Zapisz się na newsletter i obejrzyj jedno z moich szkoleń!

środa, 24 listopada 2010

Kilka luźnych przemyśleń na tematy giełdowe i pokrewne

Dziś miałem okazję uczestniczyć w webinarium organizowanym przez BOSSA.PL, gdzie Michał Wojciechowski i Grzegorz Zalewski odgrywali rozmowę początkującego inwestora (MW) z zaawansowanym (GZ). I jak wrażenia? W sumie mam mieszane uczucia. 

Może wynika to z faktu, iż podstawy mam już raczej za sobą, swoje dostałem po tyłku, drugie tyle się nauczyłem. Nie ma co ukrywać, że webinarium było przeznaczone typowo dla osób, które rozpoczęły swoją przygodę z inwestowaniem na GPW przy okazji emisji jej akcji. Dlatego też rozmówcy starali się rozwiać nadzieje na zyski rzędu 100% rocznie, jak również przypominali o ryzyku, konieczności stawiania stopów i tym podobnych sprawach. W sumie rozmowa była bardzo poprawna pod tym względem i dla osób mających mocno mgliste pojęcie o giełdzie mogła być bardzo przydatna.

Z drugiej jednak strony czegoś mi zabrakło. Webinarium kojarzy mi się z interaktywną formą porozumiewania się z uczestnikami, więc oczekiwałem, że jako taki zostanę dostrzeżony przez prowadzących. Niestety, wyglądało to tak, jakbym po prostu przysłuchiwał się czyjejś rozmowie. Ani razu nie odniesiono się do obecności osób trzecich, czyli w tym przypadku mnie, gdyż byłem jedynym widzem (tak, jedynym) tego webinarium. Tak więc przez całą godzinę (bo tyle trwało) szykowałem się na co najmniej pół godziny zadawania pytań i dyskutowania mając prowadzących na wyłączność. Niestety, w pewnym momencie rozmowa się zakończyła i zaległa cisza. Żadnego "dziękujemy, zapraszamy za tydzień", nic. No więc odezwałem się nieśmiało na czacie, licząc że panowie może do domu jeszcze nie pojechali i faktycznie dano mi możliwość zadania pytania. Niestety, odpowiedź była wyraźnie od niechcenia i dawała do zrozumienia, że nadgodzin panom nie płacą i zajmuję ich prywatny czas. Szkoda, ale z drugiej strony po godzinie udawania totalnego laika giełdowego, pewnie i mi by się nie chciało. No nic.

Chciałbym jednak spojrzeć szerzej na sam proces edukacji tradera/inwestora. Jak zapewne się domyślacie, jestem zwolennikiem ciągłego kształcenia się w tym, co się robi, zwłaszcza jeśli jest to związane z pieniędzmi i zależy od tego nasz przyszły dobrobyt. Można oczywiście wychodzić z założenia, że skoro działam na rynku już jakiś czas i sobie radzę, nie ma potrzeby dalej czytać książek, blogów, czy też marnować czasu na webinaria dla początkujących. Ja jednak sądzę, że jeśli tylko ma się okazję poczytać/posłuchać osoby, która działa na rynku już długo, radzi sobie w tym co robi i do tego chce się tą wiedzą podzielić, trzeba wykorzystywać wszystkie szanse do maksimum. Są oczywiście osoby, które rzuciły się na głęboką wodę i poradziły sobie. Jest to jednak zasada "swim or die", gdzie ci, który sobie nie poradzą, odchodzą z pustymi portfelami złorzecząc, że rynek robi wszystko przeciwko nim. A znając różne statystyki, według których maksymalnie 1 na 5 graczy utrzymuje się na rynku przez dłuższy czas, wolę jednak słuchać osób bardziej doświadczonych. Zwłaszcza, że może to nam oszczędzić całej masy złych emocji oraz może znacznie ochronić nasz portfel przed opustoszeniem.

W myśl tej zasady staram się wykorzystywać wolny czas na poszerzanie swojej giełdowej wiedzy. Nie żałuję godziny spędzonej na słuchaniu dwóch osób rozmawiających o rzeczach, które mam dawno za sobą. Nie zamierzam również rezygnować ze szkolenia, które odbędzie się w Poznaniu na początku grudnia. Biorę dwa dni wolne w pracy, zarywam zajęcia na uczelni, ale i tak pojadę te kilkaset kilometrów z Wawy, żeby posłuchać ludzi, którzy mają coś ciekawego do powiedzenia, zwłaszcza w dziedzinie AT, którą jak wiecie się interesuję. Myślałem również nad odwiedzeniem Szczecina, gdzie szkolenie na pokrewny temat odbywa się dzień wcześniej, ale trzy dni wyjęte z życia, koszty podróży, noclegów i utrzymania byłyby trochę zbyt wysokie, jak na studencki budżet.

Z drugiej strony, jeśli poszukacie wokół siebie, z pewnością dostrzeżecie osoby, z którymi warto na ten temat pogadać. Może w formie popytania kogoś, kto się lepiej zna, może w formie wymiany doświadczeń między inwestorami, jeśli czujecie się na tyle kompetentnie, żeby stawiać się na poziomie graczy z wieloletnim stażem. Sam znalazłem w swoim otoczeniu dwie takie osoby i coraz poważniej zastanawiam się, żeby wybrać się do nich na jakąś rozmowę lub po prostu zaprosić na kawę. Mimo, że nigdy nie miałem przyjemności z nimi się spotkać, ryzykuję 2-3 godziny czasu i kilkadziesiąt złotych, a w efekcie mogę uzyskać wiedzę, która będzie bezcenna i trudna do uzyskania w inny sposób. Warto? Myślę, że tak.

**************************************************************************************

Idąc trochę z innej strony, zastanawiam się ostatnio, jaką przyszłość ma inwestor zaczynający z niewielkim kapitałem, taki jak na przykład ja. Na zdecydowanej większości blogów finansowych przewija się termin "finansowa niezależność". Jest on definiowany w różny sposób, lecz zazwyczaj oznacza on możliwość zaprzestania pracy zawodowej na rzecz utrzymywania się z dochodu pasywnego czy też zysków inwestycyjnych. No dobrze, zastanówmy się...

Weźmy przykład inwestora będącego w moim wieku (23), który zaczyna z kapitałem 10 000 zł i osiąga średnioroczną stopę zwrotu 20%. Ile będzie miał za 20 lat? Jakieś 383 tysiące zł. Teoretycznie to powinno wystarczyć, gdyż kolejny rok przyniesie kwotę 460 000, co daje jakieś 80 tysięcy rocznie. Zakładając, że w tym momencie przestajemy reinwestować nasz kapitał i zaczynamy przejadać odsetki, daje to całkiem ładny miesięczny przychód.

Oczywiście powyższe obliczenia są grubo uproszczone, gdyż nie uwzględniłem podatku, inflacji czy też regularnych dopłat do rachunku inwestycyjnego. Ale ciągle nie są to te super miliony, o których marzy każdy początkujący gracz. Co prawda dekada gry dłużej przy powyższych założeniach daje już ponad 2,3miliona, a 40 lat gry to 14,6 miliona. No fajnie, ale my chcemy mieć kasę, jak jesteśmy młodzi, a nie w chwili, gdy będziemy bawili wnuki. Czy istnieje możliwość zwiększenia swoich szans na dostatnie życie?

Oczywiście, że tak, jest tych sposobów cała masa. Ja jednak chcę wspomnieć o dwóch, z których korzystam lub przewiduję korzystać w przyszłości. Pierwszym z nich jest lewar. Nie rozumiany klasycznie, ale nieco inaczej. Udało mi się mianowicie pożyczyć pewną kwotę pieniędzy, którą dołączyłem do swojego portfela. Dzięki temu, że pożyczka odbywa się "w rodzinie", pieniądz mnie nic nie kosztuje, a wręcz na nim zarabiam dzięki inflacji. Zakładając dodatnią stopę zwrotu w długiej serii transakcji, zyski od kwoty 10x są znacznie atrakcyjniejsze od zysków z 3x. Oczywiście straty również są bardziej dotkliwe, ale zakładamy że jednak gra na giełdzie ma sens (= opłaca się bardziej niż lokaty).

Drugi wariant opiera się na bardzo podobnym założeniu, ale wygląda inaczej od strony zysków i strat. Mam na myśli pomnażanie pieniędzy rodziny i znajomych w zamian za udział w zyskach. Z jednej strony mamy większą dostępność kapitału. W końcu łatwiej będzie uzyskać nam środki na zasadzie powierzenia do zainwestowania, niż na zasadzie bezpłatnego zamrożenia kapitału bez żadnych korzyści. Z drugiej jednak strony mamy całą masę ryzyk, z którymi trzeba się uporać. 

Pierwszym jest oczywiście ryzyko rynkowe. W pierwszym wypadku możemy zagwarantować osobie, która pożycza nam środki, że ich nie stracimy. Mamy 5k, pożyczamy 10k i mówimy, że wszelkie straty ponosimy na naszym kapitale, a jeśli portfel zmniejszy się do 10k oddajemy całą kasę, a te 5k strat zjadamy sami. W przypadku pożyczonej kasy może być trudno. Załóżmy że mając te 10k własnej kasy uzyskujemy ciekawe wyniki. Rodzina powierza nam swoje środki w kwocie powiedzmy 60k. Co zrobimy, gdy obsunięcie sięgnie 30%? Już ze swoich nam nie starczy.

Kolejne ryzyko to niepewność osób powierzających nam swoje środki. Zazwyczaj liczą one na zysk bez ryzyka, a kiedy informujemy, że ta zabawa może przynieść straty, puszczają to mimo uszu. I może się okazać, że przy stracie rzędu 10% zabiorą swoją kasę i poczują się oszukani, bo przecież miały być zyski. I tak, nie dość że musimy na szybko sprzedawać papiery (które być może miały właśnie się odbijać, na co czekaliśmy), to jeszcze mamy popsute relacje z bliskimi. A spory o kasę to chyba jedne z najgorszych w rodzinie.

Na razie nie będę się rozwodził z kolejnymi ryzykami, gdyż póki co nie planuję przyjmować czyichkolwiek środków do inwestowania. Otrzymałem już propozycje na sumy mniej więcej trzykrotnie przekraczające mój obecny portfel, ale uznałem, że jeszcze za wcześnie na branie odpowiedzialności za cudze środki. To, co pożyczyłem, gwarantuję własnym kapitałem, więc w sumie nie ma ryzyka, że pożyczki nie oddam. 

I powiem szczerze, że efekty skoku z małego portfela na ciągle mały, ale sporo większy, są bardzo pozytywne. Można więcej rzeczy zrealizować, można lepiej dywersyfikować, można ponosić większe ryzyko, ale ryzyko konieczne z punktu widzenia naszych technik inwestycyjnych. I to widać na portfelu.


Tak więc są sposoby, żeby nieco przybliżyć sobie świetlaną przyszłość. Czy z nich skorzystacie, Wasza rzecz. Na zachętę zapodaję kilka ładnych obrazków:

2 komentarze:

  1. Ja bym się trochę bał mieszać "rodzinne" pieniądze do inwestycji.

    To oczywiście zależy od relacji, ale czasem może się to skończyć jakimiś niezręcznymi sytuacjami, które opisałeś.

    Poza tym dokładanie sobie na samym początku jeszcze presji otoczenia może nie wyjść na dobre.

    Zresztą, ogólnie przy inwestycjach - mając nadal dość skromny portfel - sam trzymam się z daleka od pożyczek i kredytów. "Pożycz pieniądze - będzie łatwiej" za wiele razy słyszałem w reklamach banków, by w to uwierzyć ;).

    OdpowiedzUsuń
  2. Inwestowanie cudzych pieniędzy to duża odpowiedzialność, fakt, ale z drugiej strony jeśli ktoś osiąga przez kilka lat wyniki zdecydowanie lepsze niż wszystkie TFI i inne ETF-y, nie widzę przeszkód, żeby inwestował też cudze pieniądze.

    Oczywiście sam nie mam takiego doświadczenia, więc nie zajmuję się zarządzaniem czyimiś środkami. Nawet dlatego, że sam nie czuję się dość pewnie mając tylko 1,5 roku historii na rynku.

    Z kolei kasę, którą pożyczyłem traktuję jak własną. Gwarantuję ją własnym kapitałem, więc nie ma obawy, że ją stracę.

    Co do pożyczek, mam podobne podejście. Problemem są dwie rzeczy - konieczność zwrotu oraz odsetki. O zwrocie pisałem wyżej, a co do odsetek też w poście napisałem - pożyczyłem X, oddaję X.

    Mam oczywiście świadomość, że nie każdy ma takie możliwości, ale jeśli się ma, warto spróbować.

    Z drugiej strony można przecież zrobić coś, co sam robię, czyli zbudowanie jednostki inwestycyjnej. Załóżmy, że mamy portfel o wartości 20k. Można zrobić z tego jednostki o wartości 200 zł (czyli 1%) i oferować je do kupna osobom trzecim. Jak portfel wzrośnie do 22k, to wartość jednostki podskakuje do 220 zł itd.

    Jest przy tym trochę przeliczania, ale da się to zrobić. Sam korzystam z tego sposobu do inwestowania z portfela pasywnego w portfel aktywny (akcje, kontrakty). Taki prywatny TFI :)

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails