poniedziałek, 15 lutego 2021

Czy manipuluję kursami moich spółek?

Czy swoimi publikacjami wpływam na notowania spółek, o których piszę? Czy tym właśnie prowokuję wybicia, których skuteczność następnie omawiam? Jak oceniać takie działania i jak im przeciwdziałać? Te właśnie kwestie omówię w dzisiejszym tekście.

Na wstępie tekstu w skrócie odpowiem na zadane powyżej pytania. Czy możliwe jest, że moimi publikacjami wywołuję lub przyczyniam się do wywoływania określonych ruchów i reakcji cenowych na rynku? Jest to jak najbardziej możliwe. Czy zarabiam na tych ruchach? Bezpośrednio nie, ale pośrednio niekiedy tak. W tekście rozwinę tę kwestię dokładniej, gdyż nie chcę być tutaj źle zrozumiany.

Impulsem do poruszenia tej kwestii był komentarz pod moim facebookowym postem, w którym jeden z czytelników zapytał, czy przypadkiem ruch rynkowy, którego przewidzeniem się pochwaliłem, nie został wywołany przez publikację moją, Tomka Jaroszka z bloga Doradca.tv oraz publikację w serwisie Stooq.pl. Czy skoro w trzech miejscach w giełdowym Internecie pojawia się sugestia, że kurs spółki 11 bit studios może w niedalekiej przyszłości rosnąć, to czy wzrost ten nie jest wywołany czystą grą sił rynkowych, ale właśnie owymi publikacjami? Moim zdaniem jest to częściowo możliwe, ale warto mieć tu na uwadze relację kapitalizacji waloru do renomy i zasięgów osób go polecających.

Jak działa ten mechanizm


Na polskim rynku mamy ok. 400 spółek na rynku głównym i drugie tyle na rynku New Connect. Nie jesteśmy w stanie na bieżąco monitorować ich wszystkich i dostrzegać tam interesujących formacji cenowych, nawet jeżeli realizują się one w danej chwili. 

Załóżmy zatem, że jakiś ceniony przez nas bloger, komentator rynkowy lub inwestor publikuje informację, że jego zdaniem spółka X ma potencjał do wzrostów, gdyż wskazują na to określone czynniki natury technicznej lub fundamentalnej. 

Odbiorcy takiej informacji mogą na nią zareagować na kilka sposobów. Mogą ją zignorować, gdyż posiadają swoją strategię inwestycyjną i konsekwentnie się jej trzymają. Mogą kupić dane akcje, podzielając opinię autora analizy, że ich kurs ma szanse na wzrost. Mogą również kupić dane akcje nie w oparciu o argumenty dotyczące samej spółki, ale ze względu na to, że kupił je lub polecił ceniony przez nich analityk.


Realne są również inne opcje, jak chociażby sprzedaż akcji w kontrze do komunikatu lub kupno w oczekiwaniu, że sama informacja wywoła wzrost ceny. Taka trochę incepcja, gdzie kupujemy akcje nie dlatego, że sami wierzymy we wzrosty, ale dlatego, że inni w nie uwierzą i pchną cenę wyżej. Zakładam jednak, że najbardziej popularne są trzy główne reakcje: zignorowanie analizy, kupno w oparciu o analizę, kupno w oparciu o autorytet autora. 

Bardzo łatwo jest tu dostrzec, że sam fakt powstania analizy lub ukazania się informacji o transakcji może mieć bardzo realny wpływ na przebieg notowań. Trudno jest przesądzić, czy dany ruch cenowy bez tego by się zrealizował, ale z pewnością pozytywna rekomendacja ze strony poważanego autora mogła mieć na niego korzystny wpływ.

poniedziałek, 1 lutego 2021

Czy to już czas realizacji zysków?

W ciągu ostatnich kilku miesięcy warszawska giełda doświadczyła wzrostów, jakich nie widzieliśmy od lat. Czy to wysokie tempo jest realne do utrzymania, czy lepiej już teraz zainkasować zyski w obliczu niepewnej przyszłości.

Niedawno podzieliłem się na facebooku moją rozterka, z którą zmagałem się przez ostatnie kilka dni. Mój portfel zyskał od początku listopada 47%, co jest wyjątkowym tempem, jak na dotychczasowe doświadczenia. Co ważne, nie kupiłem w ostatnim czasie żadnej spółki, która wzrosła o 1000%, skład pozostał mniej więcej bez zmian w porównaniu do pierwszego półrocza. 

Patrząc więc na rachunek maklerski i widząc wiele walorów z trzycyfrowymi stopami zwrotu, zacząłem się poważnie zastanawiać, czy to, co obecnie obserwujemy na giełdzie jest sytuacją normalną, czy ma szansę na kontynuację oraz jak wielkie jest ryzyko, że nagle muzyka przestanie grać, a walory się zawalą.


Co warte podkreślenia, w moim portfelu koncentruję się w dużej mierze na spółkach dywidendowych. Kupowałem je intensywnie w 2018 i 2019 roku, kiedy wydawały mi się tanie i dzisiaj jestem bardzo zadowolony z podjętych decyzji, lecz silne wzrosty z ostatnich dni nie są czymś, do czego byłbym przyzwyczajony. Budimex, spółka mało dynamiczna i przynależąca do dość nudnej branży, wzrósł od początku listopada o 37%. Z kolei iFirma, o wiele mniejszy walor, zyskała na wartości 76% od końca października, a jej długoterminowy wykres przedstawia się następująco:


Jak widać, przyspieszenie w ostatnich miesiącach jest zdecydowane, a jego skalę można porównać do krótkiego okresu pod koniec 2016 roku. 


Podobne obawy mam w stosunku do spółki Budimex, która notowana jest obecnie z wskaźnikiem cena/zysk na poziomie 24. Parametr ten nie uwzględnia świetnego 4 kwartału 2020 roku, za który spółka podała szacunkowe dane, ale mimo tego zastanawiam się, czy spółka budowlana może przez dłuższy czas być wyceniana na takim poziomie. A jeżeli nie, to kiedy nastąpi jakaś normalizacja i jaką postać ona przyjmie.