czwartek, 29 grudnia 2011

"Czucie rynku", czyli czas to pieniądz cz. 2

Około miesiąca temu nagrałem krótki materiał na temat znaczenia czasu w inwestowaniu, a konkretnie możliwości składania zleceń zawsze wtedy, kiedy wymaga tego nasza strategia lub gdy rynek stwarza okazję wartą wykorzystania. W komentarzu do mojego ostatniego wpisu, Azi poruszył wątek "czytania rynku". Od dawna miałem zaplanowany ten wpis, więc uznałem, że warto go w tej chwili rozwinąć i podzielić się z Wami moimi odczuciami.

Oprócz gry na giełdzie rozumianej jako kupowanie i sprzedawanie różnych instrumentów finansowych, bardzo istotnym wymiarem czasu, który się giełdzie poświęca jest w mojej ocenie samo obserwowanie rynku. Ktoś może powie, że w zasadzie nie ma tu nic szczególnego, skoro i tak nie zamierza się reagować na każdy tick. W takiej sytuacji wystarczy rzucić okiem na rynek raz na jakiś czas i efekty powinny być zadowalające. Ja jednak, jako ,mimo wszystko, trader dyskrecjonalny, uważam że jest inaczej.

Samo obserwowanie rynku nie jest niby jakąś szczególną rozrywką. Ot, ceny się zmieniają, wykres podskakuje sobie w górę i w dół i tyle. Dla mnie jednak, obserwowanie notowań ma duże znaczenie. Odnoszę wrażenie, że często patrząc na wykres, lepiej "czuję się" z jego kształtem. Wiem, w jaki sposób rynek doszedł tam, gdzie jest obecnie i na tej podstawie jestem w stanie zbudować o wiele dokładniejszą (i często trafniejszą) projekcję jego zachowania (lub możliwości i scenariuszy przed nim stojących). 

Oczywistym argumentem narzucającym się w tej chwili jest ten, że z wykresu można to samo odczytać, bez konieczności ślęczenia przy monitorze. Szczególnie, gdy każdą świeczkę dzienną można rozbić na mniejsze godzinowe, czy minutowe. W ten sposób można prześledzić zachowanie rynku z niezwykłą dokładnością. Mimo tego, gdy miałem kilka miesięcy temu dość gorący okres w pracy, i gdy byłem w stanie zaledwie na krótki czas rzucić okiem na wykres, zdecydowanie gorzej mi się z nim pracowało. Jakieś tam strategie realizowałem, ale bardzo odczuwalna była różnica w porównaniu z sytuacją, gdy miałem możliwość wielokrotnego w ciągu dnia monitorowania sytuacji.

Obserwowanie tworzącego się wykresu, daje w mojej ocenie (może precyzyjniej: "daje mi") większą pewność co do panujących nastrojów. Zupełnie inaczej odbieram testowanie oporu "na żywo" niż w sytuacji oglądania go, jako cienia do takiej czy innej świeczki. Również ruchy w trakcie trendu wydają mi się o wiele bardziej wymowne, jeśli oglądam je w czasie rzeczywistym. Fale impetu, ruchy korekcyjne, momenty konsolidacji - to wszystko ma zupełnie inne znaczenie "teraz" i "po fakcie". 

W szkoleniu, które kilka dni temu Wam zaproponowałem, Linda Bradford Raschke wspomina o znanych ze swych osiągnięć analitykach technicznych z początków XX wieku, jako ludziach, którzy bardzo "blisko" pracowali z wykresami. Obserwowali notowania na żywo, sami kreślili wszystkie świece i w efekcie byli w stanie stworzyć teorie dotyczące zachowań cen, na których opiera się współczesna analiza techniczna. Nie mam bynajmniej ambicji do porównywania się z tymi osobami, lecz wydaje mi się, że odczuwam podobny sentyment do bliskiej pracy z wykresem.

Stosując takie podejście, bardzo ważna jest umiejętność oderwania się od przyjętego przez siebie scenariusza zdarzeń. Nie jest trudno, widząc przez cały dzień na wykresie "coś", przegapić szerszy obrazek, z którego może wynikać coś zupełnie innego, w bardzo wysokim stopniu uzasadniającego zachowanie rynku. Analityk wmawiający sobie: "odbije się, odbije się, odbije się..." może przegapić bardzo duży ruch, który przeanalizowany inaczej, dałby pole do całkiem niezłego zarobku.

Żeby nie szukać daleko: w chwili gdy piszę te słowa (23:12, 28 grudnia) S&P500 wydaje się realizować scenariusz odwrócenia, o którym kilka godzin temu mówiłem, jako o bardzo prawdopodobnym, przy czym rekomendowałem czekanie na okazję do zajęcia krótkiej pozycji. Żyjąc w przeświadczeniu o spadkach, sam przed kilkoma minutami zająłem długą pozycję, czyli dokładnie przeciwną do rekomendowanej przeze mnie. Robię to właśnie jako ubezpieczenie od błędu. Jeśli moja "formacja odwrócenia" okaże się w istocie jedynie korektą, będę miał zajętą długą pozycję po bardzo korzystnych cenach. Jeśli się teraz pomyliłem i spadki faktycznie nastąpią, ryzykuję jedynie ciasnego stop lossa. 

Przepraszam za takie odbicie, ale uznałem, że dobrze ono obrazuje sposób, w jaki można bronić się (zarówno myślą, jak i czynem), przed zafiksowaniem się na jednym, z góry przygotowanym scenariuszu wydarzeń rynkowych.

Powoli podsumowując. Obserwowanie rynku pozwala w mojej ocenie o wiele pełniej przeprowadzać analizę. Nie jest to tylko suche spojrzenie na kreski, które zapomina się po kilku minutach, ale możliwość zrelacjonowania ze szczegółami zachowania ceny, co daje sposobność zbudowania spójnych konkluzji i ewentualnego oparcia o nie przyszłych działań na rynku. Zapoznanie się z "mechaniką ruchu ceny" bardzo ułatwia grę na giełdzie, w szczególności w transakcjach krótkoterminowych.

Jest tylko jeden problem... Na to wszystko potrzebny jest CZAS.

środa, 28 grudnia 2011

Odwrócenie "do zagrania"

Powstający układ odwrócenia. Macie szansę spróbowania go w praktyce, jeśli się zrealizuje zgodnie z moimi założeniami.

niedziela, 25 grudnia 2011

Droga inwestora

W posiadanie Drogi inwestora wszedłem już jakiś czas temu, lecz dopiero teraz piszę recenzję. Książka autorstwa Tomasza Zaleśkiewicza i Grzegorza Zalewskiego jest zapisem dyskusji między dwoma osobami - psychologiem oraz spekulantem giełdowym. Autorzy po kolei omawiają stadia kondycji emocjonalnej inwestorów, nakładając je na wykres cyklu giełdowego. W efekcie możemy odczytać liczne lęki i nadzieje uczestników gry na giełdzie w miarę, jak rynek przemieszcza się od jednego cenowego apogeum do drugiego. 

Na początku mojej przygody z giełdą praktycznie nie zwracałem uwagi na jej aspekt psychologiczny. Ważniejsze wydawały mi się techniki analizowania rynku, poszczególne wskaźniki oraz wykonywanie zleceń, a psychologia schodziła na bardzo daleki plan. Dobrze obrazuje to fakt, iż czytając Eldera (Zawód inwestor giełdowy), opuściłem pierwszą część, traktującą o psychologii inwestowania, i przeszedłem od razu do kolejnych rozdziałów, poruszających rzeczy "poważniejsze".

Dopiero pierwsze poniesione na giełdzie straty sprawiły, że zacząłem dostrzegać znaczenie oddziaływania emocji na poszczególne decyzje inwestycyjne. Ciągłe sprawdzanie notowań, niemożność zamknięcia pozycji, niekiedy euforia, gdy straty udawało się odrabiać - przechodziłem większość z tych rzeczy. Patrząc z perspektywy tych 2,5 roku (bo tyle jestem obecny "w realu"), jeszcze bardziej mogę podkreślić znaczenie wpływu emocji na wyniki naszej aktywności na giełdzie.

Oprócz tego, co już przerabialiśmy, wiemy i znamy, jest jeszcze cała masa zagadnień związanych z psychologią inwestowania, z których nie zdajemy sobie sprawy. Wynikają one ze sposobu funkcjonowania naszego mózgu, ewolucyjnego ukształtowania naszej psychologicznej konstrukcji, która dobrze sprawdzała się w obliczu walki o przetrwanie, natomiast może znacząco przeszkadzać w grze na giełdzie. Tego niestety, nie jesteśmy w stanie sami u siebie odszukać, trzeba po prostu oprzeć się na badaniach przeprowadzonych przez specjalistów zajmujących się tą tematyką zawodowo.

I tu właśnie z pomocą przychodzi książka, o której wspominam. Dzięki przyjętej koncepcji rozmowy, możemy z łatwością zidentyfikować się z licznymi stanami emocjonalnymi, o których wspomina Grzegorz Zalewski (gracz giełdowy) rozmawiając z Tomaszem Zaleśkiewiczem (psychologiem). Podczas lektury odnalazłem bardzo wiele miejsc, w których mogłem rozpoznać swoje własne emocje, które zdarzało i zdarza mi się czasem przeżywać. Z kolei umieszczone w tekście ramki, zawierające wyjaśnienie poszczególnych mechanizmów psychologicznych, pozwalają nam zapoznać się z funkcjonowaniem mózgu w tej części, której nie możemy kontrolować.

Nie jest możliwe zupełne odcięcie się od emocji. Jedyną formą obrony przed podążaniem za ich głosem jest wiedza o ich istnieniu, a także samoświadomość, czyli umiejętność dostrzegania ich obecności i wpływu na nasze decyzje. Dlatego też Droga inwestora, ujmując szerokie spektrum stanów emocjonalnych, z jakimi spotykamy się w grze na giełdzie, stanowi dobre narzędzie do rozpoczęcia pracowania nad samym sobą, nie tylko w zakresie stosowanych przez nas technik, ale właśnie mechanizmów psychologicznych.

Bo cóż nam po dobrych narzędziach, skoro nie będziemy w stanie odpowiednio z nich korzystać...

Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o tej książce, sprawdźcie koniecznie mój program partnerski. A moje inne recenzje znajdziecie na poświęconej temu stronie internetowej.

piątek, 23 grudnia 2011

Coś na wolne dni

Zapewne część z Was chciałaby odpocząć od rynku przez te kilka dni (raptem 3). Ale z drugiej strony, niektórzy mogą chcieć wykorzystać ten czas i towarzyszącą mu świeżość umysłu w celu rozwinięcia własnych giełdowych umiejętności i poszerzenia swojej wiedzy. I tu wchodzi całkiem przydatny wynalazek, jakim jest Internet.

Zachęcam do zapoznania się z dwoma szkoleniami, na które natknąłem się w ostatnich dniach. Każde z nich liczy kilka odcinków i mniej tam będzie o konkretnych technikach inwestycyjnych, a więcej nieco luźniejszego podejścia, co nie znaczy, że będzie to gadanie o niczym. Przekonajcie się sami, bo warto, choćby ze względu na nazwiska prowadzących.

środa, 21 grudnia 2011

Tak to działa

Czekasz na odwrócenie swingu, po pierwszym ruchu w swoją stronę czekasz na korektę (najlepiej zatrzymującą się na wsparciu), na której zajmujesz swoje pozycje przy minimalnym ryzyku. Proste


wtorek, 20 grudnia 2011

Kilka sposobów polowania na tego samego zwierza

Jak dobrze wiecie, od kilku dni dość intensywnie myślałem, mówiłem i pisałem o szykującym się w mojej ocenie powrocie do wzrostów na głównych klasach aktywów. Nie jest moją intencją budowanie sobie ego, że dziś mieliśmy ładne odbicie, ale chciałbym w tym wpisie pokazać, jak można próbować zarobić na tym samym scenariuszu, ale na kilka różnych sposobów.

We wczorajszym wpisie pokazałem, jak zająłem długą pozycję na kontraktach na SP500 licząc, że wsparcie się utrzyma i rynek podąży w kierunku wzrostów. Ruch ten faktycznie nastąpił, lecz wcześniej miał miejsce dość mocny spadek, który wyczesał moje ciasno ustawione stopy. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że później już nie śledziłem notowań, przez co nie odnowiłem pozycji i dzisiejsze ładne wzrosty mi uciekły. Można płakać z powodu niewielkiej straty, ale można też było nieco pokombinować i postarać się zarobić w inny sposób.

Swoje działania oparłem na scenariuszu, który zakładał chwilowe wyczerpanie ruchu spadkowego i nadzieję na wzrosty w najbliższych dniach. Przecena na rynku akcji sprawiła, że w dół poszły również niektóre inne aktywa, z kolei inne zaliczyły wzrosty. W efekcie kilka różnych aktywów w tym samym czasie znalazło się w układzie, który odczytałem jako odwrócenie swingu.

Jednym z tych aktywów było SP500, na którym poniosłem porażkę. Na innych jednak zagrałem nieco bardziej defensywnie (zlecenia buy stop, szersze stopy) i w efekcie mogę już powoli ograniczać ryzyko, pozwalając rynkowi podążać w swoją stronę.

O wołowinie już zdarzyło mi się wspominać. Wyczerpanie swingowe wraz ze wsparciem technicznym pozwoliło zająć pozycję, która już w chwili obecnej jest bez ryzyka, gdyż dzięki wczorajszym wzrostom stop przesunąłem w punkt wejścia. Wcześniej poniosłem niewielką stratę, gdyż rynek jeszcze raz przetestował dołki.

Olej opałowy zachowuje się zazwyczaj podobnie do notowań ropy, lecz często nieznacznie odbiega od jej cen. W tej sytuacji mieliśmy za sobą ruch spadkowy o niemałym swingowym zasięgu (z małą korektą w środku), który w mojej ocenie miał i ma szansę zakończyć się w obszarze wsparcia zaznaczonym czerwoną linią. Zlecenie kupna ustawione powyżej High wczorajszej świecy, stop loss tuż pod Low tejże.

I kolejne podobne zagranie, tyle że zajęcie krótkiej pozycji na bundach - dziesięcioletnich niemieckich obligacjach. Uspokojenie sytuacji i wzrosty na giełdach to przesłanki do spadków na budnach, co w połączeniu z oporem technicznym skłoniło mnie do zapolowania na krótką pozycję. Technika wejścia taka sama, jak przy wołowinie, dzięki czemu pozycje otworzyły się same, podczas mojej nieobecności.

Powyższe kilka przykładów pokazuje, jak można wykorzystać ten sam scenariusz rynkowy na kilka różnych sposobów. Mimo, że poniosłem koszt jednego stop lossa, pozostałe pozycje otworzyły się bez problemów i całkiem nieźle rokują. Dodatkową zaletą analizowania wielu rynków jest właśnie poszukiwanie momentów, w których kilka z nich w tym samym czasie okazuje swingowe wyczerpanie. Wtedy też jest (w mojej ocenie) większa szansa na to, że oczekiwany przez nas ruch faktycznie się zrealizuje.

Mam nadzieję, że wybaczycie mi ostatnią monotonię na temat "odczytywania odwrócenia", ale sądzę, iż jest to całkiem interesująca metoda, pozwalająca niekiedy dokonywać mitycznego "kupowania na dołku".

Czekam na uwagi.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Struktura ruchów cenowych w praktyce

Poniżej przedstawiam dwa wykresy obrazujące aktualną sytuację na dostępnym mi instrumencie śledzącym kontrakt na SP500. Wierzchołki mini-swingów układają się już zupełnie inaczej, momentum spadkowe słabnie (mimo nagłych ruchów) i w mojej ocenie możemy już uklepywać swingowy dołek. Całość może potwierdzać fakt, że oscylujemy w okolicy zniesienia 50% swingu wzrostowego.
Jak pewnie widzicie, wszedłem już na długie pozycje i to wszedłem stosunkowo grubo. Pozwolił mi na to bardzo ciasny stop loss. Jak też widzicie, część pozycji będzie się likwidowała przy ostatnim mini-wierzchołku (1/3), a pozostałe 2/3 będę się starał przewieźć na ruchu wzrostowym, jeśli taki nastąpi, ewentualnie dobierając na korektach.

Po raz kolejny rynek, w mojej ocenie, rynek daje sygnały rychłego odwrócenia, a więc staram się je wykorzystać. I nic w moim podejściu się nie zmieni, jeśli wylecę na stopie 5 minut po opublikowaniu tego wpisu :)

czwartek, 15 grudnia 2011

Struktura ruchów cenowych

Trochę luźnej gadki na bardzo interesujący temat :)

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Kolejny egzotyczny metal

Tym razem padło na platynę pallad. Nie będę już opisywał, czym jest ten metal, jakie ma zastosowanie w przemyśle etc. Pokażę krótko, jak zagrałem na jego cenie.
Pierwsza sytuacja, w skali dziennej. Dynamiczny swing w górę napotkał na opór techniczny. Rozmiary swingu, a także wyczerpanie oscylatora wskazują, że jest już odpowiednio dojrzały, aby spróbować większej korekty.

Na skali H4 widzimy zmianę układu wierzchołków, czyli niewybicie się ceny na nowe maksima, za to przebicie ostatniego dołka. Krótka pozycja otwarta nieco powyżej przełamanego wsparcia, przy wykorzystaniu chwilowego odreagowania. Stop loss powyżej wierzchołka, dopuszcza możliwość niewielkiego podejścia ceny w górę. 

Przedstawiony powyżej tok myślenia dość dokładnie oddaje moje podejście do prób łapania swingów. Wyczerpanie ruchu, poziom techniczny, poszukiwanie setupu na mniejszej skali czasowej i w końcu zajęcie pozycji. Co z tego wyjdzie, czas pokaże.

sobota, 10 grudnia 2011

Nieco inny metal

Osoby interesujące się muzyką, z pewnością wiedzą, że od tytułu złotej płyty, lepsza jest płyta platynowa. Nas, inwestorów, platyna również może zainteresować, oczywiście ze względu na możliwość pomnożenia za jej pośrednictwem naszych środków.

Można inwestować w różne metale, niekiedy są to metale szlachetne (złoto), innym razem przemysłowe (miedź, aluminium, pallad). Są również metale będące zarówno szlachetnymi, jak i przemysłowymi. Oczywiście na pierwszy plan wyłania się tutaj srebro, lecz dziś chciałbym poświęcić chwilkę uwagi jej zdecydowanie rzadszej towarzyszce - platynie.

Rzadszej dlatego, że jej roczne wydobycie jest kilku-kilkunastokrotnie mniejsze od wydobycia złota (dokładnych danych nie chciało mi się szukać). Ten fakt jeszcze niczego nie przesądza, gdyż mogłaby być ona zupełnie nieprzydatna człowiekowi, a wtedy jej wartość byłaby niewielka. Okazuje się jednak, że platyna znajduje zastosowanie w samochodowych katalizatorach (ok. 50% popytu), a więc, oprócz biżuterii i celów inwestycyjnych jest nam jeszcze do czegoś potrzebna. W efekcie ceny platyny utrzymywały się w ciągu ostatnich czterech dekad powyżej ceny złota (z wyjątkami).

Piszę dziś o platynie dlatego, że pojawiły się głosy, iż stała się ona tania, a może stać się droższa. Z jednej strony głosy te opierają się na perspektywach dla jej przemysłowego wykorzystania, z drugiej na ograniczonej podaży i rosnących kosztach wydobycia, a z trzeciej na jej obecnej relatywnej "taniości" w porównaniu do ceny złota. Więcej możecie sobie poczytać TUTAJ i TUTAJ.

Jaka w tym moja rola? Otóż po pierwsze, chciałbym przypomnieć, że coś, co jest tanie może być jeszcze znacznie tańsze. Po drugie, chciałbym zasygnalizować, że znajdujemy się w potencjalnie kluczowym momencie z punktu widzenia analizy technicznej ceny tego metalu.
Analiza wykresu ceny spot platyny z ostatnich lat pokazuje, że z jednej strony, stoimy tuż nad przepaścią. Stosunkowo czytelna jest formacja odwrócenia, gdzie wierzchołki swingowe w pewnym momencie przestają się wznosić, ale zaczynają opadać. Obecnie znajdujemy się na kluczowym wsparciu, którego przełamanie dopełni całość formacji i będzie stanowiło wyjątkowo niedźwiedzi sygnał. 

Z drugiej jednak strony, jest to linia ostatniej szansy, a zatem może zostać obroniona. Włączając do analizy drugą czerwoną kreskę, poprzednio służącą za wsparcie, a obecnie za opór, możemy z łatwością wyrysować formację prostokąta, z ceną znajdującą się w rejonie sugerującym okazję do kupna przy dolnym ograniczeniu. Jeśli manewr się powiedzie i notowania srebrzystego metalu wywędrują na nowe maksima, dokonamy transakcji w najlepszym możliwym momencie.

Struktura popytu na platynę może sugerować, że jej cenami nie rządzą spekulanci, ale czynniki przemysłowo-wydobywcze. W efekcie "kupowanie pod odbicie" może nie znaleźć odzwierciedlenia w kształcie wykresu. Ale z drugiej strony, analiza techniczna opiera się na wykresie, bez sięgania w czynniki fundamentalne. Tak więc śledźmy lokalne dołki i szczyty, aby zająć możliwie korzystną pozycję na początku rodzącego się trendu - czy to wzrostowego, czy spadkowego.

wtorek, 6 grudnia 2011

Chwila prawdy dla złota?

No dobra, żadna wielka chwila prawdy nie nadchodzi. Jadnak z drugiej strony, trójkąt symetryczny na złocie daje nam dwa równoważne scenariusze, które mogą się zrealizować.
Logika trendu nakazywałaby wybicie górą, zgodnie z dotychczas dominującą tendencją. Z kolei wybicie dołem też nie będzie jakimś szczególnym powodem do rozpaczy, gdyż całego trendu nie zaneguje. Z drugiej jednak strony, wyjście dołem z tej formacji pokaże tymczasową niezdolność cen żółtego metalu do podążania w kierunku 2000 dolarów.

Pierwszym progiem ostrożnościowym jest poziom 1665-1675, czyli poprzednie swing low. Po jego przebiciu, pozostaje liczyć na obronę ostatnich dołków liczonych po świecach, czyli ogólnie biorąc, poziomu 1600. Dotarcie ceny w te rejony będzie miało stosunkowo pesymistyczną wymowę, gdyż po pierwsze, rozwieje nadzieje na szybki powrót do wzrostów, a po drugie, spowoduje zapewne naruszenie linii trendu z ostatnich 3 lat.

Jak więc widzimy, złoto na razie przystanęło w miejscu i się zastanawia. Wyjście poza zasięg tej formacji (1570-1900) może być istotną wskazówką co do przyszłości jednego z najpiękniejszych trendów ostatniej dekady.

Subscribe to our mailing list

* indicates required

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Zarobić na katastrofie

Dziś wpadły mi w ucho zapowiedzi benzyny po 8 zł za litr. Perspektywa, trzeba przyznać, mało ciekawa, ale nie taka znów nierealna. Ma to związek z napięciami w okolicach Iranu, który jest sporym producentem ropy.

Tak się przypadkiem stało, że również dzisiaj w oko wpadł mi wykres marcowej opcji put 2100, który przedstawia się następująco:
Dla większego wrażenia dodam, że w ciągu sześciu dni, opcja ta wzrosła 49-krotnie, z 6 punktów do 300.

W efekcie tych dwóch faktów, narodziła się w mojej głowie myśl na temat kupna opcji call na ropę, właśnie pod ewentualną perspektywę dużego wzrostu jej cen w razie wzrostu napięć w rejonie Iranu. Drobne straty ponoszone przez długi czas mogą być (jak się wydaje) znacznie przewyższone przez trafiające się bardzo rzadko, ale za to gigantyczne zyski.

Podobną formułę inwestowania przyjął Nassim Taleb w założonym przez siebie hedge-fundzie Universa Investments. 

Myślicie, że kupowanie opcji pod takie właśnie zdarzenia, ma głębszy ekonomiczny sens? W końcu są one ze swej natury nieprzewidywalne, więc przez cały czas ponosilibyśmy koszty rolowania dalekich opcji, ale z drugiej strony, w razie wpadki może to być dobra propozycja do zarabiania, lub też zabezpieczania portfela.

O tym ostatnim więcej w nagraniu:


niedziela, 4 grudnia 2011

czwartek, 1 grudnia 2011

Wsparcia i opory na złocie

Po raz kolejny potwierdza się, że na uważnym śledzeniu wsparć i oporów na wykresie złota, można zarobić.

Najpierw wideo sprzed kilku dni, żeby naświetlić temat:


A teraz zrzut ekranu z chwili obecnej:

wtorek, 29 listopada 2011

Czas to pieniądz cz.1

Krótkie nagranie na temat okazji inwestycyjnych i możliwości uciekających naszej uwadze przez brak możliwości obserwacji notowań w ciągu dnia.

Przy okazji chciałbym poinformować, że moje filmy na YouTube zyskały już 10 000 odsłon, co może nie jest rekordem świata, ale z pewnością wartą odnotowania cezurą. 

To dzięki Wam! :)

poniedziałek, 28 listopada 2011

Gdy analityk techniczny za dużo myśli

Patrzę sobie na wykres EUR/USD i patrzę i już w zasadzie nic nie wiem... Analizując sytuację z perspektywy analizy technicznej widzimy stosunkowo czytelny klin zniżkujący. Jego rozmiar oglądany z perspektywy poprzednich swingów może wskazywać, że wybicie górą będzie doskonałym sygnałem kupna. W końcu swoim zasięgiem prawie zbliża się już po poprzedniego ruchu wzrostowego, do tego zbliża się jakieś wsparcie, a więc generalnie jest fajnie. Ale z drugiej strony...

Patrząc na fundamenty, czego zwykle nie robię, trudno jest jednak znaleźć jakieś argumenty na poparcie tego ruchu wzrostowego. Czekać na umocnienie się euro? A niby z jakiej okazji? Wszyscy czekają teraz jak na zbawienie na informację o luzowaniu ilościowym w wersji europejskiej, co zwiększy podaż wspólnej waluty i zepchnie kurs w dół. A może liczyć na osłabienie się dolara? Jest to pewna ewentualność, ale z drugiej strony w razie dużej zwałki z amerykańskim długiem, kapitał ucieknie właśnie do dolara, dodatkowo go wzmacniając.

Tak to bywa, jak się za dużo myśli... Serce się rwie, a umysł podpowiada coś innego :)

niedziela, 27 listopada 2011

Nie bądź taki "hop do przodu"...

... bo ci z tyłu zabraknie...

Do tytułu wrócę w drugiej części wpisu, a na razie postaram się odświeżyć trochę temat opcji, który, z racji wysokiej zmienności i wysokich premii, nieco się zakurzył na moim blogu. Powrót jest spowodowany korzystną sytuacją, która wytworzyła się na wykresie wig20 oraz przystępnego terminu do wygaśnięcia opcji. W obecnej chwili mam na myśli zastosowanie strategii, którą wspomniałem swojego czasu w dwóch nagraniach wideo:



Zakładając opisany tutaj scenariusz rynkowy, można by się było zastanowić nad kupnem opcji call 2300, której cena wynosi 27,70 pkt, a delta 0,25. Dzięki delcie na odpowiednim poziomie jesteśmy w stanie bardzo efektywnie wykorzystać ewentualny ruch wzrostowy. Zakładając, że do przyszłego poniedziałku indeks wzrósłby z obecnych 2163 pkt do 2250 pkt, nasza opcja (przy tej samej zmienności), byłaby warta około 41 punktów. Budowanie ewentualnych poziomów docelowych w konkretnym czasie, pozostawiam Wam.

Można oczywiście kupić opcję call 2400, która jest znacznie tańsza (105 zł), ale z drugiej strony, ma ona o wiele niższą deltę, a co za tym idzie efekt wysokiej gammy będzie zdecydowanie słabszy - potrzebny będzie o wiele szybszy wzrost. 

Powyżej opisana strategia to nie wszystko, co można w obecnej sytuacji zrobić. Oprócz zagrania krótkoterminowego, czym powyższe niewątpliwie jest, można sobie nieco odświeżyć strategie opcyjne i zagrać w dłuższym terminie, czyli kupić opcje call, ale nie grudniowe, a marcowe. Są one co prawda zdecydowanie droższe, ale z drugiej strony dają o wiele większe możliwości przekształcania ich w rozbudowane strategie.

Załóżmy kupno w poniedziałek z rana marcowej opcji call 2400, która w piątek na zamknięciu notowana była w cenie 65 pkt, czyli 650 zł. Skoro rajd świętego Mikołaja ma się spełnić, możemy śmiało założyć, że w poniedziałek 2 stycznia 2012 indeks z obecnych 2163 punktów powędruje właśnie w okolice 2400. Nasza opcja byłaby wtedy warta 134,40 pkt, czyli podwoiłaby swoją wartość, nawet mimo upływu czasu. A mając już tak mocno "zarobioną" opcję oraz indeks na oporze technicznym, warto by było w jakiś sposób zabezpieczyć całość strategii. Ot, chociażby dla przykładu można sprzedać call 2500 budując spread byka. Sprzedając wtedy call 2500 za cenę 83,18 pkt, otrzymujemy formację w całości przeniesioną w poziom zyskowności, co oznacza, że żaden ze scenariuszy rynkowych nie jest w stanie wpędzić nas w straty.

Możliwych rozwiązań jest wiele, jak to zwykle bywa w przypadku opcji. Ale czas teraz odnieść się do tytułu dzisiejszego wpisu. Otóż tak wczoraj, jak i dzisiaj, opisuję różne przesłanki dla zagrania na wzrosty indeksu wig20. Można powiedzieć, iż z moich wpisów aż bije pewność, że rajd świętego Mikołaja jest pewny na 100% i że pod koniec grudnia będziemy oglądali poziomy rzędu 2400 punktów. Pewność ta może zostać przełożona na działania na parkiecie. Oprócz kupna indeksu, można dodatkowo spróbować zrealizować strategię gry pod wygasanie opcji (kupno call 2300 do sprzedaży po lepszej cenie) oraz spróbować postawić pierwszą nogę strategii długoterminowej (kupno call 2400 do przekształcenia). 

W efekcie tych działań, budujemy coraz większą pozycję dla tylko jednego scenariusza rynkowego. Kupujemy coraz więcej i więcej tylko dlatego, że oczekujemy wzrostów. Eksponujemy się tym samym na duże straty w sytuacji, gdyby indeks poszedł mocno w dół po jakichś fatalnych zapowiedziach ze strony polityków, lub z jakichkolwiek innych powodów. Wraz z rosnącą pewnością siebie, inwestorzy są w stanie położyć na szali o wiele więcej niż zrobiliby to normalnie. W razie niepomyślnego rozwoju zdarzeń, straty mogą pochłonąć zadziwiająco dużą część naszego portfela.

Dlatego też nawet w sytuacji, gdy jesteśmy na 90% pewni, że rynek pójdzie w naszą stronę, warto jest mieć plan awaryjny. Czasem jest to ustawiony stop loss, czasem zabezpieczenie w postaci zlecenia sprzedaży kontraktu terminowego nieco poniżej obecnych cen, a niekiedy po prostu zmniejszenie stawki poprzez rezygnację z części pozycji (np. opcji). Owszem, zmniejszy to nasze zyski w razie sukcesu, ale też ochroni kapitał w obliczu porażki. A w końcu podczas gry na giełdzie, to ochrona kapitału powinna stać na pierwszym miejscu.

Pamiętajcie o tym, żeby któregoś razu, z tyłu Wam nie zabrakło :)

sobota, 26 listopada 2011

Rajd świętego Mikołaja? To naganiamy!

Jak to pod koniec listopada bywa, warto poruszyć temat spodziewanego rajdu świętego Mikołaja. Zazwyczaj takimi okresowymi tendencjami nie zawracam sobie głowy, lecz w tym wypadku postanowiłem wziąć udział w giełdowym wydaniu przedświątecznej gorączki i napisać dwa słowa.

Inspirację do tego dała mi końcówka tygodnia na GPW, czyli czwartkowa i piątkowa sesja, a także sobotni rzut oka na komentarze analityków i ich opinie na tematy wszelakie. Zaczynając od mojego wkładu w pisanie o rynku, warto wspomnieć, iż już od ponad tygodnia spodziewam się ruchu w górę, zgodnie z cały czas aktualną szansą na formację oRGR na indeksie wig 20. Odwołując się tu chociażby do mojego ostatniego wpisu, warto dodać, że prawe ramię jest w tej (powstającej) formacji nieco niższe niż lewe, co z jednej strony zwiększa nieco spadkową wymowę formacji, a z drugiej może sugerować, że po takim spadku, ruch wzrostowy po prostu "się należy".
Na korzyść ruchu w górę przemawia również sytuacja na oscylatorze stochastycznym oraz formacja młota z czwartku potwierdzona świecą piątkową, której wartości high i low znalazły się powyżej swoich odpowiedników z dnia poprzedniego. Dla poparcia swoich słów czynem powiem, że w piątek otworzyłem pozycję długą na indeksie, korzystając z przedstawionej wyżej analizy, połączonej z możliwością ustawienia ciasnego stop lossa (3-4%).

Tyle, jeśli chodzi o moją analizę, w zasadzie nie różniącą się szczególnie pod względem narzędzi przeze mnie stosowanych, jak i samych okazji inwestycyjnych, których szukam (wysokie prawdopodobieństwo, niskie ryzyko) Czas teraz trochę ponaganiać, cytując autorytety na poparcie wariantu wzrostowego.

Zacząć chyba wypada od Wojciecha Białka, który z jednej strony na antenie TVN CNBC, a z drugiej (nieco dogłębniej i z obrazkami) na swoim blogu, wieszczy duże szanse na rajd świętego Mikołaja w tym roku. Opiera to również na historycznych prawidłowościach dla naszego głównego indeksu, za co bardzo sobie cenię jego analizy.

Nadzieję w serca inwestorów leje również Marcin Lachowski z BM BGŻ, który również w TVN CNBC stara się rozwiać nieco negatywnych nastrojów panujących na rynkach i pokazuje optymistyczne scenariusze dla wigu20, z rzeczonym oRGR na czele.

Z kolei Piotr Kuczyński na antenie Bankier .TV prognozuje, że wystarczy tylko jedno słowo Angeli Merkel i rajd świętego Mikołaja stanie się faktem, a czas ten się zbliża. Kuczyńskiego linkuję nie tylko dla naganiania na prezenty, ale też dla analizy złota, na które od dłuższego czasu również namawiam :) Dobre wieści dla posiadaczy długich pozycji również uzależnione są od drukowania pieniędzy w Europie.

Skoro naganiamy już na złoto, warto wspomnieć o dwóch niedawnych wpisach Krzysztofa Kolany z Bankier.pl (tym i tym), w których również wieszczy on wzrosty na złocie związane m.in. ze wzrostem podaży pieniądza w Europie. Ale to raczej w terminie dłuższym niż do końca roku.

No cóż, przedstawiłem swoją analizę, poparłem ją opiniami mądrych głów znanych z telewizora, nie pozostaje Wam nic innego, niż w poniedziałek wybrać się na giełdowe zakupy. W ostateczności warto kupić dlatego, żeby swoją cegiełką wesprzeć rajd świętego Mikołaja :)

****************

Zastrzeżenie I: Analizę przeprowadziłem sam i to na niej oparłem swoje decyzje inwestycyjne. Z materiałami, które przywołałem, zapoznałem się dopiero dziś, czyli w sobotę. Żeby nie było :)

Zastrzeżenie II: Z tym naganianiem to oczywiście prezentuję tylko moją subiektywną opinię. Warto pamiętać, że decyzje inwestycyjne każdy podejmuje na własną odpowiedzialność.

niedziela, 20 listopada 2011

Głowa z ramionami? Seriously?

Formacja głowy z ramionami jest chyba najpopularniejszą z klasycznych formacji analizy technicznej. Uznawana jest za układ odwrócenia trendu, choć niekiedy jest też formacją kontynuacji. Jak wiele innych formacji, w sposób obrazowy oddaje ona sytuację na rynku, gdy jeden z wierzchołków nie jest w stanie przebić się powyżej poprzedniego, a kolejny dołek schodzi już poniżej dwóch poprzednich. Klasyczne ruchy rynku zostają w ten sposób ubrane w łatwą do zapamiętania formę.

Wiele się mówi o tworzącej się właśnie głowie z ramionami na wykresie indeksu wig20. Tworzącej się, gdyż o jej powstaniu będziemy mogli powiedzieć dopiero wtedy, gdy formacja się dopełni. Dla tych, którzy jeszcze jej nie widzą, służę wykresem:
Pierwszy ze znaków zapytania jest wynikiem tego, że nie wiemy, jak nisko zejdzie prawe ramię formacji. W idealnym układzie powinno się mniej więcej zrównać z lewym ramieniem, ale może być zarówno wyższe (potwierdzające potencjał wzrostowy), jak i niższe (stawiające wybicie nad kreskę w wątpliwość).

Drugi znak zapytania jest oczywiście wynikiem wielkiej niewiadomej, jaką jest przebicie się w górę i zrealizowanie całości formacji. 

W zasadzie na tym mógłbym zakończyć wpis. Jest formacja, można pod nią zagrać, wszystko jest OK. Niestety, specyfika analizy technicznej sprawia, że można wiele rzeczy poddać w wątpliwość, zobaczyć inaczej, czy zakwestionować jej wymowę. Ten sam wykres, oglądany z nieco innej perspektywy może zostać opisany za pomocą takich kresek:
I co? Co prawda wybiegamy tutaj nieco bardziej w przyszłość w kwestii antycypowanego kształtu formacji (stąd trzy znaki zapytania), ale również będzie to formacja odwrócenia, tyle że znacznie mniejszego i po czasie cały obszar wykresu z października i listopada może zostać uznany za korektę trendu spadkowego, który trwa od kwietniowych szczytów. 

Ta druga RGR pokazuje niektóre z ryzyk związanych ze zbyt wczesnym przesądzaniem niektórych formacji. Wszyscy widzą już jedno, nikt nie dopuszcza możliwość ukształtowania się innej formacji na wykresie, a tymczasem od naszym nosem rysuje się coś podobnego, tyle że o zupełnie innej wymowie.

Jak się bronić przed takimi sytuacjami? Przede wszystkim patrzeć na wykres ostrożnie, pod różnymi kątami, a w szczególności stosować nieco popperowskie podejście, czyli, mówiąc wprost, szukać dziury w całym. Nie należy się przyzwyczajać do tego, co widzimy na wykresie (i co potwierdzają blogerzy i analitycy), gdyż rynek może zachować się w zupełnie inny sposób. Taka świeżość spojrzenia niekiedy jest trudna, gdyż zdarza się, że z jakąś formacją in statu nascendi żyjemy już od kilku tygodni i nie dopuszczamy innej możliwości niż zrealizowanie całej struktury. Pomocna może być tu wymiana opinii z innymi, gdyż niekiedy jedna osoba może rzucić nowe światło na jakąś sprawę i przekonać do swojej opinii całą grupę. Aby zobrazować to ostatnie, zachęcam do zapoznania się z filmem Dwunastu gniewnych ludzi.

Trochę ponegowaliśmy, trochę pogadaliśmy, ale co zrobię? Pozostaję na razie przy oRGR pokazanej w pierwszej kolejności i systematycznie obniżam moje zlecenie otwarcia pozycji w nadziei, że jak tylko zostanie zrealizowane, rynek wyjdzie nad linię szyi :)

środa, 16 listopada 2011

Trójkąt w trójkącie

Ciekawa sytuacja na kontraktach na SP500 :)




Podatek Belki od złota


Gdyby poszukać osób, które kochają złoto, a jednocześnie nie przepadają za fiskusem, z pewnością można by było dojść do wniosku, że stanowią one większość społeczeństwa. Niestety, złoto nie leży na ulicy, a podatki płacić trzeba, więc osiągnięcie tego idealnego stanu, w którym posiada się nieopodatkowane złoto, może wydawać się trudnym wyzwaniem. Jest na to jednak sposób i nie jest ona nawet szczególnie skomplikowany.

Złoto kupowane na giełdzie w formie papierowej (kontraktu, certyfikatu), pociąga za sobą konieczność odprowadzenia 19% podatku Belki. Oczywiście ma to miejsce jedynie w sytuacji, gdy na wzroście cen złota uda nam się zarobić. Dom maklerski wysyła do urzędu skarbowego PIT 8C i od tego ustrzec się nie możemy (no, chyba że przez IKE). Tak więc inwestowanie w złoto w ten sposób ma charakter procesu, gdzie cena kupna i cena sprzedaży są ze sobą ściśle powiązane.

Inwestowanie w złoto fizyczne wygląda już nieco inaczej. Kupujemy je (obojętnie gdzie), a następnie przechowujemy i sprzedajemy (oby) za wyższą cenę. Transakcja sprzedaży odbywa się podobnie, jak kupno, czyli złoto i gotówka przechodzą z ręki do ręki, bez odnotowywania tego faktu w żadnych rejestrach (tu małe zastrzeżenie, bo gdzieś czytałem, że przy transakcjach powyżej 15 tys. euro trzeba posiadać dowód osobisty). W efekcie powyższego, kupno i sprzedaż są niezależnymi od siebie wydarzeniami, a co za tym idzie, nikt poza nami nie jest w stanie zweryfikować, jaki na tej transakcji osiągnęliśmy zysk. Przyjemną konsekwencją tego faktu jest brak konieczności odprowadzenia podatku. Tutaj chcę poczynić zastrzeżenie, że być może konieczność takowa zachodzi (nakładana ustawą), ale US nie jest w stanie tego zweryfikować.

Wydawać by się mogło, że brak podatku w znaczący sposób podnosi atrakcyjność inwestowania w złoto w formie fizycznej. Policzmy więc, jak się sprawy mają. Do poniższego przykładu wybrałem ceny sprzedaży monet Orzeł Bielik emitowanych przez NBP o nominale 500 zł i masie 1 uncji, czyli 31,10 g czystego złota. Z kolei drugą ceną, jest cena skupu złota monetarnego najwyższej próby (również w NBP), wyliczana dla każdego dnia i publikowana na stronach naszego banku centralnego.

Tak więc za uncjowego Bielika musielibyśmy (na dzień tworzenia tego wpisu, czyli 15 listopada) zapłacić 6 561,80 zł. Z kolei skup certyfikowanego złota monetarnego odbywa się po cenie 183,47 zł za gram, co daje nam kwotę 5 705,92 zł za tegoż uncjowego Bielika. Widzimy więc, że już na samym starcie jesteśmy stratni kwotę 855,88 zł, czyli 13,04%. Nie jest fajnie. Ale warto policzyć próg opłacalności, powyżej którego inwestowanie w złoto fizyczne, w związku z brakiem odprowadzania podatku od zysku, staje się bardziej korzystne.

Dokonując prostej operacji matematycznej (13,04/0,19) otrzymujemy wartość 68,63. Tak więc naszym braekeven dla tej strategii jest zysk rzędu ponad 68%. Poniżej tej wartości, korzystniej jest inwestować w złoto papierowe, powyżej, w złoto fizyczne. Biorąc pod uwagę obecną cenę złota (1781 USD/uncja), można sformułować proste zalecenie: jeśli spodziewasz się, że cena złota przebije poziom 3000 dolarów, kupuj złoto fizyczne.

Czas teraz na kilka zastrzeżeń. Po pierwsze, wyliczeń dokonywałem w maksymalnie uproszczonej formie. A co za tym idzie, nie uwzględniłem kosztów otwierania i utrzymywania pozycji w złocie papierowym, kosztów transportu i przechowywania złota fizycznego, a także kosztu alternatywnego, jakim jest konieczność wybrania się do NBP (w przyjętym wariancie).

Drugie zastrzeżenie ma o wiele większy ciężar gatunkowy, gdyż może dużo mocniej namieszać w wyliczeniach. Cenę sprzedaży złota przyjmowałem dla monety Orzeł Bielik o masie 1 uncji. Po pierwsze, NBP wcale nie sprzedaje złota po najkorzystniejszych cenach. W efekcie, cena uncji może być nieco niższa. Kolejna sprawa to znana pewnie wszystkim zależność, że im większą ilość chce się kupić, tym lepszą cenę jednostkową się otrzymuje. Tak więc inwestor chcący zakupić sztabkę 100g, 250g lub kilogramową dostanie zdecydowanie atrakcyjniejsze warunki niż ten, który chciałby posiąść sztabkę o masie 1gr.

Niestety nie czuję się na tyle kompetentny w poszukiwaniu okazyjnych sztabek, aby podawać przykład oferty z rynku, więc znów ograniczę się do pewnego uproszczenia i założę, że większą ilość złota fizycznego można kupić kosztem 8% spreadu. W efekcie, aby korzystniej było inwestować w metal fizyczny, musiałby on wzrosnąć o 42,1%, czyli wg dzisiejszych cen, do poziomu 2530 $, co już się pojawia w co śmielszych prognozach analityków.

Powyżej przedstawiłem jednostronny wymiar inwestowania w złoto fizyczne, co z pewnością nie oddaje całego spektrum tej tematyki. W szczególności pamiętać należy, iż do transakcji na złocie zastosowanie mają również inne podatki, nie tylko podatek od zysków kapitałowych. Przede wszystkim, zysk ze złota obciążony jest podatkiem dochodowym, jeśli sprzedaż zostanie dokonana przed upływem pół roku od końca miesiąca, w którym dokonaliśmy zakupu. Poza tym, przy większych transakcjach obowiązani jesteśmy uiścić PCC w kwocie 2% wartości transakcji.

Sprawy tych dodatkowych podatków wymagają dokładnego prześledzenia, gdyż nie jestem w stanie określić, w jaki sposób dokonywana jest kontrola tychże transakcji przez US. Dlatego też przed podjęciem ostatecznych decyzji, zalecam poważne sprawdzenie regulujących to przepisów.

Konkluzja nie jest niestety optymistyczna - inwestowanie w złoto fizyczne jest po prostu drogie.

piątek, 11 listopada 2011

Własny hedge fund

Jestem inwestorem indywidualnym. Sam przeprowadzam analizę, sam pilnuję biznesu i nikomu nie zwierzam się z aktualnego składu portfela. Taki one-man-band. Ma to kilka swoich zalet, ale ma też poważne wady.

Stosując podejście w części dyskrecjonalne, jestem narażony na wiele ryzyk związanych z funkcjonowaniem psychiki, co można zbiorczo wrzucić do worka z tabliczką "psychologia inwestowania". Brak świadomości w tym zakresie, nieznajomość własnych emocji i chwil, w których zaczynają one przejmować kontrolę nad naszym zachowaniem, może doprowadzić do znacznego uszczerbku na portfelu. Od jakiegoś czasu zastanawiam się, w jaki sposób można wyeliminować podobne problemy i dochodzę do wniosku, że ciekawym rozwiązaniem może być praca zespołowa.

Połączenie wiedzy, doświadczenia oraz umiejętności kilku osób może przynieść całkiem interesujące rezultaty. Przede wszystkim, ważna jest tutaj świeżość spojrzenia. Na portfel osoby trzeciej patrzymy zupełnie inaczej niż na nasz własny. Z wybranymi przez siebie spółkami żyjemy niekiedy przez długie miesiące. Obserwujemy każdy ich ruch, przywiązujemy się do nich, a w efekcie tracimy z oczu szeroki obrazek oraz jesteśmy w stanie więcej wybaczyć ze względu na wcześniejsze wzrosty. Skonfrontowanie stanu naszego portfela z osobą o nieco innej tolerancji na ryzyko może stosunkowo wcześnie obudzić naszą ostrożność i w efekcie skłonić do sprzedaży niepewnego aktywa.

Również w zakresie planowania przyszłych decyzji inwestycyjnych, zasięganie opinii kogoś innego może być dobrym pomysłem. Zwłaszcza w sytuacji, gdy jesteśmy bardzo pewni, że transakcja, którą właśnie mamy zamiar wykonać, będzie bardzo zyskowna. Wiedząc, że zyskowne są tylko pozycje, które jako takie zostaną zamknięte, można w ten sposób uniknąć zaryzykowania zbyt dużej części portfela na jeden raz.

Różne formy współpracy między inwestorami, przepływ myśli i pomysłów nie tylko odnośnie samych technik, ale również każdej decyzji inwestycyjnej, mogą doprowadzić do większego bezpieczeństwa w tradingu. Gracz nie mający świadomości korelacji rynkowych, może oprzeć cały swój portfel tylko na jednym scenariuszu, co przy obecnej zmienności może doprowadzić do poważnego tąpnięcia na kapitale.

Nie bez powodu dużo piszę tutaj o ryzyku. To właśnie temu miałaby służyć współpraca między kilkoma inwestorami. Nie tworzenie nowych technik, nie komentowanie rynku, ale właśnie zarządzanie ryzykiem portfela. W funduszach typu hedge mieszczą się całe zespoły ludzi, które nie zajmują się niczym innym, niż tylko ocenianiem bieżącego zaangażowania w różne instrumenty pod kątem ekspozycji na ryzyko z konkretnej strony oraz wyszukiwaniem ewentualnych błędów w stosowanych modelach. Nawet jeśli te działania nie zawsze pozwalają uniknąć negatywnych konsekwencji, to z pewnością zmniejszają szanse ich wystąpienia.

Hedge fund ma to do siebie, że zarządza nie środkami własnymi, ale w dużej mierze pieniędzmi klientów. Stworzenie takiego zespołu przez kilku inwestorów indywidualnych wiązałoby się z koniecznością podjęcia strategicznej decyzji - czy każdy zarządza swoimi środkami, czy też tworzona jest jakaś wspólna pula, która następnie inwestowana jest zgodnie z przyjętymi zasadami. Ograniczenie się jedynie do wzajemnych konsultacji pozostawia całość decyzji w rękach każdego w uczestników, dając jedynie możliwość zasięgnięcia opinii na temat własnych zamierzeń. Stworzenie z kolei łącznej puli środków wymaga pełnego zaufania między członkami, a także odpowiedniego systemu podejmowania decyzji, żeby nie utknąć w klinczu w sytuacji podzielonych zdań.

Czy stworzenie takiej formy współpracy ma sens? Uważam, że tak, pod warunkiem, że do zespołu wejdą osoby wartościowe, których wiedza może być pomocna innym, a nie tylko ludzie chcący się czegoś nauczyć lub opierać się wyłącznie na cudzych wskazówkach.

Robię ten wpis w formie luźnej refleksji, ale też propozycji dla czytelników. Jeśli inwestujecie na giełdzie i rynkach finansowych, chcecie pochwalić się własnym portfelem, ujawniając jego konstrukcję, założenia i skład (procentowy, nie kwotowy), a także chcecie poznać czyjeś opinie na jego temat, to może warto stworzyć coś takiego. Z pewnością będzie to szansa na podyskutowanie o zarządzaniu ryzykiem, doborze aktywów oraz strategiach inwestycyjnych.

Jeśli pojawi się zainteresowanie z Waszej strony, możemy założyć coś w rodzaju forum, gdzie można będzie konsultować się w tym zakresie. Pozostaję otwarty na Wasze głosy, gdyż uważam, że współpraca i wymiana myśli zawsze niesie w sobie wartość dodaną.

niedziela, 6 listopada 2011

O złocie inaczej, ale praktyczniej

Rozwijając jeden z poprzednich wpisów na temat złota, postanowiłem przedstawić go w formie nagrania, co z pewnością jest ważne przy tej ilości wykresów :)

środa, 2 listopada 2011

Obiad podano

Jakiś czas temu pisałem o okazji do zjedzenia darmowego luchu na GPW dzięki możliwościom stwarzanym przez certyfikaty dyskontowe. Dziś postanowiłem całą rzecz sprawdzić w praktyce i zgodnie z wcześniejszymi planami otworzyłem długą pozycję w 100 sztukach certyfikatu dyskontowego na akcje TPSA oraz pozycję krótką na marcowym kontrakcie terminowym na tę spółkę.

Z racji bardzo marnej płynności, jako pierwsze ustawiłem zlecenie z limitem na sprzedaż kontraktu. Niestety nie śledziłem notowań na bieżąco, więc nie wiem, po której stronie widełek zlecenie się zrealizowało, ale ktoś jednorazowo zgarniał 25 sztuk kontraktu, więc pewnie w okolicach ceny ask. Zlecenie wskoczyło po cenie 17.30 pkt, co po przeliczeniu i uwzględnieniu prowizji daje poziom 1733 zł.

Jak tylko dostałem SMS-a potwierdzającego transakcję, w ciągu 3 minut dokonałem kupna "z ręki" 100 sztuk certyfikatu dyskontowego na akcje TPSA. Jako ciekawostkę dodam, że była to dopiero druga transakcja od początku tego certyfikatu, pierwsza opiewała na niesamowitą ilość 1 szt. :) Dlatego też brałem po zleceniach animatora nie licząc nawet, że znajdzie się sprzedający po lepszej cenie. Zlecenie zrealizowało się po cenie 15,83 zł, co po uwzględnieniu prowizji daje w sumie 1589 zł.

Wiedząc z poprzedniego wpisu, że ceny te będą się z czasem do siebie zbliżały, po dokonaniu prostej operacji matematycznej, mamy 144 złote do zgarnięcia, teoretycznie bez żadnego ryzyka. Uwzględniając 200 zł na depozyt, angażujemy kapitał w kwocie 1789 zł ( 1589 na certyfikaty + 200 na depo). Nie uwzględniam tutaj ewentualnej potrzeby zabezpieczenia dodatkowych środków na wypadek ruchu w stronę przeciwną do certyfikatu, co zwiększy wymogi depozytowe. W oparciu o powyższe, mamy 144/1789, a więc 8,05% zysku do wzięcia. Mając na uwadze, że certyfikaty kończą swój żywot 20 lipca 2012 roku (czyli za 261 dni), zysk 8,05% osiągniemy w mniej niż rok. Zannualizowane oprocentowanie wynosi 11,47%, a więc zdecydowanie więcej niż oferują nam to dziś lokaty bankowe. 

Czas więc omówić czynniki ryzyka tej strategii, gdyż nie jest to czysty arbitraż. Po pierwsze, kontrakt terminowy wygasa w marcu. Mając na uwadze, że zabezpieczenie musimy utrzymać do 20 lipca, konieczne będzie zrolowanie krótkiej pozycji na serię wrześniową. Co prawda będzie ona miała niewielką płynność, ale unikniemy w ten sposób kolejnego rolowania z czerwcowej na wrześniową. Sama transakcja może się odbyć na różnych warunkach, nieco lepszych lub gorszych niż kurs rozliczenia serii marcowej, a co za tym idzie, nasze ostateczne oprocentowanie i zysk mogą być nieco inne od przedstawionych powyżej. Pewną nadzieją jest tu wycena teoretyczna kontraktu, a konkretnie uwzględniana przez animatora stopa wolna od ryzyka, dzięki czemu powinien być on notowany nieco wyżej, co może zrekompensować koszty rolowania. Jak będzie w praktyce, zobaczymy.

Drugim z ryzyk tej strategii jest tzw. CAP, czyli maksymalny zysk, jaki możemy osiągnąć z inwestowania w certyfikat dyskontowy. W przypadku instrumentu dla tepsy, jest to poziom 20 zł. Oznacza to, że niezależnie od tego, ile wyżej znajdą się akcje spółki w dniu 20 lipca 2012, za każdy certyfikat otrzymam tylko 20 zł. W efekcie, wzrosty ceny akcji powyżej tego poziomu są mi nie na rękę, gdyż sprzedany na krótko kontrakt terminowy będzie tracił, natomiast certyfikat zarabiał już nie będzie. Stąd też strategia przestaje być arbitrażem czy hedgem, a staje się grą netto na krótko.

Co więcej, analizując przykłady certyfikatów dyskontowych na inne akcje, można zauważyć, że przebieg notowań zmienia się nieco w niedalekiej okolicy CAPa. Zamiast dotrzeć do tego poziomu i poruszać się zupełnie płasko (gdy cena akcji jest powyżej), certyfikat na jakiś czas przed CAPem, zaczyna zwalniać i dystans między certyfikatem a ceną akcji, zamiast zmniejszać się z upływem czasu, nieco się zwiększa. Jaki to ma wpływ na naszą strategię? Taki, że jeśli rynek faktycznie pójdzie w górę, konieczne stanie się zlikwidowanie części pozycji (krótkiego kontraktu) lub sprzedanie całości. A wtedy może się okazać, że zrobiliśmy to po nieco innych cenach niż te wynikające z wycen teoretycznych.

Jaki jest mój plan? Oczywiście zamierzam przetrzymać wszystko do 20 lipca 2012, w tym czasie korzystnie rolując kontrakt terminowy na serię wrześniową. Jeśli emitent zaproponuje kolejny certyfikat, być może uda się nie likwidować pozycji w kontrakcie wrześniowym, a tylko zrolować pozycję w certyfikacie, co pozwoli zaoszczędzić na prowizjach i poślizgach.

Jaki jest plan B.? Jeśli rynek pójdzie w górę, bo to główne zagrożenie, będę likwidował całość z chwilą, gdy kontrakt terminowy sięgnie poziomu 20 zł za akcję. Patrząc na dotychczasowe zachowanie ceny akcji, taka sytuacja nie miała miejsca od 2,5 roku:

Podsumowując krótko tę strategię, chciałbym powiedzieć, że traktuję ją raczej jako alternatywę wobec lokaty niż strategię do gry na giełdzie. Maksymalny zysk jest ograniczony, kilka ryzyk jednak jest, a poza tym, nie dostajemy dywidendy. Problemem może być również zainwestowanie w ten sposób większej kwoty, gdyż płynność na odległych kontraktach na TPSA jest znikoma. Jeden, dwa, pięć można w ten sposób przerzucić, ale ponad 10 będzie wymagało albo brania po ofertach z rynku, albo siedzenia przy notowaniach i przesuwania zleceń. Niemniej nie jest to niemożliwe do zrobienia.

Jak myślicie, warto?

wtorek, 1 listopada 2011

Coś dla oka i ucha

Krótkie nagranie na temat omawianej już koncepcji przygotowania się na ruch w obu kierunkach.

sobota, 29 października 2011

O złocie inaczej

Głównym podejściem stosowanym na tym blogu jest analiza techniczna, to chyba dla nikogo nie jest tajemnicą. Dziś jednak postanowiłem spojrzeć na złoto, gdyż to o nim będę pisał, od nieco innej strony. Żeby jednak nie było, krótki rzut oka na wykres żółtego metalu w wersji spot USD;
Trend się, jak widać, obronił i w chwili obecnej przebiliśmy już zniesienie 50% korekty, co dobrze rokuje temu metalowi w długiej perspektywie. I na razie dość o AT, przejdźmy trochę do fundamentów.

Na początku chciałbym zaznaczyć, że ten typ analizy nie jest moją mocną stroną. Będzie to więc raczej zbiór luźnych uwag i przemyśleń, aniżeli dokładna i oparta na konkretnych wyliczeniach analiza. Niemniej sądzę, że na stosunkowo ogólnym poziomie można z niej będzie wysnuć kilka ciekawych wniosków.

Co decyduje o cenie złota? Oczywiście popyt i podaż. O ile ta druga jest raczej stała (jej wahania są niewielkie, gdyż wydobycie jest czasochłonne i pracochłonne), o tyle strona popytowa jest dużo bardziej zróżnicowana. Mamy popyt ze strony jubilerów (ok. 48% popytu), ze strony przemysłu (ok. 13%) oraz ze strony inwestorów (ok. 39%). Ten ostatni rozbija się na zapotrzebowanie na złoto fizyczne (na sztabki i monety puszczane w obieg) oraz na złoto papierowe (sztaby leżące w skarbcach, stanowiące zabezpieczenie dla ETF-ów i innych funduszy).

I tu znów mamy rozbicie na popyt zmieniający się względnie powoli, w zależności od makro koniunktury (biżuteria, przemysł) oraz popyt "szybki", czyli inwestycyjny. Z punktu widzenia inwestorów, ten ostatni wydaje się być najciekawszy, gdyż odzwierciedla on zachowania dużych graczy, w zależności od aktualnych nastrojów na rynku, co w efekcie przekłada się na cenę tego metalu.

Czym jest więc złoto dla inwestorów? Dużo się mówi, że złoto chroni przed inflacją. Jak to działa? U podstaw leży założenie, że złoto jest pierwotnym i jedynym prawdziwym środkiem płatniczym, a co za tym idzie, to ono powinno być głównym "nośnikiem wartości" i to w nim powinny być wyceniane inne dobra i aktywa. Z praktyki wiemy, że złoto wyceniane jest w dolarze, a więc już mamy jakieś punkty odniesienia. Stosunkowo ograniczona i stała podaż złota (ostatnimi laty, podaż się zmniejsza) w połączeniu z szybko zwiększającą się podażą dolara (QE i tym podobne sprawy) powodują, że dolar słabnie, a złoto się umacnia. W efekcie, cena złota idzie w górę (w znacznym uproszczeniu). Teoretycznie więc, zamieniając nasze aktywa dolarowe na złoto, faktycznie chronimy się przed inflacją, rozumianą jako wzrost podaży pieniądza. Traktowanie złota, jako ochrony przed wzrostem cen towarów, wypada już mniej jednoznacznie

Po drugie, złoto często traktowane jest, jako "safe heaven", czyli bezpieczne aktywo, które w sytuacji niepokojów gospodarczo-politycznych, większość inwestorów chciałoby mieć w portfelu. Wynika to z przekonania, że w razie zaistnienia najgorszego scenariusza (wojen, załamania światowego ładu polityczno-gospodarczego), złotem można będzie wszędzie zapłacić. W efekcie popyt na nie rośnie wraz z rozwojem niepewności na światowych rynkach. Nieco inną kategorią jest tu grupa inwestorów, którzy akumulują złoto jedynie w formie fizycznej, rezygnując z formy papierowej (instrumenty powiązane z cenami złota). Często wiąże się to z przekonaniem, że świat papierowego pieniądza chyli się ku upadkowi, dolar jest nic nie warty i ogólnie, całe to przedstawienie niedługo się skończy. W takiej sytuacji faktycznie, instrumenty opierające swoją wartość na złocie zdeponowanym "gdzieś tam w jakimś skarbcu" mogą być niewiele warte, a prawdziwym zabezpieczeniem będą jedynie sztabki zakopane w ogrodzie.

Na końcu są inwestorzy, tacy jak ja, którzy traktują złoto lub instrumenty na nim oparte, jedynie jako wehikuł inwestycyjny. Gdy oczekują wzrostów, kupują, jeśli przeczuwają spadki, sprzedają. Utrzymujący się od dekady trend wzrostowy sprawił, że na pokładzie jest z pewnością wiele takich osób. Niekiedy tę masę inwestorów określa się mianem kapitału spekulacyjnego, który zainteresowany jest znacznie mniejszymi ruchami niż te widoczne w skali miesięcy i lat. Jest to również zdecydowanie najbardziej płynna część kapitału, co w efekcie przekłada się na, dynamiczne niekiedy, zmiany ceny złota w krótkim terminie. 

Przedstawione powyżej kwestie mogą prowadzić do wysnucia kilku wniosków. Po pierwsze, złoto umacnia się kosztem dolara. Im ten ostatni słabszy, tym złoto silniejsze. Działa tutaj proste powiązanie wyceny jednego aktywa w drugim. Jeśli jedna szalka wagi idzie w dół (słabnący dolar), druga porusza się odpowiednio w górę (silniejsze złoto). W efekcie można próbować zagrywać na złocie nie tylko w oparciu o analizę tego pierwszego, ale również poprzez konkretne scenariusze budowane dla dolara. Ewentualne QE3 z pewnością znalazłoby odzwierciedlenie w cenie złota.

Kolejna sprawa to złoto, jako bezpieczna przystań dla kapitału w chwilach niepewności. Zakładamy tutaj ujemną korelację z rynkami akcji. Złe nastroje na S&P odzwierciedlają się spadkami, a na złocie oczekiwany jest w takiej sytuacji przypływ kapitału i wzrost cen.

Nieco trudniej jest wychwycić te zależności w przypadku kapitału spekulacyjnego. Przepływa on z rynku na rynek w stosunkowo szybki sposób, a w konsekwencji to właśnie on jest sprawcą krótko i średnioterminowych ruchów na głównych światowych rynkach. Budowanie scenariuszy dla ruchu kapitału między tymi trzema głównymi rynkami (dolar, akcje, złoto) jest nieco trudniejsze, ale nie niemożliwe.

Na dziś to tyle tytułem wprowadzenia, w kolejnym wpisie zobaczymy, czy przedstawione powyżej prawidłowości się sprawdzą. Zaznaczam, że nie jestem specjalistą od rynku złota, stąd też jestem otwarty na różnego typu krytyczne komentarze. W końcu chodzi o to, żeby czytelnicy na tym skorzystali, a nie abym bronił swojego zdania do ostatniej litery.

Na marginesie dodam, że nie mam jeszcze przygotowanego następnego wpisu. Tak więc i ja sam przekonam się, co da się wycisnąć z wykresów i czy w dzisiejszym poście nie minąłem się z prawdą.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails