Zainspirowany wpisem, który ostatnio pojawił się na blogu Metafinanse,
postanowiłem skrobnąć dwa słowa, gdyż jako humanista miałbym problemy
ze zmieszczeniem się w zwykłym komentarzu. Niedługo miną dwa lata od
dnia, w którym zacząłem regularnie publikować swoje spostrzeżenia i
analizy, których w tym czasie zebrało się około 300. Myślę, że z
perspektywy czasu mogę podzielić się już ogólnymi spostrzeżeniami
dotyczącymi tego rodzaju aktywności.
Ciężko jest
jednoznacznie powiedzieć, czy polskie blogi finansowe umierają. Bo i jak
to zmierzyć? Tak dynamiczne środowisko, w którym jedne serwisy
pojawiają się, a inne znikają z dnia na dzień, jest trudno mierzalne.
Upadek, jak to ujął autor wspomnianego bloga, może być postrzegany
poprzez te największe serwisy, które działając od lat wyrobiły sobie
pozycję, a następnie zniknęły z sieci lub zmieniły profil działalności w
taki sposób, że nie jest ona już tak atrakcyjna dla odbiorców, jak to
miało miejsce kiedyś. Myślę, że nie jest to miarodajny sposób mierzenia
kondycji blogosfery finansowej, gdyż tak dynamiczne środowisko musi być
ujmowane całościowo, co przy obecnych możliwościach technicznych jest
bardzo trudne.
Jako problem podnoszone jest też
wyczerpanie danej tematyki. Myślę, że dotyczyć to może głównie blogów
traktujących o oszczędzaniu. Bo ile też można pisać o lokatach i kontach
oszczędnościowych? Ile może być sposobów na ograniczanie wydatków, czy
optymalizowanie budżetu domowego? Wcale się nie dziwię, że blogosfera
może być przepełniona tą tematyką. Sam z pamięci mogę wyliczyć
kilkanaście blogów, które skupiają się właśnie na tych zagadnieniach.
Nawet się szczególnie nie dziwię, że ktoś, kto stworzył kilka setek
wpisów na ten temat, może poczuć znużenie i brak weny, co ostatecznie
przekłada się na jakość samych wpisów, a skutkuje powtarzaniem tego, co
już się kiedyś napisało lub bieżącym relacjonowaniem zmian w
oprocentowaniu lokat (co swoją drogą też jest wartościowe).
Sam
prowadzę bloga, w którym zajmuję się głównie zagadnieniami
inwestycyjnymi. Tutaj pole manewru jest zdecydowanie szersze, gdyż i
gama instrumentów finansowych, jak i samych technik, metod i podejść
jest zdecydowanie pełniejsza. Dzięki temu, wcale nie czuję się wypalony, jak również nie czuję obaw, że zabraknie mi tematów do omawiania. Będąc inwestorem indywidualnym, cały czas się rozwijam, poznając nowe koncepcje i opracowując nowe podejścia, co daje mi możliwość pisania o tym samym, ale na wiele sposobów. Również omawianie własnych doświadczeń może być ciekawą wartością dodaną dla czytelników, oferując coś więcej niż suche analizowanie bieżącej sytuacji rynkowej.
Od pewnego czasu miałem pewien niedosyt związany z faktem, że tematyka inwestycyjna jest nieco bardziej zamknięta niż szeroko pojęte oszczędzanie, przez co mój blog ma szansę trafić do zdecydowanie mniejszego grona odbiorców. W końcu więcej osób zainteresowanych jest lokatami i funduszami inwestycyjnymi, a niewielu aktywnie działa np. na rynku opcji. W obecnej sytuacji, wybrana przeze mnie tematyka okazuje się być raczej atutem niż mankamentem, gdyż na razie bardziej cierpię na deficyt czasu, żeby opracowywać nowe strategie i je opisywać, niż deficyt pomysłów.
Myślę, że właśnie tutaj leży kluczowa linia podziału pośród blogów finansowych. Tematyka oszczędzania, optymalizacji podatkowej na lokatach i zarządzania domowym budżetem została już w wielu miejscach wyczerpująco opisana, podczas gdy tematyka inwestycyjna w dalszym ciągu jest atrakcyjna, rozwija się i co ważniejsze, nie widać na horyzoncie jej schyłku. Wydaje się, że jest wręcz przeciwnie. Wprowadzane przez giełdę nowe instrumenty, takie jak certyfikaty strukturyzowane (bonusowe, dyskontowe, knock-out), a w niedługiej przyszłości również opcje na akcje, dają możliwość konstruowania nowych innowacyjnych strategii, których omawianiem ciągle można się zająć. Co więcej, coraz łatwiejszy dostęp do rynków zagranicznych pozwala na przenoszenie na nasze podwórko doświadczeń zbieranych na zdecydowanie bardziej rozwiniętych parkietach, co w świetle ciągle małego grona osób w Polsce inwestujących w ten sposób, może skutkować niewielkim, ale wiernym i aktywnym gronem czytelników.
Dlatego też sądzę, że wieszczenie upadku polskiej blogosfery finansowej jest nieco przedwczesne. Można ciągle wymienić wielu wartościowych autorów, którzy testują coraz to nowe pomysły i opisując je w interesujący sposób powiększają zasób dostępnej w Internecie wiedzy na ten temat.
Nie jest przecież wykluczone, że ktoś z naszych czytelników, zainspirowany jakimś wpisem, założy swojego bloga, który w przyszłości stanie się kolejnym ogniskiem wymiany wiedzy i poglądów na finansowe tematy. W końcu Facebook, czy Google też zostały stworzone z niczego przez kilku młodych ludzi z pasją i pomysłem :)