czwartek, 28 maja 2020

Czy warto korzystać ze zleceń stop loss?

Sensowność korzystania ze stop lossów jest jedną z pierwszych spraw, które musi przepracować początkujący inwestor. Czy obniżają one ponoszone przez nas ryzyko, czy wręcz przeciwnie, odcinają nam szansę na odrobienie strat? Tym tematem zajmę się w dniu dzisiejszym.

Kwestia stosowania stop lossów w inwestowaniu stanowi od lat lemat dyskusyjny w inwestorskich gronach. Jedni z nich korzystają i je sobie chwalą, podczas gdy inni traktują zlecenia obronne jako mechanizm komplikujący inwestowanie oraz obniżający ogólną stopę zwrotu. I mimo że dyskusja bywa żarliwa, nie da się jej jednoznacznie rozstrzygnąć, gdyż odpowiedzi nie należy szukać na rynku, ale w podejściu i uwarunkowaniach samego inwestora.


Z pewnością każdy korzystający ze stop lossów doświadczył sytuacji podobnej do zaprezentowanej powyżej. Notowania otwierają się luką spadkową poniżej ustawionego przez nas zlecenia, przez co system automatycznie sprzedaje akcje. Po kilku chwilach zamieszania inwestorzy odzyskują jednak optymizm i pod koniec sesji lub kolejnego dnia cena akcji znów znajduje się w bezpiecznym dla nas obszarze. Niestety nie posiadamy już akcji w portfelu, gdyż zostały one sprzedane po istotnie niższej cenie. Gdyby nie to, nie mielibyśmy straty, której odrobienie wymaga zawarcia nowej, zyskownej transakcji.

Partnerem artykułu jest ING, promujące certyfikaty Turbo na rynku polskim.

Jest to w zasadzie główny zarzut i główna negatywna cecha stawiania stop lossów: jeżeli rynek zawróci, a wybicie okaże się fałszywe, nie mamy możliwości odrobienia strat. I od razu należy powiedzieć, że nie istnieje sposób pozwalający na wyeliminowanie tego mankamentu. Musielibyśmy znać przyszłość, aby przewidzieć, które przełamania wsparć są prawdziwe, a które fałszywe.

Skoro zatem nie możemy z góry ocenić, kiedy należy pozbyć się papierów, musimy sięgnąć do innych czynników mogących przesądzić o tym, czy stosowanie stopów jest dla nas właściwym rozwiązaniem. Może w tym pomóc jedno ważne pytanie, które warto sobie zadać.

Dlaczego chcę korzystać ze stop lossów?


Pytanie być może banalne, ale są na nie dwie podstawowe odpowiedzi: albo stop lossy mają nas chronić przed rynkiem albo przed nami samymi.

Ochrona przed rynkiem jest oczywista. Zaletą stawiania zleceń obronnych jest szybkość ich realizacji. W chwili, kiedy notowania osiągają lub przeskakują (w wypadku luk) wskazany przez nas poziom, zlecenie aktywuje się wrzuca nasze akcje do arkusza z parametrem PKC, czyli po każdej cenie. Dzięki temu sprzedajemy nasze akcje tak szybko, jak to tylko jest możliwe, nawet jeżeli cena realizacji zlecenia nie będzie najlepsza. 

Jest to rodzaj ochrony przed szybkim rynkiem, czyli sytuacjami, kiedy nie jesteśmy w stanie na bieżąco monitorować notowań i samodzielnie złożyć zlecenia. W końcu nie każdy może śledzić rynek od otwarcia sesji do jej zamknięcia. A nawet jeżeli ma taką możliwość, wystarczy jedna informacja wpływająca na rynek i notowania są w stanie w ciągu kilku sekund przeskoczyć o 10%. Stop loss w takich sytuacjach aktywuje się samoczynnie, wyprzedzając wszelką manualną reakcję inwestora.

Jeżeli więc zlecenia obronne wynikają z faktu, że nie jesteśmy w stanie na bieżąco śledzić notowań (i nie chcemy godzić się z konsekwencjami szybkich rynkowych ruchów) powinniśmy je stosować. Nawet jeżeli raz na jakiś czas rynek powróci do poprzednich poziomów i wybicie okaże się fałszywe, stracimy na tym mniej aniżeli na regularnych stratach przewyższających założony limit.

Druga możliwa odpowiedź na zadane powyżej pytanie, ochrona przed nami samymi, jest nieco bardziej złożona i szczególnie istotna dla początkujących inwestorów. Jeżeli jesteśmy obecni na giełdzie od niedawna i nie posiadamy wypracowanej strategii inwestycyjnej, mamy tendencję do częstej zmiany zdania oraz nietrzymania się wcześniejszych założeń. Jest to naturalna droga, jaką przechodzi początkujący inwestor.

Zdarza się więc, że widząc już na wykresie niepokojące nas sygnały, zaczynamy poszukiwać informacji mających utwierdzić nas w przekonaniu, że kurs odbije. Sprzedaż akcji jest definitywna i zrealizowana w ten sposób strata od razu pojawia się na saldzie konta, a pozostawiona pozycja, nawet jeżeli jest na minusie, daje jeszcze nadzieję na cofnięcie. Niestety bardzo często kurs spada dalej, a my znów żyjemy nadzieją, tym razem że kurs wróci chociażby do poziomu, przy którym zdecydowaliśmy się nie sprzedawać akcji.

W tym wypadku stop loss ma nie tylko uciąć stratę, ale również uciąć ją na takim poziomie, jaki założyliśmy w naszym planie kilka dni wcześniej, kiedy jeszcze sytuacja nie była nerwowa. Oczywiście wszystko przebiegnie pomyślnie jeżeli nie zdecydujemy się zmodyfikować ustawionego wcześniej zlecenia. Natomiast istnieje pewna różnica pomiędzy zastanawianiem się w stresowej sytuacji nad odpowiednim poziomem zlecenia, a świadomym naruszeniem zlecenia złożonego do systemu. Bariera, którą musimy pokonać jest nieco większa, aczkolwiek nie jest to model doskonały, gdyż ostatecznie najsłabszym ogniwem jest człowiek.

Inwestowanie bez kontroli ryzyka jest niebezpieczne


Jeżeli nasze podejście inwestycyjne zakłada zagrania krótkoterminowe, o horyzoncie do kilku tygodni, warto jest kontrolować maksymalną stratę, którą może wygenerować nasza pozycja. Przy takim systemie inwestowania wystarczy jedna transakcja, która nie pójdzie po naszej myśli aby zniwelować zyski z dłuższego okresu inwestowania. Nawet jeżeli nie korzystamy ze stop lossów, warto wyznaczyć sobie wcześniej poziom, przy którym będziemy zamykali pozycję. Im dłuższe doświadczenie rynkowe tym zazwyczaj większe przekonanie inwestora, że straty w krótkoterminowym inwestowaniu należy ucinać.

Pewną pomocą w takim podejściu do rynku mogą być instrumenty z wbudowanymi mechanizmami kontroli ryzyka. Jednym z takich instrumentów są opcje na Wig20, które notowane są na warszawskiej giełdzie. Kupując opcje mamy z góry znany maksymalny poziom ryzyka na danej transakcji i nie zmieni się on nawet jeżeli rynek istotnie spadnie. Opcje są niestety notowane tylko na główny indeks, a nieumiejętnie użyte generują bardzo duże ryzyko związane z ich wystawianiem.

Drugim typem instrumentów posiadających "zaszytą" kontrolę ryzyka są certyfikaty Turbo, których emitent jest partnerem dzisiejszego tekstu. Decydując się na dany certyfikat wybieramy poziom bariery, który jest formą naturalnego stop lossa. Kiedy rynek osiąga poziom bariery notowania certyfikatu są zawieszane, a inwestorowi zwracana jest tzw. wartość rezydualna. Co ważne, nawet w sytuacji dużej luki cenowej inwestor nie traci więcej niż kwota zainwestowana w dany certyfikat. Dodatkową zaletą jest fakt, że poziomu tego swoistego stop lossa nie można modyfikować. Aby go przesunąć należałoby sprzedać posiadane jednostki certyfikatu i kupić inne o innym poziomie bariery. Więcej informacji o działaniu certyfikatów Turbo znajdziecie w tym miejscu.


Czy Humanista stawia stop lossy?


Na koniec warto wspomnieć, jak ja sam podchodzę do kwestii stop lossów. Co do zasady przy każdej transakcji posiadam określony poziom ryzyka, które jestem skłonny zaakceptować. Z jednej strony pozwala mi on na wytyczenie poziomu wyjścia z rynku, ale z drugiej, podpowiada gdzie mogę wejść na rynek, aby strategia była spójna, a szerokość stop lossa nie zbyt duża.

Mimo posiadanego dość precyzyjnego obszaru, w którym wchodzę na rynek, praktycznie nigdy nie nie składam zleceń do systemu, a zawsze realizuję je ręcznie. Pomaga mi tu kilkuletnie doświadczenie rynkowe i przekonanie, że ryzyko należy kontrolować, gdyż bardzo rzadko zdarza mi się rezygnacja z wyjścia z rynku w ustalonym miejscu. Można powiedzieć, że tu tkwi różnica pomiędzy inwestorem początkującym, a posiadającym większe doświadczenie.

Po drugie, zazwyczaj daję rynkowi trochę miejsca na przetestowanie poziomu wsparcia i ewentualne odbicie. Z reguły nie zamykam pozycji przy pierwszym dotknięciu mojego poziomu, ale jeżeli w ciągu dwóch kolejnych sesji cena nie wróci powyżej mojego poziomu stop lossa, likwiduję pozycję. Takie podejście długookresowo mi się sprawdza, gdyż eliminuje ryzyko jednosesyjnych długich dolnych cieni, które swojego czasu mocno mnie wymęczyły, szczególnie na spółce Ciech.


Również w przypadku certyfikatów Turbo, rzadko decyduję się na traktowanie bariery jako mojego stop lossa. Preferuję certyfikaty o nieco bardziej odległym poziomie bariery i mniejszej dźwigni, a z pozycji wychodzę wówczas, gdy instrument bazowy naruszy wyznaczony poziom i nie powraca powyżej niego przez dwie kolejne sesje.

Tym sposobem pogląd na stop lossy i praktykę wychodzenia z pozycji mam raczej ugruntowane, ale udzielenie tej odpowiedzi wymagało nieco szerszego komentarza.

Już niebawem będę kontynuował tematykę stop lossów, żeby pokazać różne sytuacje, w których mogą się one przydać. Jeżeli nie chcecie tego przegapić, zapraszam do zapisania się na newsletter.


4 komentarze:

  1. Jeżeli ktoś nie stawia Stop-Loss to znaczy, że nie wie, gdzie go postawić. Jeżeli stop-loss są wycinane notorycznie, to po prostu ktoś nie wie co robi. Jeżeli natomiast wie i ich nie stawia, to jest po prostu głupi.

    Grasz sobie na GPW, jednym z najbardziej bananowych rynków na świecie to pewnie Ci się sprawdza takie podejście, że sobie pooglądasz kilka sesji co się dzieje. Na prawdziwych rynkach zostałbyś zmieciony w jedną sesję, gdzie luki i ruchy cen potrafią wynosić kilkadziesiąt procent.

    Poza tym nawet na bananowym rynku, jaki jest GPW może zdarzyć się tak, że cena zamiast zrobić cień po prostu będzie kontynuować spadki. Ciekawe kiedy się wtedy obudzisz i ręcznie zamkniesz pozycję? Pewnie jak spadnie o kilkadziesiąt procent. I cały zysk (jeżeli go masz) trafi szlag. No chyba, że należysz do tych ludzi, którzy żyją aby inwestować i cały dzień patrzą się w ekran komputera. Ja jednak wolę inwestować, aby żyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy inwestuje jak mu to podchodzi i daje wyniki :)

      Usuń
    2. Masz całkowitą rację. I właśnie dlatego giełda to po prostu transfer pieniędzy z kont tych, którzy grają "jak im podchodzi" na konta tych, którzy grają tak się powinno. I to jest w tym piękne, bo gdyby wszyscy robili to właściwie bardzo trudno byłoby tu cokolwiek zarobić.

      Usuń
  2. A Pan madralinski ile juz zarobił na rynku, że tak sobie wobec Autora pozwala?

    OdpowiedzUsuń