sobota, 13 października 2012

Tak oczywiste, że aż niemożliwe

Rozpoczynając swoją przygodę z analizą techniczną, jedną z podstawowych rzeczy, jakich się uczymy są formacje cenowe. Dowiadujemy się, że jeśli cena zachowa się w określony sposób, możemy oczekiwać, że zachowa się tak lub inaczej również w przyszłości. Dodatkowym atutem formacji jest możliwość opisania ich za pomocą linii prostych, co bardzo podoba się naszemu oku oraz umysłowi.

Patrzymy więc na wykresy w poszukiwaniu takich właśnie prawidłowości. Najczęściej dostrzegane przez nas układy cenowe nie są idealne. A to któryś z wierzchołków trójkąta przebija linię, innym razem chorągiewka nie układa się zgodnie ze wzorcem... Stajemy wtedy przed dylematem: uznawać tę formację za ważną, czy też poczekać na lepszą okazję. 

Ta pozorna niedoskonałość formacji budzi u nas obawy. Bo skoro nie jest ona "podręcznikowa", to być może wiąże się z nią większe ryzyko niż z układami bliższymi ideałowi. Traktujemy więc takie formacje z ostrożnością. Chodzimy wokół nich, przyglądamy się i ostatecznie podejmujemy decyzję o kupnie lub rezygnacji z dokonania zakupu.

Kilka lat doświadczenia na rynkach oraz tysiące obejrzanych wykresów nauczyły mnie bardzo ważnej rzeczy. Uświadomiłem sobie, że nie jest ważne, czy cena idealnie wpisuje się w kryteria wyznaczające głowę z ramionami, trójkąt, czy linię trendu. Wszystkie te plastyczne i przemawiające do rozsądku opisy formacji są jedynie uproszczeniem, które ma ułatwić analizę rynku. W istocie, nawet niedoskonałe formacje cenowe mogą być skutecznie wykorzystywane, gdyż liczy się pewna prawidłowość, a nie milimetrowa precyzja na wykresie.

Stąd też przestałem już rysować linie trendu dokładnie po cieniach świec. Bo dlaczego nie miał bym rysować po korpusach? W istocie przestałem już praktycznie te linie rysować, gdyż trend jest widoczny gołym okiem i nie potrzeba przykładać do niego linijki. A co z trójkątami, flagami i chorągiewkami? Jeśli występują one w trendzie to są jedynie formą korekty, zatrzymania się ceny na pewnym poziomie. Nie jest ważne, czy wierzchołki wpisują się dokładnie w formację trójkąta wznoszącego lub symetrycznego. Podobnie wygląda sytuacja z odwróceniem trendu. Niezależnie od tego, czy wierzchołek prawego ramienia równy jest lewemu, czy linia szyi przebiega idealnie poziomo, czy też ukośnie, liczy się fakt, że cena przestała robić kolejne wyższe wierzchołki, a zaczęła robić nowe dołki.

Wbrew pozorom, uświadomienie sobie tego zajmuje niekiedy trochę czasu. Nie wszyscy inwestorzy są w stanie osiągnąć wystarczający poziom elastyczności, aby wyzwolić się ze sztywnych ram formacji cenowych. Oczywiście można zrobić coś zupełnie przeciwnego i te formacje skwantyfikować, a następnie zbudować oparty na nich system inwestycyjny. Ale casus Thomasa Bulkowskiego to zupełnie inna opowieść.

Te kilka lat doświadczenia na rynkach nauczyło mnie jeszcze jednej ciekawej rzeczy. Otóż jeśli jakaś formacja wygląda zbyt idealnie, trzeba wzmóc czujność. Pośród licznych wykresów, zdarzają się czasami perełki, których przebieg idealnie pokrywa się ze wskazaniami podręczników do analizy formacji. Wierzchołki wypadają dokładnie na kreskach, cena odbija się od okrągłych poziomów, a zasięg wybicia z trójkąta jest równy wysokości całej formacji.

Widząc coś takiego w momencie kluczowym, np. na wsparciu lub oporze, ręce zaczynają nam się trząść z ekscytacji. Bo przecież trafiliśmy na ideał, białego kruka i jednorożca, który na swym grzbiecie zawiezie nas do góry złota. 

Niestety, z moich osobistych doświadczeń wynika, że takie układy często zawodzą. Nie chcę powiedzieć, że jest to rynkowa zasada, ale jedynie moje odczucie. Jeśli tylko coś wyglądało zbyt pięknie, żeby było prawdziwe, najczęściej takie właśnie było. I z pięknego (w założeniach) zagrania, wychodziło coś zupełnie niefajnego.

Tego typu idealne układy mają swoją dodatkową wadę, jaką jest nasza psychologia. Bo skoro widzimy formację, która na 101% musi się udać, często mamy tendencję do zwiększenia pozycji ponad miarę. Dlaczego mielibyśmy zainwestować w "pewniaka" tylko 1/4 portfela, a nie połowę lub całość? 

Podobnie wygląda sytuacja ze stop lossem. Rynek zbliża się do wsparcia i kupujemy papiery. A rynek schodzi niżej. Najpierw nie panikujemy, przecież rzadko udaje się złapać idealne dno. Problem pojawia się, gdy obniżamy naszego stop lossa lub zupełnie rezygnujemy z jego ustawienia. Dajemy rynkowi coraz więcej miejsca, a ten bezczelnie to miejsce wykorzystuje. W chwili, gdy dociera do nas, że formacja techniczna nie wypaliła, najczęściej jest już za późno. Bywa tak, że nie ustawiając stop lossa idziemy np. do pracy, a duża część inwestorów dochodzi do wniosku, że wsparcie padło. I wtedy rynek zamyka się ponad 5% niżej niż dzień wcześniej. A to przecież nierzadkie po przebiciu ważnego wsparcia. 

Miejcie z tyłu głowy to wszystko, co powyżej napisałem. A jeśli już macie, możecie rzucić okiem na dwa wykresy, które wpadły mi w oko :)

Belvedere

Synthos

środa, 10 października 2012

The System - założenia

Minął już ponad miesiąc od wpisu, który miał być początkiem całego cyklu wpisów. W istocie, jest on początkiem, więc jeśli uleciało już Wam z pamięci to, co wtedy pisałem, zachęcam do rzucenia okiem jeszcze raz na tamten post. 

Założenia systemu są całkiem proste, można wręcz powiedzieć, że banalne. Rdzeniem systemu będzie wystawianie opcji call znajdującej się OTM, czyli poza pieniądzem. Od razu nasuwa się skojarzenie ze strategią covered call, tyle że tym razem będzie to naked call, a więc bez równoczesnego zajmowania pozycji w instrumencie bazowym.

Strategia tego typu wiąże się z ograniczonym potencjałem zysku oraz możliwością poniesienia teoretycznie nieograniczonej straty. Dlatego też naszym celem jest niedopuszczenie do sytuacji, w której w chwili rozliczenia danej serii opcji cena instrumentu bazowego znajdzie się powyżej strike'a opcji. Skoro będą to opcje OTM, zarabiamy w czterech z pięciu możliwych scenariuszy rynkowych:

- rynek silnie spada - zarabiamy
- rynek umiarkowanie spada - zarabiamy
- rynek nie zmienia się - zarabiamy
- rynek umiarkowanie rośnie - zarabiamy
- rynek silnie rośnie - tracimy

Widzimy więc, że ryzyko poniesienia nieograniczonej straty jest nieco rekompensowane przez układ zysków - teoretycznie jest tylko 20% szans na zejście pod wodę. W rzeczywistości może to być trochę więcej lub mniej, w zależności od tego, jak bardzo OTM będzie wystawiona nasza opcja call. Poza tym, ryzyko determinowane jest też przez zmienność oraz przez kierunek trendu. Chyba oczywistym jest, że w trendzie wzrostowym rynek ma większe szanse na pójście w górę niż w dół - to jest jedno z założeń bazowych analizy technicznej.

Konsekwencją tego będzie oczywiście koniunktura rynkowa, w jakiej będzie nasza strategia się sprawdzała dobrze. Trendem niosącym dla nas większe ryzyko będzie trend wzrostowy, który ma tendencję do podnoszenia wierzchołków. Z kolei silnym spadkom towarzyszy duża zmienność, która generuje nam ryzyko w postaci gammy. Dlatego też najlepszym środowiskiem jest ruch boczny, ewentualnie umiarkowane wzrosty lub spadki. 

Kolejna kwestia to terminy wygasania. Wcale nie ukrywam, że strategia ma wykorzystywać opcje miesięczne, które GPW obiecuje wprowadzić po przeniesieniu się na platformę UTP. Niby premia opcyjna powinna uwzględniać czas do wygaśnięcia (wyższa, im dalej do rozliczenia), lecz im dłuższy jest czas na jaki chcemy zrobić prognozę, tym większy margines błędu. Poza tym, strategia zakłada wykorzystywanie swingów cenowych, w tym momentów wykupienia i wyprzedania, a co za tym idzie, łatwiej jest szacować swingi najbliższe.

Tak więc reasumując. Naked call OTM z wykorzystaniem analizy technicznej i zarządzaniem ryzykiem. W kolejnych wpisach dalsze szczegóły strategii.

piątek, 5 października 2012

Się porobiło, wszędzie komercha

Funkcjonowanie w blogosferze finansowej od kilku (choć niewielu) lat pozwala śledzić ewolucję tego segmentu internetu. Czyta się to i owo, obserwując przy okazji, jak jedne blogi powstają, inne umierają, a jeszcze inne ewoluują w różnych kierunkach.

Ciekawym zjawiskiem jest komercjalizacja blogosfery finansowej. Odnoszę wrażenie, że kiedyś pchała ludzi  do pisania głównie pasja, chęć dzielenia się pomysłami i pragnienie wymiany uwag. Obecnie, coraz więcej powstających serwisów ma z założenia zarabiać kasę. 

Zaczyna się niewinnie, od forum wymiany opinii giełdowych. Dostaję np. maila, że powstaje coś nowego i byłoby miło, gdybym się poudzielał, jako bloger z doświadczeniem, coś napisał etc. Później, najczęściej niedługo po debiucie, następuje rozwinięcie działalności. Dodatkowe usługi, zawartość o charakterze "premium", płatna smsem lub kartą. Najczęściej są to szkolenia, webinary lub usługi wspomagające inwestowanie, jak filtry fundamentalne do spółek.

Co ciekawe, niektóre serwisy od samego początku powstają po to, aby zarabiać pieniądze. Świadczy o tym chociażby fakt, że są zakładane i zarządzane przez podmioty będące osobami prawnymi, najczęściej spółkami z o.o. Trudno jest przypisać im chęć krzewienia wiedzy finansowej.

Niektórzy blogerzy również sięgają po sposoby na przeobrażenie bloga w maszynkę generującą mniejszy lub większy przychód. Najczęściej są to publikowane przez nich płatne ebooki zawierające omówienie tematyki, którą interesuje się autor bloga. Innym razem są to zamknięte treści na stronie lub płatne rekomendacje. Kwoty nie są wielkie, ale w w tym biznesie wysokie opłaty za treści mają krótki żywot. Niekiedy darmowa część strony nakierunkowana jest jedynie na zachęcenie do kupna usługi lub publikacji.

Trudno jest dyskutować z faktami. A te pokazują jednoznacznie, że rynek nie lubi próżni i jeśli gdzieś pojawi się potencjalny popyt, podaż pojawia się chwilę później. Trudno jest też dziwić się blogerom, którzy poświęcając masę czasu i energii na pisanie, chcieliby chociaż niewielkiej finansowej gratyfikacji za włożony wysiłek. Zdecydowanie ich rozumiem i ten wpis nie ma na celu piętnowania prób zarabiania na czytelnikach i konsumentach usług.

Ze swojej strony też poczyniłem ostatnio działania zmierzające do zwiększenia przychodów generowanych przez bloga. Jak pewnie zauważyliście, pojawiła się górna belka z programem partnerskim. Jeśli klikniecie odpowiednie linki, a następnie zakupicie usługę, ja otrzymam drobny grosz. Myślę, że jest to fair deal, gdyż ani nie blokuję funkcjonalności bloga, ani nie jest to uciążliwe w codziennym odwiedzaniu mojej strony.

Z okazji tego nieco refleksyjnego wpisu, wrzucam na górze ankietę: czy jesteś skłonny zapłacić za treści na blogu finansowym.