niedziela, 31 października 2010

Stopy kroczące X - podsumowanie

Na początek chciałem przeprosić, że kolejny wpis pojawia się dopiero po tygodniu od poprzedniego. Niestety, jest to wynikiem braku czasu na pewne sprawy. Praca, studia, zajęcia dodatkowe i inne pierdoły sprawiają, że jestem poza domem przez 10-12 godzin, co już jest wystarczającym utrudnieniem, a dochodzi do tego praca magisterska, która sama jakoś nie chce się napisać. W związku z powyższym, wpisy będą się teraz pojawiały nieco rzadziej i mniej regularnie. Mam nadzieję, że zrozumiecie. 

Na dowód, że czasu nie marnuję powiem, że mój portfel inwestycyjny (akcyjny prowadzę oddzielnie) zwiększył swoją wartość w październiku o ponad 23%. Głównie wynikało to z dopłat, ale niektóre instrumenty finansowe również dały zarobić. Tak więc mimo pewnych trudności, poruszamy się do przodu :)

Wpisem tym chcę głównie podsumować cykl dotyczący stopów kroczących. Zacząłem o nich pisać mniej więcej w połowie lipca, więc sprawa jest mocno rozciągnięta w czasie, mimo że powstało około 10 wpisów. Omówiłem podstawowe sposoby mechanicznego przesuwania zleceń obronnych, głównie dla technik podążania za trendem. Chcę, żebyście mieli świadomość, że były to jedynie wzorce, szablony które można i należy rozbudowywać, przerabiać i dostosowywać do własnych potrzeb. W końcu nie wszyscy mają identyczne podejście do rynku, tolerancję na straty czy też odpowiednie zasoby kapitałowe, aby zastosować metodę o dużym ryzyku początkowym i odległym zleceniu obronnym. Tak więc traktujcie to jako pewną wskazówkę, w jaką stronę można kombinować.

Drugą ważną uwagą, jest ta, że są to zazwyczaj stopy mechaniczne. Niektóre z nich pozostawiają nieco miejsca na ocenę sytuacji rynkowej, lecz jest to mniejszość. Wynika to głównie z faktu, że skoro już chcemy wykorzystywać jakąś technikę i wiemy, że ona działa, to lepiej jest się jej trzymać. Dopuszczenie elementów dyskrecjonalnych może, szczególnie u początkujących graczy, doprowadzić do rozregulowania całego systemu podejmowania decyzji, co znacząco zmniejsza szanse na powodzenie.

I trzecia uwaga, już prywatnie ode mnie. System prowadzenia stopów musi sprawdzać się głównie wtedy, gdy walory które kupujemy, nie rosną. W chwili, gdy rośnie wszystko, nie jest wcale potrzebny wyrafinowany system kontroli ryzyka. Natomiast gdy rynek się wypłaszcza, stabilnie rosnące spółki zaczynają zakrzywiać się niebezpiecznie, wtedy mają miejsce kluczowe decyzje. Czy jest już pora na wyjście, czy to tylko głębsza korekta... Mechanizmy oceny dyskrecjonalnej mogą zawodzić, a system mechaniczny zawsze udzieli nam odpowiedzi. Oczywiście nie zawsze będzie ona trafna, ale przecież w grze na giełdzie chodzi o to, żeby zyski przeważały nad stratami, a najlepiej żeby przebijały jeszcze to, co możemy zarobić inwestując pasywnie w lokaty i tego typu instrumenty.

Tak więc zachęcam Was do poszukiwania własnych systemów prowadzenia stopów, gdyż z pewnością przełoży się to na odpowiednią gratyfikację finansową. Choć z drugiej strony ostatnio postępuję zgodnie z zasadą KISS i opieram się prawie wyłącznie na price action. I wierzcie mi lub nie, ale analiza położenia szczytów i dołków daje całkiem niezłe wyniki :)

sobota, 23 października 2010

Stopy kroczące IX - stop żyrandolowy 2

Stop żyrandolowy oparty na sztywnym mnożniku jest... sztywny. Zawsze oddalony jest od maksimów o stałą wartość, czy to kwotową/punktową, czy też procentową. Oczywistym jest więc, że postanowiono nieco uelastycznić to połączenie poprzez zastosowanie zmiennej przyjmującej różne wartości w zależności od sytuacji na rynku. Najprostszym rozwiązaniem jest tutaj ATR lub SD, czyli odchylenie standardowe. Ja wykorzystam ten pierwszy wskaźnik, gdyż znajduje się on w większości ogólnodostępnych programów do analizy technicznej.

Nie zamierzam się w tym miejscu rozwodzić nad samym ATR, myślę że wyszukiwarka internetowa jest w stanie znaleźć całą masę literatury na jego temat. Rozważmy tylko sensowność zastosowania ATR w systemie stopów żyrandolowych. Przyjmę założenie, że stosujemy stały mnożnik np. maksimum - 3*ATR(14). ATR, jak wiemy, zmniejsza swoją wartość w chwili, gdy ruchy rynku są spokojniejsze, natomiast rośnie, gdy ceny poruszają się bardziej dynamicznie. Dzięki jego wykorzystaniu, ten sam stop możemy wykorzystać na spółce o dużej zmienności, jak i na spokojniejszym walorze. Zalecam tu jednak przemyślenie koncepcji, gdyż nie każda metoda działa na wszystkich rynkach.

Z kolei w przypadku jednej spółki, mamy dość sporą elastyczność. Jeśli ceny poruszają się spokojnie, stabilnie, wtedy ATR przyjmując niższe wartości przybliża nam zlecenie obronne. Z kolei w chwilach dużej zmienności, gdy rynek robi duże "przeloty" w górę i w dół, wysoka wartość ATR trzyma nam zlecenie obronne nieco dalej, aby przypadkowe wahnięcie nie doprowadziło do jego aktywowania.
Całą zależność widać doskonale na powyższym wykresie spółki Polnord. W okresie, kiedy zmienność jest mała, stop przebiega bardzo blisko cen, dzięki czemu zabezpiecza nas na wypadek spadków. Gdy rynek przyspiesza i wybija się w górę, gwałtownie rośnie zmienność (dolny wykres). Sprawia to, że odległość stopa od wierzchołków rośnie, co przejawia się tym, że stop rośnie wolniej niż cena. W takiej sytuacji rynek ma więcej miejsca na ewentualne korekty, dzięki czemu rosną nasze szanse na pozostanie w trendzie.

Niestety, jak zawsze mamy do czynienia z zależnością "coś za coś". Szerszy stop oznacza, iż w razie odwrócenia tracimy więcej, niż przy innych metodach. Może to być trudne z psychologicznego punktu widzenia dla graczy, którzy nieco słabiej znoszą stresy i pokusy posiadania dużego wirtualnego zysku. Widzimy, że zarobiliśmy już bardzo dużo, rynek nie idzie w górę, ale zaczyna się powoli osuwać, a stop jest daleko poniżej. W takiej sytuacji wiele osób chciałoby (i niektórzy tak robią) zabrać kasę z parkietu i cieszyć się skasowanym profitem. Tu oczywiście działa zasada kija, gdzie na jednym końcu mamy pewny i zrealizowany zysk, ale z drugiej strony tracimy szansę na dalsze uczestnictwo w trendzie. Niektórzy co prawda odnawiają pozycję, ale dla wielu wydaje się to kupowaniem na zbyt wysokich poziomach.

Stop żyrandolowy oparty na ATR ma jeszcze jedną, bardzo ciekawą właściwość. Często zdarza się tak, że ceny poszybują wysoko, po czym zwalniają, wytracając swój impet. Dzięki temu, że nasz stop oparty jest na zmienności, stygnący ATR przysuwa nam zlecenie obronne do ceny, mimo iż nie osiągamy już nowych maksimów. Jest to doskonale widoczne na powyższym wykresie, kiedy to na początku grudnia stopem nie rządzą nowe wierzchołki, ale właśnie spadający ATR. Dzięki temu, w razie nadejścia odwrócenia, ilość utraconego (niezrealizowanego) zysku będzie mniejsza.

Przedstawiona koncepcja jest całkiem zgrabnym rozwiązaniem. Jest na tyle interesująca, że niejaki Van Tharp wysunął tezę, iż zastosowanie tego stopa (o określonych parametrach) pozwoli w długim terminie zarabiać nawet przy zastosowaniu wejścia opartego o metody losowe. Wielu się sprzeczało, wiele danych historycznych zostało przemaglowanych aby dojść do prawdy, lecz z tego co pamiętam teza ta broni się jedynie przy zastosowaniu mnożnika 10*ATR. Dla porównania dodam, że standardowo piszę się o 3*ATR, natomiast na powyższym obrazku użyłem wartości 4.

Zanim zaczniecie stosować ten system stopów warto też przemyśleć, czy pasuje on do ogólnych założeń, na których oparliście swój system inwestycyjny. Oczywiście jest to metoda służąca łapaniu trendów. Kolejna rzecz to parametry, które należy ustawić. Nie tylko mnożnik ATR jest ważny, ale też ilość dni, dla których liczone jest nowe high. Przecież maksimum z 5 dni pojawi się znacznie wcześniej niż maks z 30 sesji. A wpłynie to znacząco na położenie stopa. Z kolei ważna jest też ilość dni, jakie stop przebywa na tym samym poziomie bez obniżania. Już wyjaśniam, o co chodzi.

Stopy kroczące oparte na zmiennych współczynnikach mają to do siebie, że w zależności od sytuacji, podchodzą w górę lub obniżają się. Tak więc, gdybyśmy nie dodali parametru utrzymującego stop na ostatnich maksimach, stałby się on zupełnie nieprzydatny. Ilość świec, jakie stop utrzymuje się na swoich maksach jest istotna w chwilach, gdy otwieramy transakcję. Może się zdarzyć tak, że chcemy wejść na rynek, ale nasz stop jest aktualnie znacznie powyżej cen, gdyż zajmujemy pozycję po gwałtownych spadkach. Poniższy obrazek wyjaśnia (mam nadzieję), co mam na myśli:
I na sam koniec wrzucam przebieg stopu z poprzedniego wykresu, z tym że w dwóch wersjach - poprawnej oraz pozbawionej warunku stanowiącego, że "stop przesuwa się tylko w kierunku trendu".

Mam nadzieję, że udało mi się nieco przybliżyć Wam koncepcję stopa żyrandolowego opartego na zmienności. Można się jeszcze długo rozwodzić nad detalami takich systemów, ale do tego potrzeba by było o wiele głębszego przeanalizowania zarówno samej konstrukcji, jak i założeń stopa. A nie chcę przecież pozbawiać Was zabawy :)

środa, 20 października 2010

Gdy wzrosty nie do końca cieszą

Wbrew temu, co się nasuwa od razu na myśl, nie mówię w tej chwili o krótkich pozycjach. Siedzę na longu. Ba, moje akcje rosną jak szalone i w ostatnich trzech dniach zwiększyły swoją wartość o jakieś 15%. Gdzie tu więc powody do zmartwień?

Już w połowie września pisałem, iż na spółce BPH dostrzegam oznaki odwrócenia trwającej jakiś czas tendencji spadkowej. Idąc tym tropem, postanowiłem kupić kilka akcji w nadziei, że powoli będą rosły na wartości, ku radości mojej i mojego portfela. Tymczasem w ostatnich dniach mamy coś takiego:
Spółka wybiła się dynamicznie na podwyższonych obrotach i na razie nie widać, żeby miało temu ruchowi coś zagrozić. Można oczywiście narysować dwie równoległe kreski i orzec, że zbliża się do górnej granicy kanału, ale myślę, że taka analiza miałaby słaby ciężar gatunkowy.

Co mnie więc martwi w całej tej sytuacji? Przede wszystkim to, że nie jest to ruch, którego oczekiwałem. Tak, wiem, rynek rządzi się swoimi prawami, popyt, podaż i takie tam. Z drugiej strony pojawią się AF-owcy, którzy powiedzą, że wychodzi lub wyszedł jakiś raport szczególnie korzystny dla spółki. OK. Jeszcze inni powiedzą, że dopóki idzie w moją stronę, nie ma co marudzić i trzeba jechać na fali.

W sumie wiele byłoby słuszności w powyższych głosach, jednak ja czuję się lekko skonfundowany. Nastawiałem się, że kupuję spółkę dającą oznaki zmiany trendu i oczekiwałem stopniowych, stabilnych wzrostów. Tymczasem z BPH robi się grzanka, która skacze po ponad 5% dziennie.

No dobra, w sumie to nie przeszkadza mi tak bardzo ten wzrost. Zwłaszcza, że skoro idzie on w kierunku trendu, to jest niewielkie prawdopodobieństwo, że nagle przerodzi się to w spadki produkujące kolejne niższe szczyty i dołki.

Chciałem natomiast zwrócić Waszą uwagę na nieco inne zagadnienie. Osoba bardziej zorientowana na podejście systemowe od razu zauważy, że wyglądam na osobnika, który nie posługuje się metodą mechaniczną. Emocje, dyskomfort oraz poczucie, że rynek zrobił coś, czego nie oczekiwałem. Co robi w takiej sytuacji systemowiec? Nic. Przesuwa zlecenie obronne zgodnie ze schematem i zapomina o sprawie.

Warto zatem przemyśleć swoje postępowanie w różnych sytuacjach zdarzających się na parkiecie. Czasami zautomatyzowanie niektórych posunięć pozwala oszczędzić czas i nerwy.

BTW, nie mówię, że nie mam pomysłu na prowadzenie pozycji :)

niedziela, 17 października 2010

Pierwsza darowizna

Miło mi jest poinformować, iż trafiła się pierwsza osoba, która zechciała wesprzeć to przedsięwzięcie poprzez przesłanie mi darowizny w kwocie 8,58 zł. Kwota ta zostanie dodana do mojego portfela inwestycyjnego i rozpocznie ciężką pracę, aby za jakiś czas urosnąć i przerodzić się w małą fortunę.

Dodam jeszcze, że jest to pierwszy namacalny dochód, który został wygenerowany przez bloga. Zyski z AdSense nie przekroczyły jeszcze nawet połowy progu wypłaty, a reklamy AdTaily nie sprzedają się wcale. Tak więc, mimo że blog ten nie jest maszynką do generowania kasy, coś się w temacie ruszyło.

Zachęcam do pobierania RSS-a, dzięki któremu będziecie na bieżąco z najnowszymi wpisami. Sam czytam wiele blogów i wiem, że gdybym miał zaglądać na każdego w poszukiwaniu nowych wpisów, zajęło by to długie godziny.

Abyście nie odnieśli wrażenia, że zbywam Was pustą notką, podaję LINK do dzisiejszego merytorycznego wpisu.

Czekając na odwrócenie

Swing wzrostowy na rynkach trwa i trwa. Pewnie większość z Was nie ma nic przeciwko temu, co więcej sam siedzę na długiej pozycji, choć może nie tak ściśle skorelowanej z głównymi indeksami. Od pewnego czasu jednak stawiam sobie pytanie: kiedy to się skończy.

Osoby grające na kontraktach terminowych w perspektywie swing-tradingowej z pewnością mają jakiś system generujący sygnały. Ja postanowiłem przyjrzeć się koncepcji prostej i raczej znanej. Mianowicie zajęcie (odwrócenie) pozycji ma miejsce w chwili, gdy ceny cofną się o n od poprzedniego wierzchołka. W zależności od preferencji możemy sobie dobierać sztywny n lub też uzależniony od zmienności i innych czynników.

Jako że nie chciałem i nie chcę odgórnie zakładać, że oprę sygnał odwrócenia o wielokrotność ATR, postanowiłem poszukać czegoś innego. Patrzyłem na wykres, patrzyłem i w końcu udało mi się coś dostrzec. Odkrycie przełomowe nie jest, z pewnością wiele osób już na to wpadło, mimo tego postanowiłem się nim podzielić, może kogoś zainspiruje do ciekawych przemyśleń.

Postanowiłem założyć, że odwracanie pozycji będzie miało miejsce w chwili, gdy rynek cofnie się od szczytu "bardziej niż zwykle". Zatem aby cokolwiek się udało potrzebujemy ruchu, który trwa już co najmniej kilkanaście dni. Mierzymy mini-korekty, które miały miejsce, a następnie ustalamy punkt, w którym uznamy, że czas na zmianę kierunku. Aby nie bawić się w mierzenie lub rysowanie, postanowiłem napisać prosty histogram, który będzie mierzył odległość low ze świecy od ostatniego maksa z 5 dni. Dlaczego akurat tylu? Ponieważ zaobserwowałem, że mini-korekty w swingach nie trwają raczej więcej niż ten czas.

Sygnałem do odwrócenia pozycji będzie wybicie ponad maksymalną korektę. Oto, jak sytuacja przedstawia się dla histogramu napisanego pod krótkie pozycje:
Jako podstawę do analizy wybrałem oczywiście kontrakt na Wig20, gdyż zazwyczaj to na nim gra się w krótkim terminie. Czerwone strzałki pokazują miejsca, w których odwrócenie jest wyższe niż dotychczas, co jest sygnałem do zajęcia krótkiej pozycji. Zauważcie, że uwzględniłem jedynie te dłuższe ruchy, gdyż inne nie mają odpowiedniej historii stanowiącej niezbędną próbę. Postaram się jeszcze narysować to samo, tyle że dla zajmowania długich pozycji.
Gdybym pozostawił to bez komentarza, mogło by się wydawać, że jest to zajebista maszynka do generowania sygnałów. Niestety, nie jest. Po pierwsze dlatego, że wymaga specyficznych warunków, aby dała się zastosować. Nie każdy swing trwa dość długo, aby zgromadzić odpowiednią ilość danych o mini-korektach.

Po drugie, górny obrazek zawiera przykład, w którym sygnał był fałszywy. Oczywiście nie ma metod o 100% skuteczności, lecz pojawia się problem, co z tym zrobić. Czy podnieść kreskę na maksy, jak sugeruje logika przedsięwzięcia (ryzykując opóźnione wejście), czy też pominąć ten "wybryk" i utrzymać ją na dotychczasowym poziomie, co wprawdzie przyspieszy wejście przy następnym sygnale, ale zwiększy też prawdopodobieństwo wpadki.

Po trzecie, jest to jedynie sygnał wejścia, a nie cały system. Tak więc trzeba go obudować stopami, prowadzeniem pozycji i tymi wszystkimi elementami, które powinny zostać określone.

Po czwarte, jest to jedynie koncepcja, którą stworzyłem patrząc na wykres. Nie przeprowadzałem testów, nie znam skuteczności. Być może to przypadek, że w 5 z 6 sygnałów udało nam się względnie ładnie złapać moment odwrócenia. Poza tym zawiera dużą dozę własnego osądu. Ciężko mi określić ścisłe reguły rysowania kresek, gdyż takowe nie powstały.

Aby jednak całkowicie nie zmieszać z błotem tego pomysłu, myślę że jest on wart głębszego przeanalizowania. Być może komuś uda się go tak podrasować, że uzyska cenne narzędzie do potwierdzania momentów odwrócenia. I to narzędzie, do którego wystarczy kartka, długopis i kalkulator.

czwartek, 14 października 2010

Stopy kroczące VIII - stop żyrandolowy

Doszedłem do wniosku, że nie będę robił obiecanego wpisu dotyczącego modyfikacji systemu stopów opartego na średnich kroczących. Przemyślałem sprawę i w zasadzie system ten musiałby się składać z samych wyjątków, zastrzeżeń i warunków, co praktycznie wyeliminowałoby rolę średniej. Przejdziemy zatem do jednego z ostatnich stopów, które opiszę w tej, rozwlekłej nieco w czasie, serii postów.

Stop żyrandolowy jest niejako logiczną kontynuacją kierunku, w którym się poruszamy. Zaczynaliśmy od technik opartych o minima, czy to ze świec, czy też z jakiegoś zakresu ostatnich sesji. Później przeszliśmy na stopy oparte o jakąś formę średniej między maksimami i minimami. Obecnie będziemy bazowali na maksimach i to one będą decydowały o tym, kiedy podniesiemy naszego stopa i o ile. 

Stop podczepiony do maksimów jest bardzo logiczną konstrukcją, gdyż realizuje w praktyce zasadę "przesuwaj stopa tylko wtedy, gdy rynek idzie w Twoim kierunku". Oznacza to przede wszystkim względne bezpieczeństwo w konsolidacji (stop nie wchodzi nam w ceny, jak to było przy średnich) oraz stosunkowo sprawne poruszanie się za cenami.

Nazwa stopa pochodzi od żyrandola, czyli konstrukcji podwieszonej do najwyższego punktu w pomieszczeniu (na wykresie), ale znajdującej się nieco niżej z racji elastycznego połączenia. Dokładnie tak samo działa stop żyrandolowy. Podczepiany jest to aktualnych maksimów, a następnie dzięki połączeniu (o którym za chwilę) ustawiany pod wykresem, aby chronił naszą pozycję przed spadkami. Mam nadzieję, że nie muszę dodawać, iż stop porusza się jedynie w kierunku, w którym gramy, czyli licząc na wzrosty nigdy nie opuszczamy naszego zlecenia.

Sam punkt zaczepienia stopa można oczywiście w pewnych granicach modyfikować. Może to być maksymalna cena, jaką udało się zanotować w ciągu dnia. Można oczywiście opierać się wyłącznie na cenach close i wtedy liczymy zamknięcia sesji wyższe od najwyższych z ostatnich n sesji i to one wyznaczają nam punkt zaczepienia. Można również zmieniać ilość świec z których liczone jest maksimum. Czy będzie to 10 świec, czy też 35, zależy wyłącznie od nas, pamiętać jednak trzeba, aby było to logicznie wkomponowane w ruchy, które chcemy łapać. 

Poniżej przedstawiam wykres z zastosowanym stopem, który jest oddalony o sztywne 20% od maksimów z 21 sesji, czyli miesiąca giełdowego:
Stop podnoszony jest z opóźnieniem jednego dnia, co oznacza, iż jeśli dziś zrobiliśmy nowe maksima to po sesji przesuwamy zlecenie odpowiednio w górę. Łatwo zauważalna jest odległość stopa od ceny. W czasie korekt w trendzie stop znajduje się tuż tuż, natomiast podczas wypłaszczenia na szczycie dystans jest wręcz kosmiczny.

Przyczyną jest sztywna odległość od maksów - 20%. Można oczywiście nią manipulować, ale jak to zwykle bywa, przybliżenie spowoduje częstsze strzelanie stopa, a oddalenie sprawi, iż stracimy sporą część zysku w chwili zmiany trendu. 

W kolejnym wpisie pogrzebiemy trochę przy oddaleniu stopa od ceny tak, aby bardziej elastycznie reagował on na bieżące wydarzenia na rynku. Chcę jeszcze podkreślić, że nie jest to jakaś tajemna wiedza. Stop żyrandolowy jest konstrukcją bardzo popularną, zarówno w literaturze giełdowej, jak i w tematycznej blogosferze i osoby żądne wiedzy mogą spokojnie googlać pod hasłem "chandelier stop" lub "chandelier exit". Ja pragnę jedynie popularyzować pewne koncepcje, czasami dorzucając tu i tam swoje trzy grosze.

poniedziałek, 11 października 2010

O trendzie bajanie

Chcę w tym poście trochę rozwinąć kwestię poruszoną w poprzednim wpisie. W chwili, gdy uda się wygospodarować chwilkę wolnego czasu staram się szperać po spółkach w poszukiwaniu ciekawych typów wartych inwestycji. Między wykresami, które odrzucają od pierwszego spojrzenia oraz takimi, które warto przeanalizować głębiej, zdarzają się spółki - perełki.

Mam na myśli takie walory, których ceny od wielu miesięcy znajdują się w trendzie wzrostowym i na dzień dzisiejszy nic nie zapowiada, żeby ta sytuacja miała się zmienić. Teoria mówi, że trend jest naszym przyjacielem, więc dopóki nie widać oznak odwrócenia, można zajmować zgodną z nim pozycję i spokojnie oczekiwać na zyski. Oczywiście tutaj potrzebny jest szereg elementów, czyli koncepcja wejścia, prowadzenie pozycji i takie tam. Ale dziś chcę się skupić na samych spółkach.

Pytanie, które mnie nurtuje jest proste: gdzie ja byłem przez te kilkanaście miesięcy, gdy spółka rosła? Dlaczego o niej nie wiedziałem? Odpowiedź jest banalna - nie obejrzałem jej wykresu. I teraz trafiając na walory, które notują regularny wzrost wartości krew mnie zalewa, gdyż z tak prozaicznego powodu ominęła mnie możliwość przyłączenia się po bardziej atrakcyjnej cenie.

Jako, że większość tych pięknych wzrostów miała swój początek w marcu 2009, obecnie sytuacja jest już zupełnie inna niż wtedy. Ale z drugiej strony coś, co rosło nieprzerwanie przez półtora roku zapewne będzie rosło dalej. Tyle, że trzeba te spółki znaleźć.

Aktualnie mam na oku 3-4 takie przypadki. Daje to już szansę zbudowania koszyka, gdzie ryzyko będzie już w miarę rozłożone (pamiętając, że to ciągle jest ta sama klasa aktywów). Ale przecież jest zapewne co najmniej drugie tyle spółek spełniających kryteria stabilnego, długotrwałego trendu, o których nie wiem. Co zatem trzeba zrobić? Najprostszym rozwiązaniem wydaje się znalezienie większej ilości wolnego czasu i przejrzenie całego rynku. Wbrew pozorom nie powinno być to aż tak czasochłonnym zadaniem, gdyż (o ile mamy sprawny soft) można ustawić sobie zakres czasowy na 1-2 lata i klikać spółkę za spółką. 

Z drugiej strony można zebrać grupkę ludzi mających mniej więcej podobny styl patrzenia na wykresy, podzielić parkiet na kawałki i zlecić każdemu obserwowanie danego zakresu spółek. Jest to niezłe rozwiązanie o ile uczestnicy są w stanie zaufać sobie wzajemnie i spokojnie spać wiedząc, że jeśli coś się gdzieś wydarzy, odpowiednia osoba nas o tym poinformuje.

Jestem założycielem i uczestnikiem jednego takiego projektu i jak na razie udaje nam się zgodnie współpracować już piąty tydzień. Analizy wrzucane są w miarę regularnie, każda z nich zawiera 3-6 spółek wraz z wykresami, niektórzy dodają też komentarz do zeszłotygodniowych typów. Zdecydowanie ogranicza to czas, jaki jest potrzebny na zapoznanie się z sytuacją na rynku. Zamiast przerzucania ton śmieci w poszukiwaniu złotego pierścionka, mamy już przygotowany zestaw, z którego możemy wybrać to, co odpowiada naszym kryteriom.

Myślę, że to jest właśnie lekarstwo na problem, o którym dziś piszę. Pewnych rzeczy faktycznie można nie zauważyć. Jeśli spółka wybija się gwałtownie pokonując w tydzień kilkadziesiąt procent, może nam to umknąć. Ale regularny screen całego rynku powinien wyłapać te walory, które od wielu miesięcy rosną i ani myślą przestać.

A może Wy macie już jakieś typy na oku? :)

czwartek, 7 października 2010

1522% w 19 miesięcy oraz wyrównane maksima

Amica rosła praktycznie od samego początku hossy. Rosła stabilnie, bez turbulencji czy większych korekt. Poważny kryzys nastąpił w chwili, gdy w prima aprilis inwestorzy w ramach żartów obniżyli kurs spółki o 18%. W tamtej chwili myślałem, że to już koniec, bańka pęknie i nadejdą smutne dni spadków. Przestałem się więc interesować tą spółką.

Wpadłem na nią stosunkowo niedawno, przeglądając sobie na spokojnie wykresy. I zobaczyłem, że zamiast katastrofy, miała miejsce jedynie kilkumiesięczna przerwa z zdobywaniu nowych maksimów, po czym spółka powróciła do ruchu na północ. Na giełdzie wielokrotnie sprawdzało się powiedzenie, że the sky is the limit. Czy będzie tak i tym razem?

Wykres, trzeba przyznać, jest bardzo przyjemny. Wielokrotne okazje do wejścia w korekcie, nawet do wejścia na przebiciu poprzedniego wierzchołka. Zadajmy sobie więc pytanie, jak to wygląda na jeszcze szerszym tle?
Wykres obejmujący całą historię spółki na parkiecie pokazuje, że znajdujemy się właśnie na kluczowym poziomie technicznym - all time high. Co interesujące, nie wypadł on podczas szczytu ostatniej hossy, ale w pierwszym półroczu 2004 roku. Dla pełnego obrazu zerknijmy jeszcze na ostatnie dni:
Nasuwa się pytanie, czy gdybyśmy chcieli jeszcze wejść w tę spółkę, licząc że trend jest naszym przyjacielem, jest to zasadne? Przeciwko zajmowaniu pozycji przemawia opór techniczny i w zasadzie tyle. Do kupna zachęca trend, który się utrzymuje (co obala wersję bańki spekulacyjnej) oraz fakt, że dzisiejszy dzień przejawił się umiarkowanie wysokimi wzrostami przy podwyższonym wolumenie. Decyzja należy do Was, ja jedynie zwracam uwagę na tę spółkę.

Wpis niniejszy ma tez drugie dno. Od jakiegoś miesiąca przyglądam się spółkom podobnym do omawianej - rosnącym stabilnie, równo i bez zakłóceń. Czasem jest tak, że szukamy super okazji inwestycyjnych, mierzymy poziomy fibonacciego, szukamy złotych krzyży czy innych formacji, a tymczasem pod bokiem mamy spółkę, która od ponad półtora roku daje zarobić. Stale, stabilnie i zdecydowanie powyżej lokat i obligacji. Noszę się z pomysłem zrobienia katalogu lub koszyka takich walorów. Kupi się po trochu tego i owego, jak gdzieś trend się zmieni to się przebuduje portfolio dokupując inne spółki lub zwiększając zaangażowanie w już posiadanych. Zgodnie z zasadą KISS.


wtorek, 5 października 2010

Recenzja - Jack D. Schwager - Mistrzowie rynków finansowych

Książka to drugi już, po Market Wizards, zbiór wywiadów z ludźmi, którzy dorobili się na giełdzie wielkich pieniędzy. Pierwsze, czego początkujący czytelnik mógłby oczekiwać, to sposoby, którymi tego dokonali. Jednak niczego takiego tam nie znajdziemy.

Nie będę przytaczał poszczególnych wypowiedzi, ale o kilka uwag się pokuszę. Po pierwsze, wywiady odbywały się w okolicach 1990 roku. A jako że wielkiego majątku nie zdobywa się w ciągu kilku lat, większość rozmówców zaczynało w latach 70'. Może to rzutować nieco na wartość ich porad w dniu dzisiejszym, gdyż (zgodnie z tym, co słyszałem; sam tego nie badałem) kiedyś łatwiej było zarabiać. Trendy były dłuższe i bardziej stabilne, graczy było zdecydowanie mniej, a Wilder dopiero się zastanawiał nad swoimi wskaźnikami, co miało przełożenie na wiedzę graczy. Często interlokutorzy Schwagera byli pionierami, pierwszymi którzy zajmowali się danym rynkiem - stąd częściowo wynikały ich zyski.

Druga rzecz, to fakt, że zdecydowana większość z rozmówców to "parkieciarze". Nie byli to zwykli gracze, którzy sprawdzali notowania w gazecie, ale traderzy z najściślejszego wewnętrznego kręgu. Informacje zawsze mieli jako pierwsi, przebywali przez całe dnie wśród najlepszych w branży, a często to oni sami trzęśli rynkiem. Zatem przełożenie na Kowalskiego, który inwestuje sobie przy laptopie jest znikome.

Czy zatem warto przeczytać tę książkę? Nie wiem. Sam do końca nie doczytałem, gdyż po 2/3 stwierdziłem, że każdy kolejny wywiad to ta sama zawartość, tylko że w innym opakowaniu. Oczywiście ciekawe jest, jak ludzie dochodzili do sukcesów, co przy tym przeżywali, jak toczyły się ich losy zawodowe, ale moim zdaniem czytelnik nie szuka tu biografii, tylko rzeczy praktycznych.

A z takowych są trzy: psychologia gracza, zarządzanie kapitałem oraz zarządzanie ryzykiem. Większość z pytanych graczy podkreślała właśnie te elementy. Nie strategie, nie techniki, ale właśnie to, co bardzo często się pomija przy opracowywaniu własnego systemu inwestycyjnego.

Myślę, że warto poświęcić tym aspektom bardzo dużo uwagi, gdyż to one decydują o wartości naszego portfela w długim horyzoncie czasowym. Książka Schwagera jest tego kolejnym potwierdzeniem.

Niedawno ukazała się nakładem Wydawnictwa Linia nowa polska wersja tej kultowej książki. Po więcej szczegółów możecie sięgnąć do mojego programu partnerskiego.

piątek, 1 października 2010

O walce z samym sobą

Nie często zdarza mi się pisać na blogu o psychologii inwestowania. Wiem, że istnieje cała masa opracowań zajmujących się tym, jak nasze emocje, ewolucyjne uwarunkowania lub złudzenia oddziałują na działania, które podejmujemy w świecie finansów. Nie piszę o tym dlatego, że nie czuję się kompetentny do wygłaszania naukowych tez dotyczących mechanizmów działania naszej psychiki. Dziś jednak zabiorę głos.

Niestety, gra na giełdzie to nie tylko techniki inwestycyjne, czy zarządzanie portfelem, ale też to, jak patrzymy na rynek i naszą tam obecność. Według wielu osób, Mind jest najważniejszym z Trzech M, na których opiera się udane zarabianie. Osobiście sądzę, że nie jest to może kluczowy element, ale znajduje się w ścisłej czołówce. 

Przypadek, który omówię wnika z faktu, iż w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że z tym, jak patrzę na rynek nie jest wszystko tak, jak być powinno. Że coś nie gra i to COŚ może się odbić na wartości mojego portfela. Kwestia ta jest poruszana w wielu opracowaniach, ale uznałem, że może ona zaginąć w ich gąszczu i postanowiłem ją przybliżyć na własnym przykładzie.

Spółka, którą niedawno kupiłem, zwyżkuje praktycznie od chwili, kiedy zająłem długą pozycję. Obecnie mam na niej jakieś 15% zysku, co mnie bardzo cieszy. Od kilku dni zauważam jednak, że zbytnio przywiązuję się do jej ceny. Obserwuję głównie to, ile ona wynosi. Oczywiście prowadzę stopa, więc nie ma obaw, iż pozycja nie jest zabezpieczona, ale w chwili obecnej stop zapewnia skromne 3-4% zysku. Kiedy myślę o tej spółce, o zysku który wypracowała, nie skupiam się na tym, ile zabezpiecza mój stop loss, ale właśnie na tym, ile jest ona warta. Co więcej, traktuję ten wirtualny zysk tak, jakby już spoczywał w mojej kieszeni. Gdzieś w tyle głowy wiem, że mam jedynie to, co jest na stopie, ale emocjonalnie jestem skoncentrowany na kwocie, którą bym otrzymał po spieniężeniu papierów po obecnej cenie.

Jakie mogą być tego konsekwencje? To chyba oczywiste. Gdyby teraz sytuacja diametralnie się odwróciła i ceny zaczęły spadać w kierunku zlecenia obronnego, czułbym się tak, jakby ktoś wydzierał mi pieniądze z portfela. Moje ciężko zarobione złotówki uciekają w las, a ja nic nie robię, żeby temu przeciwdziałać. Co jest naturalnym odruchem? Brać kasę i zawijać się z rynku. Wbrew systemowi, zasadom i zdrowemu rozsądkowi.

Zbytnie przywiązanie się do tego, co widzimy na ekranie komputera może skutkować błędami w ruchach na parkiecie, co z kolei prowadzi do odstępstw od strategii i bardzo prawdopodobnych strat. Fakt, iż traktujemy wirtualny zysk, jak realny, może znacząco skomplikować naszą sytuację. 

To są właśnie te emocje i psychologia inwestowania, o której czyta się w książkach. Przyznam się bez bicia, że kiedy po raz pierwszy czytałem Eldera (Zawód, inwestor giełdowy), praktycznie opuściłem pierwszą część traktującą o sprawach, które musimy ułożyć sobie w głowie podczas inwestowania. Uznałem, że są to rzeczy oczywiste, pierdoły którymi nie warto się zajmować. Kiedy czytałem tę książkę po raz drugi, postanowiłem jednak przeczytać i początek. Ku mojemu zdziwieniu, mogłem dopasować moje zachowanie do wielu z opisywanych tam błędów, które czyni inwestor nieświadom własnych ograniczeń i emocji, które nim targają.

Dodam to, czego pewnie niektórzy się domyślają. Po raz pierwszy zgłębiałem książkę Eldera, będąc początkującym traderem bawiącym się wirtualnym kapitałem, a drugi raz sięgnąłem po nią, gdy miałem już bagaż nieprzyjemnych doświadczeń związanych z utratą kasy w realnych transakcjach. I to myślę jest kluczem do zrozumienia doniosłości tego, co dzieje się w naszej głowie. Dopóki nie jesteś zaangażowany własnymi, czasem z trudem odłożonymi środkami, nie masz presji związanej z pozostawaniem na rynku. Zyskasz, to zyskasz, stracisz - nic się nie stanie. Nawet osoby bardzo poważnie podchodzące do prób na wirtualnym kapitale, nie są w stanie przygotować się na figle, które będzie im w realu płatała ich własna głowa. Stąd też wynika moje twierdzenie, iż osoby odnoszące wirtualne sukcesy nie powinny się nimi przesadnie chwalić, dopiero radzenie sobie przez dłuższy czas w prawdziwym świecie może być powodem do dumy. Prowadzenia samochodu, seksu i gry na giełdzie nie nauczycie się z książek. Zapewniam Was.

Co w takim razie możemy zrobić, aby nie nacinać się na własne pułapki? Starać się analizować doświadczane emocje. Może się to wydawać trudne, ale z pewnością jest możliwe. Aby jednak umieć wychwycić momenty, kiedy działamy pod wpływem własnych wyobrażeń, emocji lub heurystyk, musimy wiedzieć, czym one są, skąd się biorą i jak im zapobiegać. A tego wszystkiego możemy się dowiedzieć poprzez czytanie o nich, dzięki czemu zdążymy interweniować zanim negatywne skutki staną się odczuwalne na portfelu.

Niniejszy wpis nie stanowi ani wyczerpującego omówienia tego problemu, ani przemądrzałej gadki blogera, który nie ma pomysłu na wpis. Po prostu psychologia inwestowania dotyczy nas wszystkich. Cieszę się, że udało mi się wychwycić tę sytuację, zdać sobie z niej sprawę, a także zwerbalizować wszystko w formie niniejszego wpisu. Jest to dla mnie forma autoterapii, ale mam nadzieję, że przeczytanie powyższego pomoże też innym.

Aequam memento rebus in arduis servare mentem non secus in bonis - Horacy