sobota, 17 września 2011

Trendy są jazzy

Wbrew pozorom, niniejszy wpis nie będzie poświęcony przedwyborczej nowomowie, lecz niedawnemu postowi, który ukazał się na blogu Grzegorza Zalewskiego. Zwrócił on słusznie uwagę na nagłe zainteresowanie aktywami, które znajdują się w trendzie już od długiego czasu.

Czasami, przeglądając wykresy różnych aktywów, natrafiam na przypadek, gdzie trend trwa już od miesięcy, a czasem i lat. W takiej sytuacji, w mojej głowie pojawia się proste pytanie: "gdzie ja wtedy byłem?" Ot, takie złoto. Rośnie od dekady, a zaangażowany w nie jestem od jakiegoś roku. Sok pomarańczowy? Praktycznie zawsze w trendzie, a odkryłem go dopiero teraz. I tak jeszcze kilka razy można by było wymieniać rynki, na których trwają ciekawe trendy, a o których dowiadujemy się w chwilach takich jak obecna, gdy nie wiadomo, czy nie jesteśmy gdzieś w apogeum emocji i trend nie ulegnie odwróceniu.

W celu uniknięcia tego typu rozczarowań, należałoby przejrzeć dokładnie wszystkie rynki, na których moglibyśmy zajmować pozycję, a następnie co jakiś czas monitorować je w poszukiwaniu ewentualnych trendów, za którymi moglibyśmy podążać, lub które moglibyśmy wykorzystać w inny sposób. Osoby preferujące podejście mechaniczne, mogą po prostu ustawić filtrowanie bazy danych według określonych kryteriów (np. średnie kroczące), lecz stoją z kolei przed problemem zgromadzenia tych danych w formie poddającej się testowaniu w odpowiednich programach.

Problemu poszukiwania trendów pozbawione są osoby, które aktywnie działają na konkretnym instrumencie np. FW20. Jeśli wyniki są zadowalające, wystarczy dopracowywać warsztat i koncentrować swoją uwagę na tym jednym polu.

Nie wiem, jak Wy, ale ja ruszam właśnie na przeszukiwanie "wszystkiego, co się rusza." Może trafi się ciekawy trend wart zainteresowania. A może coś zaproponujecie?

środa, 14 września 2011

Puk puk

Jako zwolennik analizowania wykresów w oparciu o samą cenę (price action) szukam prostych formacji i ukłądów, które dobrze oddają grę popytu i podaży, umożliwiając jednocześnie zajęcie pozycji na rynku przy stosunkowo niskim ryzyku.

Jedną z takich formacji jest układ swingów cenowych, który można określić roboczo "pukaniem do oporu." W trendzie wzrostowym rynek osiąga ekstermum, cofa się, po czym podejmuje kolejną próbę pokonania danego poziomu. Próba jest nieudana, ale kolejny dołek cenowy wypada nieco powyżej pierwszej korekty. Kolejne próby testowania oporu oraz ewentualne kolejne wyższe dołki pokazują siłę rynku byka, sugerując jednocześnie, że jeśli uda się ostatecznie przełamać dany poziom, wybicie będzie miało dynamiczny charakter i pozwoli osiągnąć ładne rezultaty.

Formację tę można również określać mianem trójkąta wznoszącego, lecz w przeciwieństwie do tego ostatniego, dołki nie muszą się układać w jednej linii. Niemniej filozofia popytu i podaży leżąca u podstaw jest taka sama.

Cały figiel przy zagraniu pod tę formację, polega na tym, żeby wstrzelić się w korektę poprzedzającą wybicie, co pozwoli nam ustawić całkiem ciasnego stopa. Jest to w mojej ocenie zdecydowanie lepsze rozwiązanie niż czekanie na wybicie, właśnie ze względu na kontrolę ryzyka.

Podstawy rozpoznawania takiego układu cenowego możecie obejrzeć TUTAJ. Autor przystępnie tłumaczy zarówno sam układ, jak i sposób zajmowania pozycji.

Nie przepadam za tworzeniem wpisów wyłącznie teoretycznych, więc najpierw dwa przykłady historyczne, a później coś na ząb dla zainteresowanych wypróbowaniem takiej strategii.
TVN
Kernel
PKN Orlen
Jak widzicie, przebieg cen nie zawsze układa się, zgodnie z podręcznikowymi wytycznymi. Niemniej w tej sytuacji nie szukamy idealnych zniesień, czy perfekcyjnych układów, ale jedynie obserwujemy grę sił rynkowych. Jeśli zauważymy zmniejszającą się amplitudę swingów przy zdecydowanie trzymającym się oporze, możemy zakładać, że w najbliższym czasie dojdzie do poważnej próby jego testowania. Co ważne, w próbie tej wezmą zapewne udział wszystkie siły, które dotychczas grały na długich pozycjach, a to daje całkiem duże nadzieje na sukces.

Obiecanym przeze mnie przykładem real time jest cukier, którego wykres właśnie zakończył formowanie kolejnego wyższego dołka, mając za sobą dwukrotne atakowanie poziomu zaznaczonego czerwoną kreską. 
Jak widzicie, postanowiłem zaryzykować na jeszcze ciaśniejszym stopie. Mini swing, pod którym ustawiłem zlecenie obronne jest widoczny na skali H4. Zagranie to odzwierciedla moją awersję do szerokich stopów i jednocześnie jest delikatnym wprowadzeniem do jednego z przyszłych wpisów.

Myślę, że zaprezentowany układ cenowy jest stosunkowo czytelny i zrozumiały. Dla mnie, szczególną jego zaletą jest opieranie się wyłącznie na czystej cenie, dzięki czemu nie musimy się odwoływać do różnych wskaźników, z których żaden nie jest w stanie zareagować tak szybko, jak sam wykres.

poniedziałek, 12 września 2011

Free lunch czeka na chętnych

Osoby, które walczą już trochę na rynku wiedzą, że jeśli chce się coś uzyskać, trzeba to samemu wyrwać, nie licząc na podarunki. Jeśli takowe się zdarzają, a się czasem zdarzają, to albo nie są wielkie, albo szanse ich wystąpienia są nikłe. Jednak tym razem można sobie zjeść całkiem za darmo, a przynajmniej na pierwszy rzut oka tak się wydaje. Pomogą nam w tym certyfikaty dyskontowe.

Certyfikat dyskontowy, jak to ostatnio pisałem, jest to instrument finansowy, który możemy kupić po niższej cenie niż jego instrument bazowy, a który razem z upływem czasu zbliża się stopniowo do jego ceny, aby się z nią zrównać w dniu wygaśnięcia. Tak więc z samej konstrukcji certyfikatu wynikają pewne prawidłowości. Najważniejszą jest taka, że certyfikat zbliża się do instrumentu bazowego, co w praktyce oznacza, że przy wzrostach rośnie szybciej, a przy spadkach traci mniej. Jak to wykorzystać?

Oczywiście dokonując arbitrażu, czyli kupując certyfikat, a sprzedając instrument bazowy. Wtedy też będziemy grali na zmniejszenie się tej różnicy, co w efekcie wygeneruje nam zysk. O ile z certyfikatem problemu nie ma, trzeba trochę pokombinować z pozycją krótką na instrumencie bazowym. Dzwoniłem dziś do obu moich DM i niestety żaden z nich nie udostępnił jeszcze krótkiej sprzedaży akcji, więc na razie wariantami są dla mnie kontrakty terminowe lub instrumenty CFD. Do tych drugich aktualnie nie mam dostępu, więc zostaje krótka pozycja w kontrakcie, która akurat nie jest problemem.

Żeby sprawdzić potencjał drzemiący w tej strategii, dwukrotnie w ciągu dnia sprawdziłem dziś oferty na certyfikaty dyskontowe oraz kontrakty terminowe spółek (w tym samym czasie), na których można przeprowadzić taką operację. Akurat z dopasowaniem instrumentów nie było problemu, gdyż emitent zabezpiecza się właśnie na kontraktach. Spośród 10 spółek i Wigu20, na który również są certyfikaty, w oczy rzuciły mi się dwa przypadki, na których różnice, a co za tym idzie możliwości zarobku, były największe.

Pierwszą z nich jest TPSA, gdzie cena ask certyfikatu różniła się od ceny bid kontraktu średnio o 10,43% (w mianowniku cena ask cert.), natomiast w przypadku KGHM różnica ta, a zatem i potencjalny zysk wyniosły aż 26,44%.

Żeby wszystko miało ręce i nogi, przed przystąpieniem do liczenia, trzeba uwzględnić dodatkowe koszty. Wyliczenia będę robił dla najmniejszej możliwej jednostki, czyli 100 certyfikatów zabezpieczanych 1 krótkim kontraktem. Policzymy spółkę TPSA (dlaczego nie KGHM, napiszę niżej), a więc prowizja od kupna certyfikatów to jakieś 5-6 zł, a sprzedaż kontraktu to 3 zł.

Wyliczenia opieram na braniu oferty z rynku, teoretycznie można by to było zrobić korzystniej, ale można i mniej korzystnie, więc myślę, że ten sposób będzie optymalny.

Pamiętając, że certyfikaty zapadają 20 lipca 2012, musimy przewałkować kilka serii kontraktów. Zakładając, że kupimy już grudniowe, później musimy nabyć marcowe, czerwcowe i wrześniowe, a następnie te ostatnie sprzedać, więc operację przeprowadzamy pięciokrotnie. Uwzględniając spread w kwocie 5 punktów na kontrakt, dorzucając 3 punkty prowizji i mnożąc przez 5 otrzymujemy 40 zł, a po dodaniu kosztu zakupu certyfikatów możemy całość zamknąć kwotą 50 zł, która będzie naszym kosztem przy tej strategii.

Przechodząc do przykładu, certyfikat na akcje TPSA kosztował dziś 14,75 zł (ask), podczas gdy kontrakt terminowy 16,30 zł. (bid). (16,30-14,75)/14,75= 10,51% zysku do zrobienia. Jako, że jednostkowo, różnica ta wynosi 1,55 zł, a więc w przypadku 100 sztuk certyfikatu i 1 kontraktu (opiewającego na 100 akcji), otrzymujemy teoretyczny zysk w kwocie 155 zł (bez prowizji).

Załóżmy wariant wzrostowy. 20 lipca 2012 akcje TPSA będą wyceniane na 19 zł. Długa pozycja daje nam 425 zł zysku (100*(19-14,75)=425), a krótka pozycja przynosi 270 zł straty (100*(19-16,30)=270). W efekcie otrzymujemy zysk w kwocie 155 zł (425-270=155).

Przyjrzyjmy się więc wariantowi spadkowemu, w którym 20 lipca 2012 TPSA będzie wyceniana na 10 zł za akcję. Na certyfikatach tracimy 475 zł, a na krótkim kontrakcie zarabiamy 630 zł, co w efekcie również daje nam 155zł. 

Tak więc widzimy, że strategia ta jest faktycznie arbitrażem. Niezależnie od zachowania rynku, nasz zysk jest taki sam, a do tego jest pewny. Różnice mogą się pojawić przy rolowaniu kontraktów. 

Spójrzmy teraz, jaki kapitał trzeba zaangażować, aby zrobić tę strategię, co pozwoli nam oszacować stopę zwrotu. Certyfikaty nie posiadają lewara, a więc wykładamy pełne 1475 zł. Niestety, nie porozumiałem się z kalkulatorem SPAN na stronie GPW, więc zakładam konieczność wyłożenia 150 zł na depozyt. Nie uwzględniam ewentualnych wymogów, gdyby pozycja szła przeciwko kontraktowi.

Dla precyzji dodam, że nie uwzględniam również wyceny teoretycznej kontraktu, a konkretnie stopy wolnej od ryzyka w tej wycenie. Kontrakt na 3 miesiące przed wygasaniem powinien być nieco powyżej instrumentu bazowego. Teoretycznie więc, krótkie pozycji powinny być bardziej zyskowne, niż to przyjąłem w wyliczeniach, ale tutaj to pomijam.

Tak więc w sumie mamy 1625 zł, które musimy zaangażować, aby osiągnąć 105 zł zysku (po prowizjach). Daje nam to zysk rzędu 6,46%. Ale, ale! Pamiętajmy, że zysk ten osiągniemy do 20 lipca, a więc nie jest to roczna stopa zwrotu. Rocznie, będzie to w przybliżeniu 7,55% zwrotu.

Oto macie więc przed sobą strategię arbitrażową, w której możecie zarobić 7,55% rocznie, a jeśli będą sprzyjały Wam wiatry, nawet trochę więcej, gdyż rolowanie kontraktów może się lepiej udawać z racji wyższej wyceny (stopa wolna od ryzyka). Dobre rezultaty może nam dać zastąpienie kontraktów instrumentami CFD, gdzie odpadają koszty rolowania, lecz dochodzą chyba punkty swapowe lub inne wymogi depozytowe. Czy warto? Rzecz gustu.

//////////////////////////////////

Na razie poprzestanę na tym, co wyżej napisałem i pozostawię Was z małą zagadką: gdzie tu jest haczyk, przez który nie robiłem obliczeń na przykładzie KGHMu?

Odpowiedź zostanie rozwinięta w kolejnym wpisie.