Zapisz się na newsletter i odbierz bezpłatne szkolenie!

poniedziałek, 19 lutego 2018

Rynek dyskontuje przyszłość. Co z tego wynika dla przeciętnego inwestora?

Często słyszymy na giełdzie o tym, że rynki finansowe dyskontują przyszłość. Co to jednak w praktyce oznacza? Bardzo wiele. Okazuje się, że to dyskontowanie ma bardzo konkretne konsekwencje dla naszych portfeli.

Sam mechanizm jest bardzo prosty. Mamy przed sobą dwie spółki A i B. Obie te spółki są zbliżone pod względem uzyskiwanych przychodów i zysków. Spółka A prężnie działa w nowoczesnej rozwijającej się branży. Z roku na rok poprawia wyniki i wydaje się być na wznoszącej. Powiedzmy, że jest to Apple na pewnym etapie swojego funkcjonowania. Tymczasem spółka B, mimo pięknej przeszłości, działa w sposób przestarzały, nie dopasowując się do zmieniającego się świata. Dla kontraktu niech będzie to Kodak, czyli spółka która przegapiła cyfrową rewolucję w fotografii.

Czy wyceny rynkowe obu tych spółek, mimo podobnych wyników finansowych w chwili obecnej, będą różne? Oczywiście! Inwestorzy są w stanie zapłacić zdecydowanie więcej za podmiot, którego przyszłość rysuje się w jasnych barwach. Istnieje przecież bardzo wysokie prawdopodobieństwo, że w kolejnych okresach generowane zyski będą wyższe i wyższe, a wartość rynkowa firmy również będzie rosła. Dlatego nie dziwi brak równowagi pomiędzy rynkową wyceną obu spółek.

Z punktu widzenia inwestora również jest to bardzo logiczne. Jeżeli grupa inwestorów kierujących się analizą fundamentalną dojdzie do wniosku, że spółka w kolejnych latach będzie dowoziła solidne wyniki, będzie w stanie zainwestować w nią większe pieniądze. Będą kupowali dotąd, aż w ich ocenie zasypią nierównowagę rynkową pomiędzy bieżącą ceną, a wartością, jaką reprezentuje spółka w długim horyzoncie czasowym. W obliczu takich zagrań wskazania analizy technicznej tracą na znaczeniu i stają się drugorzędne.



Wniosek z tego taki, że rynek nie patrzy na to, jak spółka wygląda w dniu dzisiejszym, jakie ma wskaźniki C/Z czy C/WK, ale jakie wskaźniki będzie miała w przyszłości, w perspektywie nadchodzących lat. Wychodząc już tylko z tego założenia można powiedzieć, że niewielki sens ma inwestowanie wskaźnikowe w oparciu o dzisiejsze poziomy wskaźników, ponieważ są one bezwartościowe. Liczy się tylko to, co będzie, a nie to, co już było i zostało zaraportowane i zarobione.

czwartek, 15 lutego 2018

Certyfikaty ING Turbo sposobem na ożywienie IKE i IKZE

Dla wielu inwestorów konta IKE i IKZE kojarzą się z pasywnym inwestowaniem na emeryturę, czyli najczęściej nudą. Tymczasem dzięki certyfikatom ING Turbo możemy aktywnie uczestniczyć w grze rynkowej, korzystając zarówno na wzrostach, jak i na spadkach.

Certyfikaty Turbo, mimo że nie są nowymi instrumentami na warszawskiej giełdzie, ciągle wydają się być mało znane szerszej publiczności. Zapewne niektórzy obawiają się ich potencjalnego skomplikowania wynikającego z zastosowania mechanizmów typu bariera lub konck-out. W dzisiejszym wpisie realizowanym we współpracy z ING będącym emitentem tych certyfikatów, pokażę, jak one działają oraz jak można je wykorzystać w praktyce, aby usprawnić swoje inwestowanie.

Czym są certyfikaty ING Turbo?


Przede wszystkim należą do grona certyfikatów strukturyzowanych notowanych na GPW. Należy je odróżnić od certyfikatów strukturyzowanych oferowanych przez instytucje finansowe klientom detalicznym, czyli struktur o trudnych niekiedy do ustalenia zasadach działania. Instrumenty notowane na GPW mają swoją standaryzację, dzięki czemu inwestorzy mogą w precyzyjny sposób zaplanować i zrealizować swoje transakcje.

Konstrukcja samego certyfikatu opiera się na kilku podstawowych zasadach działania. Po pierwsze, jest to instrument rynku kasowego. Oznacza to, że obrót nim, w przeciwieństwie do kontraktów terminowych i opcji, możliwy jest również w ramach rachunków IKE i IKZE. O tym aspekcie napiszę jeszcze pod koniec artykułu.



Po drugie, certyfikaty Turbo oferują inwestorom dźwignię finansową. Oznacza to, że możemy otwierać pozycje przekraczające swoją wartością kapitał użyty przez nas, jako inwestorów. Pozostałą część dokłada za nas ING N.V., czyli holenderski emitent tych produktów.

Po trzecie, dzięki certyfikatom Turbo możemy również zarabiać na spadkach. Na każdy instrument bazowy notowane są certyfikaty long, zarabiające na wzrostach oraz certyfikaty short, zarabiające na spadkach. Co ważne, za każdym razem kupujemy certyfikat, nawet ten zarabiający na spadkach.

Po czwarte, korzystając z certyfikatów Turbo nie możemy stracić więcej niż wartość środków, które zainwestowaliśmy. Nie będzie więc miała miejsce sytuacja, w której dom maklerski zażąda od nas dopłaty do pozycji. Z tego też względu korzystając z tych certyfikatów nie musimy utrzymywać żadnego depozytu zabezpieczającego na rachunku. Podobnie jak w przypadku akcji, wartość naszej inwestycji może spaść co najwyżej do zera.

poniedziałek, 12 lutego 2018

Jak reagować w czasie giełdowej paniki?

Miniony tydzień przyniósł inwestorom giełdowym wiele emocji. Spadki mające źródło za oceanem dwukrotnie uderzyły w nasz rynek, powodując każdorazowo zupełnie różne reakcje inwestorów. Jak zachować się w takiej sytuacji, aby zminimalizować ryzyko poniesienia strat?

Pierwsze uderzenie miało miejsce we wtorek, kiedy to na poniedziałkowej sesji indeks Sp500 stracił na wartości 4,1%. Od razu po zamknięciu notowań w USA wiadomo było, że przez warszawską giełdę przetoczy się fala wyprzedaży.

W istocie czarny scenariusz się zrealizował. Wiele spółek otworzyło się na poziomach rzędu -5%, aby w ciągu pierwszych kilku minut handlu powiększyć stratę do -10%. Miałem okazję obserwować tę paniczną wyprzedaż na żywo i faktycznie widać było silne wycofywanie się inwestorów z rynku. Po pierwszym szoku nastąpiło odbicie, ale w rezultacie i tak indeksy zakończyły sesję stratą rzędu 3,3-3,7%.



Środa i czwartek na warszawskiej giełdzie wyglądały o wiele bardziej optymistycznie, jednak nastroje znów popsuła ponura czwartkowa sesja w USA, kiedy to Sp500 spadł o 3,8%. I znów wiadomo było, że piątek będzie ciężkim dniem dla posiadaczy akcji.

Jednak w tym wypadku reakcja rynku była zupełnie inna. Indeksy otworzyły się na niewielkim minusie, a w ciągu sesji wiele spółek nie tylko znacząco nie traciło, ale nawet całkiem ładnie rosło. Nie było widać wtorkowej paniki, a inwestorzy nie poddawali się emocjom w taki sposób, jak poprzednio. W efekcie słabego otwarcia w USA notowania na warszawskiej giełdzie zamknęły się w okolicach -1%. Gdyby Amerykanie otworzyli się nieco lepiej, warszawska giełda zapewne zamknęłaby piątkowe notowania wzrostami.

Dlatego dwie podobnie spadkowe sesje w USA wywołały tak bardzo różne scenariusze w Polsce? Czy można było w jakikolwiek sposób kontrolować wartość swoich pozycji, chroniąc je przed stratami wynikającymi z bardzo negatywnego otwarcia? A może można było jeszcze na tej sytuacji zarobić? Tymi kwestiami zajmę się w dzisiejszym tekście.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails