poniedziałek, 1 lutego 2021

Czy to już czas realizacji zysków?

W ciągu ostatnich kilku miesięcy warszawska giełda doświadczyła wzrostów, jakich nie widzieliśmy od lat. Czy to wysokie tempo jest realne do utrzymania, czy lepiej już teraz zainkasować zyski w obliczu niepewnej przyszłości.

Niedawno podzieliłem się na facebooku moją rozterka, z którą zmagałem się przez ostatnie kilka dni. Mój portfel zyskał od początku listopada 47%, co jest wyjątkowym tempem, jak na dotychczasowe doświadczenia. Co ważne, nie kupiłem w ostatnim czasie żadnej spółki, która wzrosła o 1000%, skład pozostał mniej więcej bez zmian w porównaniu do pierwszego półrocza. 

Patrząc więc na rachunek maklerski i widząc wiele walorów z trzycyfrowymi stopami zwrotu, zacząłem się poważnie zastanawiać, czy to, co obecnie obserwujemy na giełdzie jest sytuacją normalną, czy ma szansę na kontynuację oraz jak wielkie jest ryzyko, że nagle muzyka przestanie grać, a walory się zawalą.


Co warte podkreślenia, w moim portfelu koncentruję się w dużej mierze na spółkach dywidendowych. Kupowałem je intensywnie w 2018 i 2019 roku, kiedy wydawały mi się tanie i dzisiaj jestem bardzo zadowolony z podjętych decyzji, lecz silne wzrosty z ostatnich dni nie są czymś, do czego byłbym przyzwyczajony. Budimex, spółka mało dynamiczna i przynależąca do dość nudnej branży, wzrósł od początku listopada o 37%. Z kolei iFirma, o wiele mniejszy walor, zyskała na wartości 76% od końca października, a jej długoterminowy wykres przedstawia się następująco:


Jak widać, przyspieszenie w ostatnich miesiącach jest zdecydowane, a jego skalę można porównać do krótkiego okresu pod koniec 2016 roku. 


Podobne obawy mam w stosunku do spółki Budimex, która notowana jest obecnie z wskaźnikiem cena/zysk na poziomie 24. Parametr ten nie uwzględnia świetnego 4 kwartału 2020 roku, za który spółka podała szacunkowe dane, ale mimo tego zastanawiam się, czy spółka budowlana może przez dłuższy czas być wyceniana na takim poziomie. A jeżeli nie, to kiedy nastąpi jakaś normalizacja i jaką postać ona przyjmie.

Omówione dwa przykłady spółek oczywiście nie stanowią kompletnej analizy tych walorów, ale dają pewne pojęcie na temat sytuacji, z którą się mierzymy. Od dawna już Wig20 nie stanowi reprezentatywnego przykładu tego, co dzieje się na polskim rynku, lecz można się w tym miejscu posłużyć indeksem sWig80.


Jak widać, indeks najmniejszych spółek przebył niedawno drogę z najniższych poziomów od 2012 roku do pułapu najwyższego od 13 lat. Wyżej indeks ten znajdował się tylko w 2007 roku, czyli w szczycie ówczesnej hossy, a była to słynna hossa na MiŚiach.

Tak duże tempo wzrostów przypomina niemal pionową ścianę na wykresie. Co oczywiste, nie jest to tempo możliwe do utrzymania w dłuższym okresie i prędzej czy później pojawi się korekta, której zasięg jest obecnie trudny do przewidzenia.

Wzrosty nie w każdym przypadku wynikają z poprawy fundamentów samych spółek. W dużej mierze jest to efekt napływu kapitału na polski rynek, zarówno ze źródeł krajowych, jak i zagranicznych. Można więc mówić o pewnego rodzaju przypływie, który unosi wszystkie łodzie. Kiedy nastroje ulegną pogorszeniu, kapitał może zacząć uciekać z rynku, co znajdzie przełożenie na notowania spółek.

Aktualny obraz rynku


Mamy więc sytuację, w której poprawa nastrojów i napływ kapitału na polski rynek wywindowały notowania spółek w górę. Jest to sytuacja o tyle nietypowa, że przez ostanie 2-3 lata nasz rynek był wyceniany nisko, a spółki były relatywnie tanie, co mocno uzasadniało posiadanie i dokupowanie akcji.

Czy obecnie jest zatem drogo? Częściową odpowiedź na to pytanie udzieliłem w ostatnim nagraniu Spółek Ciekawych Technicznie, gdzie pierwsze 10 minut nagrania poświęciłem aktualnej sytuacji rynkowej:


W mojej ocenie wyceny na GPW powróciły do średnich poziomów. Nie jest już tanio, ale jeszcze nie można powiedzieć, że obserwujemy na polskim rynku euforię. Nie mamy więc jasnego sygnału sugerującego sprzedaż papierów, oprócz możliwości wystąpienia korekty po silnych wzrostach w krótkim czasie.

Jednak sygnały ostrzegawcze mogą płynąć z rynku amerykańskiego, gdzie inwestorzy indywidualni szeroką masą uczestniczą w inwestowaniu, wywierając zauważalny już wpływ na rynek. Z ostatnich wydarzeń można wnioskować, że długoletnie wzrosty na amerykańskiej giełdzie doprowadziły do sytuacji, o której można mówić w kontekście inwestycyjnej bańki. Zwraca na to uwagę m.in. Rafał Hirsch, który twierdzi, że obecna euforia może mieć bardzo przykre konsekwencje.

Znaczenie tej sytuacji dla polskiego inwestora jest oczywiste. Jeżeli w USA nastąpi gwałtowne załamanie notowań i wzrost awersji do ryzyka, ucierpi na tym również i nasza giełda. Kapitał zacznie przepływać w kierunku bezpiecznych aktywów, porzucając te bardziej ryzykowne, za które wciąż częściowo uchodzą polskie akcje. Co w takiej sytuacji ma zrobić inwestor indywidualny?

Czy to już czas realizacji zysków?


Odpowiedź na to pytanie w wypadku każdego inwestora może być inna. Wpływ na to ma oczywiście nasza strategia inwestycyjna, cele które sobie obraliśmy, skład portfela oraz indywidualna ocena tego, co obecnie dzieje się na rynku. Nie będę więc próbował wczuć się w kogoś innego i analizować wszystkich możliwych wariantów i wydarzeń, ale skupię się na moim portfelu i powiem, co stało za decyzjami, które podjąłem.

Jak wynika to z wcześniejszej części tekstu, w mojej ocenie rynek wzrósł ostatnio na tyle szybko, że można spodziewać się jakiejś korekty. Jej głębokość stanowi duży znak zapytania. Z drugiej strony notowania spółek nie znajdują się jeszcze w fazie euforii. 


Pokazuje to wskaźnik cena/zysk dla indeksu sWig80. Nie znajduje się on już na niskich poziomach, jak miało to miejsce w 2018 i 2019 roku, ale trudno też powiedzieć, aby wartość 15 oznaczała szczególnie drogie akcje. W tym obszarze uważam, że jest jeszcze potencjał do wzrostów, nawet jeżeli miałaby po drodze przytrafić się większa lub mniejsza korekta.

Tyle o rynku, czas na indywidualne uwarunkowania. Większość spółek, które posiadam w portfelu można zaliczyć do dywidendowych lub wzrostowych. We wszystkich wypadkach liczę więc na wzrost kursu w długim okresie i/lub regularnie wypłacane dywidendy w przyzwoitej wysokości. 

Nie mam z kolei spółek, w których głównym zamiarem jest spekulacja, czyli krótkoterminowy wzrost ceny. Staram się unikać dynamicznie rosnących walorów, jeżeli sądzę, że wzrosty te nie mają uzasadnienia fundamentalnego oraz nie stoi za nimi mocny biznes i przyzwoity zarząd. Swoje krótkoterminowe zamierzenia spekulacyjne realizuję głównie na certyfikatach Turbo.

Wszystkie spółki z mojego portfela lubię i chcę posiadać. Mam dobre zdanie o władzach spółki, ich biznesie oraz pozytywne oczekiwania co do przyszłości. Aby dokładnie ocenić moje walory, zrobię to przez pryzmat kilku prostych pytań.

Czy lubię moje spółki? Zdecydowanie tak. Jakoś tak się złożyło, że skompletowany portfel składa się z walorów, których jakość, władze i biznesy odpowiadają moim oczekiwaniom. Nie mam więc poczucia, że ktoś może mnie oszukać, prowadząc np. zbyt euforyczną politykę informacyjną w spółce.

Czy chcę sądzę, że biznes będzie się rozwijał? Zdecydowanie tak. Wzrost notowań to jedno, ale cały czas są to świetne biznesy, posiadające określone przewagi nad innymi spółkami, więc moje oczekiwania co do przyszłością są optymistyczne.

Po co kupiłem te akcje? W dużej mierze kupiłem te spółki dla dywidendy, więc wzrost ceny nie jest czynnikiem negatywnie rzutującym na możliwość jej wypłacania. Wręcz przeciwnie, im lepiej w biznesie spółki, tym większym zyskiem może się podzielić. Oczywiście część spółek kupiłem przede wszystkim dla wzrostu, ale jak wspomniałem wyżej, moje oczekiwania w tym zakresie są nadal pozytywne, więc uważam, że taki Sunex, na którym mam ok. 600% zysku, może rosnąć jeszcze bardziej.

Czy łatwo mi będzie te akcje odkupić? I tu odpowiedź jest negatywna. Większość spółek kupowałem kiedy były tanie, bo to jest mój ulubiony styl zakupów. Abym więc ponownie zajął pozycję na tych dobrych podmiotach, musiałyby one znacznie potanieć, co wcale nie jest pewne. Ponowne otwarcie lub zwiększenie pozycji po średniej lub wysokiej cenie byłoby dla mnie bardzo trudne z emocjonalnego punktu widzenia i pewnie bym się na to nie zdobył.

W rezultacie okazuje się, że mam zestaw spółek, które lubię, co do których jestem przekonany, że mają świetne perspektywy, które kupiłem w oczekiwaniu na dywidendy i wzrosty. Co więcej, mam na tych walorach dobrą cenę nabycia, od której stopa dywidendy w kolejnych latach będzie bardzo atrakcyjna.

Dodatkowo nie mam szczególnego pomysłu na ulokowanie środków uzyskanych ze sprzedaży akcji. Inaczej wyglądałaby sytuacja, gdybyśmy mieli warunki zbliżone do tych z marca lub października 2020 roku, gdzie wiele spółek aż prosiło się o kupno. Dziś rynek podjechał w górę i nie jest już tak tanio, więc gotówka pewnie leżałaby na koncie przez dłuższy czas.

Odpowiedź jest prosta, gdy się już ją znajdzie


Jak więc widzicie, ta prosta analiza i zadanie sobie kilku pytań pozwala uzyskać odpowiedź na nurtujące mnie zagadnienie. Trzeba je było jednak rozbić na czynniki pierwsze i dokładnie przeanalizować, żeby całość miała sens.

Z drugiej strony szkoda by było zaprzepaścić długie miesiące planowania i realizowania transakcji, zbierania akcji gdy są tanie tylko po to, żeby pozbyć się dobrych spółek w chwilowym przeczuciu, że są trochę zbyt drogie lub że wzrosły zbyt szybko.

Idąc tym tropem trudno byłoby utrzymać przez dłuższy czas akcje wielu spółek będących liderami w swoich branżach. Jeżeli walory są dobre i mają dobre perspektywy biznesowe to inwestorzy lubią przyznawać im pewną premię w wycenie. Być może z taką sytuacją mamy do czynienia obecnie, więc sprzedaż akcji może być większą szkodą niż pożytkiem.

Ciekaw jestem, jak Wy podchodzicie do obecnych wycen spółek. Niektórzy pisali, że redukują lub całkowicie likwidują otwarte pozycje na akcjach. Czas pokaże, które decyzje okażą się lepsze.

4 komentarze:

  1. Radek, mam zupełnie ten sam dylemat. Zredukowałem na razie 4 walory, które miały byc długoterminowe - PZU i LTS zupełnie oraz o połowę MRB (dociera do ATH) i AST (chcę odkupić taniej, ale coś czuję że się nie doczekam.

    Z jednej strony człowiek widzi że dość drogo, a z drugiej nie chce sprzedawać. Najgorsze jest to, że rynek jest też mocno rozchwiany i nie wiesz czy korekta nie będzie wielka w cenie i w czasie. Większa niz jestes w stanie zniesc mentalnie a wtedy sprzedasz na dołku, ile to już razy przerabiałem :)
    A Ty twardo trzymasz (diamond hands :D) czy coś jednak zredukujesz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że na razie będę trzymał. Nie ma jeszcze szaleństwa w cenach, poziomy są przeciętne lub dobre, ale jeszcze nie drogie. Dość widziałem historii sprzedaży papierów po 100 zł, kiedy one rosły do 800 zł. Więc dopóki nic złego ze spółek się nie dowiaduję to trzymam.

      A papiery takie jak PZU to kupowałem w dołku dywidendowo, więc jeszcze nie zdążyły się rozkręcić. Zmiana zdania teraz i sprzedaż papierów po 3 miesiącach to byłaby amatorszczyzna.

      Usuń
  2. Radek a tak z innej beczki wiem że inwestujesz na rynku nieruchomości czy według Ciebie to dobry czas na zakup mieszkania? Ceny są kosmiczne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zależy, czy kupić na inwestycję, czy dla siebie. Jak dla siebie to ryzyko czekania na niższe ceny przez kilka lat jest zazwyczaj nie do podjęcia.

      A jak na inwestycję to zależy, od celów, jakie się stawia. Jeżeli masz pół miliona i nie chcesz kisić tego na lokacie to nieruchomość wydaje się niezłym rozwiązaniem. Ale jeżeli chcesz jakieś kilkuletnie stopy zwrotu realizować to jest to temat ryzykowny.

      Fajnie wygląda sprawa działek pod dużymi aglomeracjami, wydaje się, że one dają wysokie szanse na wzrost wartości. Ale tu trzeba uważać na kwestie zagospodarowania przestrzennego.

      Usuń