownościami?
Jak logika nakazuje, mamy do czynienia z sytuacją odwrotną, czyli przyspieszającymi spadkami. 

I teraz powracamy trochę do psychologii, a mianowicie do chciwości i strachu. Osoby niemające zazwyczaj kontaktu z obligacjami mogą wpadać w konfuzję, gdyż nie wiedzą, czy to dobrze, czy źle, że obligacje tak rosną. Otóż to dobrze, gdyż jest to wyraz zainteresowania i zaufania do naszego kraju. A zatem chciwość. 

Pamiętajmy, że o bańkach mówimy wyłącznie po stronie chciwości, co oznacza stronę wzrostową dla akcji i towarów. To rekordy cenowe nazywa się balonem, a nie gwałtowne spadki, gdyż tam zazwyczaj takich odreagowań nie ma - strach rządzi się zupełnie innymi prawami.

Po tej krótkiej dygresji można powiedzieć, że faktycznie notowania naszych obligacji spektakularnie rosną. I w mojej ocenie rosną zbyt spektakularnie. Chciałbym mieć narzędzia do postawienia pieniędzy na scenariusz przeciwny, chciałbym móc zagrać na odwrócenie tej sytuacji, chociażby krótkoterminowe, ale za to gwałtowne. I tu wracamy do tematu dzisiejszego wpisu - nie ma na czym zagrać.

Niestety nasze obligacje nie są na tyle popularne, aby inwestorzy indywidualni mieli możliwość kupowania lub sprzedawania jakiegoś derywatu na nich opartego. Mając na uwadze specyfikę obecnej sytuacji, bardzo bym potrzebował opcji na nasze obligacje. Chciałbym tutaj zagrać przeciwko obecnemu trendowi poprzez kupno opcji daleko poza pieniądzem, które będą tanie, ale w razie silnej korekty gwałtownie zyskają na wartości. Więcej szczegółów technicznych możecie przeczytać w moim podobnym wpisie sprzed kilku miesięcy.

I radzę Wam się serio zastanowić nad tym tematem, bo dzień po moim podlinkowanym wyżej wpisie o Apple wypadł tam lokalny szczyt bańki, po którym ceny spadły o 19% :)

sobota, 20 listopada 2010

Bańki spekulacyjne - II

No dobra, żeby na bańce zarobić trzeba sobie powiedzieć, jaka ona jest. Można pójść tropem pierwszej polskiej encyklopedii i stwierdzić, że bańka jaka jest każdy widzi. Ale niestety, może to być droga w złym kierunku, gdyż o bańce, że była bańką dowiadujemy się zazwyczaj w chwili, gdy takowa pęka. Gdzie zatem jest jej początek?

Bańki nie biorą się znikąd. Najpierw kupują ci, którzy liczą na chwilowy wzrost. Później dołączają się specjaliści, którzy sądzą, że w danej spółce może kryć się potencjał. Dalej podążają różne takie TFI, OFE i tym podobne sprawy, a na końcu są ludkowie, którym w telewizji powiedzieli, że w zasadzie to się na giełdzie fajnie zarabia, bo to ciągle rośnie. I to właśnie słowo "rośnie" jest tu kluczowe. 

Bańki nie biorą się znikąd. Bańka jest efektem długotrwałej akumulacji danego waloru (lub spółek z indeksu). Stąd wniosek, że bańka nie powstanie na czymś, co spada, jak również nie powstanie na czymś, co idzie bokiem. Aby więc przejechać się na bańce musimy poszukać waloru, który rośnie, i to rośnie w perspektywie miesięcy lub lat, a w przypadku złota nawet i dekad. 

Długotrwały wzrost, staje się zauważalny. Piszą o nim blogerzy, doradcy w biurach maklerskich polecają swoim klientom, ci polecają swoim znajomym, a tamci jeszcze kolejnym. Znaczący przypływ kapitału sprawia, że coś, co do tej pory rosło w miarę liniowo, zaczyna się coraz bardziej zakrzywiać w górę. W tym czasie co bystrzejsi dostrzegają, że kroi się wielkie bum i sprzedają, ale popyt jest tak wielki, że sprzedaż ta nie jest dostrzegalna na wykresie. Po czym w pewnej chwili zabawa się kończy, a zaczyna się płacz.

Tak więc trudno znaleźć bańkę, która jest warta zainwestowania. Trzeba szukać spółek, które przez dłuższy czas rosną, gdyż to o nich może się za jakiś czas zrobić głośno. A jeśli głośno się nie zrobi i bańka nie powstanie? No cóż, ja nie mam nic przeciwko :) Weźmy taki Boryszew. Równe dwa lata temu spółka była notowana w okolicach 10 groszy za akcję, obecnie jest to około 2 zł.
A jeśli nawet ktoś pomierzy kąty i powie, że wykres zakrzywia się w górę, to jeszcze nie przesądza, że walor nie jest wart zainteresowania. W końcu kolejną cechą baniek jest to, że the sky is the limit. I tu jest problem: czy można ocenić, że jest zbyt drogo na kupno?

W przypadku baniek takie kalkulacje biorą w łeb, gdyż nie sposób policzyć (a przynajmniej nic o tym nie wiem), gdzie bańka znajdzie swój punkt krytyczny. Możemy sądzić, że to już za chwilę, a tymczasem ceny podskoczą o kolejne 50%. W zasadzie ciężko mi jest coś tutaj doradzać, gdyż każdy ma inną tolerancję na ryzyko. Dla jednego wejście w walor może byś jazdą po bandzie, a ktoś inny stwierdzi, że skoro ma stopa kroczącego to nie ma się co obawiać i woli jechać z trendem.

Nie chcę rozstrzygać, które podejście jest lepsze. Gdyby mnie postawiono przed takim wyborem, miałbym problem, ale głównym wyznacznikiem byłaby dla mnie krzywa wykresu i jej kierunek, a także głębokość historycznych korekt. Głębokość ta jest dla mnie ważnym wyznacznikiem przy wchodzeniu w trakcie trwania trendu, gdyż pomaga oszacować, czy obecny dołek jest czymś więcej niż przystankiem przed kolejnymi wzrostami. Bo o to się w końcu rozbija - żeby wyjść na czas.

Powoli zmierzając do końca wpisu chciałbym właśnie coś takiego Wam poradzić. Nie ważne, czy wejdzie się wcześnie czy późno. W całej zabawie chodzi o to, żeby zapakować się w kierunku trendu i wyjść w momencie odwrócenia/załamania. Stabilnie rosnące spółki mają wszelkie predyspozycje, żeby stać się bańkami. Dla mnie jednak ważne jest to, żeby nadal rosły. Tak więc nie kupuję w nadziei na bańkę, ale licząc na utrzymanie się trendu wzrostowego. I o ile wzrosty są kontynuowane, staram się nie zamykać pozycji, gdyż nawet bez bańki, górne ograniczenie nie ma znaczenia. Jeżeli kontrola ryzyka jest na swoim miejscu, inwestowanie w Boryszew jest zasadne.


PS Nie, nie mam akcji Boryszewa. 

 
PPS Mam Synthos :)

niedziela, 14 listopada 2010

Bańki spekulacyjne - I

O bańkach spekulacyjnych słyszeli wszyscy, a gracze giełdowi to już na pewno. Dla laika spekulacja od razu kojarzy się z bańką oraz z tym, co kiedyś robił Soros na funcie oraz inne Goldmany na złotym. Czyli spekulacja + bańka = zło. Niestety, gracz giełdowy nie może pozwalać sobie na takie uproszczenia, a już na pewno nie gracz, który chce na rynku zarobić pieniądze.

Nie zajmę się w tym wpisie zagadnieniem spekulacji, gry i konotacji związanych z tymi określeniami. Nie zrobię tego, gdyż mam nadzieję, że wszyscy poza władzami giełdy potrafią otwarcie przyznać, że spekulacja nie jest pomiotem szatana, a używanie terminu gra jest w wielu sytuacjach uzasadnione. Sam uważam się za gracza i spekulanta i wcale nie jest mi z tym źle. Ale wróćmy do baniek.

Chciałbym najpierw zrobić rozróżnienie, czym bańka jest, a czym nie jest. Oczywiście jest to jedynie moje podejście, nie oparte na żadnych teoriach ani na literaturze, a głównie na praktyce i na tysiącach obejrzanych wykresów. Bańka, jest według mnie sytuacją na wykresie, gdzie nawet przy zastosowaniu skali logarytmicznej, wykres nie porusza się w miarę liniowo, ale zakrzywia się zdecydowanie w jedną ze stron. Dzięki temu elementowi możemy odsiać spółki rosnące stabilnie w długim terminie. Taką spółką jest chociażby Synthos:
Nie wiem, jak Wy, ale ja tam bańki nie widzę, choć skala wzrostów i trend wciąż są spektakularne.

Drugim typem wykresów, na których nie widzę bańki są tzw. grzanki, czyli spółki, o których wiele się mówi, gdyż rosną znacznie (często ponad 10% dziennie) przy olbrzymich wolumenach. Dlaczego ich nie uznaję? Dlatego, że bardzo często przyjmują one postać incydentalnego wybuchu, który skupia na sobie uwagę graczy i komentatorów. Wykres w takiej sytuacji wygląda, jakby nagle ceny z ruchu bocznego stały się pionową ścianą. Nie ma tego efektu stopniowej akumulacji, co jest charakterystyczne dla baniek (w moim ich rozumieniu). Wykres grzanki może wyglądać tak, jak na spółce AD Drągowski:
Myślę, że osoby o historii rynkowej dłuższej niż półtora roku pamiętają emocje, które towarzyszyły tym wzrostom. Oczywiście ważna jest sytuacja, gdyż zazwyczaj takie wzrosty są związane z pogłoskami o istotnych informacjach ze spółki albo (jak w tym przypadku) z nierównowagą między free floatem a akcjami będącymi w posiadaniu największych akcjonariuszy.

Dodam jeszcze, że takie wybuchy zazwyczaj rozpoczynają się nagle i podobnie nagle się kończą, więc trudno tu obserwować narodziny bańki. Dlatego też bezwzględnie zaliczam je do grzanek i przestaję się nimi w tym poście zajmować.
Jak zatem wygląda bańka? Przypomina ona wykres funkcji wykładniczej (nawet w skali log), a nie liniowej. Jako przykładem posłużę się wykresem spółki Amica z okresu poprzedzającego załamanie kursu:
Widzimy wyraźnie, że wykres zakrzywia się do góry, mimo skali log. Jeszcze bardziej sugestywny jest wskaźnik ATR, który wyrażany jest zazwyczaj w wartościach bezwzględnych. I tak na początku tego wykresu ATR(15) wynosił 0,55 zł, natomiast przy prawej jego krawędzi już 2,09 zł. Wzrost olbrzymi.

Najbardziej chyba wyrazistym obrazem bańki jest wykres indeksu Nasdaq z lat 1990-2000. Dodam, że ATR wzrósł wtedy z 4-5 pkt na początku do ponad 180 pkt na szczycie bańki. Kształt wykresu i wolumen mówią same za siebie:

Czy bańka jest czymś złym? Moim zdaniem nie jest, o ile nie jest to bańka na dobrach związanych z realną gospodarką (waluty, towary, surowce), która została umyślnie napompowana przez kogoś z dużym portfelem. A bańka na akcjach? Nie mam nic przeciwko temu :)

Ale to już w następnym wpisie, gdyż jest godzina 21:10, jutro kolokwium, a ja nawet nie zacząłem nauki. Postaram się skrobnąć dwa słowa o szukaniu baniek, zarabianiu na nich i ryzykach związanych z tym typem zarabiania na rynkach. See ya!

niedziela, 27 czerwca 2010

Zabawy na karuzeli - tylko dla odważnych

Z racji częstej obecności na jednym z wortali giełdowych obserwuję przewijające się tam tematy. Co jakiś czas głowy rozpala spółka, której ceny akcji gwałtownie rosną. Od razu pojawiają się pytania, czy warto, czy będzie dalej rosło oraz do jakiej ceny dojdzie.

W sumie nie należy się dziwić, że początkujący gracze bardzo przeżywają tego typu sprawy, gdyż wzrosty przekraczające 10% dziennie przez szereg dni z pewnością działają na wyobraźnię. Ostatnio mieliśmy podobny przykład z dwiema spółkami, które połączyły wspólne dane fundamentalne. Mam oczywiście na myśli Karen i Komputronik. Z wcześniejszych przykładów warto chyba wymienić Petrolinvest, Izolację czy też spektakularne wzrosty na AD Drągowski. Wstawię wykresy, żeby było wiadomo, co mam na myśli, a później poczynię kilka uwag.

Komputronik - 140% w 6 dni

Karen - 267% w 6 dni

Izolacja - 184% w 5 dni

Petrolinvest - 129% w 5 dni

AD Drągowski - 840% w 7 dni

Myślę, że powyższe wykresy, jak również skala wzrostów mogą robić wrażenie nie tylko na początkujących. Mimo wszystko mam zasadę, że nie wchodzę w tego typu spółki. Powód jest prozaiczny - zbyt duże ryzyko. Fakt, że potencjał do zysku również jest znaczny, lecz dla mnie priorytetem jest ochrona kapitału, a więc kluczową rolę odgrywa ustawienie stopa. Ciasne zlecenie przy tego typu ruchach jest bez sensu, gdyż z pewnością zostanie strzelone, natomiast pozostawienie cenom odpowiedniej ilości miejsca na ruch musi się wiązać z zaryzykowaniem utraty dużej części pozycji.

Znam kilka osób, które grają na takich spółkach. Prywatnie nazywam tego typu podejście właśnie karuzelą, gdyż trzeba mieć stalowe ... (wiadomo co), aby utrzymać się na pozycji i jeszcze zarobić na tym całym biznesie.

No właśnie, jak ugrać swoje na takich spółkach? Przede wszystkim trzeba kupić tanio, a sprzedać drogo, to sprawa oczywista. Ważne jest rozpoznanie przyczyn takich wzrostów, gdyż zazwyczaj mają one podstawy fundamentalne w postaci bardzo dobrych wiadomości ze spółki lub dla spółki. Inną przyczyną może być duża nierównowaga między popytem a podażą akcji. Miało to miejsce w przypadku spółki AD Drągowki, gdzie w rękach rodziny właściciela znajdowało się ponad 95% akcji. Zwiększony popyt sprawił, że posiadacze akcji nie byli w stanie go zrównoważyć, co poskutkowało ogromnym wzrostem cen (dzięki czemu ktoś z rodziny opchnął swój pakiet z grubym zyskiem).

Krótko mówiąc, trzeba wiedzieć, co w trawie piszczy. Natomiast większość "szaraków" dowiaduje się o spółce w chwili, gdy ceny idą w górę już 2-3 dni z rzędu. Jak pokazują powyższe obrazki (nie jest to wiarygodna próba, a jedynie te spółki, które mi utkwiły w pamięci) z każdym dniem wzrostów ryzyko zwiększa się w znaczącym stopniu. Kupno 5 dnia lub później to moim zdaniem samobójstwo, natomiast jestem przekonany, że to właśnie wtedy decydują się na wejście w spółkę osoby skuszone bezgranicznymi wzrostami i mające niewielką wiedzę o rynku. Ich zlecenia pozwalają zrealizować zysk tym, którzy kupili tanio, a sami zostają złapani w pułapkę offsidową.

Myślę, że warto przeanalizować tego typu przypadki i zastanowić się, czy ma się odpowiednie predyspozycje do zabawy na karuzeli. Należy mieć wiedzę, że coś może spowodować wybicie cen w górę, czas, żeby obserwować ceny, które częściej są na widełkach niż w notowaniach oraz, jak już wspomniałem, stalowe nerwy, aby nie dostać zawału, gdy cena się ruszy o kilka % między transakcjami. Do tego przydatna jest duża tolerancja na ryzyko oraz umiejętność "czytania" arkusza zleceń, aby w porę dostrzec oznaki słabnięcia popytu.

Jak już pisałem, to zabawa nie dla mnie, więc spokojnie przechodzę nad takimi spółkami do porządku dziennego. Jeśli ktoś ma ochotę spróbować swoich sił, niech się najpierw zastanowi, czy będzie zjadającym, czy zjadanym...

środa, 21 kwietnia 2010

Jak patrzę na rynek

Zazwyczaj wyróżnia się dwa główne podejścia do rynku - analizę fundamentalną oraz analizę techniczną.

Pierwsza z nich stara się oceniać wartość spółki. Dokonuje się tego na podstawie raportów finansowych, wiadomości ze spółki, perspektyw dla sektora etc. Następnie porównanie wyceny z ceną rynkową oraz przewidywania co do przyszłego rozwoju spółki/sektora mogą wykazać, że rynek przecenia daną spółkę w odniesieniu do jej wartości. Może to być przesłanka o podjęciu decyzji kupna.

Analiza techniczna za punkt wyjścia obiera sobie wykres cen akcji danej spółki. Opiera się na założeniu, że "cena/rynek dyskontuje wszystko". Co to znaczy? Otóż tyle, że wszystkie informacje o danej spółce, perspektywy, oczekiwania, a także wartość wewnętrzna, są już uwzględnione w cenie akcji. Zatem nie jest konieczne analizowanie fundamentów danej spółki - wykres jest jedynym co jest nam potrzebne, gdyż zawiera w sobie wszystkie składowe wpływające na cenę akcji.

Ci, którzy zerknęli na poniższą analizę Świecia domyślają się, że jestem zwolennikiem tego drugiego podejścia. Byłem nim od początku swojej "kariery" giełdowej i wydaje się, że to się nie zmieni jeszcze przez jakiś czas. Dlaczego?

Po pierwsze nie mam wykształcenia ekonomicznego. Nie mam warsztatu do przeprowadzenia analizy fundamentalnej na tyle solidnie, żebym mógł z pełnym przekonaniem postawić na to własne pieniądze. Raporty finansowe nic mi nie mówią, wskaźniki typu cena/wartość księgowa to dla mnie ciemna magia, gdyż nie wiem, co mają one oznaczać. Wydaje mi się, że gdybym przeszedł przez tryby akademickiego wykształcenia ekonomicznego to byłbym bardziej "fundamentalny", gdyż wpojono by mi, że spółka ma pewną wewnętrzną wartość i należy ją zawsze wycenić. Również z moich obserwacji, lektur oraz rozmów wynika, że osoby mające właśnie wykształcenie w tym kierunku bardziej zwracają uwagę na aspekt fundamentalny, natomiast traderzy i inwestorzy "z zewnątrz" preferują podejście techniczne.

Jestem technikiem również dlatego, że wydaje się to nieco łatwiejsze. Z tego, co mi wiadomo, przeanalizowanie konkretnej spółki pod kątem fundamentalnym może zająć nawet kilka dni wytężonej pracy, a efekt może okazać się niezadowalający, co sprawia, że część naszych wysiłków idzie na marne i musimy szukać kolejnej spółki. Wymusza to na nas zastosowanie systemu "filtrów fundamentalnych", które wstępnie wybiorą nam spółkę do analizy. Natomiast technik może rzucić okiem na wykres i już mniej więcej zna sytuację. Oczywiście napisałem "nieco łatwiejsze", gdyż ta łatwość to tylko pozory.

Na potrzeby niniejszego postu możemy podzielić analizę techniczną na "powierzchowną" oraz "naukową". Jest to podział mój i od razu zaznaczam, że jest on nie do końca poprawny. Analiza powierzchowna to taka, gdzie patrzymy na wykres i widzimy jakieś wsparcia, opory, formacje, coś tam może na wskaźnikach i oscylatorach się ciekawego układa etc. Bynajmniej nie twierdzę, że jest to analiza amatorska, czy też nieskuteczna. Wielu ludzi zarabia w ten sposób pieniądze i to niemałe pieniądze, np. przy wykorzystaniu price action. Co więcej, sam stosuję ten typ analizy. Tworzone są całe systemy inwestycyjne oparte właśnie na takim spojrzeniu na rynek.

Druga, może nieco na wyrost nazwana naukową, polega na próbie skonstruowania całkowicie mechanicznego systemu do gry na giełdzie, wykorzystującego określone nieefektywności rynku. Wykorzystywane są tutaj bardzo złożone testy historyczne, duża ilość danych statystycznych oraz zaawansowane oprogramowanie giełdowe. Dzięki temu, po znacznym wysiłku na początku, otrzymujemy coś w rodzaju "maszynki do zarabiania", która później wymaga jedynie prac dostosowawczych do zmieniającej się mechaniki rynków. Zatem niesłuszna jest teza, że pójście w stronę analizy technicznej jest drogą na skróty.

Kolejnym argumentem, który w mojej ocenie przemawia na korzyść analizy technicznej, jest fakt, że możemy ją zastosować do większości instrumentów finansowych podlegających rynkowej wycenie. Specjalista od analizy fundamentalnej może być dobry w analizie spółek, ale już nie koniecznie w analizie złota, czy kukurydzy. Natomiast technik może grać na wszystkim, od obligacji, przez towary rolne, surowce, metale, indeksy, spółki aż po waluty. Daje to bardzo szeroki wachlarz możliwości, który może być szczególnie przydatny w czasie bessy, kiedy znacząca większość spółek leci na pysk. Może kiedyś pokażę, co w czasie naszej bessy działo się na towarach, czy surowcach.

I jeszcze jeden argument przemawiający za AT. Są nim bańki spekulacyjne, które zdarzają się tu i tam wcale nie tak rzadko. Inwestorzy o podejściu fundamentalnym, jeśli zauważą, że ceny zaczynają się za mocno odrywać w górę od wartości spółek, mogą albo nie wchodzić wcale albo mogą próbować zajmować krótkie pozycje (tam, gdzie jest to możliwe) w celu złapania tego załamania. Obie decyzje niosą ze sobą duże ryzyko błędu, gdyż bańki mają to do siebie, że rosną często ponad wszelką logikę, więc pierwszy wariant powoduje przegapienie jeszcze znacznego ruchu, natomiast łapanie szczytu krótką sprzedażą to jak łapanie noża, można przy tych próbach stracić palce.

Natomiast technik w sytuacji bańki spekulacyjnej nie musi się przejmować tym, że ceny oderwały się od wartości fundamentalnej. Wystarczy, że ma opracowane mechanizmy kontroli ryzyka. Wtedy może sobie "jechać" na bańce i częstokroć zarabiać niezłe pieniądze.


Może trochę w uproszczeniu porównałem analizę techniczną oraz fundamentalną, ale mam nadzieję, że udało mi się oddać zasadnicze różnice między nimi. Zapewne zwolennicy AF byliby w stanie wykazać wiele zalet swojego podejścia, ale tematem niniejszego wpisu nie jest wałkowanie odwiecznego sporu AT vs. AF, a jedynie pokazanie, jak na patrzę na te sprawy.