Inwestowanie bez stop lossów nie jest podejściem, które można polecić każdemu. Ja sam jednak stosuję je od dłuższego czasu na rynku akcji i jestem zadowolony z osiąganych w tym zakresie efektów. Nawet, jeśli czasem sytuacja bywa gorąca.
Zazwyczaj jedną z pierwszych rzeczy, jakie słyszy początkujący inwestor jest właśnie przypomnienie o konieczności stosowania zleceń stop loss. Trudno nie przyznać tutaj racji, gdyż w ten sposób ryzyko jest określone i zdefiniowane do preferowanego przez nas poziomu. Po drugie, zdejmowany jest z naszych barków ciężar podjęcia trudnej z psychologicznego punktu widzenia decyzji o tym, żeby uciąć stratę i zamknąć pozycję. Jednak tym samym odcinamy sobie szansę do odrobienia strat przy ruchu wzrostowym.
Doświadczenie, również moje własne, uczy, że wiele osób ma trudność z wychodzeniem z rynku w sytuacji ponoszonych strat. Moment ten jest odwlekany w oczekiwaniu na bardziej sprzyjające warunki. Szuka się wtedy uzasadnienia dla pozostawienia pozycji na rynku, być może dostrzegamy kolejne wsparcia, od których rynek powinien się odbić. W efekcie straty znacząco przekraczają założony początkowo poziom, a jeśli jest to rynek lewarowany, potrafią całkiem mocno uderzyć w stan portfela. Dlatego też sądzę, że dobrze jest zlecenia obronne stosować.
Ja sam od przynajmniej kilkunastu miesięcy nie używam stop lossów. Zlecenia zamykające transakcję składam ręcznie, każdorazowo monitorując ich egzekucję. Zanim jednak opowiem, dlaczego działam tak, a nie inaczej, zaprezentuję dwie sytuacje, w których było bardzo gorąco.


