piątek, 30 lipca 2010

Kontrakty FW20 - analiza i technika gry

Pierwsze dwuczęściowe nagranie. Tym razem na prośbę jednego ze znajomych, który spytał o mój pogląd na krótkoterminową spekulację na kontraktach. Przepraszam za to, że się czasami powtarzam, ale trudno zapamiętać, co się w którym wideo (udanym czy nie) mówiło.

Część I



Część II

środa, 28 lipca 2010

Opory, opory

Nie chcę przyzwyczajać Was do sytuacji, gdy publikuję po dwa wpisy dziennie, ale niestety jutro sprawa może już być nieaktualna. Chodzi oczywiście o świeczki, które mamy na wykresach. Zatem może najpierw obrazki, później komentarz.

(wykres za: freestockcharts.com)


Jak widzimy, zarówno S&P 500 jak i nasz Wig20 znalazły się na technicznych oporach. Smaczku może dodawać fakt mocno wykupionych oscylatorów oraz dwie spadkowe świeczki, które zwiastują przynajmniej chwilowe zatrzymanie się cen na obecnym poziomie. I pojawia się kluczowe pytanie, czy urodzi się z tego jakaś większa korekta.

W sumie ciężko powiedzieć, gdyż poprzednim razem zakładałem swing w dół i mocno się pomyliłem. Oczywiście mam na myśli ruch cen, gdyż odpowiednio ustawione zlecenie obronne pozwoliło ograniczyć straty do minimum. Co do S&P jest to ważny poziom, gdyż będzie to pokonywanie pierwszego porządnego swing high, co może zasugerować zmianę trendu na wzrostowy. Z kolei na Wigu20 badamy opór w postaci lewego ramienia potencjalnego RGR, więc w sumie również nie byle co.

Z drugiej strony, patrząc na dynamikę zmian cen w ostatnich 3-4 tygodniach, można zauważyć dużą siłę rynku. Zatem w perspektywie średnioterminowej, nastawienie się na dalsze wzrosty może dać lepsze rezultaty. Dobrze obrazuje to przykład poprzedniego wyjścia z korekty, kiedy to ceny szły w górę prawie bez odreagowania.

Jeśli chodzi o mnie, postanowiłem zaryzykować kolejną krótką pozycję, mimo że poprzednia poleciała na stopie. Uznałem, że jest okazja do wejścia na ciasnym stopie, a z racji tego, że zrobiłem to stosunkowo wcześnie (dziś intraday), mogę już myśleć o ograniczaniu ryzyka i zmierzaniu w kierunku breakeven. Oto wykres:


Najniższa linia to moja poprzednia krótka pozycja, środkowa przerywana to poziom, na którym odkupiłem, natomiast gruba czerwona to dzisiejsze wejście na short. Jak widzicie jestem póki co kontrarianinem, ale staram się dokonywać transakcji o niskim ryzyku początkowym, dzięki czemu nawet strzelony stop nie powoduje dużego uszczerbku na portfelu. Wczesne zajęcie pozycji sprawiło, że ceny już oddaliły się nieco od stopa. Oby tak dalej :)

Analiza TPSA - 28.07.2010

wtorek, 27 lipca 2010

Czas na finisz

Dochodzimy do końcowego etapu cyklu o stopach. Po omówieniu rozmaitych aspektów związanych ze zleceniami obronnymi, czas przejść do konkretnych technik ich ustawiania. W kolejnych wpisach postaram się zaprezentować najpopularniejsze typy stopów kroczących wraz z ich zaletami i wadami.

Dlaczego tylko stopy kroczące? Dlatego, że stopy początkowe mają stosunkowo niewiele odmian - są oparte o poziomy techniczne lub współczynniki preferowane przez gracza. Natomiast w przypadku trailing stopów mamy cała gamę narzędzi dających się zastosować i właśnie najciekawsze z nich postaram się wspomnieć.

Raczej nie będę przeprowadzał testów, gdyż na wyniki systemu wpływa o wiele więcej czynników niż tylko stopy, zatem ciężko bo było wychwycić, czy zmiany zyskowności są efektem takiego, a nie innego stopa.

Tytułem wprowadzenia chciałbym zaprezentować dwie zasady, kluczowe z punktu widzenia stopów kroczących.

Stopy przesuwają się tylko w jedną stronę

Zasada ta dotyczy wszystkich stopów, nie tylko kroczących, ale w przypadku tych drugich jest szczególnie ważna. Może nas czasami kusić, żeby obniżyć stopa, dać cenom jeszcze trochę miejsca do poruszania się. Uważam, że lepiej jest mieć mechaniczny system prowadzenia stopów i jego się trzymać. Obniżanie stopa pod wpływem chwilowego "widzimisię" może nam rozsypać cały system.

Stopy przesuwają się tylko wtedy, gdy przesuwa się cena

To również bardzo ważna zasada. Stop kroczący ma to do siebie, że podąża za ceną. Z tym, że niektórzy zacieśniają stopa mimo, iż cena ciągle porusza się w tym samym obszarze. Spotkałem się z argumentacją odwołującą się do czasu - stop już tak długo przebywa w tym samym miejscu, że trzeba go ruszyć. Tym sposobem krótki ruch przeciwko nam może doprowadzić do przedwczesnego zamknięcia pozycji.

Jedyny wyjątek od tej zasady dopuszczam w przypadku analogicznym do zacieśniania stopów oraz zamykania części pozycji, czyli przy strategiach grających w oparciu i poziomy techniczne (szerzej tutaj).

Kolejna sprawa, o której warto wspomnieć to rodzaje stopów kroczących. Klasyfikacji i typologii można robić wiele, ja chciałbym jedynie wspomnieć o stopach prowadzonych na różnego rodzaju współczynnikach oraz opartych na układach świecowych. Te pierwsze są wynikiem matematycznego przetworzenia cen, natomiast drugie opierają się wyłącznie na tym, co widać na wykresie.

Można jeszcze wyszczególnić stopy żyrandolowe, czyli "podczepione" pod szczyty wykresu oraz inne, zazwyczaj oparte o minima z jakiegoś zakresu. Stop żyrandolowy jest liczony w oparciu o maksima cenowe, czyli ostatnie ekstrema osiągnięte przez rynek. W efekcie o stopie decyduje (głównie) to, jak wysoko zawędrowała cena.

Odwrotną koncepcją jest opieranie stopa o minima z jakiegoś zakresu. Wtedy nie interesują nas szczyty, ale raczej to, jak szybko przesuwają się dołki i to one wyznaczają nam poziomy obronne.

Wiem, że opisałem to wszystko stosunkowo pobieżnie, ale nie chcę wdawać się w zbyt szerokie dywagacje, gdyż będzie jeszcze na to czas podczas omawiania konkretnych technik. Postaram się je opisać zaczynając od tych najciaśniejszych (2-3 dni, swing trading) i zmierzać do szerokich (trend following), ale nie wykluczam, że w trakcie cyklu przypomni mi się coś, co szkoda by było pominąć.

poniedziałek, 26 lipca 2010

Dwa razy dwa

Tym razem pozostawię obrazek bez komentarza, niech cieszy oko :)

niedziela, 25 lipca 2010

Archeologiczne odkrycie

Jako, że jest niedziela wieczór i planów żadnych nie mam, a z drugiej strony warto zrobić coś konstruktywnego przed poniedziałkową rutyną, postanowiłem przejrzeć trochę wykresów pod kątem ciekawych układów etc.

Okazało się, że niektóre z nich były pomazane kreskami służącymi za ilustrację setupu wejścia. Chciałbym pokazać dziś jeden z nich, który szczególnie mnie ubawił. Jako że był stosunkowo dokładnie opisany (czego na własne potrzeby nie robię), doszedłem do wniosku, że musiałem go gdzieś udostępnić w sieci. Przegrzebanie archiwum bloga niestety nie pomogło, więc sprawdziłem w drugim prawdopodobnym miejscu, czyli na wortalu Gra Giełdowa, gdzie swojego czasu bawiłem się we wrzucanie wykresów z komentarzem. Ta konkretna analiza dostępna jest pod tym adresem (post #22), ale mając świadomość, że nie wszyscy mają tam konta, wrzucam ją poniżej:

Tym razem spółka Emperia. Obserwuję ją już od kilku dni w oczekiwaniu, że wybije się ze stosunkowo wąskiego zakresu, w którym się poruszała. Dziś nastąpiło wybicie, lecz sesja jeszcze trwa, więc nie wiadomo, czy zamknięcie będzie wysokie.

Myślę, że obrazek powie wszystko. Dodam tylko, że ryzyko liczone po czerwonych liniach wynosi ok 4,6%, więc jest całkiem przyzwoite. Zyski zależą oczywiście od zachowania rynku i tego, jak będziemy przesuwali stopy.


Dziś, podczas przeglądania wykresów, trafiłem natomiast na taki obrazek:

I teraz kilka wniosków, które można na tej podstawie wysnuć:

Po pierwsze - zmieniłem kolor świec na wykresach :)

Po drugie - rynek zagrał idealnie.

Po trzecie - nie sądzę, aby ktoś zrealizował profit target II grając na podanych wyżej założeniach.

Widzimy wyraźnie, że pierwszy bounce zakończył się mocnym spadkiem i prawie odpalił stopa. Z tym, że nie wierzę, aby ktoś zostawił stopa na początkowym poziomie i nie podniósł go ani troszkę. A jak widzimy, takie podniesienie kładzie na łopatki cały setup.

Zatem sytuacja może i była zgodna z tym, co napisałem, ale rynek pokazał, że samo narysowanie to jedno, a zarobienie na tych kreskach to drugie. Wrzuciłem to w ramach ciekawostki, ale proponuję przyjrzeć się, jak ładnie zagrały poziomy techniczne opisane jako stop loss oraz profit target II.


sobota, 24 lipca 2010

Sztuka wychodzenia z rynku

Od jakiegoś czasu zajmujemy się metodami i zasadami prowadzenia stopów i zamykania pozycji. Tym razem chciałbym skupić się na aspekcie bardziej technicznym, czyli wyborze zleceń, które będziemy do tego wykorzystywali. Sprawa jest niebagatelna, gdyż jeden błąd może skutkować nieprzyjemnymi sytuacjami.

Omówię jedynie dwa typy zleceń (stop limit oraz stop loss), gdyż wybór któregoś z nich kosztem drugiego jest bardzo istotny, co mam nadzieję wykazać w niniejszym wpisie.

Zlecenie stop limit jest konstrukcją dwuczęściową. Po pierwsze ustalamy jego cenę aktywacji. Dopóki nie zostanie ona osiągnięta przez rynek, zlecenie nie pojawia się w arkuszu, a jedynie oczekuje sobie spokojnie w czeluściach systemów informatycznych. Gdy ceny spadną do poziomu naszego limitu aktywacji lub niżej, zlecenie jest wrzucane do arkusza, jako zlecenie z limitem ceny. To właśnie jest jego druga część, limit ceny. Tak więc dla przykładu kupujemy po cenie 20 zł i ustawiamy zlecenie stop limit, gdzie limit aktywacji wynosi 18.30 zł, natomiast limit ceny na 18,35 18,25 zł. Gdy ceny spadną do poziomu 18.30, stop jest aktywowany i wchodzi do arkusza, jako zlecenie sprzedaży z limitem ceny 18,35 18,25 zł. Myślę, że nie jest to jakaś szczególnie złożona konstrukcja.

Przypadek zlecenia stop loss jest bardzo podobny. Tu również występuje limit aktywacji, lecz po jego osiągnięciu jesteśmy wrzucani do akrusza w formie zlecenia PKC. Oznacza to, że transakcja dochodzi do skutku po najlepszych cenach oferowanych aktualnie przez kupujących. Tu również konstrukcja wydaje się prosta.

Tak więc możemy wybierać między dwoma rodzajami stopów. Oczywiście możliwe jest też ustawienie zwykłego zlecenia z limitem ceny, które od razu zostanie umieszczone w arkuszu. To są właśnie te oferty, które widzimy w tabeli, gdy mamy wykupiony pakiet pełnego rynku. Cena oscyluje w okolicach 3 zł, a my widzimy w arkuszu zlecenia sprzedaży akcji po cenie 1.20 zł lub też 8.60 zł :) Ze zleceniami wiszącymi na rynku wiąże się też ryzyko, że będą celem polowania przez większych zawodników. Szczególnie, gdy wystawiamy dużo papierów na stosunkowo mało płynnym rynku.

Jak zatem zdecydować się, który typ zlecenia jest lepiej dopasowany do naszych potrzeb? Generalnie, zlecenia stop limit (umiejętnie stosowane) pozwalają uzyskać nieco lepszą cenę sprzedaży, ale ich główną wadą jest ryzyko, iż nie zostaną zrealizowane. Będziemy sobie czekać na limicie, a tymczasem rynek pójdzie dalej zostawiając nas na pozycji. Skutkiem tego jest sprzedaż po cenie dużo gorszej, niż by to było po wyjściu zleceniem stop loss.

Przede wszystkim musimy ocenić płynność i szybkość rynku. Rozumiem przez to ilość papierów po każdej ze stron, jak również czas, jaki przebywają ceny w danym miejscu. Jeśli gramy na walorach bardzo mało płynnych, wtedy nasz aktywowany stop limit, po wrzuceniu na koniec kolejki, może nie zostać zrealizowany, gdyż ceny w tym czasie przesuną się poza limit. Nie muszę chyba mówić o opłakanych skutkach tego typu sytuacji. W tym wypadku lepiej zastosować zlecenie stop loss, które zamyka pozycję od razu, przez co nie musimy się obawiać, że stop nie zadziała.

Z własnego doświadczenia powiem, że miałem kiedyś sytuację, gdy ustawiłem zlecenie stop limit po czym wybyłem na uczelnię. Gdy sprawdziłem w komórce notowania okazało się, że cena przeszła już przez mój limit. Pogodziłem się z faktem, że wyleciałem na stopie, przecież to normalna rzecz. Niestety, gdy dotarłem na wieczór do domu okazało się, że ciągle jestem na pozycji i do tego kawałek dalej w stratach, niż zakładałem to przy planowaniu transakcji. Tak więc jest to wielka wada zleceń stop limit i zarazem silny argument na rzecz zleceń stop loss.

Kolejną sprawą są ewentualne luki, które na naszym rynku nie są czymś niezwykłym. Przecież może się zdarzyć (i pewnie niektórym z Was się zdarzyło), że rynek w nocy przeskoczy naszego stopa i po otwarciu nawet aktywne zlecenie nie będzie miało szans na realizację z racji ceny zbyt oddalonej od aktualnych ofert. Także i tym razem lepiej sprawdzi się stop loss, który zamknie pozycję na otwarciu. Możemy narzekać, że cena będzie gorsza, że może rynek w późniejszych godzinach notowań jednak osiągnie poziom stopa, ale nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby niwelować ryzyko, a skoro jest luka przeciwko nam to trzeba wiać czym prędzej.

Jak na razie wychodzi nam 2-0 na korzyść stop lossów. Dorzucimy później jeszcze jeden argument, już bardziej złożony, ale póki co zastanówmy się, co może przemawiać przeciwko nim. Jest to oczywiście wynik konstrukcji samego zlecenia, a konkretnie części PKC. Po osiągnięciu limitu aktywacji wychodzimy z pozycji po cenach oferowanych aktualnie przez stronę przeciwną i to zapewnia nam szybkość i pewność wykonania. Kosztem jest niestety gorsza, czasem dużo gorsza, cena realizacji zlecenia. O ile w przypadku kontraktów na W20 czy najbardziej płynnych spółek jesteśmy w stanie przymknąć na to oko z racji niewielkiego spreadu, to gra kontraktami akcyjnymi lub innymi mało płynnymi walorami pociąga za sobą znaczne koszty. W przypadku często poruszanych przeze mnie kontraktów na PKO nie jest rzadkością spread o wartości 12-15 złotych. A musimy pamiętać, że często są to tylko oferty animatorów i po każdej ze stron może czekać zaledwie 1 kontrakt. Zatem zamykając PKC pozycję o wielkości 3 lub więcej kontraktów możemy narobić nieco zamieszania w arkuszu przy okazji zaliczając średni spread o wartości ponad 20 zł. Aby mieć skalę porównania powiem, że średnia zmienność na tym walorze wynosi dziś 70 zł, tak więc spread to 20-30% zmienności. Koszt niemały, trzeba przyznać. Porównując to do kontraktu FW20, gdzie spread również wynosi 10-20 zł (1-2 pkt) można odnieść mylne wrażenie, że wychodzi na to samo. Niestety, średnia zmienność na FW20 to dziś 416 zł., co czyni koszt spreadu relatywnie mniejszym. Poza tym nawet wysypanie się PKC 10 i więcej kontraktami nie stanowi większego problemu z racji dostatku ofert po obu stronach.

Tak więc widzimy, że mimo wielu zalet, zlecenia stop loss posiadają wielką wadę - duży koszt ich stosowania na mało płynnych rynkach. W tym momencie musimy sobie poważnie przemyśleć sprawę, czy chcemy mieć gwarancję wyjścia, ale po słabej cenie, czy też próbować łapać złotówki, ale ryzykować przewiezienie papierów dalej niż zamierzaliśmy.

Obiecałem dorzucić jeszcze jeden argument na rzecz stop lossów, więc czas się nim zająć. Argument ten wynika głównie z moich doświadczeń, z niedawnej przygody jednego ze znajomych, jak również z przemyślenia sprawy w wolnej chwili. Załóżmy, że nie mając dostępu do notowań w ciągu dnia (nie mogąc modyfikować zleceń) stosujemy wyłącznie stop lossy. Ale gdy wiemy, że będziemy w stanie śledzić wydarzenia na rynku, często rodzi się pokusa, aby zastosować stop limit i ugrać trochę więcej niż trzeba. Rynek się otwiera, rusza przeciwko nam i w końcu osiąga poziom naszego zlecenia obronnego. Aktywuje się ono, ale ustala cenę powyżej rynkowej (dla stopa ustawionego na pozycji długiej), aby sprzedać trochę drożej. Czekamy, aż znajdzie się chętny do przejęcia naszych papierów, ale on się nie trafia. Rynek przesuwa się niżej, wskakują nowe zlecenia i nasze nie jest już najlepsze, przez co spadają szanse jego realizacji. Co robimy? Oczywiście zmieniamy cenę na bliższą aktualnych ofert. Niestety, znów jak na złość widełki przesuwają się w dół, rynek nam ucieka i trzeba go gonić. Poprawiamy dalej zlecenie, ale jesteśmy coraz bardziej zdenerwowani, gdyż dawno już minęliśmy cenę, po której chcieliśmy wyjść, a oferty ciągle lecą w dół. Po wielu poprawkach krzyczymy "pie***lę to" i wystawiamy wszystko PKC. Jako wisienka na tym gorzkim torcie okazuje się, że dokonaliśmy transakcji po najgorszej cenie dnia, gdyż rynek po naszym wysypaniu się, wrócił w górę.

Znacie to? Jestem pewien, że tak. Wierzcie mi, że przerabiałem ten scenariusz nie raz i nie dwa. Pogoń za rynkiem i próba przechytrzenia go sprawiają, że przez długi czas siedzimy przy notowaniach modyfikując zlecenie co kilka minut i przy okazji rwąc sobie włosy z głowy. Po takiej sesji nerwy mamy w strzępach, kasy w portfelu ubyło, a my obiecujemy sobie, że już nigdy więcej. Życie pokazuje, że to nigdy więcej trwa zwykle do następnego razu...

Myślę, że ze względu na stan naszych nerwów i finansów należy sięgać raczej po zlecenia stop loss. Fakt, tracimy na gorszej cenie sprzedaży, ale mamy gwarancję, że rynek nie przeskoczy nas zostawiając z ręką w nocniku, jak również odcinamy się od wszelkich prób walki z innymi graczami i samym sobą. Po kilku przygodach z przeskoczonym zleceniem oraz po kilku emocjonujących pogoniach za rynkiem doszedłem do wniosku, że lepiej stosować stop lossy zamiast zleceń stop limit.

Tak więc traktujmy nasze zlecenia obronne jak ubezpieczenie. Płacimy składkę, ale mamy gwarancję, że zadziałają, gdy przyjdzie taka potrzeba. Zlecenia stop limit nie zawsze zaskakują, a więc stanowią wyłom w naszym systemie. Nie wiem, jak Wy, ale ja wolę płacić nawet trochę wyższą składkę i mieć pełne zabezpieczenie niż próbować oszczędzać i żyć w ciągłym strachu.

Jakie jest Wasze zdanie?

wtorek, 20 lipca 2010

Nie rośnie - co robić?

Poprzednio omówiliśmy optymistyczny wariant, w którym sytuacja rozwijała się zgodnie z założonym przez nas scenariuszem. Teraz czas na wariant może nie pesymistyczny, ale powiedzmy że umiarkowanie negatywny, czyli sytuację, w której po wejściu na rynek nie mamy ani spadków ani wzrostów, a jedynie ruch boczny w wąskim zakresie.

Dlaczego uważam, że jest to scenariusz umiarkowanie negatywny? Przecież nie tracimy, a ceny nie zmieniają swoich poziomów. To prawda, lecz zazwyczaj otwieramy pozycję w oczekiwaniu na ruch rynku w daną stronę. Wchodzimy licząc, że ceny podążą w założonym kierunku, a nie będą sobie dreptały w miejscu. Z drugiej strony mamy pewną tolerancję na zwłokę, czasem jest to 2-3 dni, czasem trochę więcej. Tak więc setup ma swój (nie zawsze określony) okres ważności, po upływie którego można uznać, że oczekiwany przez nas ruch nie nastąpił, a my jesteśmy na rynku zupełnie przypadkowo. Co wtedy?

Znów wypada zrobić rozróżnienie na strategie podążania za trendem oraz swing tradingowe. W przypadku tych pierwszych oczekujemy na wzrost cen w szerokiej perspektywie. Stąd też stosunkowo krótki okres płaskiego rynku nie stanowi większego zaburzenia, w końcu jesteśmy gotowi przeczekać nawet korekty, o ile nie strzelą nam stopa. Przyjmując, że ruch boczny trwa wyjątkowo długo, nasze szanse na wzrosty wciąż wynoszą 50%, gdyż rynek może iść tylko w górę lub w dół. Znając skuteczność systemów trend following (35-45%) szanse pół na pół są całkiem niezłe, w związku z czym raczej byłbym zwolennikiem pozostania na rynku.

Nieco inaczej wypada perspektywa swing tradingowa, kiedy to naszym celem jest krótki ruch cen, wykorzystanie jakiegoś nadzwyczajnego odchylenia od średniej, impetu, wsparcia lub czegoś zupełnie innego. Wtedy sprawy mogą wyglądać podejrzanie, kiedy zamiast gwałtownej korekty mamy ruch boczny. Podejmiemy decyzję o wcześniejszym opuszczeniu rynku, gdyż "coś tu śmierdzi". Zatem w przypadku swing tradingu, jestem w stanie dopuścić możliwość wcześniejszego wyjścia, choć zalecam poważne przemyślenie sprawy.

Patrząc na wszystko z nieco innego punktu widzenia, wychodzenie z rynku z powodów innych, niż uwzględnione w systemie, może rodzić poważne konsekwencje. Główną jest zaburzenie wskaźników skuteczności oraz średniego zysku do średniej straty. Poprzez zamknięcie pozycji realizujemy zazwyczaj niewielki zysk lub niewielką stratę, co wpływa na bilans. Kolejna sprawa, nawet ważniejsza to zwolnione środki, które możemy jakoś zagospodarować. Czasem trafnie, czasem nietrafnie, wszystko to ciężko oszacować. Zatem dopuszczając dyskrecjonalną ocenę sytuacji wystawiamy się na wprowadzanie punktów niepewności do naszych działań, a w połączeniu z emocjami towarzyszącymi grze na giełdzie, może to bardzo niekorzystnie odbić się na naszym portfelu.

Podsumowując ten krótki wpis, myślę że warto jednak zostawać na rynku nawet wtedy, gdy zakładany ruch nie następuje. Możliwe, że to tylko opóźnienie, a opuszczenie pozycji z pewnością pozbawi nas szans na zysk, zwłaszcza gdy gramy zgodnie z kierunkiem dominującego trendu.

Magiczny moment

Myślę, że każdy z nas (a zwłaszcza ci grający w realu) zna to uczucie, kiedy po zajęciu pozycji rynek idzie od razu tam, gdzie chcemy, żeby poszedł. Zdarza się niestety i tak, że nasze papiery tracą na wartości, depozyt się kurczy, a my zaciskamy zęby myśląc "znowu?".

Ten oraz kolejny wpis postanowiłem poświęcić właśnie na omówienie pierwszych chwil w transakcji, kiedy to obserwujemy początkowy rozwój pozycji i podejmujemy pewne decyzje. Głównie mam na myśli czas, kiedy stop loss przekształca się w trailing stop oraz pierwsze chwile tego drugiego. Dziś rozważymy wariant pozytywny, czyli sytuację, gdy ceny od razu dają nam zarobić.

Większość z nas zapewne pamięta zasadę głoszącą "nie pozwól zyskom przerodzić się w straty". Traktując ją bardzo dokładnie, powinniśmy przesuwać zlecenie obronne na breakeven już w chwili, gdy ceny ruszą się o kilka tików w naszą stronę. Wtedy mamy pewność (choć ograniczoną), że zysk nie przekształci się w stratę. Oczywiście jest to błędna strategia, gdyż co prawda znacznie redukuje nam liczbę wpadek, ale z drugiej strony "ucina" wiele dobrych pozycji. Przyczyną jest nie pozostawienie odpowiedniej ilości miejsca, przez co zwykły szum aktywuje zlecenie. Wzrost liczby transakcji (poślizgi i prowizje) jest kolejnym negatywnym skutkiem.

Co możemy zrobić? Niestety, należy dopuścić możliwość, że zyski przerodzą nam się w straty. Po przemyśleniu tematu dochodzę do wniosku, że zasada o której wspominałem odnosi się głównie do konieczności stosowania zleceń obronnych, aby ludzie nie "wieźli" spadającej pozycji, tylko ucinali ją przy pomocy np. trailing stopa. Sądzę więc, że spokojnie możemy uznać, iż zasada ta nie dotyczy początkowej fazy transakcji.

Wiemy, że musimy zaryzykować część zysku. Ile? Jak najmniej oczywiście :) Kluczowym zagadnieniem jest dla nas relacja szerokości stopa początkowego do stopa kroczącego. Zazwyczaj jest tak, że stop kroczący jest nieco szerszy od stop lossa, czasem zdarza się, że są one sobie równe, natomiast nie sądzę, aby ktoś stosował trzecie rozwiązanie (SL > TS), gdyż otwarcie pozycji i minimalny ruch ceny od razu przełączał by nas na stop kroczący. W efekcie stop początkowy nie miałby praktycznie żadnego znaczenia.

Tak więc zakładając, że trailing stop jest szerszy niż stop loss, ceny muszą przebyć nieco dystansu zanim zaczniemy podnosić zlecenie obronne. Odległość ta jest właśnie naszym zyskiem ryzykowanym za free, czyli bez żadnych innych korzyści. W chwili, gdy przechodzimy na zlecenie kroczące, w miarę wzrostów (dla longów) ryzykujemy również pewną część zysku, ale już nie za darmo, gdyż zmniejsza się nasze pole straty z racji podnoszącego się stopniowo stopa.

Rozpiszmy prosty przykład (bez prowizji i poślizgów):
Kupujemy po cenie 20 zł, nasz stop początkowy to 2 zł, natomiast stop kroczący to 3 zł. Jak więc widzimy, zakres między 20-21 zł jest to pole, w którym w razie odwrócenia oddamy zysk bez żadnych dodatkowych korzyści, gdyż stop stoi ciągle na poziomie 18 zł. W chwili, gdy cena przebije 21 zł, przełączamy się na stop kroczący, a więc zaczynamy podnosić nasze zlecenie obronne. I tak przy cenie 22,50 zł ryzykujemy utratę aż 2,50 zł zysku, ale nie za darmo - w tym momencie nasz stop jest już na poziomie 19,50 zł. Tak więc jeszcze troszkę i będziemy w punkcie breakeven, co oznacza darmowa transakcję.

Oczywiście w przypadku stopa początkowego równego szerokością kroczącemu, nie ma tego "martwego pola" i każdy ruch ponad cenę wejścia oznacza zmniejszenie naszej potencjalnej straty.

Tak więc widzimy, że czasem należy zaryzykować niewielki zysk. Głównie dlatego, iż zbytnie zacieśnienie stopa wyrzucałoby nas z rynku zdecydowanie za często, co w efekcie przerodziło by się w skalpowanie. Ceny potrzebują miejsca na szum, a zatem należy im to miejsce zapewnić. Bez tego nici z udanego tradingu.

niedziela, 18 lipca 2010

Analiza indeksów - 18 lipca 2010

Wrzucam krótką analizę indeksów S&P 500 oraz Wig20.

Okazało się, że YT zrobił z tego wersję HD, co mnie bardzo cieszy :)

czwartek, 15 lipca 2010

Zlecenia take profit

No właśnie, kasować zyski czy nie. W poprzednim wpisie starałem się pokazać różnicę miedzy systemami trend following i swing trading w kontekście stopów zacieśniających się. Tym razem postaram się poruszyć jeszcze bardziej złożoną sprawę, czyli opuszczanie pozycji w z góry zaplanowanym momencie.

Sądzę, że sam rdzeń zagadnienia nie jest szczególnie skomplikowany. Zakładamy sobie, że opuszczamy rynek po spełnieniu pewnych warunków. Teraz jednak, w odróżnieniu od wszystkich innych stopów, nie czekamy na cofnięcie się rynku, ale na osiągnięcie założonej ceny.

Przechodząc do meritum, warto się zastanowić, czy w ogóle warto zaprzątać sobie głowę zleceniami/poziomami take profit. Przecież ograniczają one nasze zyski, wyrzucają z rynku w czasie, gdy nie widać przesłanek dla spadków, zarzynają tę kurę, która generuje zyski.

Oczywiście medal ma dwie strony (lub w tym wypadku nawet więcej), a zatem trzeba się nad tym aspektem strategii pochylić. W przypadku trend followingu już się wypowiedziałem na temat zacieśniania stopa. Teraz mogę jedynie wzmocnić te słowa - żadnego kasowania zysków przy trendzie, on jest naszym przyjacielem.

Co w przypadku swing tradingu, gry pod formacje i wszystkich innych technik, które zakładają eksploatację ruchów o ograniczonym potencjale? Też jestem przeciwnikiem stosowania take profitów rozumianych jako zamykanie całej pozycji, gdyż nawet próba złapania krótkiego swingu może zakończyć się całkiem ładnym i płynnym ruchem w naszym kierunku. Wtedy, poprzez zamknięcie wszystkiego wcześniej, tracimy okazję na partycypację we wzrostach (lub spadkach).

Co nam zatem pozostaje? Wykorzystywanie zleceń kasujących zyski do zamykania części pozycji. Tutaj roztacza się przed nami cały wachlarz wariantów, z których ja postaram się omówić dwa, jak mi się wydaje najważniejsze.

Pierwszy przypadek to zarządzanie pozycją jednakowe dla wszystkich pozycji. Czyli ustalamy, że wchodzimy np. 3 kontraktami lub liczbą jednostek/akcji odpowiednio podzielną dla naszych potrzeb. I na przykład, w chwili gdy nasza transakcja przebiega z prawidłowym kierunku, zamykamy 1 kontrakt gdy zyski z niego pokryją prowizje (za wejście i wyjście dla całej pozycji 3 kontraktów) oraz połowę ryzyka początkowego (też dla całej pozycji). Drugi kontrakt zamykamy, gdy zyski z niego pokryją pozostałe ryzyko oraz wygenerują założoną nadwyżkę, a trzeci prowadzimy trailing stopem aż do chwili, gdy ceny zakończą swing i zaczną zmieniać kierunek.

Nie chcę wdawać się za mocno w analizę wszystkich aspektów związanych z powyższym przykładem, gdyż nie jest to na razie naszym celem. Chcę jedynie zwrócić uwagę, że redukowanie pozycji wynika z odgórnie przyjętej koncepcji zarządzania nią i odnosi się jedynie do jej stanu, czyli relacji do ryzyka początkowego, prowizji etc.

Drugi przypadek wynika z sytuacji na wykresie, a co za tym idzie jest uzależniony od tego, co aktualnie pokazują nam kreski. Załóżmy standardową sytuację gry w prostokącie. Kupujemy przy wsparciu, ceny podchodzą w górę, oczekujemy na odbicie od oporu i zacieśniamy stop. Jednak rynek przebija opór po czym cofa się formując świeczkę, która może nie jest spadającą gwiazdą, ale pokazuje niezdecydowanie rynku. Co zrobić? Wykorzystać zlecenie take profit do zamknięcia połowy (lub innej części) pozycji i skasowania zysku, natomiast drugą część zabezpieczyć stopem kroczącym.

Efekt? Nastawialiśmy się na swing trading wewnątrz formacji prostokąta. Cel został zrealizowany, osiągnęliśmy górną barierę, ale istnieje szansa, że ceny podążą jeszcze wyżej i szkoda by było rezygnować z tej szansy. Oczywiście ponosimy przy takim zagraniu ryzyko - jest nim odległość pozostającej na rynku połówki pozycji od stopa (zacieśnionego lub nie). Jak zawsze, wszystko zależy od indywidualnego przypadku, ale nas interesuje zysk w długiej perspektywie, więc sprawę trzeba przemyśleć, ewentualnie przetestować i stosować.

Bardzo ważnym aspektem stosowanie zleceń typu take profit jest konieczność wytyczenia poziomów jeszcze przed rozpoczęciem transakcji. Dzięki temu mamy komfort, że emocje będące wynikiem utrzymywania otwartych pozycji nie zaburzą naszego procesu decyzyjnego. I o ile w przedstawionych przykładach jest to możliwe (w relacji do stanu pozycji lub sytuacji na wykresie), to czasem niestety sprawa jest złożona. Dobrym rozwiązaniem może być skonstruowanie zestawu narzędzi pomagających dodatkowo ocenić ryzyko odwrócenia. Alternatywą jest prowadzenie pozycji z ciasnym stopem.

Myślę, że to tyle w kwestii stosowania zleceń kasujących zyski. Oczywiście istnieje szereg strategii zakładających wychodzenie z rynku na określonych poziomach, ale wydaje mi się, że jest to głównie arbitraż, skalpowanie oraz innego typu sprawy bazujące na solidnej analizie statystycznej. Dla nas take profity mogą być szczególnie przydatne podczas regulowania wielkości pozycji podczas jej trwania. Warto sprawę przemyśleć.

Stopy kroczące - suplement

Jak każdy z aspektów gry na giełdzie, trailing stopy mają swoje smaczki oraz punkty, w których traderzy się spierają. Postanowiłem pomówić o jednym z nich, a mianowicie zacieśnianiu stopa w miarę, jak pozycja zarabia.

Celem jest oczywiście maksymalizacja zysku. Gdy zarobimy na pozycji już nn%, nie chcemy się z tymi pieniędzmi rozstawać, gdyż traktujemy je jak własne (może niektórzy zauważyli, że mamy tendencję do postrzegania zysku na otwartej pozycji jako "pewnego", natomiast straty wciąż uważamy za "wirtualne"). W związku z tym niektórzy gracze budują systemy zakładające stopniowe zacieśnianie stopów, aby w chwili odwrócenia kierunku cen, oddać rynkowi możliwie jak najmniej. Na takiej właśnie zasadzie działa system SAR, o którym pewnie słyszeliście.

Może się to wydawać logiczne, gdyż chronimy nasze zyski. Ale z drugiej strony, podejście to jest sprzeczne z zasadą "tnij straty, pozwól zyskom rosnąć". Zamiast próby "wyciśnięcia" ze wzrostów wszystkiego, co się da, my uciekamy z rynku przy pierwszej lepszej okazji. Trudno nie przyznać racji osobom twierdzącym, że jest to zabijanie kury znoszącej złote jajka.

Moje zdanie w tej kwestii jest w zasadzie podobne do tego, co mówię zawsze - to zależy. Musimy wprowadzić rozróżnienie na typy strategii, gdyż może to istotnie zmienić podejście do zagadnienia.

Trend following, jak sama nazwa wskazuje, zakłada podążanie za trendem i eksploatowanie go aż do samego odwrócenia. Oczywiście nie możemy liczyć na wejście na samym dołku, a wyjście na idealnej górce, ale celem jest skonstruowanie takiego systemu prowadzenia pozycji, aby w czasie korekt pozostawać na rynku. I tu właśnie napotykamy na konflikt między zacieśnianiem stopa a celami strategii. Gdy za mocno przybliżamy nasze zlecenie obronne do ceny, ryzykujemy wyrzucenie na zupełnie przypadkowym ruchu, który wcale nie musi oznaczać, że trend ma się ku końcowi.

Trzeba też pamiętać, że przy systemach podążających za trendem, zyskowne transakcje stanowią mniejszość (35-45%). Kolejna rzecz to relacja średnich zysków do średnich strat. Zyski są często znaczne, sięgając kilkuset %, podczas gdy nieudane wejścia to jedynie szerokość stopa początkowego (pamiętając, że przy trend followingu stop ten jest szerszy niż przy innych strategiach). Pomyślmy teraz, co stanie się po wprowadzeniu systemu stopów zacieśniających. Skuteczność raczej się nie zmieni, gdyż zakładamy, że stopy zawężamy dopiero po minięciu breakeven. Ale już znacznie zmienia się relacja zysków do strat. Oczywiście na niekorzyść tych pierwszych, gdyż zapewne często będzie się zdarzało, że utniemy ruch w połowie jego potencjału i zamiast osiągnąć 100%, osiągniemy tylko 40 lub 50%. Ten fakt może sprawić, że system nie będzie już zarabiał. Pomyślcie, jeden szczegół przesądza o wszystkim! A szczegółów tych jest cała masa...

Gdybym w tym momencie zakończył omawianie trend followingu, rozważania byłyby niepełne. Bo przecież jest jeszcze jeden szczegół, który również może sporo namieszać. Mam na myśli ewentualne odnawianie pozycji po wyrzuceniu na stopie. Powyższe rozważania opierały się na założeniu, że nie wchodzimy ponownie w ten sam walor (choć też nie uwzględniłem wszystkich elementów, ale nie czas teraz na to). W tym przypadku dopuszczamy możliwość ponownego otwarcia pozycji po wyrzuceniu na stopie. Niestety, trudno jest oszacować, jak by to wpłynęło na wyniki systemu. Wynika to z faktu, że mielibyśmy więcej transakcji, których wyniki trudno oszacować. Poza tym, za środki zwolnione z zamkniętych pozycji moglibyśmy kupić zupełnie inne, nowe walory, co czyni bezskutecznym wszelkie próby szacowania wyników, jak również znacząco utrudnia backtesty.

Podsumowując tę część, zdecydowanie zgodzę się z krytykami zacieśniania stopów w miarę zarabiania pozycji. Te pozycje to "wszystko co mamy", a ich zamknięcie pozbawia nas "złotych jaj" :)

Nieco inaczej mają się sprawy dla osób wykorzystujących strategie swing tradingowe oraz inne, w których wiemy, że zysk jest ograniczony. Mam tu na myśli ewentualne wsparcia i opory, oscylatory i tym podobne. Dla przykładu rozważmy sytuację występującą przy grze w prostokącie. Kupiliśmy na odbiciu od dolnej krawędzi, a w chwili obecnej ceny zbliżają się do górnego ograniczenia, które jest jednocześnie istotnym poziomem technicznym, zgrupowaniem zniesień Fibonacciego i co tam jeszcze chcecie. Oczekujemy, że ceny się odwrócą, gdyż na tym opieramy swoje działania na rynku. Zacieśnić stopa? Jak najbardziej tak! Czekając, aż ceny po odbiciu od oporu strzelą stopa, marnujemy tylko część ruchu, który, jak wiemy, przy takich strategiach jest ograniczony i szczególnie cenny. Czasem nawet zawahanie się o jedną sesję sprawia, że ceny dynamicznie spadają, niwelując nasze zyski.

Zdarzają się też sytuacje, gdy oczekujemy odwrócenia z nieco innych względów. Poniżej załączam wideo-analizę przygotowaną przez PSAadmin, który to kanał subskrybuję na YT i bardzo sobie cenię z racji podejścia opartego na price action i prostej logice analizy wykresu.

W prezentowanym wypadku (1:20) przesłanką do zacieśnienia stopa jest szereg świec spadkowych, nie przerwanych żadnym dniem wzrostów. Jest to sytuacja, która wykracza poza "średnią", a co za tym idzie, szanse na odwrócenie rosną z każdym kolejnym słupkiem. Wtedy też autor proponuje zawężenie zlecenia obronnego do wierzchołka ostatniej świecy, co wydaje się bardzo rozsądnym rozwiązaniem, zwłaszcza w świetle tego, co wiemy dzisiaj :)



Podobnie można analizować wczorajszą (wykres jest dzisiejszy, ale sam wpis powstawał rano, gdy jeszcze USA spało) sytuację na indeksach w USA. Szereg dni wzrostowych bez korekty, formacja ABCD (gdzie AB=CD), a także oscylatory pokazujące wykupienie mogą skłonić nas do podciągnięcia zlecenia obronnego bliżej ceny.


Myślę, że w kwestii zacieśniania stopa to tyle, co możemy powiedzieć na przyjętym poziomie ogólności. Pamiętajmy oczywiście, że na rynku mamy do czynienia z prawdopodobieństwami, więc niekiedy sytuacja może odbiegać od tego, co sobie zakładamy. Chodzi o to, aby w dłuższym terminie usprawniać nasze techniki inwestycyjne.

Część dotycząca swing tradingu stanowi rodzaj wprowadzenia do następnego wpisu, w którym będziemy się zajmowali zleceniami kasującymi zyski (take profit).

wtorek, 13 lipca 2010

Stopy kroczące

Stopy kroczące (podążające, trailing stopy) są chyba obecne w większości strategii inwestycyjnych wykorzystywanych przez graczy indywidualnych. Wydaje mi się (choć nie jestem pewien), że jedynie krótkoterminowe skalpowanie może się obyć bez tego elementu z racji realizacji zysku na określonym, niskim poziomie.

O ile stopy początkowe mają za zadanie ograniczać naszą ekspozycję na ryzyko oraz wyznaczać czytelny punkt, w którym opuszczamy rynek, trailing stopy uruchamiają się w chwili, gdy wydarzenia na rynku rozwijają się zgodnie z założonym przez nas scenariuszem i ich zadaniem jest ochrona już wypracowanego zysku. Zatem punktem wyjścia zawsze jest dla nas stop początkowy, ale w chwili, gdy różnica między ceną a stopem początkowym jest wyższa niż szerokość trailing stopa, przechodzimy na stosowanie tego drugiego. Daje nam to szansę na stopniowe podnoszenie poziomu zlecenia obronnego w miarę wzrostów (dla pozycji krótkich sytuacja jest oczywiście odwrotna) i zmniejszanie naszego ryzyka, a po minięciu breakeven point, zabezpieczanie zysku.

Z powyższego opisu łatwo można wysnuć wniosek, że trailing stop doskonale komponuje się ze strategiami trend following. Oczywiście tak jest, ale logika wskazuje, że warto go również stosować przy swing tradingu czy też daytradingu. Myślę, że mianem stopa kroczącego można określić każdy system zleceń obronnych opierający się na przesuwaniu stopów w miarę zdobywania przez ceny nowych terytoriów.

Istnieje fundamentalna zasada dotycząca stopów, która ma również zastosowanie przy stopach kroczących - nie cofamy ich. Jeśli cena poszła mocno w górę i wywindowała nasz stop wysoko, respektujemy naszą strategię i nie dajemy rynkowi "jeszcze trochę" miejsca. Dzięki temu mamy zabezpieczone to, co do tej pory udało nam się zarobić, a w razie przedwczesnego wyrzucenia zawsze możemy ponownie wejść na pozycję.

Poprzednio bardzo akcentowałem znaczenie stopa początkowego, co nie znaczy, że reszta stopów nie jest tak ważna. Myślę, że większość z nas zna tezy stawiane w literaturze, iż wejście jest w naszej strategii najmniej istotne, a o sukcesie decyduje prowadzenie pozycji. Za ten element odpowiada właśnie trailing stop, który ma być ustawiony tak, aby dawał rynkowi niezbędne miejsce, ale jednocześnie wyrzucał nas z niego w chwili odwrócenia.

Stąd też kluczowe staje się pytanie o techniki prowadzenia pozycji i przesuwania stopów. Podstawową rzeczą jest oczywiście dopasowanie ich do naszej strategii oraz do waloru, na którym gramy. Zatem jeśli chcemy łapać trendy, będziemy stosowali rozwiązania pozwalające na przeczekanie małych i średnich korekt, pod warunkiem że rynek cały czas tworzy coraz wyższe szczyty i dołki. Z kolei swing trading wymaga znacznie ciaśniejszego stopa, aby, z racji ograniczonych zysków, minimalizować ich utratę w chwili odwrócenia. Nie wspomnę już o tradingu w horyzoncie intradayowym (forex, kontrakty), gdzie zwroty rynku bywają szybkie i z racji lewara bolesne.

Jestem oczywiście zwolennikiem mechanicznych systemów dla trailing stopów. Problemem są, jak zawsze, emocje, które mogą pozbawić nas chłodnego osądu i sprawić, że wyjdziemy z pozycji na chwilowym wahnięciu przed wielkim strzałem w naszym kierunku. Z drugiej strony wiem, że trudno jest opracować system stopów kroczących, który sprawdzi się w każdej sytuacji. Pokuszę się o stwierdzenie, że nie jest możliwe stworzenie perfekcyjnego systemu i musimy koncentrować nasze starania na zbudowaniu takiego, który w największym stopniu będzie odpowiadał naszym potrzebom i w długiej perspektywie pozwoli wyjąć z rynku jak najwięcej przy dopuszczonym poziomie ryzyka.

Z racji mnogości technik dających się zastosować do przesuwania stopów, nawet nie będę ich wymieniał. Niemniej w niedalekiej przyszłości postaram się zaprezentować kilka (moim zdaniem) ciekawych propozycji mogących być podstawą do budowania własnej strategii. Jeszcze nie wiem, czy załączę wyniki testów historycznych, gdyż głównie zależy mi na pokazaniu samego konceptu, a nie na końcowym "podkręcaniu i optymalizacji".

Na razie tylko "liznęliśmy" temat, ale na jego rozwijanie przyjdzie jeszcze czas.

piątek, 9 lipca 2010

Stop początkowy

Stop początkowy jest najważniejszym ze stopów. To on pozwala nam dobrać odpowiednią wielkość pozycji, a co za tym idzie określić ryzyko, jakie ponosimy w danej transakcji. Oczywiście w sytuacji, gdy gramy jedną jednostką (np. kontraktem, lotem) to wyłącznie odległość między ceną kupna a poziomem zlecenia obronnego decyduje o tym, ile możemy w danym przypadku stracić.

Myślę, że nie trzeba po raz kolejny powtarzać, jak ważne jest ustawianie stopów. Bez tego byli byśmy narażeni na walkę z samym sobą. Temat mechanicznych i intuicyjnych technik ustawiania zleceń obronnych omawiałem tutaj.

Jak zatem prawidłowo ustawić stopa początkowego? Najlepszą chyba metodą jest ustawienie go w miejscu, w którym uznajemy porażkę naszego setupu wejściowego. Powyżej tego punktu (dla pozycji długich) uznajemy, że jest jeszcze nadzieja na zrealizowanie założonego przez nas scenariusza, natomiast poniżej wycofujemy się aby chronić nasz kapitał, gdyż najwidoczniej tym razem rynek był przeciwko nam.

Materia jest stosunkowo prosta, gdy posługujemy się poziomami wsparcia i oporu wynikającymi z price action, współczynników Fibonacciego lub też pivotów. Wtedy po prostu ustawiamy stopa pod (nad) kluczowym poziomem. Jeśli zostanie on przełamany opuszczamy rynek i czekamy na kolejną okazję do wejścia. Podejście to można zastosować zarówno do daytradingu, jak i swing tradingu czy trend followingu.

Trochę bardziej złożona jest sytuacja, w której opieramy się na różnego rodzaju wskaźnikach. Nie można ograniczyć się do stwierdzenia, że kupuję, gdy RSI będzie poniżej 30, a sprzedaję powyżej 70, gdyż w ten sposób możemy zajechać głęboko w straty. W związku z tym potrzebujemy stopa, który będzie chronił nas przed wpadkami. Można oczywiście wybrać wsparcia i opory, ale jeśli nie chcemy iść tą drogą, musimy wyznaczyć jakiś współczynnik decydujący o oddaleniu stopa.

I tu natykamy się na pytanie "jak daleko?". Odpowiedź jest oczywista - tak daleko, aby zostawić cenie niezbędne miejsce na ruch, ale jednocześnie wychodzić jak najwcześniej z sytuacji stratnych. Niestety, niewiele nam to wyjaśnia, więc trzeba się nieco rozwinąć.

Myślę, że od razu można odrzucić z góry założone wartości. Stop oddalony o 3 zł od ceny wejścia będzie miał zupełnie inne znaczenie przy akcjach o wartości 12 zł i 240 zł. Tak samo stop 20 punktów na kontrakcie nie sprawdzi się przy poziomie 1400 pkt, mimo że działał pięknie przy 3600 pkt. Wniosek jest prosty, należy wprowadzić uniwersalne odwołania, które dadzą się zastosować do wielu walorów.

Prostym przykładem może być ruch o określony %. Zakładając, że kupimy akcje po cenie 90 zł i ustawimy stopa 10% mamy jasny punkt wyjścia - 81 zł, co daje nam ryzyko 9 zł/akcja. Z kolei stop 10% dla spółki o cenie 30 zł oznacza ryzyko zaledwie 3 zł/akcja. Bezwzględnie obie wartości się różnią, natomiast ryzyko zawsze jest takie samo - 10% ceny akcji. Dzięki temu mamy zestandaryzowane parametry i do tego dopasowane do każdej spółki.

Ale czy na pewno? Można zadać sobie pytanie, czy dwie spółki zawsze w podobnym czasie przebędą tę odległość 10%. Może jedna z nich zrobi to znacznie szybciej, niż druga. Na to pytanie (częściowo) odpowiada nam zmienność, czyli odległość, jaką ceny są w stanie przebyć w danej jednostce czasu. Mierzy się ją w różny sposób, dwie najpopularniejsze metody to odchylenie standardowe oraz ATR. Sam korzystam z tego drugiego miernika i jest on dla mnie zupełnie wystarczający.

Zatem weźmy pod uwagę dwa przypadki: PGE oraz Cersanit. Posłużę się ATR(15), czyli zmiennością uśrednioną dla ostatnich 15 sesji. W przypadku PGE wskaźnik ATR przyjmuje wartość 0,4277, co oznacza, iż akcje tej spółki w ciągu jednej sesji zmieniają swoją wartość średnio o 43 grosze, co przy cenie 21,3 zł oznacza ruch o 2,02%. Z drugiej strony Cersanit porusza się średnio o 38 groszy, co przy cenie 12,98 daje już 2,93%. W ramach ciekawostki dorzucę Petrolinvest poruszający się średnio o 6,64% oraz Techmex szalejący około 10,25% dziennie.

Widzimy zatem wyraźnie, że stop ustawiony w odległości n% od ceny wejścia również może nie gwarantować, że dopasowaliśmy się do waloru. Nie chcę tutaj za mocno odbiegać w stronę zmienności, jej mierników i różnic w stosowanych stopach, niemniej chciałem pokazać najprostsze sposoby na ustawienie stopa początkowego. Wzór dla przypadku ATR będzie wyglądał mniej więcej następująco:

cena wejścia - n*ATR(m)

n - mnożnik
m - ilość ostatnich sesji, dla której uśredniany jest ATR

Jego zadaniem jest ustawienie stopa w takiej odległości, aby dopasował się do zmienności panującej na danym walorze. Nie opiera się na sztywnych wskaźnikach, nie wymaga analizowania wsparć i oporów na wykresie, a z racji swej powszechnej dostępności staje się użytecznym narzędziem stosowanym przez wielu traderów.

Oczywiście trzeba też pamiętać o konieczności dopasowania stopów do naszej strategii inwestycyjnej w sensie largo. A zatem łapiąc swingi ustawimy raczej ciasnego stopa o mnożniku 0,8*ATR, natomiast chcąc złapać trend posłużymy się prędzej współczynnikiem 2,5-3,5.

Powracając do stopów początkowych, trzeba jeszcze zaznaczyć kilka rzeczy. Po pierwsze, stop ten powinien być umieszczany zaraz po wejściu na rynek. Pozostawienie "gołej" pozycji na godzinę czy dzień może nas drogo kosztować, gdyż zdarzają się czasem sesje zwane "black swan" i lepiej wtedy mieć zlecenie w gotowości. Poświęcę oddzielny wpis rodzajom zleceń oraz technicznym szczegółom ich ustawiania, więc w tym poście ograniczam się do powyższego.

Kolejna sprawa wiąże się z ryzykiem. Odległość stopa początkowego powinna wynikać z założeń naszego systemu, a konkretnie z części "method". Podejmowane ryzyko reguluje się poprzez dobranie odpowiedniej wielkości pozycji. W uproszczeniu działa to na zasadzie "szeroki stop - mało akcji, ciasny stop - więcej akcji". Dopasowanie oby tych wartości daje nam w efekcie ryzyko.

Problemem jest sytuacja, gdy np. mamy rachunek o wartości np. 10 000 zł i chcemy otworzyć jeden kontrakt na Wig20. Przy wartości kontraktu 23 320 zł mamy już lewar, ale jeszcze umiarkowany. Niestety, dokupienie drugiego kontraktu pogwałciłoby nasze zasady zarządzania kapitałem, w związku z czym tworzy się sytuacja, w której nie możemy dowolnie regulować wielkości pozycji, a jedyną opcją określania ryzyka staje się odległość stopa od ceny wejścia. Mając konkretne wskazania systemu (method), jak również zasady zarządzania kapitałem (money), możemy się spotkać z przypadkami, gdy ryzyko jest zbyt duże (czyli dla danego stopa powinniśmy otworzyć np. 0,64 kontraktu, czego oczywiście zrobić się nie da). Moja rada jest prosta - nie gramy. Nie ma sensu sztucznie zacieśniać stopa aby zmieścić się w ryzyku, gdyż wtedy nasza strategia ląduje w koszu, a my zostajemy z para-strategią, natomiast otwarcie takiej pozycji rozwala nam zarządzanie kapitałem.

Ostatnia rzecz i w zasadzie najważniejsza - nie cofamy stopa. Fundamentalna zasada, której złamanie jest analogiczne do niestawiania stopów w ogóle. Jeśli dopuścimy możliwość obniżania stopa w miarę spadków, wtedy narażamy się na wszystkie ryzyka związane z dyskrecjonalną oceną rynku. Zaawansowani i zarabiający traderzy z pewnością mogą wprowadzać ( i pewnie wprowadzają) bieżące poprawki do systemu, ale początkującym stanowczo zalecam trzymanie się z góry przyjętych założeń.

Myślę, że to tyle w kwestii stopa początkowego. Jeśli macie uwagi lub pytania dotyczące powyższego, zapraszam do komentowania. Dobrze jest wyjaśnić wszystkie detale zanim przejdziemy dalej.

środa, 7 lipca 2010

Ile czasu dziennie poświęcam na sprawy giełdowe

W zasadzie ciężko powiedzieć, gdyż nie każdego dnia dysponuję równą ilością czasu, jak też różne ilości informacji dopraszają się mojej uwagi.

Trading

Jest to oczywiście funkcja wolnego czasu. Jeśli mam dzień wolny, spędzam przy wykresach znaczną jego część, natomiast gdy (tak jak dziś) mam na wszystko raptem godzinkę, ograniczam się do rzucenia okiem na wykres walorów, w które jestem zaangażowany oraz ewentualnie chwilę dumam nad krokami, które należy podjąć (wejście/wyjście z rynku).

Wariant szeroki: 4h
Wariant wąski: 0,5h

Blogi

Czytam aktualnie 16 blogów związanych z giełdą lub inwestowaniem. Praktycznie nie ma dnia, żeby nie pojawił się jakiś nowy wpis wart przejrzenia, ale zdarzają się sytuacje, gdy pojawia się np. 5 postów. Wtedy czas poświęcony na lekturę może się znacznie wydłużyć. Do tego dochodzą 2-3 e-magazyny.

Wariant szeroki: 0,5h
Wariant wąski: 5 min

YouTube

Oczywiście YT to nie tylko pierdołowate filmiki o failach miesiąca, ale też doskonałe narzędzie do czerpania wiedzy. Subskrybuję kilkanaście kanałów giełdowych, na których nowe nagrania pojawiają się z różną częstotliwością - od codziennych wrzutek do takich, gdzie od początku subskrypcji nie pojawił się żaden film. Mam dwa kanały, które publikują każdego dnia.

Wariant szeroki: 0,5h
Wariant wąski: 10 min

Pisanie bloga

W zasadzie ciężko powiedzieć, ile mi to zajmuje. Gdy nic nie publikuję, sprawa ogranicza się jedynie do przejrzenia odsłon. Natomiast tworzenie wpisów zależy od ich złożoności, jak również czasu, jakim dysponuję na napisanie tego i owego. Zdarza się, że z racji edycji obrazków czy też nagrywania czegoś na wideo, cała sprawa wydłuża się niemiłosiernie. Poniżej podaję czas pisania posta.

Wariant szeroki: 3-4h
Wariant wąski: 15 min

Inne

Tutaj wrzucam wszystkie sprawy, które nie wiążą się z moją obecnością przy kompie. Prasy giełdowej w zasadzie nie dotykam, natomiast zdarza się, że czytam jakąś książkę lub też opracowuję koncepcję bardziej złożonego wpisu, który muszę sobie dobrze zaplanować, żeby wyszedł w miarę logiczny. Oczywiście sporo czasu zajmuje mi rozmyślanie, planowanie i rozważanie spraw związanych z technikami gry, posunięciami na parkiecie etc.

Wariant szeroki: 3-4h
Wariant wąski: 15 min


Jak więc widzicie, zajmowanie się giełdą może konsumować sporą część dnia. Oczywiście niektórym wystarcza 0,5h na przesunięcie zleceń, natomiast ja staram się skupiać na poszerzaniu swojej wiedzy.

Wpis niniejszy zajął mi jakieś 15-20 minut. Jest on "wypełniaczem", gdyż od niedawna pracuję full time, co przekłada się na znaczne ograniczenie ilości wolnego czasu., co przekłada się na częstotliwość postów. A do tego dziś półfinał MŚ, który grzechem byłoby przegapić.

Zatem mam nadzieję, że mi wybaczycie ten niewiele wnoszący wpis i zgodzicie się zaczekać dzień lub dwa na mięcho o stop lossach :)

poniedziałek, 5 lipca 2010

Fibo-kreski znów zagrały

Po ostatnich słusznych uwagach, że nie ma co bawić się kreskami na historycznych wykresach, postanowiłem narysować kilka potencjalnych poziomów, gdzie ewentualnie mogłoby się wydarzyć coś ciekawego. I co? I zagrało :)

Powyżej widzicie wykres kontraktu FW20 wraz z naniesionym zniesieniem 50%, które zatrzymało ceny poprzednim razem. Postanowiłem dorysować do niego jeszcze kreskę na poziomie 61,8%, gdyż wypadła ona w okolicach oporu na poprzednim dołku. Zatem z tego zniesienia wychodzi mi pojedynczy opór na poziomie 2317.

Myślę, że na tym wykresie widać wszystko jak na dłoni, ale muszę szczerze przyznać, że faktycznie miałem narysowaną kreskę na poziomie 2312. Po pierwsze dlatego, że wypada tam zniesienie 38,2%, po drugie, że jest idealnie na wsparciu, które mogło stać się ( i stało się) oporem, a po trzecie dlatego, że znajdowało się stosunkowo blisko (5 pkt) od poprzedniej kreski. A po czwarte dlatego:

Myślę, że ekspansja 113% jest dla wszystkich czytelna.

Tak więc mamy kreski:

- 2317 (pojedyncza)
- 2312 (potrójna)

Jak widzimy sprawdził się scenariusz 2312, gdzie mieliśmy okrągłe zniesienie Fibo, analizę ekspansji i klasyczny opór techniczny. Czas pokaże, czy okaże się to oporem zdolnym powstrzymać rynek, który powróci do trendu spadkowego, czy też ceny poszybują wyżej.

Jeśli chodzi o mnie to mam cichą satysfakcję, że moja analiza okazała się trafna i biegnę kreślić dalej :)

niedziela, 4 lipca 2010

Recenzja - Welles Wilder - New concepts in technical trading systems

Welles Wilder - człowiek instytucja. Opracował wskaźniki, które do dnia dzisiejszego stanowią podstawę AT: RSI, Parabolic SAR, ATR, czy ADX. Jego książka wydana w 1978 roku była kamieniem milowym dla technicznego podejścia do rynku.

Składa się ona z dziesięciu sekcji, z których osiem to omawianie poszczególnych wskaźników. Większość miejsca zajmują dość skomplikowane wzory służące do ich wyliczania i tabelki z aktualnymi wartościami (czasy, gdy jeszcze nie było komputerów osobistych).

Jeśli kogoś ciekawią pomysły tam zawarte oraz nie boi się żmudnego przegryzania się przez formuły, a także chciałby dogłębnie pojąć istotę danego wskaźnika to może z dziełem się zapoznać. Jednak sądzę, że dla przeciętnego inwestora nie jest to pozycja obowiązkowa. Większość wartościowych pomysłów Wildera możemy odszukać w nowszych książkach, dodatkowo poszerzone o testy skuteczności wskaźników.

Jeśli chcesz przeczytać moje recenzje innych książek o inwestowaniu i giełdzie, przejdź do poświęconej temu strony.

czwartek, 1 lipca 2010

Szukając magii rynków

Jak wiecie, od niedawna moje spojrzenie na wykresy nieco się zmieniło. Coś jak z dzieckiem, gdy dostanie nową zabawkę, może nie odkładać jej godzinami. Z pewnością za jakiś czas wrócę do normalności, ale na razie warto wykorzystać zapał i porobić coś konstruktywnego.

Postanowiłem pobawić się kreskami na przykładzie FW20. Uznałem go za nieco lepszy materiał do analizy niż sam indeks, gdyż więcej ma tam do powiedzenia znana nam para: popyt i podaż, podczas gdy indeks to niestety wypadkowa i składanka gry odbywającej się gdzie indziej. Oczywiście pewien stopień powiązania istnieje, gdyż mamy do czynienia z derywatem, więc obowiązuje wycena teoretyczna, arbitraż i tego typu sprawy. Ale ja nie o tym...

Na początek muszę niestety podać te wszystkie współczynniki, które wymienił w swojej książce Paweł Danielewicz. Nie chcę później co poziom dodawać: "tak, to też jest współczynnik Fibonacciego". Kupuję je w ciemno, jeszcze nie upadłem na głowę, żeby to wszystko samemu przeliczać i sprawdzać zgodność z ciągiem Fibo.

A zatem:

0.146, 0.186, 0.236, 0.300, 0.382,
0.447, 0.486, 0.500, 0.564, 0.618,
0.685, 0.786, 0.886, 1.000, 1.130,
1.272, 1.500, 1.618, 1.902, 2.000,
2.058, 2.236, 2.618, 3.618, 4.236

Jak sami widzicie, jest ich 25, co znacząco komplikuje wszelkie analizy. Podstawowym problemem jest choćby wyszukanie jakiegoś zgrupowania zniesień, gdyż do tego trzeba nałożyć na siebie 3-4 podziałki, a to już stanowi wielki mętlik. Niemniej spróbować warto. Btw, pogrubiłem te wartości, z którymi się kiedyś już zetknąłem, może i Wam wydadzą się znajome.

Zacząłem dziś obserwować notowania FW20 jeszcze przed rozpoczęciem wzrostów, powiedzmy że w okolicach 9.30. Rozrysowałem to i owo, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie znajdujemy się w jakimś ważnym miejscu z punktu widzenia poziomów Fibo. Pstryk, wskoczyła jedna kreska. Pstryk, druga. I tak praktycznie raz za razem, aż zebrało się ich kilka. Stwierdziłem, że mamy do czynienia z całkiem fajnym wsparciem i warto poświęcić temu kilka słów, co niniejszym czynię.

Najpierw niestety należy wprowadzić pewne oznaczenia wierzchołków, aby możliwe stało się klarowne pokazanie Wam co jest zniesieniem czego. Niestety, mankamentem formy zrzutów jest czasochłonność, ale wideo też ciężko by było z tego nagrać. Mam nadzieję, że szablon nie rozleci się od obrazków, bo post zapowiada się długi.

Chyba nie muszę dodawać, że przyjęte przeze mnie oznaczenia nie mają ukazywać jakiejś formacji, a jedynie ułatwić przekaz.

Przede wszystkim zaczniemy od dużych zniesień. Najwyższym punktem jest C, w związku z czym przeprowadzimy zniesienie wewnętrzne ruchu AC oraz zniesienie zewnętrzne ruchu BC.


Jak widzimy, ruch CH zniósł około 88,6% ruchu AC oraz 113% ruchu BC. Mamy zatem dwie kreski oddalone od siebie o 5 pkt.

Powyższy wykres prezentuje z kolei dwa zniesienia zewnętrzne, oba o wartości 223.6% Dotyczą one oczywiście ruchów DE oraz FG i dzieli je również dystans 5 pkt.

Tym razem zrobiliśmy projekcje cenowe, czyli (w trendzie spadkowym) zmierzenie ruchu zgodnego z kierunkiem trendu, a następnie odjęcie poziomów Fibo od niższego z mierzonych wierzchołków. Jak widzimy, projekcja pokazuje nam, iż rynek dotarł do poziomu 113% ekspansji poziomu CD, jak również do poziomu 61,8% ekspansji EF.

I oczywiście czas na metodę alternate price projections, czyli APP. Zmierzyłem ruch CD, a następnie odmierzyłem go od punktu E. Efektem jest poziom 205,8%. To samo zrobiłem z ruchem EF, który odmierzyłem od punktu G :), co dało poziom 113%, który również wypadł w okolicach naszego zainteresowania.

Zatem czas na podsumowanie. Przeprowadziliśmy 8 pomiarów, które zbiegły się w obszarze 2246-2256 pkt. Spójrzmy, jak wyglądają te poziomy naniesione razem na wykres:

Myślę, że zgrupowanie 8 poziomów technicznych w obszarze obejmującym 0.4% ceny kontraktu można uznać za poziom istotny z punktu widzenia zniesień Fibonacciego. Nie wiem, czy rynek przypadkowo zawrócił właśnie tam, a nie gdzie indziej, ale z pewnością warto się chwilkę nad tym zastanowić.

Dla tych, którzy myśleli, że to już koniec, mam do zaprezentowania dwie ciekawostki. Oto pierwsza z nich:

Trochę na siłę wyrysowane formacje ABCD, ale z drugiej strony dają się opisać współczynnikami Fibo.

I na koniec...


Pozostawię to bez komentarza...