czwartek, 13 grudnia 2018

Giełdy żyją z pieniędzy naiwnych - hossy prędko nie będzie

Giełdy żyją dzięki pieniądzom naiwnych. Jeżeli tych pieniędzy nie będzie, nie możemy spodziewać się wzrostów w rozsądnej perspektywie czasowej. Dzisiejsi inwestorzy muszą pogodzić się z tym faktem i odpowiednio dopasować swoje działania, bo inaczej mogą się srogo rozczarować.

Dlaczego mieliśmy hossę lat 2003-2007? Pamiętacie te czasy? W telewizji leciały reklamy towarzystw funduszy inwestycyjnych, rodzinne spotkania zdominowane były przechwałkami kto ile na giełdzie zarobił i ile jeszcze zarobi. Każdy, kto miał jakieś oszczędności lokował je w TFI lub na giełdzie, gdyż to ona oferowała bardzo atrakcyjne stopy zwrotu.

Później przyszedł rok 2007, a następnie 2008 i 2009 i większość inwestorów straciła pieniądze. Stracili zarówno amatorzy, jak i inwestorzy obecni na parkiecie od lat. Stracili posiadacze akcji, posiadacze jednostek TFI i oszczędzający w OFE. Amatorzy stracili dużo, czasami oszczędności życia, czasami tylko te odłożone na czarną godzinę.

Tych amatorów nazywam w dzisiejszym tekście naiwnymi. Są to ludzie, którzy na co dzień nie mają wiele wspólnego z rynkami finansowymi. Inwestowaniem interesują się wtedy, kiedy ktoś sprzeda im jakiś produkt inwestycyjny (często uwypuklając możliwe zyski i przemilczając ryzyka) albo gdy szum wokół rynku jest na tyle duży, że wydaje się to łatwym sposobem na pomnożenie pieniędzy.


I teraz przenosimy się w czasie o dekadę, jest przełom roku 2018 i 2019. Na giełdzie została tylko garstka inwestorów, tych najwytrwalszych, którzy się jeszcze nie zniechęcili. Nie odpuścili mimo tego, że od dekady nie było hossy, mimo afery GetBacku, afery KNF i coraz gorszego sentymentu inwestycyjnego. Nie zrezygnowali, mimo że kolejne spółki są zdejmowane z giełdy, a nowe nie debiutują. Śledzą notowania wspominając stare dobre czasy i oczekując, że kolejny rok będzie lepszy. Nie będzie, musimy się z tym pogodzić.


Zaprezentowany powyżej wykres cenowego indeksu warszawskiej giełdy pokazuje, jakim fenomenem była hossa lat 2003-2007. Ta hossa była pompowana kapitałem naiwnych. Pieniędzmi, które na giełdę już raczej nie popłyną.

We wtorek zaprezentowane zostały listopadowe nabycia i umorzenia w funduszach inwestycyjnych. Wrzucam sobie do excela co miesiąc statystyki dla rynku akcji ogólnie oraz konkretnie dla funduszy małych i średnich spółek. Obie krzywe prezentują się w następujący sposób:

za IZFA.pl
Pomijam skale i wartości, gdyż nie mają one znaczenia. Istotne jest, że tylko styczeń na przestrzeni 2018 roku zanotował napływy do funduszy. Wszystkie pozostałe miesiące posiadają tendencję negatywną, czyli obrazują odpływy z akcyjnych TFI. Odpływy będą jeszcze większe, gdyż sprzedaż jednostek funduszy inwestycyjnych jest coraz bardziej ograniczana, zwłaszcza w obszarze funduszy prywatnych, nie powiązanych z dużymi grupami bankowymi. A tu wracamy do głównego problemu poruszanego w tym tekście - fundusze najlepiej sprzedaje się w banku, bazując na sprawdzonych modelach sprzedażowych i chciwości klienta. Czyli mechanizm jest od lat ten sam, tyle że jego skala jest dziś znacznie mniejsza.

Jako inwestorzy wiążemy spore nadzieje z Pracowniczymi Planami Kapitałowymi, które będą oznaczały przekierowanie strumienia kapitału na giełdę. Tyle tylko, że to ciągle są pieniądze naiwnych. Różnica jest taka, że zarabiającej 2000 zł na rękę pracownicy sklepu odzieżowego inwestycja ta nie zostanie sprzedana przez instytucję finansową, ale mocą ustawy państwo część jej wynagrodzenia zapakuje w worek zwany PPK i wyśle na giełdę. Ciągle są to pieniądze tych samych osób, tylko mechanizm ich przekierowania na giełdę jest inny, a skutki dla rynku kapitałowego wielokrotnie mniejsze.

GPW ogłosiła ostatnio publikację indeksów dywidend, obrazując inwestorom, że na rynku kapitałowym można zarobić 5% rocznie z samych tylko udziałów w zyskach spółek.

źródło: GPW.pl
Spójrzcie na piękny wykres dywidend z sWig80, który idzie tylko do góry i nigdy nie spada poniżej zera. Tyle tylko, że sWig80 od początku tego roku spadł o "skromne" 25%.

Oczywiście w odpowiednich broszurach będą klauzule i zastrzeżenia. Chciałem tym przykładem tylko pokazać, że zarówno publiczne instytucje rynku kapitałowego, prywatne instytucje finansowe oraz państwo bawią się od lat w tę samą grę - jak przyciągnąć kapitał "ulicy". Wszystko wskazuje na to, że w przyszłości będzie to tylko trudniejsze, a to nie zwiastuje rychłej hossy.

Dobrze to już było


Nie bez powodu wspomniałem atmosferę lat 2006-2007. Wtedy można było promować inwestowanie w fundusze, emitować kolorowe reklamy w TV i pokazywać historyczne stopy zwrotu, puszczając jednocześnie oczko do widzów, że w przyszłości jest szansa na ich powtórzenie albo i pobicie. Można było sprzedawać w bankach i domach maklerskich akcje, obligacje i jednostki funduszy inwestycyjnych. I kapitał naiwnych płynął, zasilając giełdowe notowania.

A co mamy dzisiaj? Nie ma w telewizji reklam TFI. Ograniczeniu ulega możliwość promowania jakiejkolwiek aktywności inwestycyjnej. Instytucje finansowe wręcz zniechęcają klientów konstruując skomplikowane ankiety, których negatywny wynik powoduje, że inwestowanie jest im odradzane. Każda reklama ma więcej klauzul i zastrzeżeń o ryzyku niż treści promujących daną ofertę. Tak dzisiaj wygląda rynek sprzedawania do "detalu".

Po aferze GetBacku wszyscy oburzamy się, że w bankach dokonywano missellingu, oferując obligacje korporacyjne osobom, które nie były do tego odpowiednio przygotowane. Świat finansów od lat stał, stoi i będzie stał na missellingu. Na tym była zbudowana ostatnia hossa - na missellingu  lub bliskich mu praktykach sprzedażowych i ludzkiej chciwości. Tyle tylko, że z rynkiem jest tak, że 98% przypadków inwestycji przynosi lepsze lub gorsze wyniki, ale mieszczące się w granicach normy. Dopiero wybuch kilku afer ostatnich lat powoduje tendencje, w efekcie których rynek finansowy został zalany betonem, zasypany gruzem i przywalony innym MIFIDem. I prędko się nie podniesie.

Od lat rynki finansowe żyły z tego, że szeroko pojęte produkty finansowe kupowali ludzie, którzy nie do końca zdawali sobie sprawę z ryzyk. Kupowali obligacje tych spółek, które były im sprzedawane w okienkach bankowych. Dopóki wszystko było ok, wszystko było ok. Kupowali jednostki funduszy inwestycyjnych i dopóki nie działy się żadne kataklizmy, wszystko było ok. Brali kredyty hipoteczne na kwoty przekraczające ich zdolność kredytową i dopóki kurs franka się nie załamał, wszystko było ok. Dzisiaj już tego nie ma i to co było zapewne nie wróci.

Pamiętacie korzystanie z Internetu dekadę temu? Wchodziło się na stronę, czytało artykuł i wychodziło ze strony. Dzisiaj trzeba najpierw kliknąć akceptację ciasteczek, wyrazić zgodę RODO i zaakceptować politykę prywatności, zaznaczyć, że nie chce się otrzymywać powiadomień, zamknąć wyskakującą reklamę, okienko zapisu na newsletter, a kiedy już zaczynamy czytać artykuł to pojawia się paywall i możemy przeczytać 10% tekstu. Nie twierdzę, że wszystkie powyższe czynniki są wynikiem regulacji, niektóre to tylko znak obecnych czasów. Sęk w tym, że tak jak trzeba być mocno zdeterminowanym aby przeczytać tekst w Internecie, trzeba być jeszcze bardziej zdeterminowanym, żeby ulokować swoje pieniądze w jakimkolwiek produkcie finansowym. Świat się zmienił.

Misselling jest zły, ale lekarstwo zabija pacjenta


Nie chcę, aby z tego tekstu biło wrażenie, że jestem zwolennikiem missellingu i wciskania każdemu skomplikowanych produktów finansowych, których ludzie nie rozumieją i które w swej konstrukcji nastawione są na oszukanie klienta.

Tym, co chcę zaakcentować jest strukturalna i instytucjonalna zmiana, jaka różnicuje sytuację oszczędzających oraz sytuację rynków finansowych dekadę temu i w dniu dzisiejszym. Kiedyś kapitał oszczędzających był bardzo sprawnie przekierowywany na rynek finansowy, nawet jeżeli nie wszystko odbywało się z należytym poszanowaniem interesów klienta. Dzięki temu strumieniowi pieniędzy nawet osoby, którym "wciśnięto" jakiś produkt, mogły na nim zarobić.

Dzisiaj jest zupełnie inaczej. Pomiędzy oszczędzającymi a rynkiem finansowym wyrosła niewidzialna bariera w postaci ankiet, regulacji i ograniczeń. Wiele wskazuje na to, że nie tylko rynek akcji, ale również rynek obligacji zostanie zamrożony, wszystko oczywiście w trosce o los klientów.



W efekcie tak bardzo chcemy zapobiegać jakimkolwiek nadużyciom, że zabronimy spółkom pozyskiwać kapitał, instytucjom finansowym pośredniczyć w tym procesie, a klientów będziemy ze wszystkich stron ostrzegali, że inwestycje wiążą się z ryzykiem. Skutkiem powyższego otwarcie rachunku maklerskiego stanie się wyzwaniem, któremu nie każdy podoła.

Jak inwestować w kolejnych latach?


Zaprezentowany powyżej obraz z pewnością nie jest rysowany w różowych barwach. Bez szerokiego strumienia kapitału nie będzie hossy na warszawskiej giełdzie. Co w takiej sytuacji zrobić? Jak inwestować?

Przede wszystkim należy uświadomić sobie, że proces ten właśnie obserwujemy. Odpływ pieniędzy z rynku sprawia, że nawet dobre spółki są przeceniane. Po co nam jednak tania spółka, jeżeli w przyszłości nie spodziewamy się wzrostów? Dla dywidendy!

Sądzę, że inwestowanie dywidendowe mocno zyska na wartości. Inwestor mniejszościowy co do zasady odnosi dwie korzyści z funkcjonowania na giełdzie - zarabianie na wzroście kursu lub na otrzymywanej regularnie dywidendzie. Skoro wzrosty stoją pod znakiem zapytania, coraz więcej osób będzie koncentrowało się na długoterminowym posiadaniu papierów w portfelu. W efekcie kluczem stanie się relacja ceny akcji do potencjalnego strumienia dywidend ze spółki. Niedoszacowanie liczone klasycznymi wskaźnikami wywodzącymi się z rynków rozwiniętych będzie musiało przesunąć swoje granice w dół.

Drugim zjawiskiem będzie to, co obserwowaliśmy na przestrzeni ostatnich dwóch lat w branży gamingu. Kapitał spekulacyjny, w obliczu marnego stanu szerokiego rynku, będzie dynamicznie przepływał do sektorów, które będą aktualnie "grane". Będzie to więc realizacja scenariusza "naiwnych pieniędzy", tyle że w mniejszej skali. Dopóki napływające środki będą pompowały jakąś branżę, będziemy tam obserwowali silne wzrosty. Jak rynek się przegrzeje, sektor zanotuje zdecydowanie gorsze wyniki, a ci którzy nie zdążyli zamknąć pozycji na czas zaobserwują duże straty na swoich pozycjach.

Co poza giełdą?


Obecna sytuacja rynku kapitałowego w Polsce dla niewprawnych oczu mogłaby wskazywać, że z oszczędnościami obywateli nie jest najlepiej. Ale czy w rzeczywistości tak jest? Odpowiedź znajdziemy na poniższym wykresie:

źródło: bankier.pl
Jak widać ceny mieszkań na przestrzeni ostatnich dwóch lat niemal wystrzeliły i wiele wskazuje na to, że tendencja ta będzie kontynuowana. Każdy, kto ma trochę większą pulę oszczędności albo kupuje na wynajem albo próbuje flipować. Co więcej, 51% Polaków twierdzi, że ceny domów nigdy nie spadają. Widać więc ewidentnie, że kapitał szerokim strumieniem popłynął na rynek nieruchomości, którym znów zaczynamy się zachłystywać.

A co jeżeli nie nieruchomości? Bańka Bitcoina w zasadzie już pękła, ale z pewnością gdzieś w przyszłości wyrośnie produkt, który przyciągnie uwagę szerokiego kapitału. Kluczem jest tu właśnie niska bariera wejścia, którą rynek kapitałowy ewidentnie stracił.

Może nie będzie tak źle?


Z powyższego tekstu wyłania się niezbyt optymistyczna perspektywa dla przyszłych losów warszawskiej giełdy. Trzeba sobie jednak twardo powiedzieć, że w czasie gdy kapitału na rynku jest więcej niż kiedykolwiek wcześniej, podobnie jak sposobów na jego zainwestowanie, polski rynek kapitałowy jest obwarowany tak wielką liczbą regulacji, że przypomina kamień tkwiący po środku strumienia. Woda opływa go ze wszystkich stron, ale nic nie dostaje się do środka.

Czy tak będzie wyglądała przyszłość? Czy faktycznie możemy zapomnieć o napływie szerokiego strumienia kapitału od "przeciętnych" obywateli? W końcu siłami weteranów warszawska giełda hossy nie wywoła. Czy może jest to kolejny cykliczny dołek, o którym zapomnimy za kilka lat, kiedy zmienią się okoliczności?

Sądzę, że warto szerzej pochylić się nad tą kwestią i być może nieco wydłużyć swój horyzont inwestycyjny i bardziej nakierować go na dywidendy. Głównie po to, żeby nie być jak ten ukrywający się w lesie partyzant, czekający od 20 lat na zakończenie wojny. Czy tak samo możemy czekać na hossę na GPW?


16 komentarzy:

  1. Mocno pesymistyczny artykuł, więc kontrariańsko czas na wzrosty.:-) Sądzę, że gaming będzie nadal sektorem, który będzie grany spekulacyjnie. Sporo młodych ludzi inwestuje i interesuje się jedynie tym rozwijającym się sektorem. Przykład z dziś CI Games, niebawem pewnie Bloober, choć ostatnio już miał swoje kilka dni "odpału".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mocno pesymistyczny, bo chcę zwrócić uwagę na kilka negatywnych procesów, jakie się ostatnio zdarzają. Politycy nie pomagają w budowaniu zaufania do rynku kapitałowego.

      Gaming może być takim koniem pociągowym, który spopularyzuje inwestowanie. Zastanawiam się, czy relatywny przyrost młodych inwestorów, który pokazał się w ostatnim badaniu OBI jest wynikiem popularności gamingu, czy może silnych wzrostów na kryptowalutach. Jeśli jest szum, są ludzie tym szumem zainteresowani.

      Ale znów, wielu wymięka, jak musza wypełnić ankietę MIFID o adekwatności inwestycji do swoich umiejętności. Nawet mi ręka lekko drży, jak muszę ją wypełnić, a inwestuję od 10 lat :)

      Usuń
  2. Obawiam się, źe czas gamingu już minął. 2017 rok był rokiem spółek biotechnologicznych a mijający był rokiem gamingu. Kto miał zarobić to zarobił. Ceny się urealniły. Twoj artykuł jest bardzo pesymistyczny i czytam między liniami żal, że „świadomi inwestorzy nie zarobią bo jest mniej „owiec” do strzyżenia”. Nie sądzę, żeby tak było. Kapitału wolnego jest sporo (przede wszystkim u świadomych inwestorów). Widać to po spekulacyjnych ruchach na niektorych spółkach. „Owieczki” też mają zapas kasy i lubią się zabawić (Braster, Groclin, spółki gamingowe). Wzrostów na naszej giełdzie nie wywoła „ulica” bo wiemy jaki procent transakcji wykonują u nas amerykanie. Ale ulica czeka. Tak jak przy poprzednich hossach. Tym razem jie będzie ogłoszeń w TV, że gielda rośnie ale informacja i zmianie trendu zacznie rozchodzić się pocztą pantoflową. Ludzie usłyszą o tym „u fryzjera” itp.
    Wbrew pozorom, sukces branży gamingowej w tym roku napędził nam na parkiet młode pokolenie, ktore gra w te gry a mając trochę zaskórniaków spróbowało też gry na giełdzie. Sądzę, że złapali bakcyla chociaż zapłacili swoje pierwsze frycowe. Wrocą bo będą się chcieli odkuć, opowiedzą kolegom... itd. Wejdą znów. Będzie więc świeży kapitał. Nie tak wielki ale będzie.
    W końcu ojciec bił syna nie za to, że przegrał tylko za to, że się chcial odegrać.

    Zgadzam się z tezą, że trzeba się ustawiać na dywidendowe i przetrwać pierwsze kroki PPK. Zobaczyć jak to pójdzie. Rynek jest cykliczny jak wszyscy wiemy i nie może jechać tylko w dół.
    Ja jestem optymistą i regularnie skupuję wybrane dywidendowe na przetrwanie do lata 2019.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obaj jesteśmy optymistami, jeżeli chodzi o zaangażowany kapitał, bo sam również akumuluję :) I podejrzewam, że zbieramy podobny profil spółek lub nawet te same walory :)

      W każdym razie nie podzielam Twojego optymizmu odnośnie tego, że ulica czeka. Giełda zwyczajnie nie funkcjonuje dzisiaj w świadomości masowego odbiorcy. Może to się zmienić, jak ruszy kampania PPK. Tyle, że rząd będzie musiał wykazać, dlaczego GPW jest fajna. Minister Tchórzewski robi swoje, więc trzeba będzie odwołać się do stóp zwrotu, a te nie są za szczególne.

      Usuń
    2. Sadzę, że „ulica czeka” w tym sensie, że ludzie pieniadze mają (niesamowity wzrost płac w 2017-2018, dodatki typu 500+ itp.) tylko zwyczajnie boją się wejść. Dlaczego? Bo mają więcej świadomości niż przy poprzedniej hossie. Bo wiedzą już, że na giełdzie nie tylko można zarobić ale i dużo stracić. Ludzie nie bedą trzymać pieniedzy na lokatach oprocentowanych 1%. Pieniądze szukają ujścia. Stąd run na nieruchomości. Ale to już się wyczerpuje. Ceny są mocno nakręcone. Pozostaje wiec giełda, której sie boją a w dodatku prasa straszy widmem recesji. Ja obserwuje sesje codziennie. Widzisz zapewne, że jak tylko powieje małym optymizmem (choćby ostatnie 3 dni) to zaraz kursy ruszaja ostro na północ. Ludzie siedzą z palcem na enterze tylko potrzebują impulsu. Nie będzie moim zdaniem rewelacyjnie ale jakoś przetrwamy. Ja po październiku i pierwszym tygodniu listopada tez juz miałem dość. Nerwy zaczynały mi puszczac ale wiem jak to jest w takich momentach, że nie można dać sie ponieść emocjom. Nie można sprzedawać czegoś co bardzo spada ale co wiem, że jest dobre i czego za te cene nie bedzie można za miesiąc odkupić. Cięzko nawet dobierać w takich chwilach. Psychicznie to trzeba przetrwać. Wszystkie statystyki i historia inwestycji pokazuje, że w długim terminie zawsze sie zarobi. I co więcej - indywidualny inwestor jest w stanie zarobić więcej niż fundusze (za Grahamem i Lynchem). Tego się trzymajmy. ;-)

      Usuń
    3. Dobrze piszesz Rysiu. Myślę podobnie. A artykuł Radka, jest ewidentnie spowodowany frustracją, bo kto jej nie ma, jak patrzy na nasz rynek w ostatnich miesiącach? Ja również, i oby był 2019 lepszy od 2018, bo jak dla mnie, a jestem ok 10 lat na giełdzie, dostałem w tym roku tak jak nigdy, niemal zawsze zarabiałem, ale ten rok był zajebiście ciężki dla mnie, nawet depresyjny. Są cykle, i oby w 2019 był spory wzrost na akcjach, zwłaszcza małych spółek. Pozdrawiam

      Usuń
  3. Z tego co piszą to prezes giełdy chce blockcheinować giełdę ,tokenizować nowe małe startupy + PPK no nie wiem czy aż tak pesymistycznie trzeba patrzeć , jak wzrosty potrwają troche to nawet nowe regulacje nie będą przeszkodą. 2007 to była wariacka hossa w swojej końcówce, by dobrze zarobić wcale nie musimy takowej zaliczyć może być spokojny trend byle by trwał długo....a jak będzie trend to i wynajemcy mieszkań sobie policzą że na wynajmie +5% a na gpw +15% rocznie....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest szereg czynników, które mogą pozytywnie podziałać na giełdę. Co więcej, sporo z nich może się wydarzyć w 2019 roku, kiedy to ruszają PPK. Sęk w tym, że jesteśmy również uzależnieni od rynków światowych i jeśli tam zacznie się załamanie, mogą być problemy i u nas.

      Usuń
  4. Przypomnę Ci ten post za 5 lat, gdy swig przekroczy 50000 punktów :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo nam wszystkim życzę, żeby tak się stało :)

      Ogólnie tym tekstem chciałem zwrócić uwagę na pewien problem, który nam wyrasta na rynku. Nie jest to moje całościowe view na rynek, a tym bardziej nie odzwierciedla tego skład mojego portfela :)

      Usuń
  5. zostan w swoim humanizmie czy jak to sie tam odmienia i pisze, nie zauwazyles oczywiscie ze na przyklad 12 grudnia Morgan Stanley uzyskal pozwolenie na dzialalnosc na GPW. Nie zauwazyles ze wycena polskich spolek jest tak niska w porownaniu z rynkiem referencyjnym - amerykanskim ze inwestorzy zaczynaja szukac innych alternatyw do Apple i Amazona. Nie zauwazyles ze na rynku nieruchomosci zbliza sie duze wydarzenie jakim jest zniesienie karencji podatkowej w przypadku dziedziczenia. Pierwszy i ostastni Twoj post, moze jak napiszesz cos bardzie humanistycznego to przeczytam.

    OdpowiedzUsuń
  6. I jeszcze jedno nie mamy jednej GPW , tylko 2 GPW; małe spółki to nasz wewnętrzny kapitał a duże i częściowo średnie to zagranica , mogę sobie wyobrazić bessę w USA i hossę na swig80 przeplataną korektami gdy w USA mocniej walnie ale jednak hossę , kluczowe kwestie to PPK , OFE , strategia dla rynku kapitałowego w styczniu i trendy gospodarcze - jak tu się zacznie układać to swig pójdzie swoim trendem niezależnie od USA tak to widzę.

    OdpowiedzUsuń
  7. Twój post jest jednym z silniejszych sygnałów kupna w ostatnich miesiącach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? Sam czekam na te hossę i jestem przygotowany :) Kupuję akcje i mam nadzieję, że w 2019 roku będzie pod tym względem zdecydowanie lepiej niż w roku 2018.

      Usuń
  8. To nie "naiwni" stoją za hossą, tylko luzujące części globalnych cykli kredytowych, połączone z modami na określone kraje/branże wśród zarządzających światowymi funduszami. Na obie rzeczy nie mamy większego wpływu.Owi mitologizowani we wpisie "naiwni" zjawiają się w istotnej dla koniunktury ilości na rynkach dopiero wtedy, gdy w gazetach można przeczytać teksty w rodzaju: "inwestowanie w akcje po raz kolejny w zeszłym roku pobiło na głowę wszelkie inne formy oszczędzania". Zazwyczaj oznacza to, że jest już zdecydowanie za późno na duże zyski, za to stają się oni wygodną "poduszką" dla opuszczających rynek tych, którzy hossę zaczęli, a teraz widzą zaostrzające się warunki kredytowe. Problem GPW w ostatnich latach polegał na tym, że modna była "technologia", a w głowach zarządzających globalnymi funduszami polskie akcje powiązane są ze "starą gospodarką" i surowcami. Stąd jedynymi granymi mocno firmami na GPW był gamedev i to dlatego WIG20 ruszył w górę dopiero po Brexit, gdy mieliśmy już późną, inflacyjną część wzrostową cyklu gospodarczego. Teraz trzeba czekać na nowy cykl luzowania polityki monetarnej przez Największych i liczyć na to, że skoro technologia była poprzednio modna, to tym razem będzie moda na "starą gospodarkę" a inflacyjna część cyklu gospodarczego pojawi się względnie szybko i nie zostanie zaraz zduszona przez interweniujące banki centralne

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz wiele racji w tym, co mówisz, ale jednak, niezależnie od koniunktury, na naszej giełdzie jest określona pula kapitału pochodzącego z TFI. W ostatnich kwartałach kapitał ten odpływa, czego przykład widzimy z jednej strony w przepływach funduszy, z drugiej w notowaniach najmniejszych spółek, a z trzeciej np. na rynku nieruchomości. I dlatego zdecydowana część rynku wygląda jak wygląda. Gdybyśmy nie mieli podaży ze strony OFE oraz takie same przepływy z TFI, ale w drugą stronę, mielibyśmy hossę na misiach.

      Przepływy "dużego" kapitału są najbardziej istotne dla Wig20 i może części mWig40. Reszta rynku jest za płytka dla grubszych ryb, przynajmniej żeby zbierać akcje z arkusza, a nie pakietami od inwestorów większościowych.

      Dlatego twierdzę, że pewna część kasy na GPW to "osad", który jest obecny na giełdzie mniej więcej w tym samym stopniu, a część będąca języczkiem u wagi, m.in. tym języczkiem, który obecnie osłabia małe spółki, pochodzi z przepływów, głównie w TFI. Dlatego nawet nie licząc na masową hossę wywołaną przez kapitał "naiwnych", mielibyśmy dzisiaj zupełnie inną sytuację, gdyby jego kierunek był odwrotny. Tymczasem wystarczył GetBack i już mamy falę umorzeń.

      Usuń