piątek, 6 stycznia 2012
wtorek, 3 stycznia 2012
Po co to wszystko?
Wpis ten będzie rodzajem klamry, łączącej moje większość moich technik zajmowania pozycji na różnych rynkach. Piszę o zajmowaniu pozycji, gdyż dotyczy to jedynie wchodzenia na rynek, prowadzenie jest już nieco inną sprawą, dostosowaną do specyfiki poszczególnych walorów oraz moich planów co do danej transakcji.
Jeśli śledzicie mojego bloga już dłuższy czas, z pewnością zauważyliście, że pewne techniki przewijają się w zasadzie przez większość analiz. A więc, jeśli chcę kupić coś pomyślanego na dłuższą inwestycję (kilka miesięcy), staram się to zrobić w sytuacji, gdy trend spadkowy ulega odwróceniu i widzę pierwsze przesłanki do wzrostów. Czekam nie na wybicie, ale na jakąś następującą po nim korektę, w której wchodzę na rynek. Niekiedy zdarza się to jeszcze wcześniej.
Chcąc zająć pozycję w trakcie trwającego trendu, zawsze robię to w korekcie. Nie kupuję na przebiciu dotychczasowych maksimów (co jest wyznacznikiem podążania przez rynek w dotychczasową stronę), ale właśnie czekam na ruch przeciwko trendowi i składam swoje zlecenie w chwili, gdy uznaję, że korekta się kończy i rozpoczyna się kolejny ruch impulsowy.
W przypadku swing tradingu, sytuacja wygląda bardzo podobnie. Z pewnością znacie już układ swingowego odwrócenia, który w sytuacji wyczerpania impetu jest dla mnie doskonałą okazją do zajmowania pozycji. Tam właśnie staram się kupić, gdyż uważam, że są wtedy największe szanse na powodzenia takiego przedsięwzięcia.
Charakterystyczne jest również, że często nie kupuję na pierwszych ruchach w przeciwnym kierunku, ale staram się złapać jeszcze ekstremalne wychylenia w dotychczasowym. W praktyce wygląda to tak, że często swoimi zleceniami próbuję trafić idealnie w szczyt lub dołek.
I tu wracamy do tytułowego pytania: Po co to wszystko? Dlaczego gram akurat tak, a nie inaczej? Słowem kluczem jest tutaj ciasny stop loss. Całość moich zagrań sprowadza się właśnie do tego, żeby móc ustawić zlecenie obronne jak najbliżej poziomu wejścia. A jak ustawiam stopy? Opieram się na analizie technicznej, a w szczególności na analizie czystego wykresu, a więc moje zlecenia obronne znajdują się zazwyczaj poniżej ostatniego dołka. Stąd też chcę zająć pozycję na rynku możliwie blisko tego dołka, aby ryzykować jak najmniejszy dystans.
Tak więc przy strategiach podążania za trendem czekam na koniec korekty, a stopa ustawiam pod jej dnem. W przypadku swing tradingu, czekam na wyczerpanie impetu i wchodzę w miejscu, do którego w mojej ocenie rynek już nie wróci. Stop oczywiście pod końcem swingu. Dlaczego tak nie lubię szerokich stopów?
Jest kilka powodów. Pierwszym z nich jest psychologia. Nie lubię patrzeć, jak rynek jedzie przeciwko mojej pozycji. Nie lubię też chwil, gdy zaraz po kupnie rynek nic nie robi. Po prostu nie lubię tego i już. W efekcie tak dobieram sposób zajęcia pozycji, aby zaraz po kupnie, cena poszybowała w górę. Takimi miejscami są właśnie dla mnie korekty w trendzie oraz wyczerpania swingowe. Jeśli widzę, że rynek zaczyna się odwracać, chcę tam właśnie być, aby korzystać z ruchu, który w mojej ocenie za chwilę powinien nastąpić.
Kolejną kwestią jest kupowanie tanio. Każdy chciałby kupować nisko i sprzedawać wysoko. Analizując tysiące wykresów doszedłem do wniosku, że tanio jest wtedy, gdy rynek w trendzie znajduje się w fazie korekty, a rynek idący bokiem znajduje się na wyczerpaniu swingu. Wtedy jest tanio, a co więcej, oczekuję że uda mi się to odsprzedać drożej. Kilka tysięcy wykresów dalej, ciągle uważam, że właśnie w tych miejscach jest tanio (a precyzyjniej: taniej niż gdzie indziej na wykresie).
I w końcu trzeci argument, najważniejszy z nich: zarządzanie kapitałem. Stawiając ciasnego stop lossa, jestem w stanie otworzyć dużo większą pozycję, niż by to było możliwe przy bardziej oddalonym zleceniu obronnym. Pokażę to na prostym przykładzie.
Załóżmy, że na rynku oczekuję ruchu w górę o zasięgu 10%. Rynek kończy korektę, powraca do trendu, a ja czekam dwa dni i kupuję. W tej sytuacji musiałbym ustawić stop lossa (zgodnie z moimi zasadami - pod ostatnim dołkiem) jakieś 5% poniżej poziomu wejścia. W efekcie, rynek mając za sobą już te 5% ruchu, ma przed sobą perspektywę jedynie na kolejne 5% (zakładając, że oczekiwany ruch 10% nastąpi). Mój oczekiwany stosunek zysku do ryzyka wynosi 1:1.
Teraz zarządzanie kapitałem. Akcje kosztują 10 zł za sztukę, kupuję po cenie 10,50 zł, licząc na ruch do 11,00 zł. Dysponując hipotetycznym portfelem 10 000 zł i trzymając się założenia, że w jednej transakcji ryzykuję nie więcej niż 2% portfela, mogę otworzyć pozycję wielkości 400 akcji. Jeśli rynek spadnie do poziomu 10,00 zł, stracę 50 groszy na akcję, a więc 200 zł (400*0,5 zł). Jeżeli zarobię, mój zysk będzie taki sam (50 groszy na akcję = 200 zł). Mój portfel urośnie o 2% przy ryzyku 2%.
A teraz przykład odmienny, obrazujący moje podejście. Ta sama sytuacja, zakładam ruch o 10%, tyle, że oczekując odbicia wchodzę bardzo wcześnie, załóżmy, że jest to 1% od dna. W efekcie mam przed sobą jeszcze hipotetyczne 9%, które rynek powinien pokonać, jeśli moja analiza jest poprawna. Ważąc 1% stop loss i 9% potencjał do wzrostu, mamy stosunek oczekiwanego zysku do ryzyka na poziomie 9:1. Dużo więcej niż w poprzednim przypadku.
A jak wygląda zarządzanie kapitałem? Ryzykuję te same 200 zł z portfela o wartości 10 000 zł. Kupuję akcje po cenie 10,10 zł, oczekując na ruch do poziomu 11,00 zł. Moje ryzyko wynosi więc 10 groszy na akcję, dzięki czemu mogę zbudować znacznie większą pozycję - równą aż 2 000 akcji. Jest więc ona 5-krotnie większa od tej, którą otwierałem przy szerszym stop lossie. Jeśli rynek faktycznie dotrze do poziomu 11 złotych, mój zysk na akcję wyniesie 90 groszy, a więc na całej pozycji będzie to 1 800 zł. Ryzykując te same 2% portfela, daję sobie szansę na zarobienie 18%, a więc dziewięciokrotnie więcej (co potwierdza początkowy stosunek zysk/ryzyko).
Mam nadzieję, że powyższe dwa przykłady w dokładny sposób obrazują mój tok myślenia. Wolę wejść znacznie wcześniej, ale o wiele większą pozycją. Ponoszę przy tym nie większe ryzyko, niż przy zajmowaniu pozycji w innym miejscu na rynku. Poruszyć teraz trzeba kilka wad tego podejścia.
Po pierwsze, próba łapania dołka/szczytu, ma o wiele niższą skuteczność niż wchodzenie w bardziej zaawansowanej fazie ruchu. Mniejsze potwierdzenie sprawia, iż wiele tego typu pozycji jest zamykanych na zleceniach obronnych. A bo rynek się cofnie, a bo wyjdą dane, a bo to jeszcze nie był ten dołek. Tak więc stosując tę technikę należy się liczyć z o wiele większą liczbą porażek. Cel jest taki, aby te duże zwycięstwa, rekompensowały porażki z nawiązką. Zakładając, że scenariusz z drugiego przykładu się zrealizuje (1 800 zł zysku), nie będą nas bardzo bolały trzy, cztero, a nawet pięciokrotne porażki przed jego osiągnięciem. I tak jesteśmy do przodu.
Drugą wadą jest fakt, że zysk ten nie zawsze w pełni się realizuje. Nawet jeśli trafimy w ruch rynku, może się okazać, że technika prowadzenia pozycji zamknie nam ją na poziomie zysku 6:1, 4:1, 2:1, czy nawet 0,5;1. Dla mnie to akurat nie jest wielkim problemem, gdyż zawsze lepszy jest zysk 4:1 niż 1:1. Pamiętać jednak należy, że zyskami tymi musimy pokryć niską trafność tych wejść. Zysk 800 zł (4:1) nie pokryje sześciu strat po 200 zł.
Kolejnym problemem jest dobranie takich metod analizy rynku, aby możliwe było faktyczne zajmowanie tych zaplanowanych pozycji. Trzeba więc o wiele dokładniej składać i pilnować realizacji zleceń, gdyż w takich ekstremalnych wychyleniach (np. swingowych) rynek przebywa o wiele krócej niż w innych fazach ruchu. Bywa, że przy swing tradingu sytuacja taka trwa dzień lub nawet kilka godzin. Jeśli wtedy nie złożymy zlecenia (bo np. będziemy w pracy) lub też jeśli nasza pozycja zostanie zamknięta na stop lossie i jej nie odnowimy, ruch nam ucieknie. Tak więc próby łapania idealnych miejsc do zajmowania pozycji wymagają większej ilości wolnego czasu.
W dzisiejszym wpisie to tyle, następnym razem pokażę, jak to działa na wykresie.
poniedziałek, 2 stycznia 2012
Atakować frontalnie, czy precyzyjnie?
Niniejszy wpis jest obiecaną odpowiedzią na pytanie, które padło pod ostatnim wpisem. Żebyście nie musieli zerkać, o co dokładnie chodziło powiem, że jego autor poruszył kwestię inwestowania/grania tylko na jednym walorze spośród szerokiej gamy walut i towarów, na których, przynajmniej ja, zajmuję pozycje.
Niestety nie znam uzasadnienia dla decyzji o ograniczeniu się do obserwowania tylko jednego waloru, ale po pewnym zastanowieniu znajduję kilka argumentów, którym warto się bliżej przyjrzeć.
Po pierwsze specjalizacja systemowa. Określeniem tym nazywam sytuację, w której trader koncentruje się wyłącznie na jednym rynku (np. kontrakty terminowe na dany indeks) i właśnie pod jego zachowania, mechanikę i parametry buduje swój system inwestycyjny. Tak dobiera same założenia wyjściowe, jak i konkretne ustawienia (np. zarządzanie kapitałem), aby w możliwie wysokim stopniu wykorzystać powstające okazje inwestycyjne. Nie ma więc konieczności obserwowania wielu walorów i zmiany parametrów pod konkretny rynek. Bo po co poprawiać coś, co się świetnie spisuje?
Po drugie, specjalizacja merytoryczna. Nie chcę tu powiedzieć, że podejście przedstawione powyżej jest niemerytoryczne. W tym miejscu mam na myśli specjalizację w temacie konkretnego rynku. Np. inwestor zostaje (lub stara się zostać) ekspertem od rynku kukurydzy, bawełny, platyny, czy jakiegoś innego dobra. Bada strukturę popytu i podaży, analizuje cykliczność i śledzi wszelkie informacje istotne dla notowania "jego" waloru. W efekcie takie inwestowanie opiera się na poszukiwaniu okazji inwestycyjnych (i ryzyk) w oparciu o podstawy fundamentalne stojące za konkretnymi ruchami ceny. Jest to podejście wymagające dużej ilości czasu i mocnego zaangażowania, a także mocno uzależnione od informacji z otoczenia.
Trzecim argumentem przemawiającym za analizowaniem tylko jednego waloru może być oszczędność czasu. Zerkamy sobie tylko na jeden wykres i nie interesuje nas nic innego, o ile nie mają tu zastosowania istotne korelacje i powiązania z innymi walorami, co przecież jest częste. Generalnie kierowanie się oszczędnością czasu przy grze na giełdzie może być mocno chybionym pomysłem.
W zasadzie są to jedyne znalezione przeze mnie argumenty przemawiające za specjalizacją w jednym tylko walorze. Teraz postaram się poszukać zalet inwestowania i obserwowania wielu aktywów na raz. Zrobię to na przykładzie rynku towarów, gdyż sam działam na kilkunastu z nich.
Po pierwsze, większa ilość okazji do zainwestowania. Jeśli mamy system lub technikę inwestycyjną wykorzystującą określony układ na wykresie, na większej liczbie walorów wystąpi on zdecydowanie częściej. Chcąc uprawiać swing trading, na jednym walorze zawrzemy miesięcznie zapewne nie więcej niż pięć transakcji. Mając do dyspozycji dużo, różnie skorelowanych walorów jesteśmy w stanie zdecydowanie częściej wykorzystywać naszą technikę, o ile oczywiście jest ona skuteczna. W efekcie możemy filtrować sygnały, czyli w sytuacji równoczesnego występowania okazji inwestycyjnych, wybieramy tę, która w pełniejszy sposób spełnia nasze kryteria. Na jednym walorze musimy brać, co rynek daje, gdyż, w zależności od stosowanego podejścia, kolejna okazja może się trafić dopiero za kilka dni lub tygodni.
Drugą wielką zaletą jest możliwość dywersyfikacji. Na rynku walut i towarów, wiele aktywów nie jest ze sobą skorelowanych. Rozkłada to ryzyko, że poniesiemy duże straty w związku z niezrealizowaniem się zakładanego przez nas scenariusza. Wielość aktywów, często też odwrotnie skorelowanych, daje możliwość zabezpieczania części ryzyka rynkowego. Podajmy przykład. Dziś USA nie handluje, więc nie zamknęła mi się krótka pozycja na SP500, która w obliczu dzisiejszych ponad 2% wzrostów zapewne by zniknęła z rynku. Jednak dzięki temu, że ustawiłem oczekujące zlecenie sprzedaży na bundach (niemieckie 10-letnie obligacje), nie stracę na tym tak wiele, gdyż podczas wzrostów na giełdach, ceny obligacji spadają (odwrotna korelacja). Już wielokrotnie z opałów ratowało mnie takie awaryjne zlecenie otwierające przeciwną pozycję na walorach o ujemnej korelacji.
Trzecią sprawą jest w końcu częstotliwość dokonywania transakcji i tego skutki. Zakładając, że nasza metoda działa i nasz oczekiwany zysk z każdej pozycji to np. 2% portfela, dokonując jednej transakcji w miesiącu zarobimy rzeczone 2%. Natomiast powtarzając ten numer 10 razy miesięcznie, zarabiamy prawie 22%. Różnicę widać gołym okiem :)
Ostatnia rzecz to niewielkie koszty takiego podejścia. Oczywiście musimy dokonać adaptacji stosowanych przez nas metod, co czasami bywa trudne, jeśli korzystamy z systemów wykorzystujących specyficzne dla danego rynku prawidłowości, ale da się zrobić. Analityk korzystający z technik dyskrecjonalnych oraz wykorzystujący bardzo podstawowe okazje inwestycyjne (np. ja), jest w stanie ograniczyć całość analizy do rzutu oka na wykres w poszukiwaniu takiej, czy innej struktury ruchu rynkowego. W efekcie koszt gry na wielu instrumentach ogranicza się do przejrzenia kilkunastu obrazków.
Mając na uwadze powyższe argumenty, polecam rozpoczęcie analizy wielu różnie skorelowanych aktywów, chociaż przez jakiś czas. Zapoznacie się z zaletami takiego podejścia, a jeśli koszty przeważą, zawsze można wrócić do tego waloru, z którym czujecie się najlepiej.
Etykiety:
takie moje luźne gadanie
Subskrybuj:
Posty (Atom)