Mój tekst z 25 stycznia wywołał wśród czytelników bloga sporo zamieszania, gdyż zapewne każdy z Was chciałby zarobić 35% w ciągu dwóch giełdowych sesji. Dzisiaj pociągnę ten wątek, przybliżając nieco instrument, z którego skorzystałem do osiągnięcia takiej właśnie stopy zwrotu. Jeśli nie czytaliście mojego poprzedniego tekstu, koniecznie do niego zajrzyjcie, gdyż dzisiejszy będzie rozwinięciem i uszczegółowieniem kwestii tam omówionych. Doprecyzuję również kilka detali, które mogły wydawać się niejasne.
Czym są certyfikaty faktor?
Są one produktami strukturyzowanymi. Oznacza to, że posiadają swojego emitenta, który niejako "produkuje" je na potrzeby obrotu rynkowego. Sam certyfikat nie reprezentuje określonego prawa majątkowego, a zatem nie kupujemy części spółki czy innego podmiotu. Jego zadaniem jest odzwierciedlanie, w sposób określony specyfikacją certyfikatu, ruchów innych instrumentów. Mogą nimi być akcje, indeksy giełdowe czy też poszczególne surowce.
Czy certyfikaty faktor przypominają kontrakty terminowe?
Mimo posiadania pewnych podobieństw, certyfikaty te są jednak zupełnie różnymi instrumentami. Przede wszystkim certyfikat nie jest instrumentem pochodnym. Nie potrzebujemy podpisanej z domem maklerskim umowy w zakresie obrotu derywatami. Oprócz tego na certyfikatach nie można stracić więcej niż kwota, za którą się je kupiło. W wypadku kontraktów wnosimy określony depozyt, ale straty mogą przewyższyć jego wysokość. W tym zakresie certyfikaty przypominają bardziej akcje, gdyż mogą spaść tylko do zera.



