niedziela, 29 maja 2011

Królowa polskiej konsolidacji

Zainspirowany wpisem Bartka z zaprzyjaźnionego bloga Lazy Share postanowiłem przyjrzeć się bliżej Telekomunikacji Polskiej, jako spółce bardzo często znajdującej się w konsolidacji. Koncept takiego wykorzystania tej i innych spółek Bartek przedstawił we wpisie z lipca 2010, który następnie nieco rozwinął w ostatnich dniach

Polecam zapoznanie się z powyższymi wpisami, a następnie przemyślenie opisanej techniki w połączeniu z poniższym wykresem. Jest w tym potencjał. Enjoy!

poniedziałek, 23 maja 2011

Faktyczny koszt spreadu na opcjach

Faktem jest, że grając na opcjach często mamy w arkuszu jedynie zlecenia animatora. W praktyce oznacza to, iż aby dokonać transakcji musimy brać po jego ofertach, gdyż czekając na innego inwestora, możemy przeoczyć okazję. A wiąże się z tym wiele negatywnych konsekwencji, z którymi musimy się pogodzić.

Dla przykładu weźmiemy opcję OW20U1280, czyli wrześniowego puta ze strikiem 2800 pkt. Jak wiemy, znajduje się on w fazie ATM, a co za tym idzie powinien być najpłynniejszy. Zaglądając w arkusz widzimy po jednym zleceniu kupna i sprzedaży, które to oferty wiszą po cenie 112,60 pkt oraz 120,00 pkt. Zakładając, że znajdują się one w równej odległości od ceny teoretycznej wyliczonej przez animatora, cena ta to 116,30 pkt, co z kolei mówi nam, że zlecenia wystawiane są w odległości 3,18 % od tejże ceny.

Jednakże spread dla inwestora jest zgoła inny i to w zależności od kierunku transakcji, którą zawrzemy. I tak, kupując wspomnianą opcję po cenie 120,00, potrzebujemy aby jej wartość teoretyczna wzrosła z poziomu 116,30 do 123,94, a więc o 6,57%. Z kolei sprzedając tę opcję po cenie 112,60 potrzebujemy spadku jej wartości teoretycznej do poziomu 109,13 pkt, a więc o 6,16%.

Tak więc wiemy, że za każdym razem jesteśmy o ok. 6-6,5% w plecy, a opcja musi skoczyć do poziomu 109.13 lub 123,94 pkt. Rozpatrzmy teraz, co musi się stać ze zmiennymi wpływającymi na wycenę teoretyczną, aby animator zakwotował oferty pozwalające nam wyjść na zero. Do kalkulatora wprowadzam poziom zamknięcia kontraktu terminowego z dnia dzisiejszego, czyli 2797 pkt.

I tak, sprzedając opcję i licząc, że upływający czas zmniejszy jej wartość, musielibyśmy czekać do 9 czerwca, czyli 17 dni kalendarzowych (13 sesji giełdowych).

Kupując tę opcję z zamiarem wzrostu jej wartości w efekcie spadków na giełdzie, spadki te musiałyby sięgnąć poziomu 2780, co oznacza spadek o 0,61%. Sprzedając tę opcję i licząc na wzrosty, kontrakt musiałby dotrzeć do poziomu 2814 pkt, co również oznacza ruch o 0,61%. Nie uwzględniłem tu upływu czasu, który byłby korzystny dla pozycji krótkiej i niekorzystny dla długiej.

Zmienność implikowana dla tej opcji wynosi 21,03%. Licząc na wzrost ceny opcji w wyniku wzrostu zmienności, potrzebowalibyśmy zmiany do poziomu 22,25%, co oznacza ruch w górę o 1,23 pkt proc. Z kolei grając na spadek zmienności, potrzebujemy zmiany do poziomu 19,88%, co również oznacza spadek o 1,23 pkt proc. Tu również pomijam upływ czasu.

I to wszystko po to, aby wyjść na zero!!

I na sam koniec wariant najprostszy, czyli różnica cenowa. Chcąc wejść na rynek po spreadzie i chcąc (musząc) od razu dokonać transakcję przeciwną, tracimy 74 zł (1200-1126). Dla wariantu kup-sprzedaj, oznacza to wspomnianą wyżej stratę 6,57%, a dla wariantu sprzedaj-odkup 6,16% w plecy.

Tak w przełożeniu na kilka cyferek kształtuje się koszt spreadu, czyli konsekwencja niskiej płynności na rynku opcji. A nie uwzględniałem przecież prowizji, które w moim przypadku wynoszą 18 zł (9+9), co w efekcie podnosi koszt spreadu do 92 zł i dodatkowo zmienia na niekorzyść parametry modelu wyceny.

Nie piszę tego, aby zniechęcić kogokolwiek do zainteresowania się opcjami. Po prostu spready i prowizje nazywane są cichym zabójcą, a jeśli ich skala jest tak poważna, gracze muszą zdawać sobie z tego sprawę. Mimo powyższego, ja opcjom nie odpuszczę :)

niedziela, 22 maja 2011

Po co komu animator

Aby móc skutecznie dokonywać transakcji na giełdzie, potrzebujemy kogoś, z kim będziemy mogli taką transakcję zawrzeć. Tym kimś jest najczęściej inny inwestor, niezależnie od tego, czy jest to osoba grająca na własny rachunek, czy też na rachunek jakiejś instytucji. Niestety, na naszym rynku często zdarza się tak, że do handlowania danym walorem nie ma tak wielu chętnych, jak byśmy sobie tego życzyli. Co wtedy?

Taki brak uczestników obrotu bywa najczęściej nazywany brakiem płynności. Jest to najczęściej określenie nieco na wyrost, gdyż płynność to przecież możliwość kupna lub sprzedaży danego instrumentu, więc o ile jakiekolwiek zlecenia wiszą w arkuszu, płynność jest. Tyle tylko, że płynność jest stopniowalna, może być wysoka, niska lub g***iana :)
Załączony powyżej zrzut ekranu (oraz poniższe) zaczerpnąłem z serwisu giełda.onet.pl, który pokazuje 5 najlepszych ofert. Sam w moich DM posiadam pakiety podstawowe z dostępem do zaledwie jednej najlepszej oferty kupna i sprzedaży.

Na obrazku w kolumnie ofert kupna widzimy dwa zlecenia znajdujące się względnie blisko bieżącej ceny. Później długo długo nic i kolejne zlecenia. Co możemy wywnioskować z arkusza? Po pierwsze, gwałtowne wychodzenie z tej spółki może mieć sporo negatywnych konsekwencji, gdyż dwa najlepsze zlecenia kupna opiewają na kwotę ok. 14 tys. zł. Jeśli więc wrzucimy PKC zlecenie o większej wartości, spowodujemy spadek ceny o ponad 50%. Może sam spadek ceny nie jest tu większym problemem niż to, ze my po tej cenie opuścimy rynek, więc sprzedamy tragicznie nisko.

Przyglądając się jeszcze innemu arkuszowi widzimy, że niekiedy wrzucenie zlecenia o wartości zaledwie 7 tys. zł może spowodować spadek z 4,70 zł do 0,41 zł. Bardzo niefajna perspektywa.
Oprócz ryzyka poczynienia spustoszenia w notowaniach danego waloru, brak innych uczestników rynku jest też dużym problemem w sytuacji, gdy chcemy bardziej aktywnie działać na danym walorze. Jako, że każdy ciągnie w swoją stronę, sprzedający ustawiają zlecenia po wyższych cenach, a kupujący po niższych, co powoduje powstanie spreadu, czyli różnicy między cenami tych zleceń. Chcąc w miarę szybko/często dokonywać transakcji nie będziemy zazwyczaj ustawiali swojego zlecenia w okolicy jemu podobnych, ale kupimy po cenie oferowanej aktualnie przez stronę przeciwną. Powoduje to, że dokonujemy transakcji na gorszych warunkach, niż moglibyśmy, gdyby spread był ciaśniejszy, a ilość ofert większa.

Częściowym rozwiązaniem tego problemu jest zaangażowanie przez władze giełdy animatora, zwanego również market makerem. Jest to instytucja finansowa, która wystawiając swoje zlecenia kupna i sprzedaży przyczynia się do poprawy płynności i zacieśnienia spreadu. Wielkość wystawianych zleceń oraz szerokość spreadu określane są w umowie o animowanie danego waloru/walorów.

Niekiedy jednak, animator nie tylko poprawia płynność, ale wręcz ją zapewnia, gdyż oprócz zleceń wystawianych przez niego, w arkuszu wieje pustka. Dokładnie widać to na rynku opcji, z którego wrzucam trzy walory:
Dwa pierwsze zrzuty pokazują arkusz opcji wygasających we wrześniu, czyli serii nieco dalszej, niż najbliższa. Widać tam wyraźnie zlecenia trzech animatorów, kwotujących po różnej cenie oraz o różnej wielkości zlecenia (1,20 i 100 opcji). Trzeci obrazek przedstawia czerwcową opcję call 2700, czyli tę teoretycznie najpłynniejszą. 

Powyższe przykłady pokazują, iż gdyby nie obecność animatorów, w niektórych sytuacjach nie byłoby możliwości zawarcia żadnej transakcji, gdyż arkusz po przeciwnej stronie byłby pusty. W przypadku akcji nie ma to może aż tak wielkiego znaczenia, gdyż tam animatorzy raczej się nie zapuszczają, lecz nie przesadzę stwierdzeniem, że bez animatorów polski rynek opcji by nie istniał. I co byśmy nie narzekali na spready, dobrze że cokolwiek w tym arkuszu wisi.

wtorek, 17 maja 2011

Turbo loteria - suplement

Nagrałem dwa słowa rozszerzające nieco poprzedni wpis. Zachęcam do oglądania w jakości HD.



niedziela, 15 maja 2011

Turbo loteria

Rozpoczyna się ostatni miesiąc "życia" czerwcowej serii instrumentów pochodnych. O ile w przypadku kontraktów terminowych nie ma to jakiegoś szczególnego odbicia w ilości możliwych do zastosowania technik inwestycyjno-spekulacyjnych, o tyle dla opcji ostatnie tygodnie to czas, kiedy dzieje się wiele ciekawych rzeczy oraz pojawia się kilka sposobności, które umiejętnie wykorzystane mogą dać całkiem przyjemne rezultaty. Dziś wspomnę o jednej z nich.

Jak już pisałem, w przypadku opcji cały czas dokonujemy wyborów. Jedną z decyzji, które możemy podjąć jest kupno opcji będącej OTM lub FOTM (daleko OTM) w nadziei, że wygaśnie w cenie. Dzięki temu otrzymujemy strategię porównywaną często do kupna losu na loterię - płacimy stosunkowo niewiele, ale mamy niewielkie szanse na to, że nasza opcja wygaśnie w cenie.

Tak na marginesie warto wspomnieć, że o szansach na wygaśnięcie w cenie pojedynczej opcji mówi nam również delta. Jeśli wynosi ona 0.3 (dla put analogicznie -0.3, liczy się wartość bezwzględna, znak nie ma znaczenia) oznacza to, że opcja ma 30% szans na wygaśnięcie w cenie. Dlatego też o tym, czy opcje są OTM czy też FOTM decyduje właśnie delta. Im jest ona bliższa zera, tym mniejsze szanse dla opcji, że zakończy swój żywot ITM.

I teraz pojawia się największa ciekawostka. Wcale nie musimy trzymać opcji do wygaśnięcia. Przecież możemy opcję kupić (na przykładzie opcji call), a następnie sprzedać po wyższej cenie, jeśli rynek w tym czasie zachowa się zgodnie z naszym scenariuszem. Pisałem o tym jakiś czas temu poruszając temat Delta boost. Tak więc założenie jest proste, zasadzamy się na opcję call oczekując wzrostów (raczej swingowych niż trendowych), a gdy w wyniku tych wzrostów opcja zyska na wartości, sprzedajemy ją kasując zysk. Cały czas mamy przy tym ryzyko ograniczone do premii zapłaconej za opcję.

Strategia wygląda na prostą, więc dlaczego piszę o tym samym po raz drugi, a dodatkowo akcentuję fakt, iż opcje będą niedługo wygasały? Cóż, bo ma to całkiem spore znaczenie. Powodem tego jest bardzo ciekawa sprawa, jaką jest zmienność greckich współczynników w czasie. Delta, gamma, vega i theta (pomijam rho) wyglądają zupełnie inaczej na 2 miesiące, a inaczej na miesiąc przed wygaśnięciem. I to właśnie z tu pojawia się okazja do potencjalnego zarobku.

W tym wpisie zajmujemy się tylko deltą, więc ograniczę się do niej. Im mniej czasu życia ma przed sobą opcja, tym wartości delty bardziej przybliżają się do jej strike'a, a co za tym idzie, delta szybciej się zmienia (wysoka gamma). Może opisuję to w sposób nieco nieprzystępny, ale poniższe obrazki powinny załatwić sprawę:

Delta opcji call
(http://sites.google.com/site/cdmurray80/optiongreeks)

Delta opcji put
(http://sites.google.com/site/cdmurray80/optiongreeks)
 
Powyższe obrazki pokazują, że w miarę zbliżania się terminu wygasania, delta opcji staje się bardziej stroma, a instrument bazowy poruszający się zgodnie z kierunkiem opcji (dla call w górę, dla put w dół) sprawia, iż przyrost delty odbywa się coraz gwałtowniej. Konsekwencją tego jest fakt, iż ruch indeksu o konkretną wartość ma większe znaczenie dla opcji bliskich wygaśnięciu niż mających więcej czasu. Sprawdźmy to na przykładzie.

Zakładamy kupno opcji call o cenie wykonania 2900 w chwili, gdy indeks znajduje się na poziomie 2700. Oczekujemy wzrostu o 100 pkt do poziomu 2800, czyli opcja cały czas pozostanie w obszarze OTM. Rozpatrzymy różne warianty zmiany ceny w zależności od czasu pozostałego do wygaśnięcia przy wykorzystaniu kalkulatora wartości teoretycznej opcji. I tak:
W szczególności chciałbym zwrócić Waszą uwagę na pierwszą kolumnę podkreśloną na czerwono, gdyż to ona oddaje to, co chcę Wam pokazać, czyli doskonałą okazję do zarobku. A w inwestowaniu chodzi właśnie o to, żeby uzyskać możliwie najwyższą stopę zwrotu (sprawa dyskusyjna). 

I tak, im bliżej do wygaśnięcia opcji, tym większe odbicie na naszych pozycjach opcyjnych będzie miał ruch o 100 pkt, co przecież na indeksie może dokonać się w 2-3 dni. Przeprowadzenie takiej operacji na opcjach 3-tygodniowych może przynieść około 400% stopy zwrotu, co wydaje się całkiem niezłym rezultatem, jak na kilka dni. Dodatkowo chcę podkreślić, że taniejące opcje znacząco ograniczają nasze ryzyko. Rzeczona 3-tygodniowa call kosztuje tylko 36 zł, co jest bardzo niskim progiem wejścia. Pomyślcie sobie, że zamiast zjeść sporą pizzę możecie za te pieniądze zaszaleć na rynku derywatów :)

Druga czerwona kolumna pokazuje siłę efektu delta boost, która rośnie w miarę przybliżania się do rozliczenia. Jest to właśnie obraz stromej krzywej delty, którą pokazują załączone wyżej wykresy.

Żeby trochę urealnić powyższe, trzeba wspomnieć o kilku rzeczach, gdyż bez nich wywód byłby niepełny. Po pierwsze, jest coś takiego, jak spadek wartości czasowej opcji. Jako że opcje OTM składają się wyłącznie z wartości czasowej, jest to ważny czynnik. Z tego i tego wpisu wiemy, że utrata wartości czasowej przebiega nieco inaczej w wypadku opcji OTM, lecz im bliżej strike'a, tym erozja jest szybsza. Dlatego też, aby zmniejszyć jej działanie, dobrze jest grać pod krótkie, dynamiczne ruchy. Wtedy po kilku dniach zamykamy pozycję i nie pozostawiamy kasy na stole.

Druga sprawa to fakt, że powyżej przedstawiłem wyniki z kalkulatora wartości teoretycznej. Jako że opcje podlegają wycenie rynkowej (w ramach zleceń animatora), zwiększony popyt związany z oczekiwaniami wzrostów może spowodować, że nie uda nam się kupić tak tanio, jak byśmy sobie tego życzyli. 

No dobrze, pokazałem teorię, ale czy takie rzeczy faktycznie dzieją się w praktyce? Oczywiście. W tym celu zaprezentuję to, co działo się kwartał temu, przy okazji wygasania serii marcowej. Oto obrazek z indeksu z tamtego czasu:
Marcowy kontrakt w ciągu kilku pierwszych dni marca wykonał piękny i dynamiczny ruch swingowy z poziomu mniej więcej 2680 w okolice 2800, czyli 120 pkt. W tym samym czasie opcja call ze strikiem 2800 z fazy OTM lub nawet FOTM (o tym decyduje delta) ruszyła się do punktu ATM. 
Jeśli spojrzycie na skalę po prawej to zobaczycie, że najpierw przez kilka dni można było kupić ją po cenie mniej więcej 4 pkt, a następnie sprzedać powyżej 30-35pkt. Stopa zwrotu 700% sprawia, że warto zastanowić się nad wykorzystaniem tej techniki na serii czerwcowej. 

Jeszcze o wolumenie. Dnia 2 marca, czyli ostatniego dnia przed wybiciem, wolumen na tej opcji wyniósł 1300 sztuk. W dniu poprzedzającym było to 350, a dzień wcześniej 170 sztuk. Aspekt płynności jest tu istotny, gdyż o ile stopa zwrotu zapiera dech w piersiach, o tyle 270 zł zysku (na pojedynczej opcji) nie musi znaczyć wiele z punktu widzenia portfela. Dlatego też osoba posiadająca portfel 10 000 złotych i każdorazowo ryzykująca 5% (500 zł) chciałaby zapewne kupić 12 takich opcji (12*40 zł -> 480 zł + prowizja). A co z inwestorem mającym 100 tysięcy? Stąd też warto mieć ten aspekt na uwadze, chociaż animatorzy powinni tu dość dobrze trzymać cenę.

Muszę przyznać, że to wydarzenia z początków marca wkręciły mnie tak mocno w tematykę opcyjną. W końcu jak się widzi instrument rosnący w czasie jednej sesji o 200-300%, musi to dawać do myślenia.

Jako, że w ankiecie na razie dominują głosy za poruszaniem się w granicach podstaw wiedzy o opcjach, wrzucam kolejną ankietę z zapytaniem, w jakim stopniu przyswoiliście niniejszy wpis. Muszę mieć feedback, gdyż inaczej takie wpisy mogą nie mieć sensu. Proszę o wzięcie udziału w ankiecie, sporo mi to pomoże.

sobota, 14 maja 2011

Wsparcia tu i tam

Postanowiłem dziś nieco rzucić okiem na rynek, gdyż ostatnio nie miałem na to szczególnie dużo czasu i ograniczałem się tylko do odnotowania zmian na moich walorach. I co ujrzałem? Wsparcie wsparciem pogania...
Na pierwszy ogień wrzucam indeks S&P500, na którym trwa jeszcze sesja giełdowa. Po uformowaniu stosunkowo wyraźnej oRGR indeks znów wyszedł górą, co zrobiło z niej formację kontynuacji. W chwili obecnej wygląda na to, że mamy do czynienia z korektą wybicia i powrotem do silnego oporu, który po przełamaniu stał się wsparciem. Już raz udała się bykom obrona tego poziomu i po przebiegu dzisiejszej sesji można sądzić, że i tym razem utrzymamy się powyżej 1340 pkt. Tak więc wsparcie trzyma.
Przechodząc na nasze podwórko, analizę koncentruję na kontraktach na WIG20, które z racji aktywności na opcjach stały się dla mnie głównym punktem odniesienia. I co? I znów mamy do czynienia z wybiciem górą z ruchu bocznego, które to wybicie w chwili obecnej odnotowuje powrót do przełamanego poziomu. Myślę, że sytuacja jest bardzo czytelna.

Korelacja poziomów technicznych na naszym głównym indeksie oraz jego głównym punkcie odniesienia nie jest może czymś szczególnym. Ot, się złożyło. Jednak mój wpis był spowodowany jeszcze dwoma innymi wsparciami, które dostrzegłem nie gdzie indziej, ale w swoim portfelu. Oto wykresy:
Kopex, który posiadam od początku grudnia, przeżywa właśnie nieco gorszy okres. Po ustanowieniu całkiem niedawno maksimów z ostatnich miesięcy, notowania spółki spadają... do wsparcia. Wsparcie jest silne, wyraźne i szczerze powiem, że ta czerwona kreska leży na moim wykresie od ponad pół roku. Jeszcze nie jest przesądzone, czy wsparcie wytrzyma.

BPH jest to druga z moich długoterminowych spółek - trzymam ją od października, co w moim przypadku oznacza bardzo długi okres. Dzięki narysowanym poziomom można łatwo zauważyć, że po wyrównaniu lokalnych maksimów z lutego spółka wraca... [werble]... do wsparcia :)

Jeszcze tytułem komentarza warto zwrócić uwagę na świece z długimi dolnymi cieniami. Jest to typowa zagrywka na czesanie stop lossów ustawionych pod wsparciem. Inwestor przekonany, że spółka będzie dalej szła w górę chce wyleszczyć trochę planktonu, dzięki czemu będzie mógł powiększyć zaangażowanie w danej spółce po bardzo atrakcyjnych poziomach. Na marginesie przyznam, że nie mogąc na bieżąco obserwować notowań z powodu kwitnięcia w biurze, każdego dnia po południu z obawą sprawdzałem, czy przypadkiem nie miałem tam jakiegoś stop lossa ustawionego miesiące temu. Na szczęście zlecenia zostały na dużo niższych poziomach, co z kolei pozwoliło mi pozostać na ryku.

Wtrącając jeszcze dwa słowa od siebie powiem, że nie jest wykluczone, iż zaangażuję dodatkowe środki w obie spółki, korzystając właśnie z faktu, że znajdują się one na wsparciach. Kasa mi się nieco zwolniła, gdyż inne moje walory dostały mocno po tyłku. Srebro sprzedałem z dużym zyskiem, ale mimo wszystko oddałem kilkanaście procent od szczytu, a Bogdankę udało mi się opchnąć kilka dni temu w przeczuciu, że dzieje się tam coś złego oraz wobec straty na poziomie 5-6%. Poniżej załączam wykresy razem z poziomami wyjścia:
Srebro (RCSILA)
Bogdanka

Ale niniejszy wpis miał być o wsparciach, więc ad rem. Wyraźne wsparcie to dobra okazja do zajęcia lub powiększenia pozycji przy niskim ryzyku. Czy to oznacza, że w związku z aktualną sytuacją na indeksach jestem bykiem? Hmm, w sumie umiarkowanie tak, ale to tylko moje zdanie. Poniżej wrzucam kilka wideo, które bardzo fajnie tłumaczą techniki gry na wsparcia/opory oraz zajmowanie pozycji przy niskim ryzyku początkowym. Oglądałem je wielokrotnie i polecam je także Waszej uwadze, głównie ze względu na prostotę technik.

Wybicia


Ciasne stopy


Wybicia z innej strony

wtorek, 10 maja 2011

Dobry dzień

Nic tak człowiekowi nie poprawia humoru, jak dzień, który udaje się od rana do wieczora. Dziś taki dzień stał się moim udziałem, o czym postanowiłem Was poinformować, gdyż pojawiło się kilka faktów, które powinniście znać.

Do plusów z pewnością należy zaliczyć słoneczną pogodę, urwanie się z pracy dwie godziny wcześniej niż zwykle, czy też kupno od dawna oczekiwanej książki fantasy w pakiecie z żelkami :) Dalej było już tylko lepiej, a mianowicie szkolenie o opcjach giełdowych, które miało miejsce na GPW, interesujące rozmowy w trakcie i w przerwach szkolenia, a także sushi w miłym towarzystwie po szkoleniu. Większość z tego pewnie jest średnio interesująca, więc skupię się na szkoleniu.

Pierwszą jego część prowadził Krzysztof Mejszutowicz, zajmujący się na GPW derywatami. Szkolenie przeprowadzone na bardzo przyzwoitym poziomie, prelegent dobrze wyjaśnił istotę opcji, kilka zagadnień wprowadzających niezbędnych do zrozumienia profili wypłaty, a także podstawowe informacje odnośnie zasad obrotu opcjami, ogólnych metod wyliczania depozytów zabezpieczających dla wystawców, a na koniec pojawiło się kilka statystyk. Generalnie, jeśli kiedyś będziecie się zastanawiali nad udaniem się na szkolenie prowadzone przez tę osobę, mogę Was zapewnić, że będzie to wysoki poziom, a czas na nie poświęcony nie będzie czasem zmarnowanym.

Drugą część, praktyczną, prowadził Maciej Borkowski z CDM PEKAO S.A Muszę przyznać, że w tym przypadku mam bardzo mieszane uczucia. Niewątpliwie osoba ta dysponowała pewną wiedzą na temat rynku opcji oraz praktyką inwestycyjną w tym zakresie, lecz pojawiły się liczne problemy z doborem poziomu prelekcji do możliwości zgromadzonych słuchaczy. Ze swojej strony mogę powiedzieć, że gdybym nie wiedział tego wszystkiego wcześniej, miałbym zapewne duże trudności ze zrozumieniem, o czym jest mowa. Dalej nie będę rozwijał tego wątku, jest to po prostu "ryzyko prowadzącego", na które niestety musimy się zgodzić wybierając się na szkolenie. Oczywiście jest kilka sprawdzonych osób, na które zawsze można liczyć, ale niestety szkolenia te odbywają się w różnych miejscach kraju, jak również tematyka nie zawsze zazębia się z zapotrzebowaniem ze strony inwestorów.

Oczywiście standardem jest teczka z wydrukami prezentacji, jakieś ulotki, długopisy i takie sprawy. Szkolenie było organizowane przez Instytut Rynku Kapitałowego WSE Research S.A. i muszę przyznać, że za "czasów FERKu" i ciacha w przerwie szkolenia były lepsze, i mniej było naganiania na płatne kursy. Dodam, że kursy w powyższej instytucji kosztują grube setki i tysiące złotych. Sam się na razie nie wybieram, ale być może stoją one na bardzo wysokim poziomie i warte są wydania tych pieniędzy.

Z informacji, które udało się uzyskać od Krzysztofa Mejszutowicza, jako osoby bezpośrednio zaangażowanej w organizację rynku opcji, wynika, iż planowany jest stosunkowo dynamiczny rozwój tego rynku, co z pewnością powinno zwiększyć jego atrakcyjność.

Po pierwsze, udało się nawiązać współpracę z kolejnym animatorem (aktualnie jest już czterech) i prowadzone są intensywne rozmowy z instytucjami zagranicznymi, działającymi już na bardziej rozwiniętych rynkach. Jeśli sprawy potoczą się pomyślnie, GPW będzie dążyła w pierwszej kolejności do zagęszczenia strike'ów opcyjnych, które obecnie rozmieszczone są co 100 punktów, co plasuje nas podobnież w ogonie Europy pod tym względem. Kolejnym krokiem związanym z aktywnością market makerów jest częstsze wygasanie serii opcji. Przypomnę, że aktualnie dzieje się to cztery razy w roku, a na rynkach rozwiniętych istnieją już nawet opcje tygodniowe (vide Apple, Citi).

Kolejna ciekawostka to planowana reaktywacja opcji na akcje. Na razie nie jest jeszcze znana konkretna data, ale Krzysztof Mejszutowicz zdradził, że będą to opcje rozliczane poprzez dostawę instrumentu bazowego (a nie pieniężnie, jak obecnie na WIG20), a także że ich styl wykonania będzie oparty na modelu amerykańskim (a nie europejskim). W uproszczeniu oznacza to, że posiadacz opcji będzie mógł ją wykonać nie tylko w chwili wygaśnięcia, jak to jest u nas obecnie, lecz także wcześniej. Nie jest wiadome, czy będzie to możliwe w dowolnej chwili, czy też tylko w konkretnych okresach.

Dalsza sprawa to szykująca się w najbliższym czasie zmiana sposobu liczenia depozytów, które muszą utrzymywać wystawcy opcji. Nie znam obecnego algorytmu, jak również nie zamierzam wnikać w proponowane zmiany, lecz poprawa ma być odczuwalna. Czyli generalnie depozyty będą mniejsze.

Ostatnia nowinka to pytanie, które nieco zaskoczyło Krzysztofa Mejszutowicza. Zapytałem, czy planowane jest umożliwienie zaliczania posiadanych jednostek ETF na poczet depozytu zabezpieczającego. Prelegent po chwili zastanowienia stwierdził, iż zwróci się z tą propozycją do odpowiednich osób w KDPW, gdyż faktycznie mamy tu do czynienia z dość wysoką korelacją. Przypomnę, iż w chwili obecnej na poczet depozytu możemy zaliczać posiadane obligacje Skarbu Państwa (stopa uznania 85-95%) oraz niektórych spółek o dużej płynności (stopa uznania 40-80%). 

Przedstawione powyżej kierunki zmian wydają się słuszne i zdecydowanie sprzyjające przyciągnięciu na rynek opcji nowych inwestorów, głównie indywidualnych, ale nie tylko. Dlatego też myślę, że warto zagęścić ruchy i poświęcić trochę czasu, żeby być gotowym na nadejście NOWEGO :)

niedziela, 8 maja 2011

Diabeł tkwi w szczegółach cd.

Niestety, nikt nie pokusił się o próbę rozwiązania zagadki, którą postawiłem w poprzednim poście. Mam nadzieję, że wynika to z Waszego lenistwa, a nie z braku wiedzy na ten temat :) A odpowiedź jest niezwykle istotna w przypadku zajmowania się opcjami.

Wszystkie trzy wykresy przedstawiają teoretyczną zmianę ceny opcji w zależności od upływu czasu do wygaśnięcia. Dane zebrałem przy pomocy kalkulatora wyceny BS, więc nie były to dane faktycznie zarejestrowane na rynku. Wykresy te różnią się tylko jednym parametrem wpływającym na wycenę, a mianowicie strikiem opcji. Pierwszy z nich, ten który pojawia się najczęściej i który najbardziej znamy, jest to wykres zmian ceny opcji będącej ATM. W tym wypadku wybrałem 2900. Drugi, jest to opcja będąca OTM o 200 pkt, czyli 2700, a trzeci to opcja FOTM (Far OTM), a konkretnie 2500.

Nie jest trudno zauważyć, że w zależności od wybranego strike'a, utrata wartości w wyniku zmniejszającego się czasu do wygaśnięcia przebiega zupełnie inaczej. Taki szczegół. Tyle, że może on zostać przeoczony przez osobę, która nie zdaje sobie z niego sprawy, zwłaszcza teraz, kiedy zbliżamy się powoli do wygasania serii czerwcowej. Ktoś pomyśli, że można sprzedać opcję OTM, a tymczasem utrata jej wartości przebiega nie do końca tak, jak sobie zakładaliśmy.

Tego typu pomyłki mogą mieć miejsce znacznie częściej, głównie poprzez pomijanie drobnych szczegółów przez osoby zajmujące się tematyką opcyjną. Muszę przyznać, że sam też piszę o wartości czasowej i nie dodaję za każdym razem, że dotyczy to opcji będącej ATM. A przecież wszystkie wykresy pokazujące zmiany grek w czasie dotyczą opcji ATM, chyba że jest to szczególnie zaznaczone. Trzeba mieć tego świadomość, gdyż może to znacząco zmienić nasze patrzenie na strategię, którą zamierzaliśmy właśnie zająć.

I tu chciałbym przejść do nieco szerszego zagadnienia, jakim jest nauka inwestowania, czy konkretnie poznawanie poszczególnych instrumentów finansowych. Osoba, która zdobędzie już podstawowe informacje na dany temat sądzi, że może już w pełni uczestniczyć w obrocie na danym rynku. Jednak oprócz informacji podstawowych, jest cała masa szczegółów i szczególików, z których nie zawsze zdajemy sobie sprawę, a które mogą okazać się kluczowe dla zyskowności naszych metod. Jako przykład warto wspomnieć chociażby rozjechanie się kontraktów na akcje i samych akcji w okresie poprzedzającym ustalenie prawa do dywidendy. Jeśli tego nie wiemy, możemy polować na nieistniejące nieefektywności.

Pytanie, w jaki sposób można uchronić się przed tego typu wpadkami jest całkiem zasadne, lecz ma banalną odpowiedź - uczyć się. Starać się maksymalnie poznać dany instrument, oczytać się we wszystkim co tylko wpadnie nam w ręce w nadziei, że to przygotowanie okaże się atutem w kluczowych sytuacjach. Wiedza jest dostępna - to jest pewne. Przecież każdy z nas może sięgnąć po publikacje na tematy giełdowe i studiować je do woli. Jeśli ktoś się uprze, może przecież przerobić samodzielnie dowolne studia ekonomiczne opierając się na samych podręcznikach. Ba, można to zrobić szybciej i do tego bez zbędnych przedmiotów, do których można zaliczyć typowe "odchamiacze", czyli przedmioty humanistyczne na naukach ścisłych. 

Wiedza jest więc na wyciągnięcie ręki i tylko od nas zależy, jak wiele z niej przyswoimy. Oczywiście, są tu różnego rodzaju preferencje i ograniczenia. Ja nie przepadam za matematyką przewyższającą poziom gimnazjum, więc z założenia nie sięgam po podręczniki rozkładające na części różne modele wyceny opcji. Ale staram się obejść to ograniczenie poprzez poszukiwanie wiedzy już przez kogoś przetrawionej i zaprezentowanej w formie przyswajalnej dla humanisty. Nie oszukujmy się, cała moja edukacja giełdowa tak właśnie wygląda. Oczywiście ponoszę ryzyko, które można nazwać "ryzykiem niekompetencji", ale jestem tego świadom i staram się maksymalnie odrobić lekcje z tematu, którym się zajmuję.

To samo dotyczy wszystkich osób, które wchodzą w świat inwestycji z zewnątrz, nie mając kierunkowego wykształcenia. Ciężko jest mi się odnieść do sytuacji osób po studiach ekonomicznych, gdyż nie wiem, jak szczegółowo poruszane są tematy związane np. z kontraktami terminowymi czy opcjami. Myślę, że są tu szczegóły, które mogą umknąć również im. 

Tak więc nie należy ustawać w procesie poznawania rynków, instrumentów finansowych i procesów nimi rządzących, gdyż  zastosowanie ma tu stare powiedzenie - jak sobie pościelesz tak się wyśpisz.

środa, 4 maja 2011

Diabeł tkwi w szczegółach

Poniżej załączam trzy wykresy związane z opcjami. Z jednej strony są do siebie bardzo podobne, lecz z drugiej znacznie się różnią. Ciekaw jestem, czy ktoś będzie w stanie poprawnie określić te podobieństwa i różnice, macie na to miejsce w komentarzach. Proszę również osoby, które już wiedzą, co mam na myśli o chwilę cierpliwości, żeby głos mogli zabrać ci, który się tylko domyślają. 

Tu niestety muszę się publicznie ukorzyć, gdyż kiedyś właśnie taką odpowiedzią "na pewniaka" popsułem komuś konkurs. Na usprawiedliwienie muszę dodać, że bardzo zależało mi na nagrodzie. Myślę, że osoba do której kieruję te słowa będzie wiedziała o co chodzi :)

Omówienie tych wykresów oraz szersza refleksja z tym związana będą miały miejsce w kolejnym wpisie poświęconym opcjom.
1
 2
 3

niedziela, 1 maja 2011

Niszczejące aktywa

Opcje są instrumentami, których czas życia jest ograniczony i zazwyczaj jest to stosunkowo krótki okres (w porównaniu choćby do obligacji). Wynikiem tego jest szczególna specyfika opcji, która w znaczącym stopniu wpływa na jej cenę, jak również inne parametry związane z wyceną i analizą. Podstawowym i najprostszym przykładem jest tu właśnie czynnik czasu do wygaśnięcia. Kupując opcję płacimy za nią nie tylko wartość wewnętrzną (czyli sumę, którą byśmy otrzymali w wypadku natychmiastowego wykonania opcji), ale również jej wartość czasową. Często stanowi ona większość premii opcyjnej, a nierzadko cała premia to wyłącznie wartość czasowa. W miarę zbliżania się do wygaśnięcia, wartość czasowa maleje, co sprawia, że przyjęło się określać opcje mianem niszczejących aktywów (ang. wasting assets).

W tym wpisie zajmę się właśnie procesem spadku wartości czasowej wchodzącej w skład premii opcyjnej. Tytułem powtórzenia, na cenę opcji składają się dwie wartości: wewnętrzna i czasowa. Wartość wewnętrzna to kwota, którą nabywca opcji otrzymałby w przypadku wykonania opcji w danej chwili. Przykładowo, jeśli opcja put 2900 kosztuje 35 pkt, a jej instrument bazowy znajduje się na poziomie 2884 pkt, wartość wewnętrzna wynosi 16 pkt (2900-2884). Pozostałe 19 pkt to właśnie wartość czasowa. Czym ona jest?

W największym uproszczeniu, wartość czasowa jest to możliwość (ryzyko), że instrument bazowy do chwili wygaśnięcia opcji przesunie się w jedną ze stron. Dlatego logicznym wydaje się, że im dalej od chwili wygaśnięcia, tym wartość czasowa opcji jest większa. W końcu w ciągu 3 miesięcy rynek jest w stanie przebyć większą odległość niż w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Nabywca opcji płaci za tę możliwość, gdyż jeśli zakładany przez niego scenariusz się zrealizuje, otrzyma on kwotę rozliczenia, która przy sprzyjających wiatrach będzie większa od ceny opcji, którą uiścił jakiś czas wcześniej. Z kolei wartość czasowa dla wystawcy opcji jest ryzykiem. Otrzymuje on premię od nabywcy, lecz bierze również na siebie ryzyko, że będzie musiał oddać część tej kwoty, całość lub nawet więcej niż otrzymał. Oczywistym jest, że im dalej od wygaśnięcia, tym rynek może się bardziej przesunąć, a co za tym idzie, wystawca zażąda większej premii za czynnik czasu.

Myślę, że mechanizm ten jest w miarę zrozumiały. Pojawia się więc pytanie, jak zmienia się wartość czasowa opcji oraz z czego dokładnie ona wynika. W tym wpisie załączałem już wykres przedstawiający topnienie wartości czasu. Dla ułatwienia wrzucę go ponownie:
(źródło: tylerstrading.blogspot.com)
Tak więc wykres ten ma przebieg nieliniowy i zdecydowanie przyspiesza w ostatnich tygodniach przed wygasaniem. Kiedy tak przyglądałem się niniejszemu (i podobnym) wykresowi nasunęło mi się pytanie - ale dlaczego tak to wygląda? Wiedząc, że wartość czasowa jest to szansa na przesunięcie się rynku o określoną wartość w określonym czasie, wynikało by z powyższego, że w krótkich okresach rynek ma znacznie większe możliwości na dynamiczne ruchy, niż w dłuższych.

Odwołajmy się jeszcze do powyższego wykresu. Zakładając, że przez ostatnie 30 dni przed wygaśnięciem wartość czasowa wynosi X to właśnie o ten X powinien (ma szanse) ruszyć się rynek. Z kolei patrząc na proporcje, w czasie ostatnich 60 dni, będzie to jakieś 1.2 X. Wynikało by z tego, że rynek rusza się zdecydowanie inaczej w krótkich okresach niż w dłuższych, co z kolei naraża nas na inne ryzyko przy kupnie (wystawieniu) opcji na 90, 60 czy 30 dni do wygaśnięcia. Jak to sprawdzić?

Postanowiłem odwołać się tu do statystyki. Zweryfikowałem stopy zwrotu z indeksu WIG20 z ostatniej dekady, a następnie sprawdziłem, jak zmieniały się one w zależności od długości okresu, dla którego je mierzymy. Stopy zwrotu liczyłem w prosty sposób, brałem wartość z dnia dzisiejszego, odejmowałem od niej wartość z sesji mającej miejsce X sesji temu, następnie dzieliłem przez wartość z X sesji temu i mnożyłem przez 100.

Robiąc to na przykładzie: 1 marca 2011 WIG20 zamknął się na poziomie 2718,56 pkt. Chcąc sprawdzić 45-dniową stopę zwrotu, należy pobrać zamknięcie z sesji wypadającej 45 dni wcześniej (bez weekendów, liczyłem tylko dni giełdowe), tj. 27 grudnia 2010 - 2758,50 pkt, a następnie przeprowadzić proste działanie:

(2718,56-2758,50)/2758,50*100 =  -1,448 %

W zaokrągleniu do liczb całkowitych, daje nam to stopę zwrotu o wartości -1%. Przeprowadziłem takie wyliczenia dla różnych okresów na danych od początku roku 2000 do piątkowego zamknięcia. Problem pojawia się w przypadku doboru odpowiedniego miernika stóp zwrotu. Ja wybrałem tutaj odchylenie standardowe, czyli jedną z miar statystycznych. 

Na wykresie poniżej przedstawiam więc odchylenia standardowe stóp zwrotu z indeksu WIG20 od 2000 do dziś w ujęciu tygodniowym. Wyniki przedstawiłem dla 25 tygodni do wygaśnięcia, co odpowiada połowie statystycznego roku giełdowego (liczącego 250 sesji):
Ogólnie rzecz biorąc, potwierdził się fakt, że krzywa przyspiesza w końcowym okresie przed wygaśnięciem. Może część z Was spodziewała się, że będzie ona bardziej zbliżona to wzorca przedstawionego wyżej. I tu trzeba zrobić zastrzeżenie, że czym innym jest krzywa generowana z modelu BS, a czym innym krzywa generowana przez sam rynek. Poza tym, niektóre wykresy są pokazywane, żeby pokazać pewne prawidłowości i niekoniecznie opierają się na zebranych danych czy modelach. Dla porównania pokażę inny wykres, w którym upływ czasu bardziej przypomina ten stworzony przeze mnie:
(źródło: http://www.capturingtheta.com)

Jeśli macie ochotę przejrzeć większą ilość tego typu proponuję wstukanie w wyszukiwarkę grafiki Google hasła "time decay". Znajdziecie pełną gamę wykresów, mniej lub bardziej zbliżonych do mojego.

Jakie są wnioski z tego całego wpisu? Głównie takie, że stopy zwrotu z indeksu faktycznie są różne w zależności od okresu, dla którego je liczymy. Przekłada się to na nasze działania na rynku opcji. Jeśli chcemy zajmować długie pozycje netto lub strategie debit, lepiej jest zajmować je na opcjach dalekich od wygaśnięcia, gdyż wtedy upływ czasu będzie mniej pomniejszał ich wartość. Z drugiej strony chcąc wykorzystać zjawisko "time decay", lepiej jest koncentrować się na opcjach o bliskich terminach.

Teraz wiecie to nie tylko z teorii, ale również z praktyki, gdyż potwierdzają to stopy zwrotu z indeksu WIG20.