Z kodem HUMANISTAWS22 otrzymasz 100 zł zniżki na udział w konferencji!

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Bananowa giełda, czyli kryzys zaufania na rynku

Niemal w każdym aspekcie naszego życia ważne jest zaufanie do drugiej osoby czy też podmiotu, z którym mamy do czynienia. Szczególnie ważne jest to w relacjach finansowych, gdy trzeba zaryzykować własnymi oszczędnościami. W ostatnich latach warszawski rynek znajduje się w permanentnym kryzysie zaufania, z którego wyjście nie będzie łatwym zadaniem.

Trwa właśnie przedsprzedaż drugiej książki Michała Szafrańskiego, zatytułowanej Zaufanie, czyli waluta przyszłości. Mimo że książka nie traktuje stricte o inwestowaniu, jej tytuł idealnie oddaje istotę kryzysu, z jakim mamy obecnie do czynienia na polskim rynku kapitałowym.

Tym co pchnęło mnie do napisania dzisiejszego tekstu są wydarzenia z minionego poranka. Duża spółka giełdowa, GetBack S.A. opublikowała oficjalny komunikat, w którym poinformowała, że prowadzi rozmowy na temat finansowania z dwoma dużymi podmiotami z rynku kapitałowego - Bankiem PKO BP S.A. oraz Polskim Funduszem Rozwoju S.A. W ciągu zaledwie godziny od publikacji powyższego komunikatu obie wymienione instytucje poinformowały, że żadnych rozmów z GetBack nie prowadzą i zapowiedziały zawiadomienie Komisji Nadzoru Finansowego w sprawie możliwej próby manipulacji kursem akcji.



Nie wiemy jeszcze, jak rozwinie się ta sytuacja, gdyż wydarzenia biegną bardzo szybko. Zastanawiam się jednak, jak inwestor indywidualny ma mieć zaufanie do rynku kapitałowego, jeżeli oficjalny komunikat giełdowej spółki może być, jak to na chwilę obecną się wydaje, ewidentnie nieprawdziwy. A przypomnijmy, że GetBack jest spółką wchodzącą w skład indeksu mWig40, dysponująca jeszcze niedawno kapitalizacją na poziomie 2,5 mld zł, co więcej, publikującą jak dotąd świetne wyniki finansowe.

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Podsumowanie trzech miesięcy daytradingu na FW20 - zysk +14,24%

Pierwszy kwartał tego roku był jednocześnie pierwszym okresem mojego poważniejszego tradingu na kontraktach terminowych na Wig20. Z jednej strony pojawił się zysk, co niewątpliwie cieszy, ale z drugiej wyszły określone trudności, które będę musiał w kolejnych miesiącach przezwyciężyć.

Jak być może pamiętacie z początkiem nowego roku rozpocząłem regularny daytrading na kontraktach terminowych na indeks Wig20. Posiadając określoną strategię przetestowaną na danych historycznych starałem się wykonywać ją maksymalnie skutecznie, aby sprawdzić, czy wyniki teoretyczne pokrywają się z rzeczywistością. I podsumowując muszę stwierdzić, że wyniki mogłyby się pokrywać, gdyby nie błędy popełnione przeze mnie podczas realizacji strategii.

Wyniki


W ciągu pierwszych trzech miesięcy inwestowania strategia przyniosła zysk na poziomie 14,24%. Jako kapitał startowy przyjmuję 10 000 zł na każdy handlowany kontrakt i od tego poziomu mierzę rezultaty. Strategia nie zakłada żonglowania wielkością pozycji, takie przeliczenie jest więc wiarygodne.

Czy zysk na poziomie 14% jest to dużo czy mało? Z punktu widzenia wartości bezwzględnych jest to z pewnością wynik nie najgorszy. Jednak teoretyczny wynik strategii w tym okresie przekroczył 20%, więc można powiedzieć, że moje rezultaty są jednak istotnie gorsze od modelu, który próbuję replikować. Dlaczego tak się stało?



Wyniki historyczne kontra realny trading


W pierwszej kolejności napiszę o obciążeniach czasowych. Dla wielu osób daytrading jest tożsamy z siedzeniem przy notowaniach przez cały dzień. Tymczasem w moim wypadku ograniczało się to do bycia przy notowaniach w fazie otwarcia rynku, aby sprawdzić, jak otwarcie wyglądało i odpowiednio ustawić zlecenia. Następnie w ciągu dnia weryfikowałem, czy pozycja została otwarta i składałem zlecenia na zamknięcie rynku. W ciągu tych trzech miesięcy zawarłem 30 transakcji, co przekłada się średnio na 10 transakcji miesięcznie. Jak widać nie każdego dnia pozycja była otwierana.

środa, 4 kwietnia 2018

Spółki Ciekawe Technicznie - kwiecień 2018 - portfel -1,93%

Wydawać by się mogło, że luty był kiepskim miesiącem na warszawskiej giełdzie, a tymczasem marzec i początek kwietnia wyglądają, jakby i te miesiące rywalizowały o palmę pierwszeństwa w byciu najgorszym z ostatnich okresów dla posiadaczy akcji. Niemniej nie cały rynek spada i są jeszcze spółki, które opierają się przecenie. Dzisiaj takich spółek poszukamy.

Od styczniowego szczytu minęło prawie 2,5 miesiąca. W tym czasie indeks Wig20 stracił na wartości ponad 16% pokazując, że wzrosty na giełdzie nie są niczym pewnym. Co więcej, wydarzyło się to tuż po osiągnięciu przez indeks WIG nowych historycznych maksimów. O słabości tej symbolicznej chwili niech świadczy fakt, że na rekordowych poziomach znajdowaliśmy się na przestrzeni jednej tylko sesji giełdowej. Wszystkie kolejne ułożyły się w trwającą do dnia dzisiejszego kaskadę.



Tracą głównie spółki duże, ale przecenie poddają się również podmioty średnie, małe i te zupełnie najmniejsze, których kondycji nie reprezentuje żaden indeks.

Czy w takim otoczeniu warto inwestować, czy może lepiej już oczekiwać na nadejście bessy, niezależnie od tego, z jakiego kierunku ona do nas nadejdzie?

Wszystko zależy oczywiście od naszej strategii inwestycyjnej. Jeżeli jesteśmy inwestorem, dla którego fundamenty są najważniejsze i dostrzegamy spółki posiadające silną pozycję rynkową, dobre perspektywy i do tego atrakcyjnie wycenianą przez rynek to niezależnie od panujących nastrojów powinniśmy dokonać transakcji. Podobnie przy kierowaniu się analizą techniczną. Widząc spółkę w niezakłóconym trendzie wzrostowym, powinniśmy trzymać się jej tak długo, jak długo trend trwa. Sęk w tym, że takich spółek na warszawskiej giełdzie jest stosunkowo niewiele.



Jak widzimy na powyższym wykresie znajdujemy się już na poziomach z początku 2017 roku. Same nastroje pompowane wojną handlową pomiędzy USA i Chinami również nie są najlepsze, więc trudno jest dzisiaj odnaleźć optymistów oczekujących pokonania ostatnich szczytów na indeksach.

środa, 28 marca 2018

Gdy inwestor wie lepiej niż rynek i na tym zarabia

Ogólna zasada giełdowa brzmi, że rynek dyskontuje wszystkie dostępne w danej chwili informacje na temat danego waloru. Co więcej, nie warto z rynkiem się spierać, ponieważ takie działania są skazane na porażkę. Tymczasem inwestorzy każdego dnia stawiają na szali swoje oszczędności i próbują zarabiać zakładając, że to oni mają rację, a rynek jednak się myli.

Tego rodzaju podejście wynika głównie z analizy fundamentalnej. Inwestor dokonuje oceny kondycji danej spółki, analizuje jej sytuację i teoretyczną cenę, po której powinny być notowane jej akcje, a następnie porównuje swój wynik z aktualną ceną rynkową papieru. Jeżeli pojawia się potencjał do zysku, warto jest kupić akcje. Tym samym inwestor zakłada, że jego wycena spółki jest lepsza od wyceny, której w każdej sekundzie dokonuje rynek, rękami i transakcjami setek innych inwestorów.

Warto powiedzieć, że najczęściej przyjmuje to postać ogólnego założenia, w którym inwestor przyjmuje, że spółka w przyszłości będzie pokazywała coraz lepsze wyniki, a jej obecna wycena ich nie dyskontuje. Zdecydowanie rzadziej natomiast inwestor potrafi wskazać konkretny czynnik, który wpłynie na wzrost notowań danego waloru. Czynnik, którego rynek nie dostrzega i dlatego wycenia spółkę niżej niż jest tego warta.



Niedawno spróbowałem takiego właśnie podejścia do inwestowania. Znalazłem spółkę i znalazłem czynnik, którego w mojej ocenie rynek nie dostrzegał. Zająłem długą pozycję i w ciągu 2,5 miesiąca zarobiłem na walorze prawie 40%. 

czwartek, 1 marca 2018

Spółki Ciekawe Technicznie - marzec 2018 - portfel -3,69%

Luty okazał się bardzo słabym miesiącem dla warszawskiej giełdy. Rozpoczął się spadkami ze styczniowego szczytu, a zakończył mocno negatywną sesją wybijającą techniczne wsparcie na indeksach. Ostatecznie WIG zakończył miesiąc stratą o 5,10%. Z pewnością nie tak chcieliśmy świętować osiągnięcie nowych szczytów hossy.

Na ostatniej sesji stycznia indeks Wig20 zamknął się na poziomie 2565 pkt, a zaledwie miesiąc później, na ostatniej sesji lutego, kurs zamknięcia osiągnął 2365 pkt, czyli dokładnie 200 punktów mniej. Skala tego spadku idealnie oddaje nastroje, jakie panują na warszawskim parkiecie w ostatnich tygodniach. Dominują słabość i marazm, a wysokie obroty obserwujemy głównie w sytuacji dynamicznej wyprzedaży papierów.



Szukając uzasadnienia dla takiego stanu rzeczy warto wskazać na rysującą się powoli tendencję spadkową na wielu spółkach wchodzących w skład indeksu Wig20. Jeszcze do niedawna energetyka, spółki paliwowe i banki były motorami wzrostów, a dzięki nim na wartości zyskiwał cały szeroki rynek. Tymczasem obecnie prześledzenie poszczególnych blue chipów pokazuje, że sektor energetyczny wraca do swojego długoterminowego trendu spadkowego, bankom powoli wyczerpuje się paliwo do wzrostów i zaczynają delikatnie słabnąć, a spółki paliwowe, głównie Orlen, obrywają rotacją kadrową i spadającymi marżami. Nie wspominając już o Eurocashu, który odnotowuje właśnie swoje wieloletnie minima.

Oczywiście źródła niepokojów możemy szukać w USA, gdzie zrealizowała się niedawno silna korekta spadkowa, a ryzyko podwyższonej zmienności i szanse na osiągnięcie jeszcze niższych poziomów są bardzo realne. Być może więc kapitał, który napływał na nasz rynek od końca 2016 roku, zaczyna się wycofywać, sprzedając głównie największe spółki.



Nieco lepiej kształtuje się sytuacja na indeksach mWig40 i sWig80, które są w ostatnim czasie zdecydowanie silniejsze od Wig20. Moim zdaniem jest to przesłanka pozwalająca oczekiwać powrotu do sytuacji, w której mniejsze i bardziej dynamiczne spółki sprawują się w długim terminie lepiej niż te największe. O sposobie mierzenia tej relacji oraz możliwości wykorzystania jej do zarabiania pieniędzy pisałem w jednym z poprzednich tekstów.

poniedziałek, 26 lutego 2018

Akcje spółki dywidendowej spadają o 50%. Co robisz?

Inwestowanie dywidendowe w teorii jest bardzo proste. Kupujesz akcje spółki, która regularnie dzieli się zyskiem, po czym przez lata odcinasz kupony ze swojej inwestycji. Okazuje się jednak, że praktyczny wymiar takiego inwestowania wymaga rozstrzygnięcia wielu niełatwych dylematów.

Inwestowanie dywidendowe od lat zyskuje w Polsce na popularności, co widać zarówno po stronie inwestorów, jak i po stronie spółek, coraz częściej dzielących się zyskiem z akcjonariuszami. Teoretyczne założenia tego stylu inwestowania są bardzo proste. Wystarczy znaleźć kilka spółek regularnie wypłacających dywidendę i posiadających silną kondycję fundamentalną, a następnie zakupić ich akcje i oczekiwać na pojawiającą się raz w roku, a być może nawet i raz na kwartał, dywidendę.

Dodatkowym oczekiwaniem jest regularny wzrost nominalnej dywidendy wypłacanej w przeliczeniu na każdą akcję. Przecież spółka dywidendowa z roku na rok się rozwija, a co za tym idzie generuje coraz wyższe ilości gotówki, z których część może wypłacać inwestorom. Jeżeli rośnie zysk, to przy założeniu że akcjonariuszom w postaci dywidendy wypłacana jest stała część tego zysku, np. 50%, wysokość dywidendy powinna również nominalnie rosnąć. Jest to podejście szczególnie popularne w USA, ale upowszechniające się również w Polsce.

Co więcej, jeżeli część zysku pozostaje w spółce i przeznaczana jest na kapitał zapasowy, wartość samej spółki powinna z tego tytułu rosnąć, przekładając się na wzrost kursu na giełdzie. Mamy więc podwójne korzyści z dywidendowego podejścia.



Model ten idealnie sprawdza się w okresie dobrej koniunktury, kiedy to spółki z kwartału na kwartał poprawiają wyniki finansowe, oferując tym samym swoim akcjonariuszom regularne i rosnące dywidendy. Z kolei towarzysząca boomowi gospodarczemu hossa sprawia, że ceny akcji również rosną, przekładając się na dobre wyniki portfela inwestycyjnego.

czwartek, 22 lutego 2018

15 spółek w wieloletnich trendach wzrostowych

Inwestując na giełdzie często urywamy po kilka procent zysków z naszych pozycji, ciesząc się, że portfel rośnie. Tymczasem uważna analiza spółek w odpowiednio dalekiej perspektywie pozwala na wyłowienie perełek, które opierają się spadkom i w długim okresie zyskują na wartości.

Wydaje się, że inwestowanie z trendem jest banalnie proste. Wystarczy kupić i trzymać. Niestety praktyka pokazuje, że nie zawsze jest to łatwe zadanie. Wprowadzenie chociażby podstawowych zasad kontroli ryzyka sprawia, że w pewnym momencie przyjdzie czas na sprzedaż posiadanych papierów, niezależnie od wspaniałego trendu, który na nich obserwowaliśmy w przeszłości. Co więcej, jeżeli sprzedamy akcje, a rynek jednak zmieni kierunek i powróci do wzrostów, poniesiemy stratę na wzrostowym rynku. 

Niezależnie jednak od tych bieżących trudności, warto raz na jakiś czas odsunąć się nieco dalej od notowań i poszukać spółek, które pokazują swoją siłę w długim horyzoncie czasowym. W miniony weekend przejrzałem rynek główny analizując wykresy z perspektywie dziesięcioletniej, a następnie raz jeszcze, w perspektywie pięcioletniej. Okazuje się, że nawet mimo lepszych i gorszych okresów na warszawskiej giełdzie można było znaleźć walory, które trwały i trwają do dziś w trendzie wzrostowym.



Analizując poniższe wykresy warto pamiętać, że są to spółki w kilkuletnich trendach wzrostowych aktualnych do dnia dzisiejszego. Jeszcze kilka miesięcy temu zestaw tych spółek byłby inny, ponieważ można by tu było zaprezentować walory takie jak Kruk czy Wielton, które dzisiaj, wedle zasad klasycznej analizy technicznej, zakończyły już swoje trendy wzrostowe i przeszły do ruchów spadkowych. 

Patrząc z drugiej strony, można wyłonić wiele spółek, które znajdują się teraz w rocznych lub dwuletnich trendach wzrostowych. Ruchy te są jeszcze zbyt młode, aby znalazły się w dzisiejszym zestawieniu, lecz być może to właśnie te walory mają przed sobą najlepszy i najbardziej zyskowny dla inwestorów czas. Warto o tym pamiętać.

poniedziałek, 19 lutego 2018

Rynek dyskontuje przyszłość. Co z tego wynika dla przeciętnego inwestora?

Często słyszymy na giełdzie o tym, że rynki finansowe dyskontują przyszłość. Co to jednak w praktyce oznacza? Bardzo wiele. Okazuje się, że to dyskontowanie ma bardzo konkretne konsekwencje dla naszych portfeli.

Sam mechanizm jest bardzo prosty. Mamy przed sobą dwie spółki A i B. Obie te spółki są zbliżone pod względem uzyskiwanych przychodów i zysków. Spółka A prężnie działa w nowoczesnej rozwijającej się branży. Z roku na rok poprawia wyniki i wydaje się być na wznoszącej. Powiedzmy, że jest to Apple na pewnym etapie swojego funkcjonowania. Tymczasem spółka B, mimo pięknej przeszłości, działa w sposób przestarzały, nie dopasowując się do zmieniającego się świata. Dla kontraktu niech będzie to Kodak, czyli spółka która przegapiła cyfrową rewolucję w fotografii.

Czy wyceny rynkowe obu tych spółek, mimo podobnych wyników finansowych w chwili obecnej, będą różne? Oczywiście! Inwestorzy są w stanie zapłacić zdecydowanie więcej za podmiot, którego przyszłość rysuje się w jasnych barwach. Istnieje przecież bardzo wysokie prawdopodobieństwo, że w kolejnych okresach generowane zyski będą wyższe i wyższe, a wartość rynkowa firmy również będzie rosła. Dlatego nie dziwi brak równowagi pomiędzy rynkową wyceną obu spółek.

Z punktu widzenia inwestora również jest to bardzo logiczne. Jeżeli grupa inwestorów kierujących się analizą fundamentalną dojdzie do wniosku, że spółka w kolejnych latach będzie dowoziła solidne wyniki, będzie w stanie zainwestować w nią większe pieniądze. Będą kupowali dotąd, aż w ich ocenie zasypią nierównowagę rynkową pomiędzy bieżącą ceną, a wartością, jaką reprezentuje spółka w długim horyzoncie czasowym. W obliczu takich zagrań wskazania analizy technicznej tracą na znaczeniu i stają się drugorzędne.



Wniosek z tego taki, że rynek nie patrzy na to, jak spółka wygląda w dniu dzisiejszym, jakie ma wskaźniki C/Z czy C/WK, ale jakie wskaźniki będzie miała w przyszłości, w perspektywie nadchodzących lat. Wychodząc już tylko z tego założenia można powiedzieć, że niewielki sens ma inwestowanie wskaźnikowe w oparciu o dzisiejsze poziomy wskaźników, ponieważ są one bezwartościowe. Liczy się tylko to, co będzie, a nie to, co już było i zostało zaraportowane i zarobione.

czwartek, 15 lutego 2018

Certyfikaty ING Turbo sposobem na ożywienie IKE i IKZE

Dla wielu inwestorów konta IKE i IKZE kojarzą się z pasywnym inwestowaniem na emeryturę, czyli najczęściej nudą. Tymczasem dzięki certyfikatom ING Turbo możemy aktywnie uczestniczyć w grze rynkowej, korzystając zarówno na wzrostach, jak i na spadkach.

Certyfikaty Turbo, mimo że nie są nowymi instrumentami na warszawskiej giełdzie, ciągle wydają się być mało znane szerszej publiczności. Zapewne niektórzy obawiają się ich potencjalnego skomplikowania wynikającego z zastosowania mechanizmów typu bariera lub konck-out. W dzisiejszym wpisie realizowanym we współpracy z ING będącym emitentem tych certyfikatów, pokażę, jak one działają oraz jak można je wykorzystać w praktyce, aby usprawnić swoje inwestowanie.

Czym są certyfikaty ING Turbo?


Przede wszystkim należą do grona certyfikatów strukturyzowanych notowanych na GPW. Należy je odróżnić od certyfikatów strukturyzowanych oferowanych przez instytucje finansowe klientom detalicznym, czyli struktur o trudnych niekiedy do ustalenia zasadach działania. Instrumenty notowane na GPW mają swoją standaryzację, dzięki czemu inwestorzy mogą w precyzyjny sposób zaplanować i zrealizować swoje transakcje.

Konstrukcja samego certyfikatu opiera się na kilku podstawowych zasadach działania. Po pierwsze, jest to instrument rynku kasowego. Oznacza to, że obrót nim, w przeciwieństwie do kontraktów terminowych i opcji, możliwy jest również w ramach rachunków IKE i IKZE. O tym aspekcie napiszę jeszcze pod koniec artykułu.



Po drugie, certyfikaty Turbo oferują inwestorom dźwignię finansową. Oznacza to, że możemy otwierać pozycje przekraczające swoją wartością kapitał użyty przez nas, jako inwestorów. Pozostałą część dokłada za nas ING N.V., czyli holenderski emitent tych produktów.

Po trzecie, dzięki certyfikatom Turbo możemy również zarabiać na spadkach. Na każdy instrument bazowy notowane są certyfikaty long, zarabiające na wzrostach oraz certyfikaty short, zarabiające na spadkach. Co ważne, za każdym razem kupujemy certyfikat, nawet ten zarabiający na spadkach.

Po czwarte, korzystając z certyfikatów Turbo nie możemy stracić więcej niż wartość środków, które zainwestowaliśmy. Nie będzie więc miała miejsce sytuacja, w której dom maklerski zażąda od nas dopłaty do pozycji. Z tego też względu korzystając z tych certyfikatów nie musimy utrzymywać żadnego depozytu zabezpieczającego na rachunku. Podobnie jak w przypadku akcji, wartość naszej inwestycji może spaść co najwyżej do zera.

poniedziałek, 12 lutego 2018

Jak reagować w czasie giełdowej paniki?

Miniony tydzień przyniósł inwestorom giełdowym wiele emocji. Spadki mające źródło za oceanem dwukrotnie uderzyły w nasz rynek, powodując każdorazowo zupełnie różne reakcje inwestorów. Jak zachować się w takiej sytuacji, aby zminimalizować ryzyko poniesienia strat?

Pierwsze uderzenie miało miejsce we wtorek, kiedy to na poniedziałkowej sesji indeks Sp500 stracił na wartości 4,1%. Od razu po zamknięciu notowań w USA wiadomo było, że przez warszawską giełdę przetoczy się fala wyprzedaży.

W istocie czarny scenariusz się zrealizował. Wiele spółek otworzyło się na poziomach rzędu -5%, aby w ciągu pierwszych kilku minut handlu powiększyć stratę do -10%. Miałem okazję obserwować tę paniczną wyprzedaż na żywo i faktycznie widać było silne wycofywanie się inwestorów z rynku. Po pierwszym szoku nastąpiło odbicie, ale w rezultacie i tak indeksy zakończyły sesję stratą rzędu 3,3-3,7%.



Środa i czwartek na warszawskiej giełdzie wyglądały o wiele bardziej optymistycznie, jednak nastroje znów popsuła ponura czwartkowa sesja w USA, kiedy to Sp500 spadł o 3,8%. I znów wiadomo było, że piątek będzie ciężkim dniem dla posiadaczy akcji.

Jednak w tym wypadku reakcja rynku była zupełnie inna. Indeksy otworzyły się na niewielkim minusie, a w ciągu sesji wiele spółek nie tylko znacząco nie traciło, ale nawet całkiem ładnie rosło. Nie było widać wtorkowej paniki, a inwestorzy nie poddawali się emocjom w taki sposób, jak poprzednio. W efekcie słabego otwarcia w USA notowania na warszawskiej giełdzie zamknęły się w okolicach -1%. Gdyby Amerykanie otworzyli się nieco lepiej, warszawska giełda zapewne zamknęłaby piątkowe notowania wzrostami.

Dlatego dwie podobnie spadkowe sesje w USA wywołały tak bardzo różne scenariusze w Polsce? Czy można było w jakikolwiek sposób kontrolować wartość swoich pozycji, chroniąc je przed stratami wynikającymi z bardzo negatywnego otwarcia? A może można było jeszcze na tej sytuacji zarobić? Tymi kwestiami zajmę się w dzisiejszym tekście.

czwartek, 8 lutego 2018

Co można wyczytać z arkusza zleceń? Polujemy na grubasa.

Postanowiłem zrobić niedawno mały eksperyment i wykupić na miesiąc notowania z dostępem do pełnego arkusza zleceń. Okazuje się, że przyglądając się rynkowi w bardzo dużym powiększeniu możemy dostrzec interesujące zdarzenia.

Jak dobrze wiecie z rachunkiem maklerskim inwestorzy otrzymują dostęp do notowań w czasie rzeczywistym. W ich ramach możemy, najczęściej bezpłatnie, obserwować jedną, aktualnie najlepszą, ofertę kupna oraz jedną ofertę sprzedaży. Jeżeli chcemy głębiej wniknąć w rynek, możemy wykupić dostęp do pięciu najlepszych ofert lub też do pełnego arkusza zleceń, gdzie widzimy wszystkie zlecenia kupna i sprzedaży. Pełen arkusz najczęściej jest płatny i aby uzyskać do niego dostęp musimy wygenerować odpowiednie obroty na rachunku lub zapłacić konkretną sumę za tę usługę. W moim wypadku było to ok. 200 zł za miesięczny dostęp.



Obserwując pełne notowania od zaledwie tygodnia już teraz wiem, że każdy inwestor przynajmniej raz powinien zajrzeć do pełnego arkusza zleceń. Zdecydowanie poszerza on naszą świadomość tego, co dzieje się na rynku.

Mabion i przewaga popytu nad podażą


W dniu 1 lutego do portfela Spółek Ciekawych Technicznie trafiły akcje Mabionu. Tym, co mnie do nich przekonało był fakt, że kurs doszedł od wsparcia na poziomie 110 zł. Oczekiwałem, że wsparcie zostanie obronione, a notowania pójdą do góry. Pech chciał, że kilka dni później trafił się feralny wtorek, kiedy to warszawską giełdę dotknęły bardzo silne spadki zrealizowane pod wpływem impulsu z USA. W efekcie notowania Mabionu spadły w tym dniu o 5%, co i tak było niezłym wynikiem, biorąc pod uwagę, że w najgorszym momencie sesji kurs spadał o ponad 13%.

poniedziałek, 5 lutego 2018

Spółki Ciekawe Technicznie - luty 2018 - portfel +0,79%

Styczeń okazał się generalnie dobrym miesiącem dla inwestorów. Rosły główne indeksy, a wiele spółek osiągnęło swoje lokalne maksima. Obawy budzi jednak końcówka miesiąca, a w szczególności ryzyko większej korekty płynące z USA.

Można powiedzieć, że na GPW styczeń przyniósł kontynuację grudniowych wzrostów. Rynek bardzo płynnie przeszedł z jednego roku w drugi. Licząc od grudniowego dołka, indeks WIG wzrastał w najlepszym momencie o ok. 9,5%, co wyniosło go na nowe historyczne maksima. Szkoda tylko, że tymi poziomami dane nam było cieszyć się tak krótko, ponieważ korekta wisi w powietrzu.



Z pewnością w końcówce miesiąca i podczas pierwszych lutowych sesji zauważalna była słabość największych spółek. PZU i Orlen zamknęły się w piątek poniżej swoich istotnych wsparć, otwierając tym samym drogę do dalszych spadków. W efekcie Wig20 oddał już prawie całe styczniowe zyski.



czwartek, 25 stycznia 2018

Jak korzystnie zainwestować 50 000 złotych?

Interesując się światem inwestycji od ponad dekady dostrzegam pewną nierównomierność w kwestii możliwości, które posiadają inwestorzy. Z jednej strony mamy rynki finansowe, gdzie można zainwestować zaledwie kilka tysięcy złotych, a kolejnym progiem wydają się dopiero nieruchomości, wymagające kwoty grubo przekraczającej 100 tys. zł, przynajmniej w ich podstawowym wydaniu. Ale czy jest coś pomiędzy?

Do napisania tego tekstu zainspirował mnie Zbyszek Papiński swoim ostatnim artykułem na temat wolności finansowej. Wymienia on w tekście kilka przykładów inwestycji mogących służyć jako źródło dochodu pasywnego. Podczas czytania po raz kolejny stanął mi przed oczami problem, którego doświadcza wielu inwestorów, w tym pośrednio i ja.

Zanim przejdę do sedna problemu, przyjrzyjmy się głównym i najbardziej popularnym formom pomnażania kapitału:
- lokaty bankowe,
- obligacje (skarbowe i korporacyjne),
- fundusze inwestycyjne,
- giełda/forex/krypto,
- nieruchomości (flipy i wynajem).

Pomiędzy nieruchomościami a pierwszymi czterema formami zieje finansowa przepaść. Aby inwestować na giełdzie wystarczy kwota kilku tysięcy złotych. Podobnie w przypadku innych wymienionych form inwestowania, gdzie próg wejścia to nawet 100 zł (w przypadku obligacji skarbowych).



Natomiast inwestowanie w nieruchomości to już zupełnie inna półka. Mam tu na myśli głównie zakup mieszkania jako takiego, celem dalszej odsprzedaży lub wynajmu. W tym wypadku, zależnie od miejscowości, trzeba się liczyć z wydatkiem kwoty 100 tys. zł lub zdecydowanie większej, jeżeli mówimy o największych miejscowościach. 

Tym, co mnie nurtuje to brak oczywistych sposobów inwestowania kwot rzędu 30 czy 50 tysięcy złotych. Z pewnością istnieje duża część społeczeństwa, która posiada wolne środki takiego właśnie rzędu, czyli pozwalające na konkretną inwestycję, ale jeszcze nie na kupno mieszkania na odsprzedaż czy wynajem. Czy jest dla nich jakaś ewentualność?

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Rozpoczynam daytrading na kontraktach FW20

Daytrading do niedawna wydawał mi się podejściem inwestycyjnym najbardziej odległym moim dotychczasowym preferencjom rynkowym. Jednak z początkiem nowego roku otworzyłem nowy rozdział mojego inwestycyjnego życia. Zobaczymy, z jakim rezultatem.

Jeszcze dwa miesiące temu nie dopuścił bym do siebie myśli, że będę aktywnym inwestorem na rynku kontraktów terminowych. Owszem, miałem z tym rynkiem kilka przygód, lecz za każdym razem kończyły się one powrotem do starych dobrych akcji. Jednak początek grudnia przyniósł w tym zakresie spore zmiany.

Zaczęło się od kontraktów na akcje, z pomocą których postanowiłem wykorzystywać nie tylko rynkowe wzrosty, ale również i spadki. Przeprowadziłem kilka transakcji, które przebiegły zgodnie z moimi oczekiwaniami. Ryzyko było pod kontrolą, a zyski również mieściły się w granicach tego, czego się spodziewałem. Pojawił się jednak problem w postaci warunków rynkowych panujących na rynku kontraktów.

Warszawska Giełda chwali się, że obecnie mamy notowane kontrakty terminowe na akcje ok. 30 spółek. Ta liczba faktycznie może robić wrażenie, ale prawda wychodzi na jaw dopiero w praktyce. Zaledwie kilka kontraktów posiada średnie dzienne obroty przekraczające 100 sztuk. Ta relatywnie mała popularność wspomnianych instrumentów przekłada się na szerokość spreadu pomiędzy zleceniami kupna i sprzedaży. Aktywny trading wymaga ograniczenia się do maksymalnie pięciu spółek, a i tak generujemy przy tym całkiem znaczące poślizgi, wpływające na zmniejszenie zysków. Dlatego zacząłem myśleć o kontraktach na indeks Wig20.


Powrót do przygody sprzed lat


Ostatnią transakcję na kontraktach terminowych na indeks Wig20 zawarłem ponad cztery lata temu. Nie pasowała mi wówczas wysoka zmienność tego instrumentu oraz fakt, że aktywny handel słabo korespondował z moją ówczesną pracą na etacie.

Niemniej przygoda ta bardzo mi się przydała i sądzę, że solidnie zaprocentuje w dniu dzisiejszym. Dynamiczny handel na jakimkolwiek instrumencie wymaga posiadania systemu inwestycyjnego, czyli zbioru zasad dotyczących otwierania i zamykania pozycji, jak również zarządzania wielkością tych pozycji. Jeżeli istotną rolę w tym systemie odgrywa intuicja inwestora, istnieje ryzyko, że transakcje będą podejmowane na podstawie emocji lub chwilowego samopoczucia, a ich regularność będzie niska. Dlatego postawiłem na system w pełni mechaniczny, czyli wykluczający rolę człowieka w procesie podejmowania decyzji.



Moja systemowa przygoda sprzed lat sprawiła, że dość wnikliwie zgłębiłem zasady budowania i testowania systemów inwestycyjnych. Wiem, na co zwrócić szczególną uwagę przy testowaniu, jak analizować otrzymane rezultaty, oraz przede wszystkim, wiem że wynik osiągany na papierze zazwyczaj należy podzielić na pół z powodu poślizgów i czynnika ludzkiego.

środa, 3 stycznia 2018

Spółki Ciekawe Technicznie - styczeń 2018 - portfel +4,03%

Grudzień był bardzo ciekawym miesiącem na rynkach finansowych. Rajd św. Mikołaja co prawda nie nastąpił, ale wydarzyła się inna, nie mniej znacząca rzecz. Spółki małe i średnie obudziły się do życia co dobrze rokuje na kolejne miesiące.

Na początku grudnia inwestorzy klasycznie oczekują na rajd św. Mikołaja, czyli wzrosty cen akcji związane z gorączką świątecznych zakupów i śrubowaniem wyników przez dużych instytucjonalnych graczy. W tym roku rajd ten jednak nie nastąpił, a przynajmniej nie w takim formacie, jakiego wielu by oczekiwało.



Od października, kiedy to indeks WIG osiągnął swój szczyt, pchany notowaniami największych spółek, obserwujemy delikatne osuwanie się najważniejszego warszawskiego wskaźnika giełdowej koniunktury. Co prawda miesiąc zamknął się dodatnią stopą zwrotu (+2,77%), ale patrząc na przebieg poszczególnych swingów łatwo dojść do wniosku, że jest to naturalna fala wzrostowa po fali spadkowej.



W zeszłym miesiącu zauważyłem, że spółki duże przestały być koniem pociągowym rynku i zostały wyprzedzone przez spółki małe i średnie, reprezentowane odpowiednio przez indeksy sWig80 i mWig40. W grudniu tendencja ta była kontynuowana. Pominę w tym wypadku wykres Wig20, ponieważ przebiega on niemal dokładnie tak samo, jak indeks WIG, a skupię się na dwóch pozostałych indeksach.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails