Zapisz się na newsletter i odbierz bezpłatne szkolenie!

czwartek, 27 grudnia 2012

Czas to pomysł

Tekst napisany jakiś czas temu...

Spędziłem dziś jedenaście godzin w pracy. Tak samo wczoraj i zapewne jutro też nie będzie inaczej. W podobnych sytuacjach dochodzą do głosu idee, które wcześniej tkwiły w głowie, ale jakoś szczególnie się nie ujawniały.

Weźmy dla przykładu kreatywność. Jestem blogerem, człowiekiem który wpada czasem na ciekawe pomysły, a następnie przelewa je na ekran komputera, żeby móc podzielić się z innymi. Daleko mi do literackiej bohemy, lecz mimo wszystko zauważam u siebie pewną interesującą prawidłowość. Otóż w ciągu tygodnia, gdy jestem zmęczony po pracy, czasem nawet nie mam siły sprawdzić notowań, czy poleżeć przy literaturze giełdowej. Potrafię siedzieć przed pustym monitorem i nic nie napisać. Natomiast w sobotę sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Dodatkowe dwie czy trzy godziny snu wydają się sprawiać cuda. Głowa jest świeża, pomysły rodzą się jeden po drugim i w efekcie jestem w stanie napisać w kilka godzin wpisy na cały tydzień z góry.

Już od pewnego czasu zastanawia mnie ten fenomen i jestem przekonany, że wielkiej filozofii w tym nie ma. Ot, wypoczęty umysł lepiej pracuje. Ale idźmy dalej.

Zdarzało mi się już narzekać, że aby coś osiągnąć, potrzeba na to dużo czasu. Niestety nasze życie jest tak zbudowane, że większość czasu zajmuje nam utrzymanie się na powierzchni. Kiedyś było to rozumiane jako walka z przyrodą, a obecnie jest to zaledwie chodzenie do pracy, która paradoksalnie też zaczyna być towarem deficytowym, zwłaszcza wśród młodzieży. W efekcie na rozwijanie zainteresowań, chociażby giełdowych, pozostaje nam stosunkowo mało czasu.

W ostatnich dniach, łącząc te dwa czynniki, zacząłem się nieco umartwiać nad losem współczesnego człowieka. Bo w końcu do jak wspaniałych rzeczy można by było dojść, jak znacząco rozwinąć własne pasje, gdyby nie trzeba było zajmować się czymś tak prozaicznym, jak praca. Osoba mająca możliwość poświęcenia całości lub przynajmniej większości czasu na rozwijanie swojej pasji jest w stanie osiągnąć niebywale wyższy stopień zaawansowania w danej materii niż gdyby miała się tym zajmować jedynie po godzinach.

Myślę, że niektórzy z Was z łatwością odnajdą podobne wzorce w przeszłości. Bo oto w XVIII wieku we Francji lub Anglii wielu było takich, którzy całe życie zajmowali się tworzeniem idei, opracowywaniem przełomowych rozwiązań lub też pisaniem dzieł, które dziś należą do kamieni milowych rozwoju ludzkości. Zgadza się, to właśnie była szlachta. Członkowie zamożnych rodów, którzy kończyli najlepsze z dostępnych uczelnie, a następnie zajmowali się w życiu tym, co ich pociągało, bez konieczności martwienia się, co włożyć do garnka lub w co się przyodziać.

Jestem świadom, jak wielką utopią wydaje się wizja, którą właśnie roztaczam. Niemniej również dziś jest grono dziedziców, których głównym zajęciem jest trwonienie fortun zgromadzonych przez poprzedników. Tacy jednak raczej nie zaglądają na mojego bloga, więc wróćmy na ziemię.

Zapewne wielu z Was gra na giełdzie po to, aby osiągnąć w końcu upragnioną wolność finansową. Z jednej strony jest to tak jakby etap końcowy - utrzymujemy się przecież z dochodów kapitałowych. Ale z drugiej strony dobrze jest o tym pomyśleć, jak o nowym początku. W końcu to właśnie wtedy uwolni się duża ilość wolnego czasu, którą będzie można poświęcić na to wszystko, na co kiedyś nam go brakowało. I właśnie w tym drzemie olbrzymi potencjał, który ciągle jest możliwy do wykorzystania.

Wracając do mojego przykładu, wolna sobota jest dla mnie właśnie namiastką takiego rentierskiego dnia, zwłaszcza gdy nie mam żadnych innych planów. Wstaję, przeciągam się, a następnie robię co chcę. Często pada na giełdę, bo przecież trzeba nadrobić zaległości z całego tygodnia. I to właśnie wtedy uwalnia się cała kreatywność i rodzą się w głowie najlepsze pomysły. Czasem to aż strach jest wyobrazić sobie, co by się działo, gdyby takich dni w tygodniu było siedem, a nie jeden...

piątek, 21 grudnia 2012

poniedziałek, 17 grudnia 2012

TPSA umarła

Wygląda na to, że okręt flagowy polskich miłośników dywidendy właśnie osiadł na mieliźnie. Cena ustabilizowała się na poziomie 12 zł i ani myśli się ruszyć. Wygląda to, jakby Szwajcarzy zapowiedzieli, że tego właśnie kursu będą bronili siłami całych swoich finansów.

Z drugiej jednak strony, złotówka dywidendy na 12 zł ceny daje ciągle stopę 8,3%, podczas gdy lokaty takich poziomów nie gwarantują. 

A od kwietnia covered call, covered call, covered call... I można spać spokojnie :)

sobota, 15 grudnia 2012

Kłamstwo Wig20 zdemaskowane

Na początku trzeba sobie powiedzieć, jak wygląda odcięcie prawa do dywidendy w spółce, chociaż zapewne wiele osób już zna to na pamięć. Wyznaczana jest data, w której po sesji trzeba posiadać akcje na swoim rachunku w KDPW. Tego dnia papiery notowane są jeszcze z prawem do dywidendy, a kolejnego dnia prawo to jest odcinane. Cena akcji zazwyczaj spada, gdyż obniżana jest cena odniesienia, czyli wczorajsze zamknięcie.

W praktyce, posiadając akcje spółki o wartości 10 000 zł, wypłacające dywidendę na poziomie 10%, notowane po cenie 10 zł za sztukę, w pierwszym dniu notowań bez prawa do dywidendy cena odniesienia obniżana jest do 9 złotych za sztukę. Brakującą złotówkę, co w przypadku naszego przykładu składa się na sumę 1 000 zł, otrzymujemy w postaci dywidendy, a nasz stan posiadania się nie zmniejsza. Oczywiście trzeba pamiętać o podatku.

Wig20 jest indeksem cenowym, w związku z czym jego notowania opierają się wyłącznie na cenach akcji wchodzących w jego skład. Gdybyśmy taką samą miarę zastosowali do zaprezentowanego wyżej przykładu, nasz stan posiadania z dnia na dzień spadłby o 1 000 zł, właśnie z powodu odcięcia prawa do dywidendy. Wiemy jednak, że tak nie jest i przyjęcie podobnego stanu liczenia naszego portfela fałszowałoby jego wartość.

Każdego więc dnia, patrząc na notowania Wig20 jesteśmy oszukiwani. Mówi nam się, że z chwilą odcinania praw do dywidendy, wartość koszyka akcji wchodzącego w skład indeksu zmniejsza się, co nie jest prawdą. Przecież dywidenda i prawa poboru nie znikają, posiadacze akcji otrzymują te korzyści, ale indeks już tego nie pokazuje. W takiej sytuacji opieramy bardzo wiele wskaźników na wyliczeniu, które każdego roku mija się z prawdą o kilka procent.

Wyobraźmy sobie teraz benchmarkowanie się do Wig20. Fundusz inwestycyjny mówi nam, że będzie inwestował w spółki wchodzące w skład tego indeksu, w związku z czym odnoszenie wyników inwestycyjnych do tego najpopularniejszego indeksu wydaje się czymś oczywistym. Tyle, że w porównaniu do portfela akcji, Wig20 zawsze będzie o kilka procent niżej. Oznacza to, że kupując dokładny odpowiednik indeksu i dbając o dostosowywanie zmian adekwatnie do zmian w indeksie, uzyskujemy pewność, że pobijemy benchmark. Co więcej, jesteśmy w stanie ukryć w tym zestawieniu opłatę za zarządzanie i nadal wyjdziemy nieźle. A że Wig20 wykorzystywany jest czasem jako benchmark, możemy się przekonać chociażby TU, TU i TU.

Obecnie sytuacja jest już nieco przyjaźniejsza dla inwestorów, gdyż powstał indeks Wig20TR, którego dwie ostatnie litery oznaczają Total Return, a sam indeks uwzględnia w sobie dywidendy oraz prawa poboru. Fajna rzecz.

wtorek, 11 grudnia 2012

Recenzja - Peter i Andrew Schiff - Gospodarka, rozwój, krach. Na czym to polega?

Śmieszna sprawa z tą książką. Bo biorąc ją do ręki nie bardzo wiadomo, z czym ma się do czynienia. Obrazki, literki raczej też duże, więc odnosi się wrażenie, że lektura jest niepoważna. Całości obrazu dopełniają wszechobecne rysunki ludzi zajmujących się rybami. Pojawia się pytanie: o co tu chodzi?

Muszę przyznać, że już dawno czytanie książki ekonomicznej nie sprawiło mi tak wielkiej przyjemności. I mówię to całkiem serio. Idzie szybko, a dzięki szczególnie przystępnej formie podania wiedzy, wchodzi ona do głowy stosunkowo bezproblemowo.

Autorzy podeszli do tłumaczenia reguł rządzących gospodarką na przykładzie ryb. To one są podstawowym miernikiem wartości. Trzy osoby zaczynają w sytuacji gospodarki pierwotnej, a następnie, w wyniku innowacji, inwestycji i pojawienia się kredytu, stopniowo rozbudowują swoją wyspę w coraz bardziej złożone państwo. W pewnym momencie zaczynamy zauważać podobieństwo różnych sytuacji do wydarzeń z dziejów ekonomicznych USA. W drugiej części książki mamy wprost do czynienia z historią USA pisaną na przykładzie ryb. Końcówka to już wyjście poza czasy obecne i wizja upadku USA, który został zapoczątkowany przez błędy (dziś) rządzących, a także brzemienną w skutki sugestię pewnego chińskiego chłopa...

Bo trzeba sobie powiedzieć szczerze, że książka pisana jest z pozycji krytyków obecnie dominujących w USA nurtów ekonomicznych. Wszystkie osoby, którym znana jest sylwetka Petera Schiffa znają jego poglądy i trzeba przyznać, że przebijają się one dosyć wyraźnie w tej książce. Krytyka odejścia od parytetu złota, polityki wysokiej podaży papierowego pieniądza oraz nadmiernego zadłużania się. 

Starając się przygotować do pisania tej recenzji, zadałem sobie pytanie, czy fakt silnego ukierunkowania ekonomicznego tej książki stanowi element pomniejszający jej wartość. W końcu doszedłem do wniosku, że tak nie jest. Mając od początku świadomość, że autorzy piszą z pozycji konkretnego nurtu ekonomicznego, można śmiało uwzględnić ten czynnik i cieszyć się lekturą bez przeszkód. Z drugiej strony liczne z argumentów prezentowanych w książce trafiają do wyobraźni, w związku z czym budzą pewną refleksję na temat obecnego stanu rzeczy w polityce ekonomicznej USA, ale nie tylko.

Myślę, że warto jest w wolnej chwili sięgnąć po tę niewielką książkę. Znajdziemy w niej przystępnie zaprezentowany wykład z podstaw jednego z nurtów ekonomicznych, który pozwoli uzyskać szerszy obraz otaczającej nas rzeczywistości, co jest szczególnie cenne w dzisiejszych czasach.

Jeśli chcecie dowiedzieć się nieco więcej o tej książce, rzućcie okiem do mojego programu partnerskiego. A jeśli ciekawią Was inne recenzje, które zrobiłem, sprawdźcie koniecznie stronę zawierającą je wszystkie.

niedziela, 9 grudnia 2012

Pieniądze rządzą światem... jakie to szczęście


Po obejrzeniu powyższego wideo, zadałem sobie tytułowe pytanie: co by było, gdyby ludzie nie dążyli do zdobywania pieniędzy? Czy świat byłby wtedy cudownym miejscem do życia? Czy w końcu moglibyśmy żyć pełnią życia i spełniać marzenia?

Wyobraźmy sobie sytuację, w której pieniądze nie mają żadnej wartości. Nie motywują nas już one do działania, nie musimy wstawać rano do pracy i możemy leżeć do południa. Później jednak wstajemy i dochodzimy do wniosku, że przydałoby się jakieś śniadanie. Idziemy więc do piekarni po pieczywo, lecz tam zastajemy wiszące kłódki. O co chodzi? Okazuje się, że piekarz, skoro całe życie piekł nocami pieczywo, postanowił odespać zaległości. Nic to, jedziemy do supermarketu, ale tam zastajemy jedynie trzy osoby starszego personelu, które przyszły raczej z przyzwyczajenia niż innych względów. Pieczywo? Jest wczorajsze, bo dzisiejszego kierowca z nieznanych bliżej powodów nie dowiózł. Nic to, bierzemy z półek to, co zostało i wychodzimy bez płacenia, bo przecież nikomu nie zależy na pieniądzach. Po powrocie do domu okazuje się, że nie działa telewizja, a w Internecie wiszą wczorajsze nagłówki portali. O co kaman? Ach, no tak, dziennikarze postanowili cieszyć się życiem gdzie indziej niż w redakcji. Nie mija pół dnia, gdy odcinany jest prąd. Nie wiemy jeszcze, że miała miejsce awaria w elektrowni, gdyż jej załoga postanowiła nadrobić zaległości i spędzić czas z rodziną. Wieczorem ktoś z czystej złośliwości podpala nam samochód. Policjant przecież też człowiek...

Sądzę, że powyższy przykład dość dobrze pokazuje, jak wyglądałby świat, gdyby ludzie nie dążyli do posiadania dóbr, a zatem nie gonili za pieniędzmi. Piekarz nie wręcza nam z uśmiechem pachnącego bochenka z sympatii, ale dlatego, że otrzyma za niego błyszczącą pięciozłotówkę. Przecież wszyscy to znamy, nie muszę chyba wspominać klasyka, który o tym pisał.

Pieniądz zapewnia światu porządek. Sprawia, że każdy dla własnej korzyści staje się trybikiem w tej wielkiej maszynie, która pozwala nam wszystkim funkcjonować. Gdyby nie materialna motywacja, nie byłoby ludzi odpowiedzialnych za zaspokajanie naszych podstawowych potrzeb. Jednocześnie sami musielibyśmy się o to zatroszczyć, a to z kolei cofnęłoby nas do czasów prehistorycznych, gdy całe nasze życie koncentrowało się na poszukiwaniu pożywienia, zapewnianiu schronienia i prokreacji. Już pierwsza zima pokazałaby, jak pierwotne instynkty są w stanie wyjść z ludzi, gdy walczą oni o żywność, odzież, opał czy benzynę do samochodu. Pomyślcie sami, do czego bylibyście zdolni, mając w alternatywie śmierć najbliższych z głodu lub wyziębienia.

Zrobiło się nieco pesymistycznie, więc przyjmijmy jednak kilka założeń. Otóż jakimś cudem wszystko działa, półki sklepowe są pełne, a my, podobnie jak wszyscy inni ludzie, możemy oddać się przyjemnościom i cieszyć się życiem. Co robimy? Odsypianie zaległości zajmuje nam najwyżej trzy dni, bo więcej raczej się nie da. Później zaczynamy spełniać wszystkie te marzenia, na które wcześniej nie mieliśmy czasu lub pieniędzy. Okazuje się jednak, że wszystkie kurorty są przepełnione, gdyż nie byliśmy jedynymi, którzy wpadli na taki pomysł. Postanawiamy więc zmienić plany i jedziemy na działeczkę, żeby zaznać trochę ciszy. I zaznajemy... Jeden tydzień, drugi, trzeci... Po pewnym czasie stwierdzamy, że nie jesteśmy w stanie już wysiedzieć na miejscu i musimy coś ze sobą zrobić. A skoro nie musimy troszczyć się o pieniądze możliwości jest wiele...

Teraz trzeba zadać sobie pytanie, co robiliby ludzie, gdyby mieli cały czas tylko dla siebie. Zapewne część spędzałaby go na przyjemnościach, lecz znalazłby się odsetek, który podszedłby do sprawy inaczej. Oczywiście to margines, ale nadmiar wolnego czasu skłoniłby niektórych do łamania prawa. Bo skoro pracować nie trzeba to już prawie nic nie trzeba. Grzywny nie są żadnym straszakiem, a nadmiar energii musi jakoś zostać uwolniony. Podejrzewam, że po pewnym czasie pojawiłyby się akty wandalizmu i agresji. Nie dlatego, że ludzie są z gruntu źli, ale dlatego, że energii trzeba jakoś dać upust. Nadmiar czasu w skali wszystkich mieszkańców globu sprawiłby, że zapanowałby chaos trudny do opisania. Bo zamiast 80% ludności, która zachowuje się w sposób przewidywalny (chodzi do pracy i goni za pieniędzmi) mielibyśmy 100% ludzi, którzy robią, co chcą, bo pracować już nie muszą. A z tego nie powstanie żaden ład, wręcz przeciwnie...

Z tej perspektywy widać, że jednak dobrze jest, że pieniądz rządzi światem. A uwolnienie się od niego może przybierać jedynie wymiar jednostkowy, gdzie pojedynczy człowiek wyzwala się od pogoni za kapitałem, ale tylko w społeczeństwie, które dzięki żądzy pieniądza jest zorganizowane i przewidywalne...

środa, 5 grudnia 2012

The System - o ryzyku

Poprzednie wpisy z tego cyklu znajdziesz klikając:
Ostatni wpis, w którym zdradziłem założenia strategii, spotkał się z licznymi komentarzami z Waszej strony, których duża część dotyczyła ryzyka. Trzeba przyznać, że ryzyko jest w tym przypadku kwestią najważniejszą, gdyż w naturze tego systemu leży ograniczenie zysków połączone z możliwością poniesienia bardzo znacznej straty.

W związku z powyższym, większość naszych zabiegów będzie się koncentrowała na minimalizowaniu tegoż ryzyka. Począwszy od wyboru momentu otwarcia transakcji, poprzez zarządzanie nią w razie niekorzystnego ruchu rynku, aż po konsumowanie straty i próba jej odrobienia w inny sposób, co też zostanie omówione. Do tego dochodzą inne kwestie, równie istotne z punktu widzenia ryzyka, jak chociażby wybór rynku oraz instrumentu, na którym strategia będzie stosowana.

Dlatego też chciałbym uprzedzić wszystkich tych, którzy liczą na zyski sięgające kilkudziesięciu procent, że nie będzie to coś w ich guście. Raczej będzie to forma zarobienia kilku dodatkowych procent, a więc pójdziemy tu w stronę stabilizowania krzywej kapitału uzyskanej przy wykorzystaniu innych systemów i podejść inwestycyjnych.

Odnośnie ryzyka, jako takiego. Z poprzedniego wpisu wiecie, że będzie to strategia wystawiania i rolowania gołej opcji call. Jest to przedsięwzięcie ryzykowne, więc nic nie stoi na przeszkodzie, aby zrobić z tego covered call. Wszystkie kwestie dotyczące opcji pozostaną aktualne, niezależnie od tego, czy będziemy posiadali instrument bazowy, czy też nie.

Można też próbować łączyć oba podejścia, co może mieć lepsze lub gorsze wyniki, w zależności od panującej na rynku koniunktury oraz wykonania. Mam tu na myśli łączenie instrumentów bazowych oraz opcji call w różnych proporcjach. Rozwiązaniem pośrednim jest oczywiście stosowanie ratio 2:1, czyli dwóch opcji na jeden instrument bazowy. Wtedy jesteśmy w 50% naked, a w 50% covered. Bardziej zaawansowani inwestorzy mogą ryzykować zabawę z deltą. Dokładać i odejmować, w zależności od stanu rynku - czy to faktycznego, czy oczekiwanego.

Możliwości jest więc wiele, ale przede wszystkim należy odpowiednio uporządkować kwestie ryzyka. Ale o tym dopiero w następnym wpisie.

niedziela, 2 grudnia 2012

O naszym niedorozwiniętym rynku...

Dzisiejszy wpis w zasadzie nie będzie o rynku, ale o aktywach, o których w ostatnich dniach z pewnością wszyscy słyszeli, a mianowicie o obligacjach. Jako osoba zainteresowana tematyką giełdową, "polubiłem" na Facebooku liczne strony z tej dziedziny, skutkiem czego często dostaję ten sam link udostępniany przez trzy, cztery, czy pięć kolejnych fejsbukowych stron. 

O ile pewne rzeczy można jeszcze przeboleć, ostatnio zaczęły mi doskwierać nasze dziesięciolatki i ich rentowności. W ciągu dnia otrzymuję kilkanaście komunikatów z rekordowych poziomów, jakie te obligacje notują. Blogerzy i dziennikarze meldują, że rentowność spada do 4.06, 4.01, 3.99... I tak przez cały dzień... 

Skoro więc już te obligacje wtargnęły do mojego życia, postanowiłem przyjrzeć im się z punktu widzenia psychologii i analizy technicznej. Czynniki fundamentalne już zapewne znamy. Jedna strona mówi, że jest to wyraz wspaniałych reform, jakie dokonują się w naszym kraju, druga z kolei tłumaczy to napływem kapitału, który ucieka z innych, mniej interesujących miejsc. Rezultat jest jeden - nasze obligacje notują niespotykane dotychczas poziomy.

Aspekt psychologiczny jest stosunkowo łatwy do ujęcia. Gdy wszyscy o czymś mówią to znak, że czas uciekać, bo odwrócenie na rynku jest bliskie. I choć fryzjerzy raczej handlują akcjami niż obligacjami (i to zazwyczaj w czasie hossy), to jednak festiwal obligacji w branży giełdowej jest już szeroko komentowany. A wiec tutaj sygnał jest jasny.

A co z perspektywy analizy technicznej? Spójrzmy wiec na wykres naszych dziesięciolatek DS1019:
Jak to mówią, sky is the limit. Obligacje, które trzy wcześniejsze lata spędziły poniżej poziomu 100, obecnie szturmem zdobywają kolejne poziomy. Luka goni lukę. A co z rentownościami?
Jak logika nakazuje, mamy do czynienia z sytuacją odwrotną, czyli przyspieszającymi spadkami. 

I teraz powracamy trochę do psychologii, a mianowicie do chciwości i strachu. Osoby niemające zazwyczaj kontaktu z obligacjami mogą wpadać w konfuzję, gdyż nie wiedzą, czy to dobrze, czy źle, że obligacje tak rosną. Otóż to dobrze, gdyż jest to wyraz zainteresowania i zaufania do naszego kraju. A zatem chciwość. 

Pamiętajmy, że o bańkach mówimy wyłącznie po stronie chciwości, co oznacza stronę wzrostową dla akcji i towarów. To rekordy cenowe nazywa się balonem, a nie gwałtowne spadki, gdyż tam zazwyczaj takich odreagowań nie ma - strach rządzi się zupełnie innymi prawami.

Po tej krótkiej dygresji można powiedzieć, że faktycznie notowania naszych obligacji spektakularnie rosną. I w mojej ocenie rosną zbyt spektakularnie. Chciałbym mieć narzędzia do postawienia pieniędzy na scenariusz przeciwny, chciałbym móc zagrać na odwrócenie tej sytuacji, chociażby krótkoterminowe, ale za to gwałtowne. I tu wracamy do tematu dzisiejszego wpisu - nie ma na czym zagrać.

Niestety nasze obligacje nie są na tyle popularne, aby inwestorzy indywidualni mieli możliwość kupowania lub sprzedawania jakiegoś derywatu na nich opartego. Mając na uwadze specyfikę obecnej sytuacji, bardzo bym potrzebował opcji na nasze obligacje. Chciałbym tutaj zagrać przeciwko obecnemu trendowi poprzez kupno opcji daleko poza pieniądzem, które będą tanie, ale w razie silnej korekty gwałtownie zyskają na wartości. Więcej szczegółów technicznych możecie przeczytać w moim podobnym wpisie sprzed kilku miesięcy.

I radzę Wam się serio zastanowić nad tym tematem, bo dzień po moim podlinkowanym wyżej wpisie o Apple wypadł tam lokalny szczyt bańki, po którym ceny spadły o 19% :)

piątek, 30 listopada 2012

Spółki ciekawe technicznie - grudzień 2012


A dla tych, którzy są ciekawi licznych odwołań do poprzedniego zestawienia...

środa, 28 listopada 2012

Recenzja - Ashraf Laidi - Międzyrynkowa analiza kursów walutowych

Książka wpadła mi w ręce w zasadzie przypadkiem, przy okazji zakupu innej pozycji, ale to właśnie od niej postanowiłem zacząć lekturę. Muszę przyznać, że pierwsze zderzenie z tekstem wywarło na mnie spore wrażenie. Masa danych, statystyk, relacji między różnymi klasami aktywów to zupełnie coś innego niż bajanie o giełdzie i rynkach, jakie czasami się spotyka.

Ale od początku. Książka, jak sam tytuł wskazuje, koncentruje się na relacjach, którymi rządzą się różne pary walutowe. Dodatkowo, całość wzbogacona jest o akcje, ropę, dolara oraz rynki obligacji. W efekcie otrzymujemy szeroką analizę międzynarodowego rynku finansowego, która ukazuje w pełni bogactwo powiązań pomiędzy różnymi klasami aktywów oraz ewolucję tychże powiązań w czasie.

Myślę, że pozytywną stroną książki jest właśnie ukazanie przeszłych zależności oraz czynników, które wpływały na występowanie lub wygasanie poszczególnych korelacji. Dzięki temu czytelnik ma możliwość przybliżenia sobie tak istotnych wydarzeń, jak kryzys naftowy, czy też odejście od parytetu złota, z szerokim opisem czynników ekonomicznych i politycznych, które się na te wydarzenia złożyły. Nie brak jest również bardziej współczesnych przykładów, jak bańka internetowa, czy też bessa na dolarze w połowie pierwszej dekady XXI wieku.

Książka czytana z perspektywy osoby mniej zorientowanej w zależnościach między poszczególnymi klasami aktywów może z początku sprawiać pewne problemy. Ułożenie sobie w głowie wpływu osłabiającego się dolara na obligacje i przychody państw OPEC lub zmiany stóp procentowych na siłę waluty wymaga chwili zastanowienia, a jest to niezbędne dla sprawnego przemieszczania się po dalszych rozdziałach. Dlatego też warto jest na początku się nie spieszyć i upewniać na bieżąco, że ma się opanowaną całość materiału z przeczytanych rozdziałów.

Nie da się ukryć, co wielokrotnie wychodzi podczas czytania, że materia ujmowana jest z perspektywy Stanów Zjednoczonych. Dotyczy to tak samej roli tego mocarstwa w kształtowaniu i oddziaływaniu na poszczególne rynki, jak i analizy rynków przez amerykańskiego inwestora. Z drugiej jednak strony, nie wydaje się to być wielkim problemem. Przecież każdy z nas ma świadomość roli odgrywanej przez USA w światowych przepływach kapitału, a więc jest to stosunkowo łatwe do przyjęcia.

Wydaje mi się, że książka ta jest szczególnie przydatna dla inwestorów zainteresowanych międzynarodowymi rynkami walutowymi i towarowymi. Może nie z perspektywy krótkoterminowego tradingu, ale bardziej z perspektywy ruchów rynków w średniej i dłuższej perspektywie. Z drugiej strony znajomość powiązań globalnych może być dobrym wyznacznikiem koniunktury ekonomicznej oraz nastrojów na rynkach akcji. Ponadto, w czasach, gdy zalecana jest dywersyfikacja oszczędności, a nawet za pośrednictwem IKE można uzyskać ekspozycję na towary, warto jest wiedzieć, co w trawie piszczy.

Z pewnością nie będą to zmarnowane pieniądze.

Jeśli chcecie dowiedzieć się o tej książce, rzućcie okiem do mojego programu partnerskiego. A więcej moich recenzji znajdziecie na specjalnie temu poświęconej stronie internetowej.

niedziela, 25 listopada 2012

Rzut oka z dystansu

Słuchając ludzi lub oglądając telewizję nietrudno jest dojść do wniosku, że w naszym kraju dzieje się tragicznie. Rząd ciągle okrada obywateli, zagraniczne korporacje wyzyskują pracowników, szerzy się bezrobocie, a kryzys nie pozwala nam żyć. Do tego dochodzi cała masa problemów politycznych, do których w tym miejscu odnosił się nie będę. Oprócz tego, raczeni jesteśmy różnego rodzaju „michałkami”. Tu się komuś spaliła stodoła, gdzie indziej miał miejsce wypadek samochodowy, a w jeszcze innej części kraju wójt podbiera z gminnej kasy.

Rysujący się obraz dzisiejszych czasów nie jest więc optymistyczny. Stąd nie może być zaskakujące powszechne wyobrażenie, że jest źle a będzie jeszcze gorzej. Chciałbym jednak zaproponować Wam nieco inne spojrzenie na bieżącą rzeczywistość. Zróbmy krok w bok, a następnie jeszcze dwa kroki i oceńmy sytuację z pewnego dystansu. Jaki obraz się wyłania?

Widzimy kraj, który w 20 lat po wyjściu z nieprzyjaznego ludziom i gospodarce ustroju znajduje się w dużo lepszej kondycji niż startujące z podobnego miejsca inne państwa regionu. Kraj, w którym mimo narzekań zagwarantowane są prawa polityczne i społeczne, gdzie możliwe jest swobodne głoszenie własnych poglądów, a wybory przebiegają w sposób demokratyczny.

Ponadto, znajdujemy się w umiarkowanie korzystnym położeniu geopolitycznym. Żaden z naszych sąsiadów nie stanowi militarnego ani politycznego zagrożenia, a relacje z państwami ościennymi są dobre. Nie posiadamy problemów z licznymi mniejszościami narodowymi lub religijnymi, co można docenić dopiero przez pryzmat sytuacji państw, które takowe problemy mają. Do tego jesteśmy członkiem Unii Europejskiej oraz NATO, co zapewnia nam stabilizację polityczną i dogodne warunki do prowadzenia polityki gospodarczej i zagranicznej.

W końcu Polska jest krajem możliwości. Osoby mające pomysł na siebie i na biznes mogą realizować swoje pomysły, co często im się udaje. Posiadamy już grupę firm liczących się na arenie międzynarodowej, które są w stanie przejmować zagraniczne przedsiębiorstwa. Nasi pracownicy są cenieni w bardziej rozwiniętych krajach i to też jako specjaliści, a nie jako tania siła robocza.

Z tej perspektywy, obecna rzeczywistość wcale nie wygląda tak tragicznie.

Oczywiście od razu można przytoczyć liczne argumenty, że jest zupełnie inaczej. Polityczne, w myśl których rządzący podejmują antypolskie decyzje, a dalsze istnienie narodu jest istotnie zagrożone, chciałbym włożyć między bajki. Istnieje znaczne grono ludzi, którzy w tym momencie zdecydowanie zaprotestują, lecz pozwolę sobie pozostać przy własnym zdaniu i nie wchodzić w polemikę.

Nieco inaczej wyglądają argumenty ekonomiczne. Tutaj można mówić o licznych statystykach, gdzie znajdujemy się nisko w rankingach konkurencyjności, nakłady na innowacje są niewielkie, a kapitał społeczny nie jest budowany. Myślę, że można do tej kategorii zaliczyć również działania polityków w sferze gospodarki i finansów, takie jak przenoszenie zadłużenia do innych „szufladek”, aby nie było ujawniane w statystykach, czy też konsumowanie funduszy przewidzianych na zabezpieczenie na przyszłość. Ponadto znaczny odsetek osób pracujących w sposób dorywczy lub tymczasowy, co przekłada się na brak zdolności kredytowej i szans na stabilizację. To tylko kilka z całej puli spraw wymagajacych poprawy.

Myślę jednak, że kwestie powyżej podniesione są problemami niższej rangi. Owszem są bardzo istotne, lecz jednak są to zagadnienia dotyczące bieżącego funkcjonowania państwa, a nie kwestie fundamentalne. Do tej samej kategorii można wrzucić problemy z zakładaniem i prowadzeniem firm, które pewnie wiele osób podniesie. Oczywiście, są utrudnienia, pewne rzeczy mogłyby i powinny funkcjonować lepiej, lecz generalnie też jest dobrze. Kto posiada determinację, jest w stanie poradzić sobie z całym biurokratycznym procesem i w efekcie odniesienie sukcesu jest możliwe.

Patrząc na to wszystko z dystansu dochodzę do wniosku, że jednak obecna kondycja Polski jest dobra. Liczne problemy, z którymi się borykamy oraz które dopiero majaczą na horyzoncie stanowią dla nas wyzwania i zadania, ale nie przesądzają o porażce. Co więcej, pojawiają się też przykłady pozytywne, jak chociażby zorganizowane przez nas ostatnio Euro 2012. A przecież mogło być zupełnie inaczej, co wielu malkontentów przepowiadało.

Piszę to z perspektywy osoby, która mieszka w aglomeracji warszawskiej, ma dostęp do wszystkich dóbr kultury, a do tego ma pracę i jest w stanie nawet odłożyć trochę środków i poobracać nimi na giełdzie. Rewelacji szczególnej nie ma, ale muszę powiedzieć, że powodów do narzekania też nie. Poza tym, staram się pragmatycznie patrzeć na rzeczywistość, co oszczędza mi wielu stresów związanych z konfrontowaniem stanu przeze mnie pożądanego ze stanem bieżącym. Można powiedzieć, że jestem lemingiem, może nie pod względem majątkowym, ale kulturowym.

Mam świadomość, że nieco inne spojrzenie mogą mieć osoby, które są w gorszym położeniu niż ja. Znajdują się w trudnej sytuacji materialnej, straciły pracę z powodu kryzysu lub nie mogą znaleźć stałego zajęcia. Mimo wszystko, nie przekreśla to szans na poprawienie swojej sytuacji i odniesienie sukcesu. Czasami wystarczy jedna myśl lub spotkanie odpowiedniej osoby, aby zmienić swoje życie, a co za tym idzie, spojrzeć na świat z zupełnie innej perspektywy.

Nie jest więc tak źle, jak o tym zazwyczaj się myśli. Stoi przed nami wiele problemów, z którymi zmagamy się każdego dnia, jest też w nas wiele złości na nieudolność rządzących, którzy nie potrafią uporać się z istotnymi kwestiami, lecz z każdym rokiem coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że proces dziejowy Polski przebiega w dobrym kierunku. Pozostaje nam tylko działać, aby problemy były rozwiązywane, a majaczące na horyzoncie zagrożenia eliminowae na wczesnym etapie, kiedy jeszcze jest to względnie łatwe i tanie.

czwartek, 22 listopada 2012

Dokąd to wszystko zmierza?

Sytuacja wydaje się całkiem ciekawa, ale jednocześnie niekoniecznie optymistyczna dla giełdowych byków. Spójrzmy sobie na nasz rodzimy rynek:
Widzimy silny opór w okolicach 2400 pkt. Do tego rynek od dwóch miesięcy nie zdobył żadnych nowych poziomów i porusza się horyzontalnie. Na dokładkę mój ulubiony oscylator stochastyczny pokazuje wykupienie, co mogłoby oznaczać, że rynek już swój impet może zacząć tracić. Dwie ostatnie świece są spadkowe, lecz jeszcze to niczego nie przesądza. 

Rzućmy więc okiem za wodę:
Jeśli popatrzymy sobie na panujący ostatnio rytm swingów, nie jest trudno dojść do wniosku, że znajdujemy się właśnie w okolicach wyczerpania. A zestawiając to z ruchem spadkowym panującym w ostatnich tygodniach, można pokusić się o tezę, że jest to korekta spadków, która może lada dzień zakończyć się kolejnym ruchem impulsowym w dół.

Oczywiście skierowanie się w stronę spadków to jedynie mój feel rynku, ale szczerze powiem, że z chęcią bym teraz kupił opcję put na SPX. Bo w korekcie niedrogo, a potencjał do zarobku wydaje się okazały.

Pamiętajcie tylko, że inwestujecie na własne ryzyko :)

środa, 21 listopada 2012

Mała rzecz, a cieszy

Trochę się już tych wpisów na blogu zrobiło. Szczerze powiem, że sam już nie pamiętam, o czym pisałem, a o czym nie, bo bardzo rzadko zapuszczam się w archiwa mojego bloga. Zapewne czytałbym swoje wpisy na teksty kogoś innego, co mogłoby być ciekawym rozwiązaniem. Ale do rzeczy...

Dostaję czasami pytania, żebym więcej pisał o jakiejś tematyce, bo coś Was interesuje i chcielibyście więcej się o tym dowiedzieć. Być może już o tym pisałem, a jeśli ktoś dołączył później, nie załapał się na poprzednie notki i teraz czuje niedosyt. Spieszę więc z pomocą, bo na blogu istnieje kilka użytecznych funkcji, które mogą być pomocne w wyszukiwaniu niezbędnych materiałów.


Przede wszystkim wyszukiwarka. Jeśli jakaś kwestia szczegółowa Was zainteresowała, warto wrzucić temat w wyszukiwarkę i sprawdzić, z pewnością jakiś wynik Wam wyskoczy. Dotyczy to przede wszystkim nazw własnych , tytułów książek i nazwisk, gdyż wpisanie "system" lub "formacja" może nie być za dobrym pomysłem :)


Po drugie lista tagów. Za każdym razem staram się wpis otagować w taki sposób, aby jego najważniejsza tematyka została uchwycona. Nie zawsze jest to szczegółowe, ale staram się też uniknąć znacznego rozdrobnienia, aby tagów nie było za wiele.W ten sposób dotrzecie do wielu kluczowych sformułowań, których przykłady możecie sobie sprawdzić po prawej stronie, w bocznym pasku bloga. Trochę te tagi przeczyściłem, żeby nie było już nazw spółek oraz pojedynczych określeń, wynikających bardziej z mojej fantazji, a nie chęci przyporządkowania do danej grupy.

Ponadto jest kilka tagów określających bardziej formę niż treść wpisu. Dlatego też do wszystkich recenzji dotrzecie klikając właśnie taką etykietę. Zastanawiałem się, czy nie zrobić oddzielnego tagu dla wpisów zawierających moje nagrania wideo, ale stwierdziłem, że do tego dotrzecie z pewnością przez mój kanał na YouTube.

Tak więc nie obawiajcie się korzystać z takich narzędzi, gdyż w ten sposób uzyskujecie stosunkowo łatwy dostęp do tematyki, która Was interesuje. Sam czasami z tego korzystam, gdyż z tyłu głowy kołacze mi się jakiś pomysł i pamiętam, że sto lat temu chyba o tym pisałem.

W końcu głowa już nie ta...

sobota, 17 listopada 2012

W temacie dywidend

Nasza najbardziej rozpoznawalna spółka dywidendowa - TPSA - ma ostatnio kiepski czas. Pogorszenie prognoz finansowych i zapowiedź obniżenia dywidendy sprawiły, że cena akcji spadła z ponad 16 zł do zaledwie 12. Osoby, które posiadały niezabezpieczone pozycje, poniosły dotkliwą stratę. Wszyscy z kolei ucierpią na zapowiadanym spadku dywidendy do 1 zł na akcję. Spójrzmy na wykres:
Dopiero po oddaleniu perspektywy widać, jak wielkie były ostatnie spadki. Pytanie, jak wygląda teraz TPSA jako spółka dywidendowa. Zapowiadana złotówka na akcję daje przy cenie 12 zł stopę dywidendy na poziomie 8,3%. A więc ciągle jest to powyżej oprocentowania depozytów, co może skłonić inwestorów do pozostania przy akacjach tego podmiotu.

Dodatkową zachętą może być fakt, że na akcje TPSA notowanych jest wiele dodatkowych instrumentów, od kontraktów terminowych po liczne certyfikaty i warranty. Kolejną kwestią jest zapowiadane wprowadzenie opcji na akcje, a nie sądzę, aby pominięto tutaj nasz telekom. Da to okazję do konstruowania zaawansowanych strategii na tej spółce, a dla długoterminowych posiadaczy, wariant covered call może również być interesujący. Dlatego też jeszcze bym tej spółki nie skreślał.

Drugą sprawą dotyczącą długoterminowego inwestowania dla dywidendy jest niedawne podpisanie umowy konsolidacyjnej przez Azoty Tarnów oraz Puławy. Powstanie z tego wielki chemiczny moloch, co skłoniło mnie do zadania sobie pytania o dywidendę. 

Po połączeniu, będzie to największa polska firma chemiczna oraz jeden z liczących się graczy w Europie. Warto zatem sprawdzić, jak wygląda branża chemiczna na tle całego rynku. Poniżej przedstawiam porównanie wykresów indeksów WIG oraz WIGChemia za ostatnie trzy lata i ostatni rok:
Widzimy, że w każdym z tych okresów, spółki chemiczne zachowują się zdecydowanie lepiej niż szeroki rynek. Zatem można zakładać, że wybór spółki z tej branży może być dobrym rozwiązaniem, gdyż jest szansa zarobić na wzroście ceny akcji.

To teraz czas na dywidendy. Azoty Tarnów nie podzieliły się jeszcze zyskiem z inwestorami, natomiast dywidendy Puław prezentuje poniższa tabelka:
Dywidenda może nie jest szczególnie stabilna, ale jednak jest wypłacana. Pytanie, jak będzie się to prezentowało w przyszłości, gdyż połączenie obu firm może znacząco tu namieszać. Z informacji prasowych wynika, że planowana jest wypłata dywidendy na poziomie 40-60% zysku jednostkowego netto Azotów Tarnów, co ma przyciągnąć do akcjonariatu inwestorów długoterminowych. Widać tu wolę realizacji postanowień zawartych w strategii Azotów na lata 2012-2020. 

Okazuje się więc, mimo że żadna z łączących się spółek nie znajduje się obecnie w indeksie WigDiv, że możemy być właśnie świadkami narodzin kolejnego dywidendowego podmiotu. Czy ten scenariusz się potwierdzi, a co ważniejsze, czy jest to dobry moment na kupowanie akcji, pokaże dopiero przyszłość. Faktem jest, że obie spółki znajdują się aktualnie na swoich historycznych maksimach.

Dla porządku i rzetelności trzeba poczynić dwa zastrzeżenia. Po pierwsze, nie prowadziłem analizy finansowej obu spółek, jak i analizy samej branży. Dla pełniejszego obrazu, warto jest ten wątek rozwinąć, co mam nadzieję zrobi któryś z blogerów o podejściu bardziej fundamentalnym.

Druga kwestia to fakt, że posiadam obecnie akcje TPSA oraz Azotów Tarnów. Stąd moje szczególne zainteresowanie losami obu spółek. 

Inwestujcie świadomie.

wtorek, 13 listopada 2012

Kindle w praktyce

O czytniku Kindle pisałem już jakiś czas temu. Teraz nie będę pisał, wymienię tylko moje pozycje z Amazon kupione od czerwca 2012. Łączy je jedna rzecz.

  • Jeff Augen's Options Trading Strategies (Collection)
  • The 10 Best Dividend Paying Stocks in the Dow Jones Industrial Average
  • The Insider's Guide to Precious Metal Profits
  • Long Short Margin Ratio Hedge 130/30 150/50 25/75
  • Beating the Indexes: Investing in Convertible Bonds to Improve Performance and Reduce Risk
  • Time: The Ultimate Investment, Achieve Life's Highest Returns, An Allegory
  • Investor's Library: Fundamental Analysis, Technical Analysis, and Income Investing (Collection)
  • Democratizing Innovation
  • Technical Analysis Trading Methods and Techniques (Collection)
  • Extreme Money: Masters of the Universe and the Cult of Risk
  • The Option Trader's Hedge Fund: A Business Framework for Trading Equity and Index Options
  • Mastering the Massive Cash Injection (Manifest Your Millions Within)
  • Time Management Strategies for Entrepreneurs: How to Manage Your Time to Increase Your Bottom Line
  • ETF Trading and Investing Strategies (Collection)
  • 101 Time Management Tips For Busy Small Business Owners, Entrepreneurs and Infopreneurs... Simple Time Management Secrets and Techniques To Help You Save Time, Get More Done, and Beat Procrastination
  • The Low Carb Revolution: Why the Secret to Losing Weight is to Fall Back in Love With Yourself!
  • Why Good People Can't Get Jobs: The Skills Gap and What Companies Can Do About It 
  • Richard Templar's Rules: The Complete Compilation (Collection)
  • EDIT (zapomniałem o tej): Death by China: Confronting the Dragon - A Global Call to Action
Elementem, który łączy wszystkie powyższe pozycje jest to, że nie zapłaciłem za nie ani centa. Książki znajdowały się w krótkich, trwających najwyżej kilka dni promocjach, gdy można było pobrać je zupełnie za darmo. W dniu dzisiejszym kosztują one łącznie ok 325 dolarów.

Oczywiście zdecydowałem się też na kilka płatnych pozycji, których powyżej nie wymieniłem.

Dwie Trzy pozycje w powyższym zestawieniu, te które możecie kliknąć, ciągle znajdują się w promocji, gdyż sam kupiłem je tuż przed chwilą, dzięki informacji zamieszczonej na fejsbukowym profilu (klik) Equity Magazine (klik). 

Nie wiem, jak długo potrwa promocja, więc klikajcie ostrożnie, żeby się przypadkiem nie nadziać na 100 zielonych do zapłacenia.

To takie małe podsumowanie półrocznego używania Kindle'a. Wnioski i decyzje oczywiście pozostawiam Wam.

niedziela, 11 listopada 2012

O prognozowaniu i zarabianiu

Osoby, które piszą i mówią o rynku często spotykają się z krytyką osób, które czytają ich analizy i wypowiedzi. Zwłaszcza dotyczy to prognozowania ruchów poszczególnych aktywów w bliższej lub bardziej odległej przyszłości. Schemat jest tutaj bardzo prosty.

Rynek wykonuje jakiś ruch lub przeciwnie, nie robi nic. Wtedy też, na prośbę lub z własnej inicjatywy, analityk lub inwestor dzieli się z publicznością swoim zdaniem na tenże temat. Czasem jest to cisza oczekująca na wybicie, innym razem wyczerpanie impetu mające skutkować ruchem w drugą stronę, a jeszcze kiedy indziej formacja cenowa zapowiadająca zmianę trendu.

Następnie prędzej czy później następuje konfrontacja rzeczywistości z prognozą i mamy czarno na białym, czy można było zarobić w ten sposób, czy też nie. A może jednak to nie tak...

Wielu czytelników oczekuje, że w oparciu o kilka zdań komentarza lub nawet bardziej poszerzoną analizę można będzie zarobić pieniądze. Dlatego też stawiają pieniądze na ten scenariusz i później dziwią się, że coś nie wypaliło. Przykładów nie trzeba daleko szukać. Analityk mówi, że rynek wydaje się być wyczerpany. Inwestor sprzedaje krótko kontrakt i czeka. Rynek idzie w górę, strzela pierwszy stop loss, drugi stop loss, a następnie trzeci. Inwestor zaczyna złościć się na analityka lub co najmniej krytycznie wypowiadać się o wartości jego analiz. 

Pojawia się tu problem nieznajomości podejścia inwestycyjnego danej osoby. Być może nie było to zagranie przeznaczone do wykorzystania na kontraktach, ale np. poprzez wystawienie opcji call. Wtedy malejąca zmienność i upływający czas mogą sprawić, że w ten sposób wykorzystana okazja inwestycyjna dałaby zarobić. Autor analizy zarobił, jej odbiorca nie.

Nieco inaczej przestawia się sytuacja, gdy analizy są jasne i zrozumiałe. Jeden inwestor mówi, że rynek powinien rosnąć i w związku z tym zajmuje długą pozycję. Drugi inwestor w oparciu o tę informację robi to samo. Rynek spada, strzela stop loss. Sytuacja powtarza się raz, dwa i trzy. Drugi z inwestorów ma już skołatane nerwy i stwierdza, że metoda tego pierwszego nie działa, po czym przestaje kopiować jego ruchy na rynku. Tymczasem pierwszy z nich spokojnie wzrusza ramionami i dalej stosuje się do swojego systemu.

Przedstawione powyżej rozbieżności pojawiają się stosunkowo często, czy to na polu suchych analiz, czy też w oparciu o realne transakcje. Niestety wielu czytelników nie wie, z czego wynika sukces na giełdzie. A najprostszym ujęciu chodzi o to, aby zarabiać więcej niż się traci. Tyle. Tak więc nie jest istotne, że cztery analizy okazały się nietrafne, jeśli system który wygenerował sygnały ma skuteczność 55%. Oznacza to możliwość stosunkowo długich serii transakcji stratnych. Jeśli do tego średni zysk jest większy od średniej straty, można spokojnie znosić porażki, gdyż jedna czy dwie nie mają znaczenia. 

Podobnie jest przy grze w ruletkę. Twórca gry zaprojektował równą liczbę pól czerwonych i czarnych. Zielone zero zostało dodane wyłącznie po to, aby zagwarantować przewagę kasyna w długiej serii transakcji (w USA zera są niekiedy dwa). Nie jest więc ważne, czy pojedynczy gracz zarobi, czy straci. Ważne, że w tysiącach zakładów, kasyno zawsze wyjdzie na swoje. Systemy inwestycyjne działają podobnie i w efekcie pojedyncza transakcja ma niewielkie znaczenie, gdyż jest uwzględniona w założeniach.

Trudno jest nawet mówić o prognozowaniu zachowań rynków. Zyskowni inwestorzy mają zazwyczaj świadomość, że tu nie ma nic pewnego i można jedynie mówić o prawdopodobieństwach. Jeśli wygenerowany sygnał ma skuteczność 60% przy średniej stracie równiej średniemu zyskowi, można spokojnie chwytać każdą okazję do inwestycji. 

Kolejną kwestią jest rola elementów, które nie są ujawniane czytelnikom analiz. Zwyczajnie mówi się jedynie o oczekiwanym ruchu rynku, natomiast nie jest ujawniane prowadzenie pozycji i zarządzanie kapitałem. I tak odbiorca analizy jest ciągle nastawiony byczo (przy prowzrostowej analizie), natomiast jej autor już zdążył zamknąć transakcję z zyskiem lub nawet odwrócić na krótką. Czy o tym poinformował? Nie zawsze, przecież nie każdy prowadzi live trading room.

Tak to z tymi analizami bywa. Warto jest więc pamiętać, że nie zawsze stratna transakcja oznacza błąd analityka czy inwestora. Nie jest również tak, że analiza obowiązuje absolutnie, gdyż niekiedy mogą zajść okoliczności, które ją modyfikują lub nawet anulują. Na rynku dążyć należy przede wszystkim do uzyskania przewagi, owego magicznego edge, który jest raczej nieosiągalny w drodze stuprocentowej skuteczności.

Zwyczajnie chodzi o to, żeby zarabiać więcej niż się traci.

wtorek, 6 listopada 2012

Bartosz Szyma uderza ponownie!

Mam nadzieję, że już wszyscy słuchali wywiadu z Bartoszem Szymą, który jakiś czas temu pojawił się na blogu. Jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, macie okazję nadrobić zaległości:


Po raz kolejny wrzucam nagranie nie bez powodu. Będzie ono przydatne do zrozumienia prezentu, który za moim pośrednictwem otrzymujecie właśnie od Bartka. Jest to jego prezentacja ze szkolenia na temat zawodowego inwestowania.

Prezentacje mają to do siebie, że najlepiej smakują z komentarzem ich autora, lecz myślę, że sobie z nią poradzicie. Przydatna będzie tutaj znajomość aktywności Bartka na rynkach, a z tą możecie zapoznać się na jego blogu, który mieści się TUTAJ

Uwierzcie mi, że warto, zwłaszcza że on jest już po tej jasnej stronie rynku i utrzymuje się z robienia tego, co lubi. A bloga warto czytać, gdyż Lazy Share niezmiennie utrzymuje się w czołówce rankingów blogów finansowych.

Enjoy!

niedziela, 4 listopada 2012

Pomóż blogerowi - bloger pomoże Tobie

Kurczę, fajnie że jesteście ze mną. Kiedyś, ponad 2,5 roku temu, zaczynałem z niczego i nie wiedziałem, czy coś z tego wyjdzie. Dziś jest blog z gronem stałych czytelników, fanpage na Facebooku, kanał na YouTube, który ma już ponad 160 widzów i 42 000 odsłon, a także program w radiu. Sam RSS bloga pobiera ok. 300 osób.

Generalnie kręci się to fajnie i mam nadzieję, że zmiany będą miały miejsce tylko w tę pozytywną stronę, a do tego wszystkiego potrzebni jesteście Wy. Stawiam na świadome czytelnictwo, a więc proszę Was o zapoznanie się z notką, którą umieściłem na podstronie. Wejdziecie tam przez odnośnik na granatowej belce powyżej, ewentualnie klikając TUTAJ.

Powiecie zaraz, że chcę zarabiać kasę i kręcić lody na blogu. No cóż, pecunia non olet, jak wyjaśnia klasyk, ale nie o to chodzi. Działalność blogowa i towarzyszące mu atrakcje (nagrywanie wideo, program w radiu) zajmują całą masę czasu. Robię to z pasji i dla przyjemności, ale staram się też czerpać z tego skromne korzyści, jeśli jest taka możliwość.

Ciężko to nawet nazwać dywersyfikacją przychodów, gdyż obecnie musiałyby one być ok. 20-krotnie wyższe, żeby zaczęły odgrywać większą rolę pośród moich źródeł utrzymania (teraz pewnie zrobicie symulacje podstawiając różne kwoty). Niemniej, jeśli można zrobić coś lepiej, to dlaczego z tego rezygnować. Póki co nikt nie kwapi się, aby ufundować mi stypendium, dzięki któremu mógłbym rzucić pracę w pełnym wymiarze i oddać się pisaniu i inwestowaniu. No, chyba że się mylę, wtedy jestem do dyspozycji pod mailem po prawej stronie.

W każdym razie fajnie, że udaje się jakoś to wszystko pchać do przodu. Dziękuję za wsparcie i proszę o promocję bloga, jeśli jakieś materiały przypadną Wam do gustu.

To jak, pomożecie? :)

czwartek, 1 listopada 2012

Spółki ciekawe technicznie - listopad 2012

Tym razem postanowiłem zrobić zestawienie w formie wideo. Zobaczycie, w jaki sposób przeglądam spółki, jakie kryteria biorę pod uwagę, a także usłyszycie komentarz do spółek, które wybrałem do listopadowego zestawienia.

poniedziałek, 29 października 2012

Wannabe investor


Kto pracuje przez cały dzień, ten nie ma czasu na zarabianie pieniędzy.

                                                                               John Rockefeller


Po co rozpoczyna się grę na giełdzie? Jedni mówią, że aby zarobić miliony. Inni chcą tylko powiększyć swoje oszczędności szybciej niż umożliwiają to produkty (teoretycznie) wolne od ryzyka. W istocie zapewne wiele osób chciałoby osiągnąć wolność finansową. Cóż ona oznacza? Przede wszystkim brak konieczności chodzenia do pracy, czyli codziennego stawiania się w biurze lub przy maszynie i wykonywania durnych czynności, znosząc jednocześnie gorszy humor przełożonego.

Chcemy sami być sobie szefem, ustalać porządek dnia według tego na co mamy ochotę, a nie tego, co musimy zrobić. Czyli można powiedzieć - dożywotnie wakacje. Do tego właśnie dąży większość osób zaczynających przygodę na giełdzie. 

Z drugiej strony znamy statystyki. Wiemy, że większość początkujących traci pieniądze, znaczna część traci wszystkie swoje środki i nie wraca już do inwestowania. Nadzieje się nie spełniają. Powodów jest wiele, trudno jest wymienić je wszystkie, ale z pewnością jednym z istotniejszych jest czas.

Aby osiągnąć sukces w jakiejś dziedzinie, trzeba poświęcić jej odpowiednio wiele czasu i uwagi. Nie jest tajemnicą, że im dłużej pracujemy nad doskonaleniem siebie i wybranych umiejętności, tym bliżej nam do stania się ekspertem w danej dziedzinie. Są nawet podawane ilości godzin, które trzeba na to poświęcić, aby móc zaliczać się do czołówki specjalistów. Bardzo wielu inwestorów kończy swoją przygodę nie osiągając zyskowności - czy to właśnie przez brak odpowiednio długiego zaangażowania?

Załóżmy właśnie te 10 000 godzin. Poświęcając codziennie 60 minut, potrzebujemy ponad 27 lat, aby osiągnąć sukces. Trzy godziny dziennie to ponad dziewięć lat. Nawet zakładając, że byłoby to 8 godzin dziennie, potrzeba nam na to prawie 3,5 roku. I teraz pytanie - kto ma tyle wolnego czasu, aby poświęcić go na naukę inwestowania?

Nie wiem, jak Wy, ale ja lubię coś czasem zjeść, założyć coś na siebie, a także mieć gdzie mieszkać. Wniosek z tego taki, że pracuję w pełnym wymiarze 40 godzin tygodniowo. Doliczmy dojazdy do pracy, zakupy, gotowanie i inne rzeczy, z których zrezygnować nie można. Kiedy więc ten biedny początkujący inwestor ma się zajmować nauką inwestowania i samym inwestowaniem? Spać przecież też trzeba.

Załóżmy, że nawet uda się wygospodarować codziennie te dwie godziny wieczorem, aby posiedzieć przy notowaniach, pomyśleć nad systemem lub przeczytać książkę giełdową. Jak się czujecie? Bo ja po całym, często stresującym dniu mam ochotę zwyczajnie się położyć i zrelaksować, zamiast siedzieć przy komputerze i analizować rynek. Po całym dniu nie jest się tak kreatywnym, nie wpada się na tak dobre pomysły i generalnie mniej się chce. To tak ma wyglądać nauka inwestowania?

Niestety, bardzo często tak to właśnie wygląda. Dziwimy się, że nie udaje nam się osiągnąć wymarzonego sukcesu na giełdzie, ale nie wiemy, że zwyczajnie nie poświęciliśmy na to dość czasu. Chcemy utrzymywać się z rynku, ale musimy też zarabiać, najczęściej w innej branży, przez co nie jesteśmy w stanie osiągnąć zyskowności. Tkwimy w zaklętym kręgu, z którego bardzo ciężko jest się wyrwać. 

Spójrzmy na największych, z którymi rozmowy przeprowadzano w książkach z serii Market Wizards. Oni zazwyczaj zaczynali jako osoby pełniące marginalne funkcje na giełdach. Dostarczali notowania dla traderów, pomagali maklerom. Funkcjonowali ściśle w środowisku finansowym, całe dnie o tym słuchali, rozmawiali i myśleli. Z pewnością to właśnie umożliwiło im rozwinięcie niezbędnych umiejętności, nabycie wiedzy i doświadczenia.

Pomyślcie sami, ilu znacie inwestorów zawodowych, którzy zaczynali "po godzinach"? Którzy spędzali cały dzień w fabryce, wracali, brali prysznic i siadali do giełdy, a następnie odnosili spektakularne sukcesy? No właśnie.

Wielu początkujących inwestorów stoi w miejscu, nierzadko tracąc latami pieniądze. Być może odnieśliby sukces, gdyby mogli się skoncentrować wyłącznie na rynkach, zamiast utrzymywać się z zupełnie innej aktywności. Tymczasem tkwią w paradoksie - nie wyzwolą się od etatu, dopóki nie poświęcą się w pełni inwestowaniu, a nie poświęcą się mu, bo nie są w stanie wyzwolić się od etatu. I wszelkie marzenia o zawodowym inwestowaniu kończą się już w punkcie wejścia, tyle że niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę.

A teraz odrobinka z mojego prywatnego doświadczenia. Inwestować zaczynałem szczęśliwie, jako student studiów dziennych. A więc miałem praktycznie pół dnia wolnego, który to czas mogłem zagospodarować. Bywało, że w wakacje, jeśli akurat nie pracowałem, spędzałem po 8 i więcej godzin w tematyce inwestycyjnej. Dzięki temu, zdążyłem "załapać" odpowiednio dużo, zanim zacząłem pracę w pełnym wymiarze. Obecnie przez 5 dni pracuję, w weekendy studiuję, a poza tym cztery popołudnia w tygodniu mam wypełnione sztywnymi obowiązkami. Jeśli dorzucić do tego życie towarzyskie oraz wszystkie rzeczy, które załatwić trzeba, zostaje bardzo niewiele czasu na inwestowanie i rozwój osobisty w tym kierunku. Nie wspominam już o takich niedogodnościach, jak brak możliwości śledzenia notowań online, czy składania zleceń w czasie sesji giełdowej.

Tkwimy więc w ciemnej dziurze, z której wyjść jest bardzo ciężko. Im wcześniej sobie uświadomimy ten fakt, tym więcej możemy zrobić. Co możemy poradzić? Chociażby lepiej zarządzać swoim czasem, aby nie marnować go na sprawy zupełnie nam zbędne i bezsensowne. Oprócz tego, starajmy się świadomie budować swoje inwestycyjne doświadczenie. Czy to poprzez praktyczne inwestowanie, czy poprzez udzielanie się na forach lub spotkania z pasjonatami giełdy. Taka wymiana myśli może skatalizować proces stawania się coraz lepszym inwestorem i stymulować nas do wpadania na coraz lepsze rozwiązania.

Wyjście z tego zaklętego koła nie jest łatwe, ale jest możliwe. Tylko od nas zależy, czy zrobimy to już niedługo, za kilka lub kilkanaście lat, czy też do końca będziemy się martwili, czy ZUS nam coś wypłaci, czy też przyjdzie nam przymierać głodem na stare lata.

piątek, 26 października 2012

Recenzja - Michael Lewis - Wielki Szort. Mechanizm maszyny zagłady


Niedawno miałem okazję przeczytać książkę pt. Wielki Szort, omawiającą przyczyny kryzysu finansowego, który zaczął się w 2007 roku i przelał się na rynki finansowe, a także na realną gospodarkę. Przyznam szczerze, że nie do końca wiedziałem, jak tę pozycję zaklasyfikować. Zdarzają się bowiem opowieści snujące liczne teorie spiskowe na temat znaczących wydarzeń, jak choćby zamach na WTC. Podszedłem więc do tej pozycji z pewną ostrożnością, gdyż nie byłem pewien, czy będzie to dokument, jakaś fabuła oparta na faktach, czy też polowanie na czarownice. Książka wyszła z tej próby obronną ręką.

Wielki Szort jest opowieścią o grupie inwestorów, którzy dostrzegli nadchodzący krach oraz poczynili przygotowania, aby zarobić na nim pokaźne pieniądze. Tak więc mamy tu kilka wątków biograficznych, które przeplatają się z tłem finansowym.

Duży nacisk położony zostaje na sam mechanizm, który doprowadził do wybuchu kryzysu. Obligacje oparte na kredytach hipotecznych subprime, oparte na nich CDSy, a następnie kolejne konstrukcje finansowe będące wynikiem przepakowywania tego samego produktu w inne opakowania. W efekcie same kredyty hipoteczne przestają mieć znaczenie, gdyż są one jedynie ułamkiem tego, co zbudowano na ich podstawie. Cała ta nadbudowa zaczyna w pewnym momencie żyć własnym życiem, co w chwili kryzysu rozdmuchuje jego rozmiary do niespotykanej skali.

Książkę warto przeczytać z kilku względów. Po pierwsze, pokazuje ona, w jaki sposób funkcjonują wielkie instytucje finansowe w sektorze produktów "szytych na miarę". Fikcyjne przenoszenie ryzyka, brak kontroli nad traderami ze strony działów risk management oraz kierowanie się wysokością prowizji, a nie interesem podmiotów, których środkami się obraca. 

Kolejny aspekt to działanie agencji ratingowych, które przyznają wysokie noty produktom niskiej jakości. Ryzykowne aktywa o niskich ocenach, podzielone na kawałki a następnie połączone w innej konfiguracji dostają wyższe noty, gdyż ryzyko zostaje rzekomo rozproszone. Nikt jednak nie dostrzega, że w istocie wszystkie te instrumenty opierają się na tym samym scenariuszu i posiadają te same czynniki ryzyka. Dodatkowo podkreślone jest uzależnienie firm ratingowych od różnych "goldmanów". W sytuacji, gdy jedna z agencji chciałaby przyznać niższą notę nie zrobi tego, gdyż w takiej sytuacji klient pójdzie do konkurencji. W efekcie pojawiają się ratingi AAA, co umożliwia sprzedawanie tych produktów funduszom emerytalnym i innym podmiotom, które mogą inwestować tylko w bezpieczne aktywa.

Chyba największym atutem tej książki jest możliwość prześledzenia ryzyka na rynkach finansowych. Z jednej strony widzimy, jak ślepi są zarządzający na możliwość wystąpienia czarnego łabędzia. W końcu skoro ceny nieruchomości rosną od wielu lat, to niemożliwe wydaje się ich nagłe załamanie. Inną rzeczą jest samo przenoszenie ryzyka z jednego podmiotu na drugi, rozpraszanie go oraz w końcu problemy z wypłacalnością drugiej strony transakcji. Bo co z tego, że kupiliśmy kiedyś za grosze opcje call, które obecnie są warte fortunę, skoro ich wystawca stoi na skraju upadłości...

Myślę, że książka ta warta jest polecenia. Może nie dowiemy się z nich wiele na temat technik inwestycyjnych, lecz z pewnością warto jest po nią sięgnąć dla zapoznania się z mechanizmami dotyczącymi przenoszenia ryzyka na rynkach finansowych. Wszystko to okraszone zostaje ślepotą świata finansów na istotne kwestie oraz patologiami i wypaczeniami w grupie podmiotów obracających miliardami dolarów.
Bardzo przyjemna lektura na kilka wieczorów.

Więcej moich recenzji znajdziecie na specjalnie temu poświęconej stronie internetowej.

wtorek, 23 października 2012

Wyceniamy akcje TPSA

Ostatnie wydarzenia związane ze spółką TPSA wprowadziły wielu inwestorów w stan niepokoju. Bo oto spółka, która od lat uchodziła na najbardziej dywidendowy, stabilny papier, nagle powiedziała, że interes idzie kiepsko i dywidenda będzie zmniejszona z 1,5 zł na akcję do złotówki.

Po dorzuceniu do tego garści złych informacji kurs poleciał na pysk i aktualnie znajduje się już około 20% niżej. Wszyscy myślą - co dalej?

Zaprezentuję Wam fantastycznie prosty model wyceny akcji TPSA. Podejrzewam, że jeszcze nikt na świecie takiego nie stosuje, ale co tam, najwyżej będę pierwszy :)

Wielu inwestorów posiadało lub jeszcze posiada akcje tej spółki wyłącznie dla dywidendy. Nieważne, czym spółka się zajmuje, czy coś produkuje lub sprzedaje, liczy się tylko dywidenda. A skoro tak, robimy dokładnie to, co zrobili ONI - czyli obcinamy cenę akcji tak, aby stopa dywidendy pozostała taka sama. 

Ostatniego dnia przed pojawieniem się tej fatalnej nowiny, notowania zakończyły się na poziomie 16,19 zł. A więc po dokonaniu skomplikowanej matematycznej operacji, której szczegółów zdradzić nie mogę, otrzymujemy wycenę akcji na poziomie 10,79 zł. 

Biorąc pod uwagę fakt, że dzisiejsze zamknięcie to 12,86 zł, notowania muszą spaść jeszcze o 16,09%, aby stopa dywidendy odpowiadała tej, do której przywykliśmy. A więc mamy już czarno na białym, akcje są ciągle zbyt drogie :)

Ale, ale! TPSA poruszała się przecież w kanale bocznym. Nie można więc powiedzieć, że miała stałą cenę. Wyznaczając więc ten kanał na przedział 14.30 -19.00 zł, trzeba go stosownie obniżyć. Wygląda to tak:
Okazuje się, że jego górne ograniczenie wypada poniżej obecnej ceny. A więc lipa, akcje są za drogie...

Tym oto sposobem, wyceniłem Wam akcje TPSA :)

KISS

sobota, 20 października 2012

Mamy kierunek?

Już od około miesiąca nasz rynek porusza się w stosunkowo wąskiej konsolidacji. Im dłużej sytuacja ta się utrzymuje, tym silniejsze może być wybicie, które jest w stanie wyznaczyć kierunek kolejnego swingu. Wiele nudnych sesji nie zapowiadało rozstrzygnięcia, ale sporo zmieniło się w piątek, kiedy to indeks Wig20 spadł o 2%, dając silny negatywny sygnał.
Póki co sytuację utrzymuje jeszcze wsparcie na poziomie 2350, ale jeśli poniedziałek i wtorek okażą się nieciekawe, możemy mieć wyjście dołem z całej formacji.

Skoro u nas sytuacja nie jest jeszcze całkiem rozstrzygnięta, warto rzucić okiem, co dzieje się za wielką wodą.
Indeks Sp500 porusza się w bok, lekko obniżając loty. W najbliższych dniach kluczowa będzie odpowiedź na pytanie, czy ten zarysowany kanał utrzyma swym dolnym ograniczeniem ceny, czy też nastąpi wyjście w stronę spadków. 

Tego typu formacje są ciekawe w analizie, gdyż dają dwa alternatywne rozwiązania. Po pierwsze, możemy traktować sytuację, jako wyczerpanie się impetu wzrostowego. Mamy konsolidację po całkiem pokaźnym ruchu wzrostowym, a rynek nie jest w stanie zdobywać kolejnych poziomów.

Z drugiej strony, możemy to potraktować jako formację flagi w trendzie wzrostowym, a więc byłby to sygnał kontynuacji. W takiej sytuacji można by było oczekiwać zwiększonego popytu na dolnym ograniczeniu flagi oraz dużego wybuchu entuzjazmu kupujących po ewentualnym wybiciu się górą.

W podobnie kluczowym momencie znajduje się technologiczny Nasdaq. Tam korekta przebiega jeszcze gwałtowniej i zatrzymała się obecnie nie tylko na dolnym ograniczeniu kanału, ale też na okrągłym poziomie 3000 punktów. Co dalej? Kwestia otwarta.
Przy okazji analizowania Sp500 chciałbym zwrócić Waszą uwagę na pewną prawidłowość, która od jakiegoś czasu rysuje się na tym indeksie. Jeśli rozsuniecie trochę perspektywę, zobaczycie w miarę stały układ cenowy.

Przebiega on w następujący sposób:
1 - w miarę dynamiczna faza wzrostowa
2 - konsolidacja i niepewność na szczycie
3 - silne spadki
4 - konsolidacja
Kierując się tą analogią, istnieje spore ryzyko, że aktualnie znajdujemy się właśnie w punkcie 2, oznaczającym budowanie niepewności co do dalszych wzrostów i ryzyko potencjalnego przejścia do gwałtowniejszych spadków.

Oczywiście nie oznacza to, że jestem teraz przekonany o spadkach. Niemniej już w połowie tygodnia zakupiłem trochę opcji put 2200, gdyż właśnie wyjście dołem z ruchu bocznego na Wig20 wydało mi się bardziej prawdopodobne. Co rynek pokaże, zobaczymy. W końcu nie da się zaplanować wydarzeń takich jak flash crash lub silne spadki z sierpnia 2011.

Co myślicie o najbliższych 2-3 tygodniach?

środa, 17 października 2012

Wywiad z Bartoszem Szymą - inwestorem zawodowym

Bartka Szymę poznałem jako blogera, prowadzącego swój dziennik pod adresem lazyshare.blogspot.com. Później okazało się, że Bartek nie tylko pisze o giełdzie i inwestuje, ale też robi to na tyle skutecznie, że obecnie jego głównym zajęciem są właśnie perypetie z rynkami finansowymi.

Rok temu w listopadzie udało nam się spotkać w Warszawie, a kolejna okazja przydarzyła się dopiero niedawno, kiedy Bartek przyjechał do stolicy w pogoni za informacjami dotyczącymi jednej ze spółek. Jako że już od dłuższego czasu planowałem przeprowadzić z nim wywiad, udało się zrobić całkiem ciekawy materiał.

Zachęcam do uważnego przesłuchania tego niekrótkiego, bo trwającego prawie godzinę nagrania, gdyż między czasem jego zarejestrowania a dzisiejszą publikacją, już miały na rynkach miejsce wydarzenia, które potwierdzają słowa Bartka. Wspomina on w pewnym momencie na temat różnic między polityką dywidendową spółek w USA oraz w Polsce. Zauważa, że za oceanem stopa dywidendy jest stabilna i najczęściej odpowiednio podwyższana, a u nas jest zbyt zmienna, aby móc w sposób długofalowy związać się ze spółką właśnie dla podziału zysku między inwestorów. 

Dzisiejsza publikacja nagrania zbiega się z komunikatem TPSA, chyba najstabilniejszej spółki defensywnej i jednocześnie "najbardziej dywidendowej z dywidendowych", która zapowiedziała pogorszenie wyników oraz zmniejszenie dywidendy o 1/3.

Dlatego też posłuchajcie, przemyślcie, posłuchajcie jeszcze raz i przemyślcie ponownie, gdyż czas ten nie będzie czasem zmarnowanym.

Jeśli chcecie więcej wiedzy z pierwszej ręki, zaglądajcie do Bartka. A w najbliższej przyszłości pojawi się u mnie bonus również sponsorowany przez specjalistę od Leniwych Akcji.

sobota, 13 października 2012

Tak oczywiste, że aż niemożliwe

Rozpoczynając swoją przygodę z analizą techniczną, jedną z podstawowych rzeczy, jakich się uczymy są formacje cenowe. Dowiadujemy się, że jeśli cena zachowa się w określony sposób, możemy oczekiwać, że zachowa się tak lub inaczej również w przyszłości. Dodatkowym atutem formacji jest możliwość opisania ich za pomocą linii prostych, co bardzo podoba się naszemu oku oraz umysłowi.

Patrzymy więc na wykresy w poszukiwaniu takich właśnie prawidłowości. Najczęściej dostrzegane przez nas układy cenowe nie są idealne. A to któryś z wierzchołków trójkąta przebija linię, innym razem chorągiewka nie układa się zgodnie ze wzorcem... Stajemy wtedy przed dylematem: uznawać tę formację za ważną, czy też poczekać na lepszą okazję. 

Ta pozorna niedoskonałość formacji budzi u nas obawy. Bo skoro nie jest ona "podręcznikowa", to być może wiąże się z nią większe ryzyko niż z układami bliższymi ideałowi. Traktujemy więc takie formacje z ostrożnością. Chodzimy wokół nich, przyglądamy się i ostatecznie podejmujemy decyzję o kupnie lub rezygnacji z dokonania zakupu.

Kilka lat doświadczenia na rynkach oraz tysiące obejrzanych wykresów nauczyły mnie bardzo ważnej rzeczy. Uświadomiłem sobie, że nie jest ważne, czy cena idealnie wpisuje się w kryteria wyznaczające głowę z ramionami, trójkąt, czy linię trendu. Wszystkie te plastyczne i przemawiające do rozsądku opisy formacji są jedynie uproszczeniem, które ma ułatwić analizę rynku. W istocie, nawet niedoskonałe formacje cenowe mogą być skutecznie wykorzystywane, gdyż liczy się pewna prawidłowość, a nie milimetrowa precyzja na wykresie.

Stąd też przestałem już rysować linie trendu dokładnie po cieniach świec. Bo dlaczego nie miał bym rysować po korpusach? W istocie przestałem już praktycznie te linie rysować, gdyż trend jest widoczny gołym okiem i nie potrzeba przykładać do niego linijki. A co z trójkątami, flagami i chorągiewkami? Jeśli występują one w trendzie to są jedynie formą korekty, zatrzymania się ceny na pewnym poziomie. Nie jest ważne, czy wierzchołki wpisują się dokładnie w formację trójkąta wznoszącego lub symetrycznego. Podobnie wygląda sytuacja z odwróceniem trendu. Niezależnie od tego, czy wierzchołek prawego ramienia równy jest lewemu, czy linia szyi przebiega idealnie poziomo, czy też ukośnie, liczy się fakt, że cena przestała robić kolejne wyższe wierzchołki, a zaczęła robić nowe dołki.

Wbrew pozorom, uświadomienie sobie tego zajmuje niekiedy trochę czasu. Nie wszyscy inwestorzy są w stanie osiągnąć wystarczający poziom elastyczności, aby wyzwolić się ze sztywnych ram formacji cenowych. Oczywiście można zrobić coś zupełnie przeciwnego i te formacje skwantyfikować, a następnie zbudować oparty na nich system inwestycyjny. Ale casus Thomasa Bulkowskiego to zupełnie inna opowieść.

Te kilka lat doświadczenia na rynkach nauczyło mnie jeszcze jednej ciekawej rzeczy. Otóż jeśli jakaś formacja wygląda zbyt idealnie, trzeba wzmóc czujność. Pośród licznych wykresów, zdarzają się czasami perełki, których przebieg idealnie pokrywa się ze wskazaniami podręczników do analizy formacji. Wierzchołki wypadają dokładnie na kreskach, cena odbija się od okrągłych poziomów, a zasięg wybicia z trójkąta jest równy wysokości całej formacji.

Widząc coś takiego w momencie kluczowym, np. na wsparciu lub oporze, ręce zaczynają nam się trząść z ekscytacji. Bo przecież trafiliśmy na ideał, białego kruka i jednorożca, który na swym grzbiecie zawiezie nas do góry złota. 

Niestety, z moich osobistych doświadczeń wynika, że takie układy często zawodzą. Nie chcę powiedzieć, że jest to rynkowa zasada, ale jedynie moje odczucie. Jeśli tylko coś wyglądało zbyt pięknie, żeby było prawdziwe, najczęściej takie właśnie było. I z pięknego (w założeniach) zagrania, wychodziło coś zupełnie niefajnego.

Tego typu idealne układy mają swoją dodatkową wadę, jaką jest nasza psychologia. Bo skoro widzimy formację, która na 101% musi się udać, często mamy tendencję do zwiększenia pozycji ponad miarę. Dlaczego mielibyśmy zainwestować w "pewniaka" tylko 1/4 portfela, a nie połowę lub całość? 

Podobnie wygląda sytuacja ze stop lossem. Rynek zbliża się do wsparcia i kupujemy papiery. A rynek schodzi niżej. Najpierw nie panikujemy, przecież rzadko udaje się złapać idealne dno. Problem pojawia się, gdy obniżamy naszego stop lossa lub zupełnie rezygnujemy z jego ustawienia. Dajemy rynkowi coraz więcej miejsca, a ten bezczelnie to miejsce wykorzystuje. W chwili, gdy dociera do nas, że formacja techniczna nie wypaliła, najczęściej jest już za późno. Bywa tak, że nie ustawiając stop lossa idziemy np. do pracy, a duża część inwestorów dochodzi do wniosku, że wsparcie padło. I wtedy rynek zamyka się ponad 5% niżej niż dzień wcześniej. A to przecież nierzadkie po przebiciu ważnego wsparcia. 

Miejcie z tyłu głowy to wszystko, co powyżej napisałem. A jeśli już macie, możecie rzucić okiem na dwa wykresy, które wpadły mi w oko :)

Belvedere

Synthos

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails