czwartek, 6 maja 2010

Czy istnieje coś takiego, jak ładny wykres?


Nie chcę wprowadzać do tematyki giełdowej określeń dość rzadko z nią kojarzonych. Wszak nie chodzi o to, żeby coś było ładne czy nie ładne, ale żeby zarabiało pieniądze. Lecz z drugiej strony inwestorzy podchodzący do rynku od strony analizy technicznej zarabiają właśnie na fakcie, że wykres wygląda tak, a nie inaczej. Można zatem puścić nieco wodze fantazji i przypuścić, że jak się odpowiednio długo patrzy na zapis cen, to podobnie jak w filmie Matrix, nie widzi się już świec, lecz brunetki, blondynki i rude...

No dobra, trochę się zapędziłem, ale myślę, że warto się zastanowić, czy pewne wykresy mogą być na pierwszy rzut oka bardziej atrakcyjne niż inne, oraz czy idą za tym jakieś pieniądze.

Przypadek pierwszy:


Myślę, że słowo "sieczka" najlepiej oddaje to, co można dostrzec na pierwszym obrazku. Szczerze powiem, że jak widzę coś takiego to od razu szukam następnego wykresu. Nie dość, że na spółce brak jest konkretnego kierunku, co samo w sobie nie jest jeszcze niczym niezwykłym, to świece wydają się zupełnie chaotyczne, jakieś strzały, odbicia, przeloty w górę i dół bez żadnego efektu. Tymczasem...

...spółka druga pokazuje wykres, który jest znacznie bardziej przyjemny dla oka. Jeśli ceny wytyczają kierunek to raczej się go trzymają, nie ma przypadkowych wypadów w górę i dół, kolejne swing high i swing low wyznaczane są stosunkowo wyraźnie, co sprawia że ewentualna analiza sytuacji jest dość czytelna. Ponadto, ceny praktycznie co do grosza wyrównują opór, podczas gdy kolejne, coraz wyższe swing low pokazują, że rynek jest silny i może ruszyć w górę. No bajka.

Co różni oba wykresy? Obroty. Na pierwszej ze spółek są bardzo mizerne, często nie przekraczają nawet 100 akcji dziennie. Sprawia to, że spread jest duży oraz nawet niewielkie zlecenie może zachwiać cenami w niekontrolowany sposób. W drugim przypadku widzimy bardzo stabilne, wysokie wolumeny, dzięki czemu rynek porusza się "zgrabnie" i z dużą dozą stanowczości.


Przypadek drugi:

Powyżej widzimy dwa wykresy, na których ceny poruszają się mniej więcej ruchem bocznym. Poza tym, że niższy z nich ma bardziej czytelny przebieg świec, różni je bardzo istotny szczegół - wysokość "formacji" na skali. Gdybyśmy kupili pierwszą spółkę na październikowych dołkach a sprzedali podczas grudniowych szczytów, zarobilibyśmy mniej więcej 14%. Natomiast kupno drugiej z nich w listopadzie i sprzedaż w styczniu zapewniłaby zysk rzędu 32%. Zatem widzimy, że nie zawsze to, co wygląda podobnie na wykresie, przynosi porównywalne profity.

To są dwa główne aspekty, które można precyzyjnie pokazać na przykładach. Niemniej istnieje też ten czynnik niemierzalny, który wpływa na mój dobór spółek do transakcji. Ciężko go ująć, ale stosunkowo dobrym przykładem jest wklejony wyżej wykres TVN. Kurs porusza się stabilnie, spokojnie zaznacza kolejne swingi oraz respektuje istotne poziomy techniczne. Niestety podobnie wyglądających spółek jest niewiele, stąd też inwestorzy dyskrecjonalni są skazani na częste ponoszenie wyższego ryzyka na akcjach poruszających się bardziej chaotycznie. Mam nadzieję, że udało mi się pokazać, iż to, co uchodzi za sprawę nieistotną dla AT, może mieć duże znaczenie dla naszego portfela.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz