czwartek, 30 grudnia 2010

Czyżbym z tradera stawał się inwestorem?

Zawsze myślałem o sobie w kategoriach tradera lub spekulanta. Oczywiście posiadanie portfela różnych aktywów, które w długiej perspektywie mają zyskiwać na wartości może sugerować coś innego, ale jeśli chodzi o posunięcia stricte giełdowe, byłem traderem. Przez długi czas koncentrowałem się na swing tradingu, gdyż to w nim widziałem potencjał. Kupno przy ciasnym stopie oraz złapanie krótkoterminowego ruchu były dla mnie głównymi priorytetami. W zasadzie uważałem, że inwestowanie długoterminowe nie jest zajęciem dla mnie, no może jeszcze nie teraz.

Gdy teraz o tym myślę, dochodzę do wniosku, że głównym powodem takiego myślenia był nadmiar czasu i niedostatek pieniędzy. Wtedy jeszcze nie pracowałem, a jako że studia na 4 roku nie są już wyzwaniem pochłaniającym bez reszty, mogłem siedzieć przy komputerze i klikać do woli. Z drugiej strony dysponowałem portfelem, który mógł udźwignąć maksymalnie dwie spółki jednocześnie. Sytuację komplikował dodatkowo fakt, iż chcąc respektować zasadę, że nie ryzykuję więcej niż n% portfela w transakcji, zmuszony byłem do stawiania ciasnych stopów, często niedostosowanych do warunków rynkowych. Jak nietrudno się domyślić, wyniki takiego podejścia plasowały się różnie, aczkolwiek nie było tragicznie.

Rygorystyczna polityka dopłacania do portfela oraz sposobność pożyczenia części środków sprawiły, że powiększyłem mój portfel giełdowy kilkukrotnie. Od tej pory mogę posiadać akcje kilku spółek jednocześnie, zachowując przy tym założone progi ryzyka. Dopiero niedawno uświadomiłem sobie, że w sposób diametralny zmieniło to moje działania na rynku.

Obecnie mój portfel praktycznie się nie zmienia. Posiadam w nim 4 spółki oraz dwa certyfikaty strukturyzowane. Od kiedy dołożyłem środków, zaledwie raz wyleciałem na stopie, a była to pozycja zaplanowana jako długoterminowa (Projprzem przełamał wsparcie). Poza tym przeprowadziłem kilka krótkich strzałów na kontraktach terminowych i to by było wszystko. Trzymam ciągle te same papiery i wcale mi nie przeszkadza, że na jednym z wykresów od półtora miesiąca nic się nie dzieje. Czuję, że nie mam ciśnienia, gdyż ciągle widzę tam potencjał do wzrostów. Ale zmiany powyżej opisane są jedynie konsekwencją tego, co zaszło na poziomie analizy.

Obecnie patrzę na o wiele szerszy obrazek niż kiedyś. Częściowo oddaje to jeden z poprzednich wpisów. Zamiast skupiać się na detalach, szukam zmian mających kluczowe znaczenie dla trendu. Odwrócenie ruchu to nie jest już duża świeczka dzienna, ale zmiana układu lokalnych szczytów i dołków. Można powiedzieć, że zrobiłem znaczący krok w stronę czytania rynku poprzez jego 4 fazy. I daje to efekty. Zamiast rzucać się z prawa na lewo, siedzę sobie spokojnie i patrzę na rozwój sytuacji. Obecnie 3 z 4 spółek oraz obydwa certyfikaty są w wyraźnym trendzie wzrostowym, więc nawet nie wystawiam zleceń stop. Zakładam, że jeśli zacznie dziać się coś złego to zdążę zareagować. No, chyba że trafi się black swan, ale chyba by musiał mieć jeszcze trzy głowy.

W konsekwencji inaczej też planuję swoje inwestycje. Zamiast podejść typowo krótkoterminowych, patrzę na szerszy obrazek, nierzadko przez pryzmat świec tygodniowych i miesięcznych. Bo w końcu po co się zarzynać skalpowaniem, skoro niektóre wykresy wyglądają tak:
O dziwo dzieje się tak również na foreksie. Po popełnieniu bardzo wielu błędów początkującego (miliony transakcji, bez ładu i składu) ograniczam się teraz praktycznie do skal D1 i H4, sporadycznie zaglądając na H1.

Pytanie więc, czy jestem jeszcze traderem, czy też już inwestorem? Oczywiście jestem traderem :) Będąc typowym technikiem, sugeruję się głównie wykresem. Interesuje mnie to, żeby kupić tanio i sprzedać drożej, obojętnie co to będzie za aktywo. Definicja spekulanta, jak ulał. Przedmiot działalności moich trzech spółek umiem określić jednym lub dwoma wyrazami, a najnowszy nabytek to dla mnie zupełna ciemna magia. Kupiłem pod wykres i o ile mam do niego dostęp, nie potrzebuję niczego więcej. Jeśli trend wzrostowy będzie trwał, nie interesuje mnie struktura popytu na produkowane dobra, planowane inwestycje czy też zmiany w zarządzie. Rośnie to rośnie, proste.

Myślę, że nie będzie czymś zadziwiającym, gdy napiszę, że podejście inwestorów do rynku ewoluuje. Ale zupełnie inaczej jest, gdy się o tym czyta w książkach, a inaczej, gdy zdaje się sobie sprawę, iż jeszcze pół roku temu kupiłoby się papiery zupełnie innych spółek w oparciu o zupełnie odmienne kryteria. Nie znaczy to jeszcze, że zarzuciłem zabawy krótkoterminowe. Ale środek ciężkości moich inwestycji został znacząco przesunięty, o czym może też nieco świadczyć niedawny wpis o obligacjach.

*********************

Jakieś podsumowanie roku będzie następnym razem :)

środa, 29 grudnia 2010

Mały setup na TVN

W zasadzie obrazki powiedzą same za siebie :)



poniedziałek, 27 grudnia 2010

Gdy inwestor się nudzi

Święta to czas odcięcia się od codziennych obowiązków związanych z pracą i nauką. Kiedy już nacieszymy się rodziną, napełnimy brzuchy smakołykami i odeśpimy zaległości, zaczynamy się niekiedy nudzić. Ja właśnie przeszedłem coś takiego i mam nadzieję, że udało mi się przekształcić to w jakąś korzyść.

Co robi inwestor, gdy nie zbija akurat milionów? Oczywiście planuje, jak zbić miliony :) Ostatnio mam taki czas na rynku, że wiele nie mogę zrobić. Portfel akcyjny mam zaangażowany w jakichś 99,5%, w portfelu na IKE co prawda zostało trochę grosza, ale zbyt mało, żeby kupić jakiś walor, lokaty mają ciągle daleko do wygaśnięcia, a na oszczędności wpłaciłem i zagospodarowałem praktycznie wszystkie wolne środki. Nudy. Do tego na rynku akcji nic się nie dzieje, moja aktywność ogranicza się do zerknięcia, jak zamknęła się sesja, skwitowania tego krótkim "aha..." i przerzucenia kilku danych do statystyki. Generalnie cisza w eterze.

W pierwszy dzień świąt postanowiłem odkurzyć nieco tradingową literaturę. Zabrałem się za książkę, którą już kiedyś miałem okazję czytać, ale stwierdziłem, że małe powtórzenie nie zaszkodzi. Niestety, po przeczytaniu 1/3 okazało się, że ciekawe rzeczy się skończyły, a nawet jeśli przeczytam dalszą część to  tak nie zastosuję tego w praktyce. Odpuściłem i zabrałem się za inną pozycję. Niestety, tym razem wytrzymałem zaledwie 1/4 całości i książka poszła w kąt. Tyle więc wyszło z mojego świątecznego weekendu. Oczywiście nie czytałem cały dzień, żeby nie było, że święta spędziłem z nosem w literaturze :)

Nicnierobienie również męczy. W związku z tym postanowiłem zabrać się w końcu za coś, co odkładałem już dość długo. Od kilku miesięcy na pasku zakładek przeglądarki internetowej miałem odnośnik do strony dotyczącej obligacji korporacyjnych oraz rynku Catalyst. Stwierdziłem, że skoro i poniedziałek mam wolny, warto w końcu ruszyć to zagadnienie, bo może jakieś ciekawe pieniądze przechodzą koło nosa. Tak więc przegrzebałem podstronę GPW dedykowaną rynkowi obligacji, przyswoiłem (może nieco pobieżnie) wiedzę dotyczącą obligacji, a następnie rozpocząłem przyglądanie się rynkowi z punktu widzenia inwestora takiego, jak ja.

Nie będzie pewnie wielką tajemnicą, jak powiem, że część portfela trzymam w bankach w postaci różnego typu lokat i kont oszczędnościowych. Oprocentowanie, jak wiadomo, d... nie urywa, ale jak do tej pory nie narzekałem, w końcu starałem się wybierać najlepsze oferty na rynku. W tej chwili, po przyjrzeniu się obligacjom, jako alternatywie dla depozytów, postanowiłem przenieść część swoich aktywów na rynek Catalyst. Po pierwsze dlatego, że oprocentowanie jest wyższe, po drugie dlatego, że i tak planuję inwestować długoterminowo, a po trzecie dlatego, że zamierzam kupić obligacje poprzez IKE, co pozwoli uniknąć podatku. 

Pierwsze wrażenia? W zasadzie trudno powiedzieć. Musimy mieć świadomość, że w tym momencie kończy się zysk bez ryzyka, jak to miało miejsce w przypadku lokat lub obligacji skarbowych. Możemy powierzyć pieniądze miastu Warszawa, które daje 6,45% rocznie, ale posiada rating Fitch'a na poziomie AAA, a możemy też kupić obligacje wyemitowane przez Green House Development Sp. z o.o., która to oferuje aż 17%. Haczykiem jest tu fakt, że spółka ta dysponuje 50 000 zł kapitału zakładowego, a wyemitowała obligacje o wartości 1,8 mln, co daje lewar 36-krotny. Także do nas należy ocena ryzyka wypłacalności emitenta. Relacje są zachowane, większy zysk oznacza większe ryzyko.

Sporym problemem może być płynność. Dziś podczas całej sesji wolumen obligacji korporacyjnych nie wyniósł nawet 150 sztuk. Poza tym obrócono jeszcze 16 obligacjami spółdzielczymi, 3 komunalnymi i kilkoma setkami obligacji Skarbu Państwa. Tak więc nasz rynek nie zachęca do spekulacji tymi papierami, raczej będą to strategie kupna i trzymania do wygaśnięcia.

Niestety, trudno szerzej omawiać ofertę, gdyż każdy przypadek jest indywidualny. Inny emitent, inny rodzaj obligacji, inna płynność na papierach. Stąd też podjęcie decyzji o ich kupnie jest kwestią, którą każdy powinien przemyśleć. Zwłaszcza, że jest to raczej zabawa dla portfeli przekraczających 10k, gdyż dopiero przy trzech obligacjach (każda ok 1000 zł) prowizje się bilansują.

W każdym razie sądzę, że warto zgłębić ten rynek i rozważyć swoje zaangażowanie w nim. Póki co materiały edukacyjne są dość skromne. Rozważałem kupno książki Fabozziego "Rynki obligacji", ale gdy przejrzałem ebooka i zobaczyłem całą masę cyferek to mi się odechciało. Niedługo powinna się ukazać na stronie infoengine relacja z "Czwartku z obligacją". Niestety, mam obawy, że nie będzie to materiał ściśle edukacyjny.

Nie wiem, jak Wy, ale ja się wkręciłem w kolejny rynek. Tak to bywa, gdy inwestor się nudzi...

sobota, 25 grudnia 2010

Infrastruktura inwestora

Mam kolegę, który postanowił nieco uporządkować swoje finansowe życie. Nie to, że wcześniej było one chaotyczne, ale uzbierał już pewną sumkę pieniędzy i stwierdził, że warto by było nieco się nią zająć, aby bezczynnie nie leżała na koncie. Czego zatem potrzeba, aby rozpocząć w miarę poważne pomnażanie kapitału na rynkach finansowych?

Pierwszym elementem są pieniądze. Nie są one najważniejsze, gdyż można rozpoczynać "na sucho" lub małymi kwotami, a później stopniowo powiększać portfel. Ale nie warto też się oszukiwać, pieniądze są potrzebne. Trudno na tym etapie zdefiniować minimalną ich ilość potrzebną do wejścia w poważne inwestowanie, gdyż jest to uzależnione od naszych umiejętności, instrumentów na których chcemy grać, jak również koncepcji rozwoju portfela, którą przyjmiemy. Może w najbliższym czasie poświęcę temu zagadnieniu oddzielny wpis, gdyż kwestia jest niebanalna. Kolega dysponuje kwotą ok. 20 tysięcy.

Drugim elementem jest czas. Myślę, że on jest czynnikiem najważniejszym, gdyż jak pisałem w niedawnym wpisie, jeśli chce się coś robić dobrze, trzeba temu poświęcić odpowiednią ilość czasu i uwagi. Już samo rozpoczęcie inwestowania wymaga przyswojenia sporej dawki wiedzy, a każdy kolejny krok wiąże się z dodatkowymi zagadnieniami do opanowania. W mojej skromnej ocenie, inwestowanie trzeba lubić, gdyż tylko w takiej sytuacji jesteśmy w stanie wytrwać dość długo, żeby rezultaty zaczęły być widoczne. Alternatywą jest oczywiście lokata lub kupienie w ciemno jednostek TFI w przekonaniu, że "w długiej perspektywie giełdy rosną".

Trzecia rzecz, bardzo często niedoceniana, to infrastruktura, czyli posiadanie narzędzi do inwestowania. Mam tu na myśli odpowiednie konta, rachunki maklerskie, dostęp do rejestrów TFI, rynku forex etc. Ponadto jest to specjalistyczne oprogramowanie, które nierzadko wiąże się z koniecznością uiszczenia niemałej (dla początkującego) opłaty. Sam posiadam prawie 40 rachunków bankowych w 6 bankach, do tego trzy konta maklerskie oraz specjalistyczny program do notowań, więc coś na ten temat mogę powiedzieć.

Osobie rozpoczynającej przygodę z pomnażaniem pieniędzy zazwyczaj poleca się początkowo proste rozwiązania, czyli lokaty i konta oszczędnościowe. Należy więc odszukać bank dający jedne z najlepszych na rynku ofert i otworzyć tam konto. Jeśli ktoś chce dodatkowo korzystać na kontach oszczędnościowych, może szukać banku sprzyjającego temu rozwiązaniu, czyli oferującego możliwość otwarcia wielu takich kont. Ilość kont ma znaczenie, jeśli stosuje się optymalizację odsetkową, czyli takie manipulowanie kwotą trzymaną na rachunku/lokacie, aby ułamki grosza plasowały nas w wyższym progu odsetek. Najlepsze wyniki metoda ta daje przy kwocie odsetek wynoszących 1 grosz dziennie, co ma miejsce (w zależności od oprocentowania) przy środkach ok 40 zł na rachunku. Tak wiec widzicie, że wielkich pieniędzy tu się zrobić nie da, a trzeba mieć otwarte masę kont. Ale z drugiej strony można ulokować kwotę np. 2000 zł na 9-10% bez żadnego ryzyka, co dla ciułaczy może stanowić impuls do zaplanowania wycieczki do banku.

Teraz powinienem powiedzieć o obligacjach SP, w które niektórzy decydują się inwestować, ale odpuszczę temat z racji tego, że lepsze oprocentowanie oferują obecnie lokaty bankowe i konta oszczędnościowe.

Zazwyczaj kolejnym krokiem dla inwestorów jest nabycie jednostek TFI. Szczególnie widoczne jest to w okresie wzrostów na giełdach, kiedy to tele-akwizytorzy dzwonią do klientów banków "w trosce o ich pieniądze". Z jednej strony może to być rozwiązanie odpowiednie dla osób, które nie mają czasu na szersze zajmowanie się swoimi pieniędzmi, a chcą zarabiać więcej niż oferują to lokaty. Przystąpienie do TFI wymaga już przeprowadzenia pewnego researchu, gdyż mamy do czynienia z dużą ofertą. Najpierw samo towarzystwo, później rodzaj funduszu. Znaczenie ma sam zarządzający, opłaty za zarządzanie, nabycie i zbycie jednostek. Niebagatelną rolę odgrywa też parasol, czyli możliwość przenoszenia środków między subfunduszami bez konieczności odprowadzenia podatku. Samo podpisanie umowy z TFI również wymaga pewnego zachodu.

Jeśli ktoś sądzi, że sam jest w stanie lepiej zatroszczyć się o swoje pieniądze niż zarządzający, otwiera konto maklerskie. Wiąże się to z koniecznością podpisania kolejnej umowy, poświęcenia kolosalnej ilości czasu na poznanie podstaw, ale z drugiej strony jest to w mojej ocenie etap, który może zostać uznany za końcowy. O ile TFI daje pewne możliwości, pociąga za sobą sporo kosztów i ograniczeń. Natomiast giełda znacząco obniża koszty, a daje daleko szersze możliwości. 

Napisałem, że jest to etap końcowy, gdyż w zasadzie można bardzo profesjonalnie inwestować na giełdzie i nie trzeba wchodzić w kolejne typy inwestycji. Akcje, kontrakty terminowe i opcje to już dużo, A przecież mamy też całą masę certyfikatów strukturyzowanych dających ekspozycję na towary, surowce, inne rynki akcji oraz na koszyki aktywów. Dzięki temu możemy dywersyfikować nasze działania poprzez nabywanie walorów, które "trendują" w inny sposób. No pełnia szczęścia.

Do rachunku maklerskiego przydatne jest jakieś oprogramowanie. O ile podstawową platformę do analizy wykresów zapewnia zazwyczaj DM za darmo, można też pójść o krok dalej i wykupić oprogramowanie bardziej zaawansowane. Oczywiście przydatne będzie ono głównie inwestorom wymagającym bardziej zaawansowanych narzędzi do analizy, z niezbędną możliwością tworzenia własnych indykatorów. Mając taki program, możemy bawić się wskaźnikami i filtrami w sposób praktycznie nieograniczony. Z drugiej strony trzeba sprawę dobrze przemyśleć, gdyż dla początkującego (małego) inwestora, taki wydatek może stanowić poważną przeszkodę w zyskownym tradingu.

W formie suplementu do konta maklerskiego, wspomnę jeszcze o IKE. Stanowi ono zupełnie odrębne konto maklerskie, co rodzi konieczność podpisania nowej umowy, ale daje też wielkie korzyści, z których największą jest oczywiście możliwość uniknięcia lub odroczenia płatności podatku Belki. Jako, że IKE nie pozwala na obracanie instrumentami pochodnymi, osoby chcące bawić się na kontraktach będą musiały korzystać z dwóch kont maklerskich.

Kolejnym krokiem jest w mojej ocenie rachunek forex. Zainteresowani będą nim głównie inwestorzy chcący grać na bardzo krótkich interwałach, ale z drugiej strony jest to bardzo fajna możliwość do zajmowania krótkiej pozycji na walutach, co może być atrakcyjne również dla inwestora średnioterminowego. Oczywiście forex to zazwyczaj nowa umowa, nowe warunki obrotu oraz nowe oprogramowanie. Czy warto, to już ocenicie sobie sami.

Myślę, że ostatnim etapem jest otwarcie konta maklerskiego na którymś z bardziej rozwiniętych rynków. Dzięki temu dostajemy możliwość gry na instrumentach u nas niedostępnych, lub dostępnych, ale oferujących mało atrakcyjny spread. Jest to w zasadzie zwykłe konto maklerskie, ale po pierwsze polega na otwarciu go w zagranicznym biurze (bariera językowa, kwestia uwierzytelniania dokumentów) oraz na rozliczaniu się z fiskusem.

Oczywiście inwestowanie nie kończy się jedynie na wyżej wymienionych polach. Można przecież obracać nieruchomościami, dziełami sztuki, czy też czymkolwiek innym. Niestety, zazwyczaj są to rynki wymagające większego kapitału lub też większej liczby czynności ze strony uczestnika. Można przecież obracać monetami kolekcjonerskimi, ale monetę taką trzeba kupić, odebrać drogą pocztową lub osobiście, przetrzymać odpowiednio długo, później wystawić do sprzedaży, zapakować i wysłać. Cała masa czynności, a zarobek bywa z tego niewielki. Ale jak mówiłem, co komu pasuje.

Próbując podsumować niniejszy wpis, myślę że konto maklerskie jest formą najpełniejszą. Dzięki faktowi, że daje możliwość gry na różnych instrumentach, jest w stanie zastąpić wiele innych typów inwestycji. Zamiast lokat i kont oszczędnościowych mamy obligacje korporacyjne, które (przy co prawda większym ryzyku) dają wyższe stopy zwrotu. Zamiast TFI mamy na giełdzie ETF-a, a przecież wiemy, że systematyczne pokonywanie benchmarku przez TFI to raczej wyjątek niż reguła. Z kolei forex może być zastąpiony przez kontrakty walutowe, choć raczej jest to opcja dla większych inwestorów. 

Zatem sami widzicie, że aktywne działanie na rynkach finansowych może się wiązać z koniecznością podpisania dużej ilości umów, opanowania różnych zasad funkcjonowania na rynkach oraz potrzebą nabycia (uzyskania dostępu) do specjalistycznych programów. Czy warto? Moim zdaniem warto, gdyż inwestowanie jest zajęciem na długie lata. Jeśli już raz otworzymy te konta, później tylko wpuszczamy pieniądze w ten system i jesteśmy w stanie kilkoma kliknięciami przerzucić pieniądze z obligacji w akcje, z ETF-a w ropę czy z opcji w kontrakt terminowy. A dodatkowo, jeśli mamy maklerskie IKE, możemy uniknąć zapłacenia części lub całości podatku.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Kantor czy forex? Co lepsze na długi termin?

Wyprzedzając trochę kolejny wpis, w którym zamierzam przyjrzeć się bliżej infrastrukturze potrzebnej do działania na rynku finansowym, postanowiłem policzyć, czy opłaca się inwestowanie w waluty poprzez platformę forex. I to właśnie inwestowanie mam na myśli, a nie jakiś skalping czy też pozycje trzymane przez kilka godzin.

Inwestor chcący zarabiać na osłabieniu złotego szuka okazji do korzystnego nabycia którejś z głównych walut (EUR, USD, GBP, CHF). Pierwszą myślą jest zazwyczaj kantor. Sprytniejsi zawodnicy będą kupowali na portalach temu służących, gdyż spread jest tam zdecydowanie atrakcyjniejszy. Ale dla czytelników tego bloga nie jest chyba tajemnicą, że różnica między ofertami kupna i sprzedaży na FX jest jeszcze mniejsza. Co więc wybrać?

Przyjmuję dość istotne założenie, że nie interesuje nas coś takiego, jak koszt pieniądza w czasie. Kupujemy funta i niech sobie tamtejsza stopa procentowa będzie, jaka chce. Kupiliśmy 100 GBP i tyle będziemy sprzedawali. Niestety, forex nie pozwala nam pominąć tego aspektu, gdyż o koszcie pieniądza przypominają nam naliczane zazwyczaj codziennie punkty swapowe. Pomniejszają one wartość naszej pozycji, a co za tym idzie, stanowią koszt, który w miarę upływu czasu zmniejsza przewagę forexu nad kantorami czy portalami do wymiany walut. Jak więc to jest?

Pierwszym aspektem, który chciałbym poruszyć, jest możliwość zawierania transakcji w dwie strony. O ile forex pozwala na to bez problemu, nie mamy szans na sprzedanie papierowych pieniędzy, których nie mamy. No, chyba że ktoś z rodziny trzyma dużą kasę w walucie i zdecyduje się ją nam pożyczyć. Ale ten wariant odrzucę. Wyłania się więc pierwsza, istotna przewaga forexu. Nie mając możliwości krótkiej sprzedaży, pozostaje nam jedynie czekać. Przebieg tego czekania oddaje odpowiednio dobrany wykres ceny dolara:
Poza możliwością krótkiej sprzedaży, w wyniku korzystnej różnicy w stopach procentowych, punkty swapowe są nam doliczane do pozycji. Według danych mojego brokera, a na takich będę się we wszystkich obliczeniach opierał, ma to miejsce dla każdej wymienionej wyżej waluty, czyli franka, funta, dolara i euro. Fajnie, nie?

Dla pozycji długich, punkty swapowe są jednak kosztem. Stąd też konieczność policzenia, kiedy znika nasza przewaga powstała w wyniku kupna waluty poprzez platformę FX. Oprę się na danych z kantoru Intraco w Warszawie, gdzie oferty są całkiem atrakcyjne oraz na danych z portalu walutomat.pl. Wiążą się z tym pewne kwestie. Po pierwsze problem płynności na portalu walutowym. Z pewnością dużej pozycji nie otworzymy po najlepszych ofertach. Z drugiej strony w kantorze przy kupnie większych ilości, możemy wytargować nieco mniejszy spread. Pominę te kwestie, gdyż zazwyczaj początkujący inwestor obraca mniejszymi sumami. Tak więc:

Kantor:
EUR - 3.9850 - 4.0050 - spread 200 pipsów
USD - 3.0300 - 3.0500 - spread 200 pipsów
GBP - 4.6900 - 4.7500 - spread 600 pipsów
CHF - 3.1100 - 3.1600 - spread 500 pipsów

Portal wymiany walut: (po najlepszych ofertach)
EUR - 3.9920 - 3.9959 - spread 39 pipsów
USD - 3.0210 - 3.0350 - spread 140 pipsów
GBP - 4.7002 - 4.7100 - spread 98 pipsów
CHF - 3.1201 - 3.1440 - spread 239 pipsów

Forex:
EUR - 30 pipsów
USD - 30 pipsów
GBP - 50 pipsów
CHF - 30 pipsów

Jak więc widzimy, w dzisiejszych czasach kantory są już mocno passee. Musimy jednak uwzględnić koszt punktów swapowych, które są naliczane do każdej pozycji przetrzymywanej przez noc. Oprę się oczywiście na tabeli, która obowiązuje u mojego brokera. I tak:

EUR - -4.8521
USD - -3.8671
GBP - -5.4942
CHF - -4.2018

Są to dane w punktach oraz jedynie dla pozycji długich, gdyż jak już wspomniałem, do pozycji krótkich punkty swapowe są doliczane. Proste działanie matematyczne może nam powiedzieć, ile dni możemy trzymać naszą długą pozycję na forexie, żeby cały deal był bardziej opłacalny niż w kantorze czy na portalu do wymiany walut:

Kantor:
EUR - 35 dni
USD - 44 dni
GBP - 100 dni
CHF - 112 dni

Portal wymiany walut:
EUR - 2 dni
USD - 28 dni
GBP - 9 dni
CHF - 50 dni

Ok, mamy dane, teraz trzeba je z grubsza przeanalizować. Musicie sprawdzić Waszą strategię inwestycyjną pod kątem ruchów, jakie chcecie złapać. Jeśli ruchy te są krótsze niż miesiąc, nie warto chodzić do kantoru, lepszy deal zrobicie kupując walutę na FX. Z kolei portal wymiany walut daje mocno zróżnicowane wyniki, ale generalnie dla dłuższego inwestowania powinien się sprawdzić. I teraz czas na kilka zastrzeżeń.

Mam konto na jednym z portali walutowych, ale jeszcze z niego nie korzystałem. Mogę jedynie zakładać, że przyjęte przeze mnie do obliczeń najlepsze oferty kupna i sprzedaży, mogą się rozszerzać. Jeśli chcemy zbudować większą pozycję, musimy cierpliwie czekać, aż użytkownicy zasypią brak podaży swoimi zleceniami. Kolejna rzecz to prowizja. Kiedyś jej nie było, ale walutomat już ją wprowadził. Obecnie wynosi ona 0,2%, co przy obecnej wartości euro, podnosi koszt spreadu, a tym samym zmienia czas, przez jaki opłaca się utrzymywać pozycję na FX. Oto skorygowane dane:

EUR - 18 dni
USD - 44 dni
GBP - 26 dni
CHF - 64 dni

Już nie wygląda to tak różowo, prawda? Oczywiście są portale, na których nie wprowadzono jeszcze prowizji, ale z drugiej strony są one mniej popularne niż walutomat, co przekłada się na większy rozstaw ofert kupna i sprzedaży.

Kolejną ważną kwestią jest samo dokonywanie transakcji. Jeśli rynek ruszy się znacząco przeciwko naszej pozycji, na FX mamy zlecenie stop i sprawa zamknięta. Natomiast sprzedanie dużej ilości waluty w szybkim czasie (czyli własnoręczna realizacja stopa) spowoduje pogorszenie ceny, po jakiej dokonamy transakcji.

Na razie wszystkie powyższe argumenty mogą prowadzić do konkluzji, że jeśli nie chcemy trzymać waluty dłużej niż miesiąc lub dwa, powinniśmy zdecydować się na forex. Ale ale, nie zapominajmy, co się z tym wiąże. Po pierwsze konieczność założenia rachunku, który jest rachunkiem maklerskim. Trzeba iść, podpisać umowę, wypełnić kwestionariusz, że znamy ryzyko rynków z wysoką dźwignią etc. Do tego dochodzi konieczność corocznego rozliczania się z podatku. 

Załóżmy, że powyższe nie jest dla nas wielkim problemem. Przejdźmy do minimalnej jednostki transakcyjnej. I co? I zonk! Jeśli otworzymy konto u brokera oferującego miniloty, mamy do wyboru - albo kupujemy 30 tysięcy dolarów, albo nic. Albo 40 tysięcy euro, albo nici z zarobku. Niefajnie... Oczywiście są na rodzimym podwórku brokerzy oferujący mikroloty, ale musimy dobrze patrzeć, żeby nie władować się w jakieś cypryjskie cudo.

Nie poruszyłem tu kwestii lewara. W końcu otwarcie pozycji o wartości 40k euro nie wymaga od nas posiadania tak dużego kapitału. Fakt. Ale próbując łapać ruchy średnioterminowe, musimy mieć odpowiednią poduszkę finansową, żeby móc kilka razy wylecieć na stopie. Myślę, że nie trzeba wspominać o ryzyku zbytniego lewarowania się.

Na koniec polecam przyjrzeć się pewnym korelacjom występującym na parach złotowych. Nasza waluta osłabia się wraz ze spadkami na giełdzie. Skoro wiemy, że strach jest silniejszy niż chciwość, wiemy też, że spadki są bardziej dynamiczne niż wzrosty. Przekłada się to również na rynek walutowy, gdzie wzrosty na walutach są zdecydowanie szybsze i silniejsze niż spadki. Stąd też warto się zastanowić, czy koszt punktów swapowych będzie dla nas aż tak istotnym wydatkiem w okresie, gdy nasza pozycja zarabia wielokrotnie więcej. Poniżej obrazek poglądowy:
Mam nadzieję, że niniejszy wpis nieco rozjaśnił problematykę inwestowania w waluty w średnim i długim terminie. O ile w wypadku umacniania się złotego, forex wydaje się zdecydowanie lepszym rozwiązaniem, o tyle podczas odwrotnej tendencji każdy z nas musi podjąć odpowiednie decyzje.

Powodzenia!

sobota, 18 grudnia 2010

Mentoring giełdowy

W ostatnim czasie na blogu przewija się sporo tematyki edukacyjnej. Jak się kształcić, gdzie zdobywać wiedzę oraz w jaki sposób rozwijać się w tej dziedzinie. Dziś chcę poruszyć zagadnienie mentoringu w tematyce giełdowej. Przyznam szczerze, że nie będzie to jakieś naukowe podejście do problemu, a raczej moje luźne rozważania.

Mentoring ma różne definicje, ale nie sądzę, żeby była potrzeba naukowego podchodzenia do tematyki. Dla nas wystarczy wiedzieć, że jest to zazwyczaj relacja między osobą bardziej doświadczoną i bogatą w wiedzę, a nowicjuszem, który dopiero wdraża się w dane zagadnienie. Chciałbym jeszcze zrobić rozróżnienie między mentoringiem a coachingiem, który polega mniej więcej na tym samym, lecz z pewnymi różnicami. Coaching koncentruje się na efekcie, na budowaniu tego, za co zapłacił trenerowi klient. Natomiast mentoring jest w mojej ocenie czymś więcej. Jest to budowanie postaw, całego spojrzenia na daną tematykę, niejako wychowywanie kogoś, aby odpowiednio podchodził do zagadnienia.

Wiem, że może to trochę pachnieć bajką. Mistrz i uczeń, nauczyciel i adept to porównania jakby wprost zaczerpnięte z Imienia róży lub też z tematyki fantasy, gdzie mag przekazywał tajniki sztuki magicznej swojemu młodemu podopiecznemu. Przez chwilę zastanawiałem się, jak to wygląda w dzisiejszych czasach, a zwłaszcza w tematyce giełdowej. Jak wiecie jestem humanistą i z tematyką finansową na uczelni miałem do czynienia jedynie przy podstawach ekonomii. Ale nie wykluczam, że w szkołach ekonomicznych mogą rodzić się podobne więzi miedzy wykładowcami z poczuciem misji, a studentami pełnymi pasji dla danego zagadnienia. Żeby jednak nie iść w coś, o czym mam blade pojęcie, pozostanę przy inwestorach samoukach.

No właśnie. Inwestor samouk ma zazwyczaj trudne początki. Jeśli chce pogłębiać swoją wiedzę, musi to robić we własnym zakresie, czytając książki, blogi lub też uczęszczając na szkolenia. I to właśnie szkolenia są szansą, kiedy początkujący inwestor może doświadczyć namiastki mentoringu., Dzieje się to, gdy podchodzi w przerwie do prowadzącego szkolenie i zadaje mu pytania. Wie, że jest to jedna z niewielu szans, kiedy może porozmawiać z kimś, kto nie tylko zna się na danej tematyce,ale też realizuje ją każdego dnia w praktyce. Myślę, że osoby prowadzące takowe szkolenia mogą w tym zakresie wiele powiedzieć.

Myślę, że mentoring jest u nas raczej kwestią przypadku niż praktyką. Brać inwestorów indywidualnych siedzi sobie w domu przy komputerkach i stuka w klawisze. Nie widzą się wzajemnie, a nawet jeśli z czasem nawiązują znajomość, nieczęsto przekłada się ona na osobiste kontakty "w realu". Oczywiście można spotykać się z podobnymi sobie na różnego rodzaju eventach, ale raczej są to przelotne rozmowy z często przypadkowymi osobami.

Niektórzy inwestorzy mają jednak "dojście" do quasi mentora, kiedy to ktoś z rodziny/znajomych walczy dłuższy czas z rynkiem i może wiele na ten temat powiedzieć. Ale nie zawsze jest to osoba, która ma czas, ma chęci i widzi sens w poświęcaniu swojego czasu na prowadzenie innej osoby przez złożoności giełdy. Wiadomym jest, że każdy zazdrośnie strzeże swoich technik inwestycyjnych, traktując je (pewnie słusznie) jako główne źródło swojej przewagi nad rynkiem. 

Ja niestety należę do inwestorów-samouków. W pewnym momencie zainteresowałem się rynkiem kapitałowym i zacząłem kształcić się w tym kierunku (oczywiście on my own). I teraz, z perspektywy tych dwóch lat mogę powiedzieć, że z pewnością byłbym dziś dużo dalej, gdybym miał mentora. Lub też szybciej bym osiągnął poziom obecny. Trafne wskazówki potrafią oszczędzić wielu błędów, a co za tym idzie i pieniędzy.

Oczywiście jest z tym związana również druga strona medalu. Czy byłbym tu, gdzie jestem, czy też szedłbym w przeciwnym kierunku? Jestem technikiem, stosuję głównie price action i jest to obecny etap mojej traderskiej drogi. Być może mentor silnie ukierunkowany na cykle, wskaźniki czy astrologię, ukierunkował by mnie w zupełnie inną stronę, która byłaby sprzeczna z naturalnymi predyspozycjami. Tego oczywiście nie wiem.

Ogólnie jednak sądzę, że posiadanie mentora, który nie jest absolutnie przekonany o słuszności własnego podejścia i potrafi rzetelnie podejść do zagadnienia, jest wielkim atutem początkującego inwestora. Ot, choćby żeby pokrótce wymienić różnice między analizą techniczną i fundamentalną, czy też wskazać wartościową literaturę dotyczącą czyichś zainteresowań. Może dlatego, że sam nie miałem takiej pomocy, staram się wspierać innych. Przykładem niech będzie ten blog, nad którym siedzę długie godziny, pieniędzy nie mam z niego prawie wcale, a nie sądzę też, żeby moje nazwisko stało się dzięki niemu rozpoznawalne w traderskim światku.

Z drugiej strony staram się zainteresować znajomych samą tematyką oszczędzania i inwestowania. Mam aktualnie dwie osoby, które powoli wprowadzam w temat. Rozmowy ograniczają się na razie do podstaw, czyli omawiania wad i zalet różnych form pomnażania pieniędzy (lokat, obligacji, TFI, akcji, IKE), ale już sam fakt, że dostaną ode mnie paczkę kilku czy kilkunastu blogów finansowych wartych śledzenia, jest pomocny. Może kiedyś i oni przekażą wiedzę dalej.

A Wy macie/mieliście kogoś w rodzaju mentora?

czwartek, 16 grudnia 2010

Recenzja - Grzegorz Zalewski - Kontrakty terminowe i forex

Jak wiecie, na ostatnim szkoleniu FERK w Poznaniu, udało mi się wygrać egzemplarz tej książki, na którym oczywiście uzyskałem autograf autora. Mimo, że kiedyś miałem przyjemność czytać wydanie drugie, postanowiłem poświęcić kilka godzin na przeczytanie najnowszego (czwartego) wydania i szczerze powiem, że jestem pod wrażeniem.

Książka jest zbudowana z dwóch głównych części - teoretycznej i praktycznej. W pierwszej zapoznajemy się z budową kontraktu terminowego, zasadą działania, regulacjami na rynku polskim oraz z analogicznymi zagadnieniami w odniesieniu do forexu. Trudno jest mi ocenić przydatność tej części dla początkującego gracza, gdyż czytałem ją dosyć pobieżnie. Ale nie odnoszę wrażenia, żeby zabrakło jakiegoś ważnego aspektu, wręcz przeciwnie, w kilku miejscach byłem przyjemnie zaskoczony, że dane kwestie się tam znalazły.

Druga część jest o wiele bardziej interesująca z praktycznego punktu widzenia. Jako gracz mający za sobą zarówno sporą dawkę literatury, jak też trochę już doświadczeń na parkiecie, mogę stwierdzić, że wszystko co tam się znajduje jest ważne. Część ta liczy sobie około 100 stron, więc czytając to za jednym razem można wiele kwestii przegapić. Z drugiej strony jest to omówienie w pigułce najważniejszych kwestii gry na instrumentach pochodnych. O ile niektóre zagadnienia są zaledwie pobieżnie muśnięte, to myślę że dla początkującego gracza w stopniu wystarczającym. 

Ogólne wrażenie po przeczytaniu książki jest bardzo pozytywne. Po raz kolejny Grzegorz Zalewski udowodnił, że wie "co i jak". Jeśli ktoś zamierza zainteresować się kontraktami terminowymi lub forexem powinien przeczytać tę pozycję. Myślę, że będzie ona przydatna również dla inwestujących w akcje, szczególnie część druga książki. Gorąco polecam.

Jeśli jesteście zainteresowani większą liczbą moich recenzji, sięgnijcie koniecznie do poświęconej temu strony na blogu.


poniedziałek, 13 grudnia 2010

Idą wiedźmy

Zbliża się dzień trzech wiedźm, czyli trzeci piątek kwartału kiedy to wygasają serie instrumentów pochodnych. Nas interesują głównie kontrakty na WIG20, gdyż to właśnie tam dzieje się najwięcej. Aby nieco ruszyć ceną rozliczeniową kontraktów, duzi gracze wrzucają do arkusza duże pakiety akcji blue chipów. Szczególnie widać to na przebiegu wykresu w trakcie ostatniej godziny notowań. Tutaj i tutaj opisywałem proponowaną technikę gry na wygaśnięcie kontraktów, co według bardzo pobieżnych obliczeń może dać w przybliżeniu ok 15 pkt na kontrakt. Oczywiście może być też i strata, ale od czego mamy zlecenia stop.

Podejmując próbę oszacowania dynamiki zmian w ostatniej godzinie piątkowych notowań, warto się zastanowić, jak wygląda liczba otwartych pozycji (LOP) na wygasającej serii oraz czy jest jeden podmiot skupiający dużą liczbę kontraktów. Tę ostatnią kwestię możemy rozstrzygnąć zerkając na stronę GPW, gdzie podawane są informacje o koncentracji. Według tych danych, mamy jeden podmiot skupiający 20-25% kontraktów. Nie jest to może gigantyczna pozycja, ale z drugiej strony może trochę zamieszać.

Przejdźmy teraz do LOP. Teoretycznie, im więcej otwartych pozycji, tym większy interes ma "grubas" w przesuwaniu indeksu. Miałem problem ze znalezieniem odpowiednich danych, ale dzięki pomocy chłopaków z GryGiełdowej, mam dane z tegorocznej serii macowej, czerwcowej i wrześniowej. I tak:

18 marca 2010 - 73 000
17 czerwca 2010 - 60 500
16 września 2010 - 52 700

Są to dane z czwartku poprzedzającego dzień trzech wiedźm, na zamknięcie sesji. Szukając pewnej korelacji między LOP a ruchami indeksu, spójrzmy na teoretyczne zyski, jakie by przyniosło zastosowanie przedstawionej wcześniej techniki podczas tych sesji. I tak w marcu jest to 34 pkt, w czerwcu 2 pkt, a we wrześniu 10 pkt na kontrakt.

Według danych na dzisiejsze zamknięcie, LOP wynosi ponad 101k, więc całkiem sporo, zważywszy, że w poniedziałek przed wygaśnięciem marcowych było to 94k, w czerwcu 92k, a we wrześniu 95k. Jak na razie jesteśmy powyżej średniej. Musimy jednak pamiętać, iż do piątku wartość ta będzie systematycznie spadała w wyniku rolowania pozycji przez inwestorów i przenoszenia się na serię H11.

Jako dodatkową lekturę polecam wpis Grzegorza Zalewskiego z marcowych wiedźm, gdzie podana jest też koncentracja z innych sesji. Widzimy na wykresie, iż LOP był zdecydowanie większy niż podczas innych podobnych dni i, co ciekawe, rósł w trakcie sesji. Dodatkowo powiem, że wtedy nie było żadnej koncentracji w danych publikowanych przez GPW, a mimo to rynek zabujało ładnie.

Myślę, że obserwowoanie LOP podczas ostatniego tygodnia może być ciekawą wskazówką co do potencjalnej zmienności w końcu sesji. Jeśli chodzi o mnie to odebrałem właśnie netbooka, więc prawdopodobnie będę miał możliwość powalczenia z rynkiem w ostatniej godzinie notowań, a może nawet wcześniej. Sprawdzimy, czy moje teoretyczne dywagacje mają przełożenie na praktykę i złotówki.

Let's rock n roll :)

piątek, 10 grudnia 2010

Trójkąt na eurodolarze

Co to znaczy? Oczywiście, jak zwykle przy trójkącie. Na razie kolejne wierzchołki są coraz niższe, więc tendencja jest lekko spadkowa. Z kolei wsparcie testowano już trzy razy, więc trudno nie zauważyć, iż poziom ten trzyma się nieźle. Ja, póki co, otworzyłem krótką pozycję i liczę, że pójdziemy raczej na południe, ale nie przywiązuję się do niej specjalnie.

Myślę, że w poniedziałek warto trzymać rękę na pulsie, gdyż ewentualne wybicie, czy to w górę, czy w dół, może być spektakularne.

Amica przejawia chęć odbicia

Wygląda na to, że spadki na jakiś czas się zatrzymały, a spółka chce znów iść w kierunku trendu. Na razie za wcześnie mówić o podróży na kolejne maksima, ale ryzyko jest niewielkie, a potencjał do wzrostów ciągle atrakcyjny. Przy ryzyku nie przekraczającym 10% można kupić los na loterię :)

czwartek, 9 grudnia 2010

Relacja ze szkolenia FERK/ DM BOŚ w Poznaniu

Jak wiecie, wybrałem się do Poznania, żeby uczestniczyć w szkoleniu na temat "Analiza techniczna - jak wybrać spółki i ujarzmić formacje". Nie to, że mam za dużo wolnego czasu, ale po pierwsze zadzwoniłem do FERK i okazało się, że tego tematu nie będzie w Warszawie, a po drugie, część szkolenia miał prowadzić Grzegorz Zalewski, którego bardzo cenię i uważam za kogoś w rodzaju guru. 

Pierwszą część szkolenia prowadził Michał Pietrzyca, analityk techniczny DM BOŚ. Oparł on całą prezentację na opisie technik i narzędzi, które on sam stosuje podczas analizowania wykresów na potrzeby własne oraz podczas wybierania spółek do zarekomendowania klientom DM BOŚ. Podstawową zasadą jest oczywiście gra z trendem, gdyż przynosi ona najlepsze rezultaty. Pietrzyca stosuje głównie analizę wskaźnikową, czyli opiera się na różnego rodzaju przekształceniach wykresów. Dla przykładu powiem, iż są to ADX, CCI, ATR oraz MACD histogram. Dodatkowo dokłada to tego analizę wykresu technikami price action, czyli wyszukiwanie wsparć i oporów, a także wykładnicze średnie kroczące.

Cały ten zestaw zabawek wspomagany jest przez dwa wskaźniki fundamentalne - C/Z oraz C/WK, aby nie wpakować się w bankruta, który nagle otrzymał nadzieję na odroczenie nieuchronnego. Na podstawie powyższych narzędzi Pietrzyca wybiera z rynku dwie spółki w ramach każdego sektora - lidera oraz outsidera i wrzuca analizę na stronę dostępną klientom biura. Lider zachowuje się silniej niż rynek, dzięki czemu można w niego inwestować w czasie hossy, natomiast outsider silniej spada w bessie, dzięki czemu można go brać na krótką pozycję.

Mimo, iż nie jestem zwolennikiem mnogości wskaźników na wykresach, z przyjemnością wysłuchałem pierwszej części. Zawierała ona bardzo wiele przydatnych wskazówek, które mogą służyć każdemu inwestorowi.

Po przerwie na kawę, głos zabrał Grzegorz Zalewski. Jego prezentacja koncentrowała się na trzech głównych kwestiach:

- analiza techniczna to bardziej warsztat niż sztuka czy intuicja,
- formacje AT opierają się na kilku podstawowych zasadach, niezależnie od mnogości mutacji i detali,
- inwestor musi się cały czas mierzyć ze słabościami własnej psychiki.

Pierwsza kwestia dotyczyła całokształtu gry na giełdzie. Zalewski starał się pokazać, że intuicja to nie jakaś magia, ale wnioskowanie na podstawie własnego doświadczenia, do którego możemy w szybkim czasie sięgnąć. Stąd też jest diametralna różnica między tym, co "wydaje się" nowicjuszowi, a tym, co nasuwa się na myśl graczowi doświadczonemu, mimo że obaj nazywają to intuicją. Analiza techniczna to zespół technik, które stosowane konsekwentnie dają zarobić, o ile faktycznie taką przewagę zapewniają.

Druga kwestia dotyczy zachowań samego rynku. Wykres ceny nie jest czymś kosmicznym, rysowanym przez prezesa giełdy, ale jest zapisem posunięć tysięcy inwestorów. Dzięki temu możemy za świeczkami i słupkami widzieć stany emocjonalne "rynku". Ponadto, Zalewski pokazywał, iż w zasadzie większość formacji AT opiera się na kilku podstawowych założeniach. Było tu duże odejście w stronę price action, gdyż bazując na samej cenie można nie przejmować się nazywaniem formacji oraz szukaniem co do milimetra wysokości ramion RGR, ale należy widzieć to, co się za tym kryje, czyli brak nowych maksimów i pogłębienie poprzedniego swing low.

Trzeci aspekt to emocje towarzyszące grze na giełdzie. Zalewski od dawna pasjonuje się finansami behawioralnymi, więc w różnych momentach szkolenia wtrącał uwagi o heurystykach, w którymi musi zmagać się każdy uczestnik rynku.

Oczywiście nie sposób opisać wszystkiego, co było mówione. Zważywszy na fakt, iż obaj prelegenci od lat zajmują się rynkami, podzielili się z salą licznymi doświadczeniami z własnej praktyki, co jest szczególnie cenne, gdyż są to dane ciężko dostępne i ulotne - szkolenie nie było nagrywane i być może uwagi te nie zostaną już powtórzone. Dodatkowo Zalewski utrzymywał świetny kontakt z salą, sypał żartami i ciekawymi anegdotkami. Mimo zmęczenia, z wielką uwagą i przyjemnością nabywałem tam wiedzę.

Kończąc niniejszy wpis chciałbym jeszcze podzielić się trzema kwestiami. Rozmawiałem z obecną na szkoleniu przedstawicielką FERK, która powiedziała, iż szkolenia nie będą transmitowane. Infoengine zwróciło się w kierunku działalności typowo komercyjnej, więc nie będzie już nieodpłatnie współpracowało z fundacją, a ta z kolei nie ma funduszy na tego typu usługi.

Kolejna sprawa to fakt, iż w najbliższym czasie nie będą rozpoczynane kolejne cykle szkoleń. Dokończone zostaną obecnie rozpoczęte i na jakiś czas będzie to koniec. Zajrzałem dziś na stronę FERK i wisi tam jedynie szkolenie o ETF-ach, na które też już nie ma miejsc. Tak więc na jakiś czas trzeba uzbroić się w cierpliwość i szukać innych sposobów na czerpanie wiedzy giełdowej.

I w końcu ostatnia sprawa, ale dla mnie szczególnie przyjemna. Podczas swojej części szkolenia, Grzegorz Zalewski zorganizował konkurs dotyczący tematyki inwestycyjnej. Pytanie dotyczyło formacji podwójnego szczytu w wydaniu Thomasa Bulkowskiego, czyli wersji Adam i Ewa w różnych konfiguracjach. Oczywiście byłem debeściak i zgłosiłem się jako pierwszy (i chyba jedyny), za co zostałem nagrodzony najnowszym, czwartym wydaniem książki Zalewskiego pt. "Kontrakty terminowe i forex. Teoria i praktyka"

Tak więc szkolenie uważam za w pełni udane i jeśli tylko będzie sposobność, wybiorę się na kolejne. Poniżej zdjęcia nagrody i autografu :)


niedziela, 5 grudnia 2010

Ważne poziomy na edku

Osoby patrzące na poziomy wsparcia i oporu na rynku walutowym nie mogą nie zauważyć, że zbliżamy się do dość istotnych rejonów. Oto one:
I krótki opis:

-> 1.3446 - opór powstały z zatrzymania spadków w dniu 16 listopada rysowany po cieniach,
-> 1.3467 - zniesienie 38,2% ruchu spadkowego trwającego od początku listopada,
-> 1.3470 - zniesienie 61,8% ruchu spadkowego trwającego od 22 listopada,
-> 1.3478 - opór powstały z zatrzymania spadków w dniu 16 listopada rysowany po korpusach H4.

Kolejny ważny poziom:
-> 1.3778 - zniesienie 61,8% ruchu spadkowego trwającego od początku listopada.
-> 1.3785 - opór w postaci szczytu z 22 listopada.

Myślę, że są do dobre miejsca do szukania potencjalnych shortów. Zobaczymy, co pokaże rynek.

sobota, 4 grudnia 2010

Giełdę trzeba kochać

Tekst odzwierciedla wyłącznie moje poglądy. Wszelkie generalizacje oddają jedynie moje przekonania co do pewnych zdarzeń, procesów, czy zależności. Niemniej, gdybym sądził, że się mylę, bym tego nie pisał :)


Pojawiło się ostatnio pytanie, jak znajduję czas na pracę, studia i giełdę. A przecież jest jeszcze cała masa innych zajęć oraz życie prywatne, towarzyskie etc. Niestety, doba nie jest z gumy, a i tydzień ma tylko siedem dni.

Osoby zaczynające grę na giełdzie myślą zazwyczaj, że sprawa jest prosta. Oczekują natychmiastowych rezultatów w postaci kilkudziesiąt procent zysku oraz oczywiście żadnych strat. Ci grający już na własne konto wiedzą, jak jest na serio. Ale jest też zupełnie inny niż finansowy wymiar gry na giełdzie - czas i zaangażowanie. Pamiętam, jak przy pierwszym zetknięciu z wortalem GraGiełdowa.pl zobaczyłem jakąś tabelkę z notowaniami spółek. Masa cyferek i procentów w kilku kolorach sprawiła, że nawet nie podjąłem trudu wgłębiania się w materię, odpuściłem. Po pewnym czasie, mając już trochę bogatsze doświadczenia w dziedzinie finansów (TFI, monety), postanowiłem spróbować swych sił w wirtualnym inwestowaniu. Ostatnio w wolnej chwili przejrzałem zapisy czatu z dni, gdy stawiałem swoje pierwsze kroki i muszę stwierdzić, że od tej chwili zupełnie inaczej podchodzę do początkujących użytkowników, którzy zadają z pozoru durne i banalne pytania. W końcu nawet podróż dookoła świata zaczyna się od pierwszego kroku...

Chcąc zacząć grę na giełdzie, trzeba mieć motywację. Trzeba wiedzieć, że czeka nas ogrom materiału do przyswojenia, długie godziny spędzone nad analizowaniem raportów finansowych i/lub wykresów cen, a nawet to nie wystarczy, żeby odnieść sukces. Dlatego też dobrze jest najpierw rozpocząć od prostszych instrumentów, stopniowego oszczędzania, zakładania lokat czy kupowania jednostek TFI. Jeśli konsekwentnie przez dłuższy czas będziemy dokładali do portfela zauważymy, że ma to sens. Wierzcie lub nie, ale niewiele rzeczy daje większego kopa do zainteresowania się finansami niż zaobserwowanie, że pieniądze mogą generować pieniądze. Tysiąc złotych, który zamiast na konsolę do gier przeznaczymy na lokatę potrafi przynieść (dziś) jakieś 50-60 zł bez żadnego ryzyka. Ba, ten tysiąc, jeśli dobrze pokombinować, może przynieść i 80 zł bez ryzyka. I dopiero wtedy, gdy dostajemy do ręki te kilkadziesiąt złotych zarobionych "z niczego" przekonujemy się, że to może mieć sens.

Takie właśnie doświadczenia ułatwiają wejście w świat giełdy i Finansów przez duże F. Motywacja jest potrzebna, bo nie jest łatwo. Żeby tylko zacząć trzeba poznać zasady notowań, rodzaje zleceń, fazy sesji oraz inne złożone rzeczy. I niestety, żeby dobrze wszystko przetrawić wypadałoby zajrzeć do materiałów źródłowych, czyli dokumentów, zasad obrotu etc. A to nie jest łatwa literatura. 

Później nasze inwestowanie musi nabrać sensu. Po kilku radosnych kupił-sprzedał, początkujący inwestor ma zazwyczaj mniej pieniędzy niż suma, z którą zaczynał. Następne kilka prób sprawia, że zapala się lampka ostrzegawcza, że może sprawa nie jest tak prosta, jak się na początku wydawało. I wtedy zaczyna się etap właściwej edukacji. Książki, strony internetowe, blogi, rozmowy z innymi graczami, szkolenia... 

Etap ten trwa długo. Najpierw poznaje się całą masę technik, wskaźników i formacji, które wydają się przygotowane do natychmiastowego stosowania. Niestety, wyczerpany oscylator nie oznacza, że teraz będzie rosło, formacje mogą się wybijać nie w te strony co trzeba, a piękny trend załamuje się akurat wtedy, gdy kupujemy dany walor. I znów rozpoczyna się poszukiwanie, co robimy źle, czego nie dopilnowaliśmy, a gdzie załatwił nas "grubas" i ONI. Wielu zawodników nie przetrzymuje tego etapu.

Dopiero po pewnym czasie, gdy przyswoiło się już odpowiednią porcję wiedzy teoretycznej, jak również gdy straciło się trochę ze swoich ciężko zarobionych pieniędzy, przychodzi pewne zrozumienie. Że ograniczając ryzyko, niwelujemy straty. Że odpowiednio prowadząc pozycję jesteśmy w stanie lepiej na tym wychodzić niż podczas chaotycznego składania zleceń. A przecież wcale nie jest powiedziane, że na tym etapie już zarabiamy. Paradoksalne jest też to, że aby skutecznie grać na giełdzie, należy odpowiednio poukładać sobie wszystko w głowie. Nie wystarczy wiedza teoretyczna, nie wystarczy praktyka, trzeba też zrozumieć siebie, wsłuchać się w swoje reakcje na różne stany rynku, wyłapać słabe punkty naszej psychiki i nauczyć się reagować w chwilach, gdy przestajemy panować nad własnymi emocjami. Niestety, znaczenie tego kroku można docenić jedynie wtedy, gdy ma się go już za sobą.

No i w końcu czas. Chcąc związać dużą część swojego finansowego życia z działalnością inwestycyjną, trzeba mieć na to wszystko czas. Masę czasu. Ja znalazłem na to sposób - traktuję grę na giełdzie jak drugi kierunek studiów. Wyszedłem z założenia, że nie można być w czymś dobrym, jeśli nie poświęci się temu odpowiednio dużo czasu i uwagi. Początki są najtrudniejsze, gdyż wszystko jest nowe. Coś się pojawia, przychodzi kolejne, pierwsze znika w zapomnieniu. Dopiero gdy się swoje wysiedzi "w temacie" cała ta masa szczegółów, detali i elementów zaczyna układać się w mapę. Jeśli usłyszymy słowo "trend" jesteśmy w stanie obudować je całą mapą skojarzeń, od założeń teoretycznych, aż po bardziej i mniej popularne techniki gry z trendem i przeciwko niemu wraz z szacunkowymi wynikami ich skuteczności. Jak to mówią, wiemy co się z czym je. Ale na to potrzeba czasu, całą masę czasu. Zabawa w finanse jest jak niekończąca się opowieść. Warunki rynkowe ciągle się zmieniają, ciągle trzeba wprowadzać poprawki do systemów (nawet automatycznych), trzeba prowadzić ciągłą analizę rynków. 

A przecież to tylko aspekt strategiczno-taktyczny. Jest też cała masa rzeczy, które trzeba ogarnąć poza tym. Zrobić przelewy, założyć lokaty, przesunąć zlecenia stop loss, umorzyć jednostki TFI, dopłacić do konta oszczędnościowego. Myślicie, że to wszystko? Trzeba prowadzić całą statystykę, żeby się w tym wszystkim nie pogubić. Co gdzie mamy, ile kasy tu, ile tam. Jakie wyniki przynosi każdy z typów inwestycji, czy zyski z zabezpieczenia pokrywają nam straty na pozycji, czy nie pojawiły się nowe okoliczności uzasadniające realokację zasobów. Mało? Trzeba opłacić program do notowań, trzeba policzyć, czy podatek od zysków kapitałowych znosi się z nadpłatą zwracaną przez urząd skarbowy z tytułu odliczeń podatkowych, czy przeniesienie się na IKE przynosi zakładane rezultaty. Im bardziej jesteśmy zaangażowani w inwestowanie, tym więcej rzeczy musimy ogarnąć.

I wracając do początku, doba nie jest z gumy, a tydzień ma tylko 7 dni. Jeśli ktoś planuje na poważnie zająć się aktywnymi działaniami na rynkach finansowych, musi mieć czas i siłę. Wracając po 8 godzinach z pracy i dodatkowych kilku spędzonych w korku, nie chce się brać do ręki trudnej książki o giełdzie. Mając na karku dodatkowe obciążenia intelektualne, jak matura czy sesja, jest się tak wypranym, że edukacja finansowa nie wchodzi w grę. Wiem, bo znam to z praktyki.

Dlatego też uważam, że im wcześniej się za to weźmiemy, tym jest lepiej. Wbrew temu, co się wydaje, uczeń liceum czy student ma całkiem sporo wolnego czasu. Wakacje to doskonały czas, żeby przeczytać kilka książek giełdowych, poobserwować notowania czy przemyśleć koncepcję zarządzania portfelem. Teraz, kiedy pracuję, studiuję, piszę bloga i robię jeszcze całą masę innych rzeczy, potrafię docenić, jakie szczęście miałem zaczynając swoją przygodę z giełdą i Finansami na dwa lata przed tym, zanim życie na poważnie dobrało mi się do dupy. A przecież nie jest źle, ciągle mam dwa wolne popołudnia w tygodniu. Przecież kiedyś żona, dzieci, dom na głowie...

Giełdę trzeba kochać. Bez tego odniesienie sukcesu będzie bardzo utrudnione. Jeśli znajduje się przyjemność w dalszym kształceniu się, jeśli wykresy przyciągają nas jak magnes, jest spora szansa, że prędzej czy później osiągniemy sukces w tej dziedzinie. A nic nie smakuje lepiej, niż zarabianie na własnej pasji.

Giełdę trzeba kochać...

środa, 1 grudnia 2010

Początek zabawy na forexie

Postanowiłem nagrać kilka uwag na temat mojego podejścia do forexu. Trochę zardzewiałem w kwestii nagrywania filmów, ale mam nadzieję, że mi to wybaczycie :)