Zapisz się na newsletter, otrzymuj informacje o nowych wpisach i odbierz szkolenie!

czwartek, 28 listopada 2013

Obligacje korporacyjne i rynek Catalyst - wywiad z Kamilem Gemrą [cz.1]

Nieczęsto zdarza mi się publikować wywiady. Z tego, co pamiętam mam na koncie w zasadzie tylko ten z Bartkiem Szymą, który możecie odsłuchać na YouTube. Tym razem też mam dla Was coś dużego, ponieważ na udzielenie wywiadu zgodził się Kamil Gemra - chyba najbardziej znana twarz obligacji korporacyjnych w Polsce.

W zasadzie całkiem ciekawie to wyszło, gdyż pomysł narodził się w trakcie październikowej konferencji Skuteczny Inwestor i w od razu przeszedł do fazy realizacji, gdyż już cztery dni później miałem gotowe nagranie. Trochę mi się zeszło ze spisywaniem wszystkiego na formy tekstowej, ponieważ uznaliśmy, że taka będzie lepszym rozwiązaniem. Wyszło tego całkiem sporo, dlatego też wywiad zostanie opublikowany w dwóch częściach.

Dla osób, które jeszcze nie wiedzą, kim jest mój rozmówca, przedstawia się on następująco:

Kamil Gemra, menadżer ds. rozwoju StockWatch.pl. Aktywny inwestor na rynku Catalyst od jego uruchomienia. Współpracuje zarówno z inwestorami jak i emitentami obligacji. Od 2012 r. doktorant SGH zajmujący się tematyką pozyskiwania kapitału poprzez emisje obligacji. 

I żeby już nie przynudzać, przechodzimy do samego wywiadu.

Radosław Chodkowski: Czy rynek obligacji jest dla wszystkich i czy może on stanowić porównywalną alternatywę dla lokat w czasach niskich stóp procentowych. Czy może jest to zupełnie inny wehikuł finansowy i nie jest dla przeciętnego Kowalskiego?

Kamil Gemra: Jest to trudne pytanie, ponieważ rynek obligacji jest obecnie bardzo szeroki i emitentów jest również wielu. Gdybyśmy rozmawiali dwa lub trzy lata temu mógłbym powiedzieć, że zdecydowanie nie jest dla wszystkich, gdyż emitentów było kilkunastu, w tym prym wiódł np. Gant.  Gdybym wtedy powiedział, że jest to rynek stanowiący alternatywę dla lokat, nie mówiłbym prawdy, mimo że wcale tak nie uważałem. Jednak w tej chwili jest tam tyle papierów, tylu solidnych emitentów, że zdecydowanie jest to rynek dla wszystkich.

Przypomnijmy tylko wachlarz dostępnych instrumentów.  Weźmy chociażby banki spółdzielcze. Są to trochę zapomniane papiery, a ja uważam, że to jest błąd, że inwestorzy nie zwracają uwagi na te podmioty, gdyż są to instytucje nadzorowane przez Komisję Nadzoru Finansowego. Poza tym zdecydowana większość banków spółdzielczych, które wyemitowały obligacje na rynku Catalyst jest w dobrej kondycji finansowej. W ich przypadku pytanie podstawowe dotyczy wskaźników wypłacalności. Nawet jeśli są trochę niższe niż średnia dla całego sektora, to czy oferowane premie są adekwatne do ryzyka, które ponosimy jako inwestorzy. Uważam, że jest tam wiele obligacji, które dają za mało zarobić, ale są liczne obligacje banków spółdzielczych, które pozwalają na bardzo dobry zarobek, z pewnością większy niż na lokacie.

Ponadto jeśli przypomnimy sobie ofertę obligacji Orlenu to też był to pewnego rodzaju substytut lokat i takie oferty wielkich koncernów będą się pojawiać. To jest właśnie przykład, że rynek obligacji jest dla każdego, ale nie wszystkie obligacje są adekwatne dla wszystkich inwestorów.

R. Czyli twoim zdaniem obligacje np. Orlenu cechują się na tyle zbliżonym ryzykiem, że można by je było traktować, jako substytut lokat?

K. Zdecydowanie tak. Uważam, że posiadają one porównywalne ryzyko do lokat.

R. Skoro poruszyłeś temat obligacji spółdzielczych to powiedzmy, czy były przypadki problemów ze spłatą zobowiązań lub też obawy o wypłacalność tego typu emitentów?

K. Z tego co pamiętam była jedna sytuacja, ale dotyczyła ona gminy, w której wynikało to z błędu ludzkiego, gdzie osoba odpowiedzialna zapomniała złożyć dyspozycję przelewów. Nie było raczej sytuacji, w której banki spółdzielcze miałyby problemy z wykupem obligacji. Pamiętajmy, że są to instytucje nadzorowane przez KNF i wydaje się, że sektor bankowy w Polsce jest w dobrej kondycji, ale zdecydowanie zalecam analizę selektywną. Są to małe podmioty i nie znamy dokładnej struktury ich portfela kredytowego, co oznacza, że nawet jeśli bank w tej chwili nie ma problemów to wcale nie oznacza, że nie będzie ich miał za pół roku, gdy jeden duży kredytobiorca przestanie płacić. Ale są też banki jak BPS, czy też Podkarpacki Bank Spółdzielczy, czyli giganci bankowości spółdzielczej, a wcale nie są to obligacje słabo oprocentowane.

Problemem może być spread, który się pojawia w karnecie, gdyż nominalne oprocentowanie obligacji może być zachęcające, ale trudno jest je kupić w odpowiednio atrakcyjnej cenie, a z pewnością nie kupi się ich w większej liczbie. To jest jeden z problemów rynku Catalyst i o nim pewnie jeszcze będziemy dziś rozmawiać.

R. Pytam o te banki spółdzielcze, ponieważ kiedyś rozmawiałem z prezesami kilku z nich i zawsze podkreślali, że posiadają bardzo zdrowe portfele kredytowe, a kredyty zagrożone stanowią ich marginalną część.

K. Zgodzę się z tobą, ponieważ trzeba zwrócić uwagę na specyfikę banków spółdzielczych. Najczęściej mieszczą się one w małych społecznościach lokalnych, gdzie często prezes banku spółdzielczego zna kredytobiorcę i wie, w jakiej znajduje się on kondycji i czy faktycznie buduje jakąś niewielką fabrykę w tej miejscowości, czy też nie. Wynika to ze specyfiki bankowości spółdzielczej.

R. Jakie realne stopy zwrotu można osiągnąć na rynku Catalyst, nie eksponując się nadmiernie na ryzyko? Wiemy że górne granice oprocentowania sięgają nawet 20%, ale czy jest to przedział 7-8%, czy może nawet 12%?

K. Jeśli mówimy o oprocentowaniu netto to bez nadmiernego ryzyka 5-6% jest dobrym wynikiem. Mam nadzieję, że przejdziemy też do pytania o rynek pierwotny tych obligacji, bo to jest też spory problem. Rynek Catalyst ma swoje wady w postaci płynności, a także spreadów między zleceniami kupna i sprzedaży w karnecie. Ale z pewnością 5-6% netto jest wynikiem realnym.

Jestem propagatorem wykorzystania indywidualnego konta emerytalnego (IKE) do inwestowania na rynku Catalyst, ponieważ rynek ten ma jeden podstawowy problem wynikający z ustaw podatkowych. Podatek od odsetek płaci ten, kto w danym momencie ma te odsetki i jeżeli ktoś kupił obligację dzień przed ustaleniem prawa do odsetek to może się okazać, że jest stratny już na starcie, ponieważ musi zapłacić podatek za wszystkich poprzednich posiadaczy tego papieru. I jest to de facto problem podwójnego opodatkowania, ponieważ ci którzy poprzednio mieli tą obligację, będą mieli ten podatek ujęty w Pit 8C, który wysyła biuro maklerskie. Zaburza to liczenie rentowności obligacji. W serwisie StockWatch.pl przez rok pracowaliśmy nad zbudowaniem kalkulatora rentowności netto i było to trudne zadanie. Samodzielne policzenie rentowności netto obligacji jest jeszcze trudniejsze, dlatego też aby wyeliminować ten problem, zachęcam do skorzystania z IKE, gdyż tam podatku się nie płaci i wtedy rentowność brutto jest naszą rentownością netto. Możemy przy tym wykorzystać magię procentu składanego i wielokrotnie obracać tymi pieniędzmi, gdyż wcale nie jest powiedziane, że musimy trzymać oszczędności do uzyskania uprawnień emerytalnych. Wypłacając pieniądze wcześniej zapłacimy podatek, ale będzie to i tak korzystniejszym rozwiązaniem niż obracanie obligacjami przez zwykły rachunek maklerski. Sam stosuję to rozwiązanie i mogę zapewnić, że ono działa.

R. Skoro już jesteśmy przy IKE to powiedzmy o innych korzyściach pośrednio wynikających z ochrony podatkowej, czyli z możliwości kupna obligacji wtedy, gdy posiadacze zwykłych rachunków wstrzymują się z zakupem ze względów podatkowych. Ma to miejsce przed ustaleniem prawa do odsetek. Czy to zjawisko jest zauważalne?

K. Wydaje mi się, że coraz mniej. Jestem obecny na rynku Catalyst od początku, w styczniu lub lutym 2010 roku zawierałem pierwszą transakcję i na początku mało osób wiedziało, że istnieje taki właśnie problem związany z oprocentowaniem, a więc rynek był bardzo mało efektywny. Nie twierdzę, że obecnie jest bardzo efektywny, gdyż zdarzają się anomalie, ale wydaje mi się, że jest to coraz mniej widoczne. Zauważmy, że duża część uczestników tego rynku handluje poprzez IKE, więc różnica ta stopniowo zanika. Trzeba by było bardzo dokładnie śledzić zawierane transakcje, aby takie sytuacje wychwycić. Zauważmy, że obligacje różnią się od akcji, gdyż trzyma się je często do wykupu, a co za tym idzie większe znaczenie ma wybór emitenta. Niemniej sądzę, że takich sytuacji jest coraz mniej.

R. Podpytam jeszcze z technicznego punktu widzenia, czy możliwe jest dotarcie do statystyk ukazujących ruch na rynku Catalyst wygenerowany przez uczestników handlujących przez konta IKE, czy też są oni nie do zidentyfikowania?

K. Wydaje mi się to niemożliwe do zidentyfikowania, gdyż zasadą obrotu giełdowego jest anonimowość i tylko KDPW wie, kto z kim zawiera transakcje. Być może dane z biur maklerskich dotyczące udziału kont IKE we wszystkich rachunkach maklerskich dadzą jakiś obraz na temat udziału tego typu inwestorów. Idąc tym tropem, wydaje się że nie jest to wielki odsetek.

R. Pytam o konta IKE, ponieważ mamy tam do czynienia z limitami wpłat, a zatem można by było zakładać, że są to te mniejsze zakupy. Chociaż w sumie na rynku wtórnym trudno jest powiedzieć o dużych zakupach przy obecnej płynności.

R. Kolejne pytanie dotyczy ryzyka. Czy przy obligacjach oprocentowanych na np. 11% możemy już mówić o dużym ryzyku niewykupienia, czy poziom ten leży gdzieś indziej? Mam tu na myśli powiązanie stopy zwrotu i ryzyka. Czy też można bez obaw nabywać obligacje oprocentowane na np. 15%, jeśli jest to wkalkulowane w nasz plan inwestycji?

K. Zacznijmy od tego, iż zawodowo mam kontakt z emitentami i nie zawsze jest tak, jak podpowiada teoria, że oprocentowanie ustalane jest według modelu opracowywanego przez analityków i matematyków. Często o oprocentowaniu decyduje pewien rodzaj rynkowego wyczucia. Oczywiście jest tak, że gdy jest ono dwucyfrowe, to musimy być ostrożni. Trzeba sobie zadać pytanie, jaką działalność prowadzi spółka, że jest w stanie wypłacić nam dwucyfrowe odsetki i jeszcze po tym coś jej zostanie. Do pewnego czasu deweloperzy prowadzili taką działalność i można powiedzieć, że oprócz Ganta czasy dla tych spółek wydają się nadchodzić coraz lepsze. Drugą taką branżą są spółki zajmujące się windykacją. One są w stanie zapłacić wyższe odsetki, nawet dwucyfrowe.

Dlatego też nie można jednoznacznie przesądzić, że dwucyfrowe oprocentowanie zawsze oznacza obligację wysokiego ryzyka. Z drugiej strony były przypadki upadłości emitentów płacących jednocyfrowe odsetki, a wydawać by się mogło, że takie sytuacje raczej nie powinny mieć miejsca. Były również obligacje płacące 15% rocznie i zostały one bez problemu wykupione, na czym zarobiła i spółka i inwestorzy.

W finansach popularny jest wykres obrazujący ryzyko, na którym umieszczone są różne instrumenty według przypisanego im poziomu ryzyka. Moim zdaniem obligacje nie są mniej ryzykowne niż akcje, gdyż w sytuacji niewypłacalności emitenta tracimy praktycznie wszystko. Trzeba uczestniczyć w postepowaniu upadłościowym, którego rezultaty nie są znane. Akcje natomiast możemy sprzedać nawet po cenie 1 gr. Trzeba o tym pamiętać, gdyż możemy mieć 10 dobrych transakcji na rynku obligacji, ale jedenasta może być na tyle zła, że przekreśli poprzednie zyski i jeszcze wygeneruje straty.

Wracając do pytania, dużo zależy od zabezpieczenia obligacji. Jeśli go brak, inwestorzy żądają wyższej premii za ryzyko, z czego może wynikać właśnie dwucyfrowe oprocentowanie. Zwróćmy uwagę na fakt, iż większość obligacji posiada zmienne oprocentowanie, uzależnione od stopy procentowej, a konkretnie WIBOR. Stawka ta w ostatnich miesiącach bardzo mocno spadła, a co za tym idzie zmniejszyła się liczba obligacji o dwucyfrowym oprocentowaniu. Dlatego radze spojrzeć bardziej na marże, gdzie 550 punktów bazowych ponad WIBOR już może oznaczać ryzykowne papiery. Do inwestora należy decyzja, czy akceptuje takie ryzyko, gdyż nie można jednoznacznie powiedzieć, że wysokooprocentowane papiery są złe.

R. Powiedzmy kilka słów o branżach. Wspomniałeś o deweloperach i windykatorach. W moich prywatnych inwestycjach staram się unikać właśnie tych dwóch branż. Od deweloperów odstrasza mnie niedawna kondycja tego sektora, a za branżą windykacyjną zwyczajnie nie przepadam. Pytanie, czy jest to uzasadnione, czy może przeciwnie, są to dobre sektory i dobre obligacje? Czy można powiedzieć, że na rynku Catalyst określone sektory posiadają podwyższone ryzyko?

K. Przede wszystkim warto zaznaczyć, że dlatego mamy na Catalyst tak dużo obligacji deweloperów i windykatorów, gdyż często było to najbardziej dostępne źródło finansowania dla tych emitentów. W czasie bessy w 2008 roku trudno było uplasować emisję akcji i rynek Catalyst był niekiedy zbawieniem dla tych branż, gdyż w ten sposób mogły one pozyskać środki.

Mówiąc o deweloperach trzeba zaznaczyć, że jest to branża zdecydowanie cykliczna i jeśli wchodzimy w okres wzrostu cen nieruchomości, a wydaje mi się że właśnie taki czas się zaczyna, to nie powinno być problemów z wykupem obligacji. Oczywiście deweloper deweloperowi nie równy i jeśli ktoś kupił swoją pierwszą działkę, wyemitował obligacje i będzie stawiał swój pierwszy blok to jeszcze o niczym nie świadczy. Z drugiej strony przykład Ganta pokazuje, że nawet doświadczony deweloper może się wykoleić. Gdyby Gant nie miał takiego długu to zapewne by sobie dobrze radził, gdyż ma bardzo ciekawe inwestycje. Dlatego interesując się obligacjami deweloperów trzeba patrzeć na ich wielkość, a także inwestować głównie w spółki, które są notowane na rynku głównym, gdzie mamy pokrycie analityczne, jest kurs akcji oraz sprawozdania finansowe. Wydaje mi się, że po takiej analizie można zainteresować się obligacjami deweloperów, gdyż wchodzą oni w cykl dobrej koniunktury.

Co do windykatorów to mam duże kontakty z tą branżą, gdyż piszę właśnie doktorat na temat sektora windykacyjnego i emitowanych przez niego obligacji. Znam te spółki i w celu dokonania dobrej inwestycji trzeba bardzo selektywnie wybierać, ponieważ są podmioty, których ryzyko jest minimalne. 

Myślę, że nie będzie tajemnicą jak powiem o nadchodzącej emisji publicznej obligacji Kruk S.A., gdzie każdy będzie mógł się zapisać na jedną obligację i sądzę, że będzie to ciekawa alternatywa dla inwestorów. Oczywiście zależy to też od oprocentowania, ale wydaje mi się, że w tym przypadku ryzyko będzie niewielkie.

Znam natomiast spółki z rynku Catalyst zajmujące się windykacją, które w przypadku braku refinansowania tego długu będą miały gigantyczne problemy z wypłacalnością. Może zatem dojść do sytuacji, w której windykator będzie miał problem z oddaniem długu, ale w przypadku braku możliwości zrolowania obligacji, tak to się może skończyć. Dlatego też również w przypadku firm windykacyjnych patrzyłbym na wielkość podmiotu oraz wybierał tylko spośród spółek notowanych na rynku akcji.

R. Co poradzisz osobom chcącym rozpocząć przygodę z obligacjami korporacyjnymi? Czy wystarczy przeczytać kilka poradników i materiałów dostępnych w Internecie, czy też trzeba być w stanie przeprowadzić analizę finansową spółki?

K. Uważam, że inwestując zawsze należy posiadać pewną wiedzę na temat analizy finansowej spółki, z czym zapewne nie zgodzili by się analitycy techniczni. W przypadku obligacji trzeba mieć ten background, zwłaszcza jak rynek obligacji jest zorganizowany. Trzeba wiedzieć, że jeśli obligacja jest notowana po cenie 99 to jest to 99%, a nie 99 zł, czym jest cena czysta, a czym cena brudna. Dlatego wiedza na temat organizacji obrotu obligacjami jest niezbędna, a dla laika może to być początkowo stosunkowo trudne. Wielokrotnie podczas spotkań lub prowadzonych wykładów widzę, że jest to dla ludzi czarna magia, Wydawało by się, że wystarczy kupić obligację, zarobić te 7% i sprawa zamknięta, a tymczasem tak nie jest. Tak więc inwestowanie w obligacje jest dosyć skomplikowane, ale w łatwy sposób można się tego nauczyć.

Kolejnym krokiem jest z pewnością obserwacja rynku, zachowania cen obligacji, ofert kupna i sprzedaży tych papierów. Po drugie stworzyłbym listę obligacji firm, które znam np. Orlenu, GPW, dewelopera który niedaleko sprzedaje mieszkania i, to co wcześniej mówiłem, dla inwestorów początkujących muszą to być spółki notowane na głównym rynku. Daje to dużo większe zaplecze informacyjne, a poza tym, o czym wspomniałeś na blogu, jest dostępny wykres cen akcji. Z moich obserwacji wynika, że kurs akcji o 2-3 kwartały wyprzedza to, co się będzie działo z obligacjami. Przykładem oczywiście jest Gant, ale można znaleźć również inne przypadki, gdzie kurs pikował, a później były problemy z wykupem obligacji. Tak wiec zdecydowanie należy się zastanowić, czy jest to firma, którą znam oraz czy jest ona notowana na głównym rynku.

R. Zapytam teraz o budowanie pierwszego portfela obligacji. Weźmy przykład osoby, która nie ma wielkiego kapitału, np. 10 tys. zł. Jaki jest minimalny próg inwestycji w obligacje oraz jak ten portfel dywersyfikować?

K. Moim zdaniem inwestorowi indywidualnemu jest niezwykle trudno zdywersyfikować portfel obligacji, co może wykazać prosta matematyka. Chcąc zarobić 8% netto, musimy kupić 12 różnych obligacji, aby wyjść na zero w przypadku niewykupienia tylko jednej z serii. Z racji kosztów transakcyjnych nie kupimy po jednej obligacji, ale po kilka, a zatem 12 razy kilka tysięcy złotych daje nam portfel o wielkości ok. 40-50 tys. zł. Z drugiej strony obserwowanie dwunastu różnych pozycji może nie być wcale takie proste dla inwestora indywidualnego. Dlatego też można powiedzieć, że zdywersyfikowanie indywidualnego portfela jest na rynku Catalyst bardzo trudne, niekiedy nawet niemożliwe.

Dysponując portfelem rzędu 10 tys. zł lepiej jest chyba zarobić mniej, ale zmniejszyć znacząco ryzyko niewypłacalności którejś ze spółek. Można kupić obligacje trzech firm oferujących nieco niższe oprocentowanie, ale zdecydowanie większe bezpieczeństwo.

Zależy jeszcze o jakich inwestorach rozmawiamy, gdyż było na rynku Catalyst kilka okazji, gdzie można było zarobić na obligacjach i 100%. Były takie przypadki jak Marka S.A., później Werth Holz S.A. i tymi dziesięcioma tysiącami, jeśli złapało się w odpowiedniej chwili rynek, można było osiągnąć całkiem interesującą stopę zwrotu. Oczywiście w tej sytuacji nie może być mowy o żadnej dywersyfikacji, bo jeśli raz się pomylimy to jesteśmy jak saper i nie będziemy mogli na rynku obligacji odrobić tej straty bez posiadania portfela powyżej 100 tys. zł.

Dlatego też być może nie jest złym pomysłem branie udziału w ofertach obligacji, gdzie mamy możliwość dobrze prześwietlić spółkę i zainwestować znaczną część pieniędzy w jeden papier, ale zabezpieczony i dobrze nam znany.

R. Poruszyłeś kilka tematów, o które chciałem zapytać, więc od razu nawiążę do nich. Najniższa oferta publiczna to obecnie 50 tysięcy złotych?

K. W marcu 2013r. uległa zmianie ustawa o ofercie publicznej i zostało zmienione kryterium wyznaczające ofertę prywatną. Obecnie jest to oferta kierowana do maksymalnie 149 osób. I jeśli podzielimy wielkość oferty np. 5 mln zł przez 149 osób daje nam to ok. 35 tys. zł na osobę i takie oferty były. Chociażby Uboat-Line S.A. uplasowało emisję i tam właśnie był minimalny zapis o wielkości 35 tys. zł. Jednak w przypadku emisji trzeba przyjąć, że mówimy o kwotach 50 tys. i wyższych.

Skoro mówimy już o emisjach obligacji to uważam, że nowa ustawa wprowadziła wielką szkodę dla inwestorów. Obecnie w żadnym wypadku nie można informować publicznie, że ma miejsce taka właśnie oferta. Spółki stosują tutaj różne fortele, ale w rzeczywistości autoryzowany doradca powinien z nami jako inwestorami podpisać umowę o poufności dotyczącej emisji pierwotnej i dopiero wtedy może nam powiedzieć, jakiej spółki jest to emisja, jaki jest minimalny zapis i oprocentowanie etc. Jest to sytuacja trochę chora i moim zdaniem przez to rynek ofert prywatnych stał się bardzo trudny, ponieważ nie można informować szerokiego grona inwestorów o nowych emisjach. Był to w pewnym sensie strzał w stopę ze strony KNF, która rekomendowała taką zmianę w ustawie.

Z drugiej strony powstała konstrukcja oferty publicznej, gdzie nie trzeba sporządzać prospektu emisyjnego, zatwierdzanego później przez KNF, która to procedura trwa kilka miesięcy lub nawet rok i jest dość kosztowna. Wprowadzono nowe rozwiązanie, w którym można zrobić ofertę publiczną do wysokości 2,5 mln euro bez zatwierdzania memorandum, ale KNF sprawując pieczę sprawdza wszystkie materiały promocyjne. Będzie teraz miała miejsce pierwsza taka oferta, którą przeprowadza Powszechne Towarzystwo Inwestycyjne S.A. i każdy inwestor będzie mógł się zapisać nawet na jedną obligację, która będzie miała dość nietypową wartość, bo 500 zł. Zapisy będą trwały 2 tygodnie i każdy będzie miał równy dostęp do informacji, będzie się odbywał czat z przedstawicielami PTI S.A. i wydaje mi się, że właśnie w takim kierunku ten rynek powinien zmierzać. Wyeliminuje to obawy o odpowiedzialność z tytułu ujawnienia poufnych informacji, gdyż kara za złamanie tego zapisu ustawy wynosi 10 mln zł. Dlatego też liczę, że oferta PTI S.A. się powiedzie i inne mniejsze spółki skorzystają z tej formy przeprowadzania ofert.

R. Odwołam się jeszcze do poprzedniego pytania dotyczącego dywersyfikacji. Czy jakąś alternatywą mogą być fundusze obligacji jako pewna forma wtórnego inwestowania w obligacje?

K. Uczestniczę w licznych konferencjach dotyczących Catalyst jako przedstawiciel inwestorów indywidualnych i branża TFI zawsze mnie w tym względzie zakrzykuje. Jest to słuszny argument, gdyż fundusze mają dużo większą możliwość dywersyfikacji oraz zaplecze analityczne, ale oni też nie ustrzegają się pomyłek. Jeśli przypomnimy sobie przykład  funduszu obligacyjnego Idea TFI to widać, że wcale nie musi to wyglądać tak różowo.

Dużo zależy od naszej strategii, gdyż równie dobrze można powiedzieć, że inwestycje w akcje nie mają sensu, bo lepiej jest powierzyć swoje środki funduszowi. Gdyby nie inwestorzy indywidualni nie byłoby sukcesu kontraktów terminowych na Wig20, gdyż to oni rozruszali ten rynek i dlatego sądzę, że na Catalyst również indywidualni gracze są niezbędni. Ale z drugiej strony dywersyfikacja na Catalyst jest możliwa i jeśli ktoś ma trochę czasu oraz interesuje się inwestycjami powinien sam spróbować, zamiast wpłacić środki do funduszu i sprawdzać wyniki raz w miesiącu.

...

To jest koniec pierwszej części wywiadu. Udostępnijcie, polubcie i skomentujcie, żebym wiedział, że dotrwaliście do tego miejsca i czekacie na drugą połówkę :)

Pssst... Kamil pewnie do nas zajrzy, więc nie jest wykluczone, że odpowie na jakieś pytania zadane w komentarzach.


poniedziałek, 25 listopada 2013

Wielka promocja członkostwa w Stowarzyszeniu Inwestorów Indywidualnych


Do uczynienia tego kroku zbierałem się od ładnych kilku miesięcy, ale jakoś dotychczas nie było okazji, aby to zrobić. Zawsze było coś ważniejszego, a sprawa wydawała się być nieszczególnie pilna. Głównym powodem, dla którego chciałem to zrobić były zniżki w domach maklerskich, w których mam konto, a także dostęp do bardzo interesujących materiałów, które SII publikuje praktycznie bez przerwy.

Patrząc na same oszczędności na prowizjach w domach maklerskich można całkiem nieźle zbić sobie koszty operowania na rynku. W moim przypadku, a posiadam konto w DM BZ WBK, będzie to obniżenie prowizji do poziomu 0,3% wartości transakcji, 7 zł za kontrakt oraz likwidacja rocznej opłaty za prowadzenie rachunku w kwocie 55 zł. Dlatego nawet przy niewielkich obrotach na rachunku, korzystniej jest być członkiem SII niż nim nie być.

Również konferencje i szkolenia posiadają zazwyczaj niższe ceny dla członków SII niż dla osób trzecich. Trudno się dziwić, skoro to własnie SII organizuje lub patronuje dużej części tego, co się w inwestowaniu dzieje.

Kolejnym powodem była chęć dołączenia do inwestorskiej społeczności, jaką niewątpliwie SII tworzy. Wielu moich znajomych, zarówno prowadzących blogi finansowe, jak też nie, jest już członkami stowarzyszenia, a więc od dzisiaj jestem nim też ja. Myślę, że dostęp do forum inwestorskiego może przynieść całkiem sporo wiedzy na temat nadchodzących wydarzeń związanych z rynkami i inwestowaniem.



Impuls do uczynienia tego kroku nie powstał z próżni. Jest nim promocja członkostwa, którą organizuje SII. Można dostać kilka fajnych bonusów, o których możecie przeczytać po kliknięciu w TEN LINK lub któryś z bannerów widocznych w nagłówku i bocznych panelach bloga. Pisząc w skrócie są to:

  • ebook o inwestowaniu o wartości 40 zł
  • prenumerata Gazety Giełdy Parkiet do 31.01.2014. o wartości 120 zł
  • roczny abonament w serwisie atskaner.pl o wartości 99 zł
  • roczny abonament w serwisie inwestomierz.pl o wartości 99 zł.
W przypadku dwóch pierwszych bonusów jest wprowadzony limit osób, które mogą z nich skorzystać, dlatego ja już jestem po całym procesie rejestracji i zaraz zabieram się za sprawdzanie, jak ugryźć należne mi prezenty. Przejrzałem listę ebooków i wydaje mi się, że mogą one zainteresować inwestorów na każdym etapie odnoszenia giełdowego sukcesu, jak również osoby, które jeszcze nie rozpoczęły swojej przygody na giełdzie.

Zachęcam Was do zapisania się do SII jeszcze z jednego powodu. Mówiąc wprost, promocja ma charakter afiliacji, a co za tym idzie, otrzymam niewielką sumę pieniędzy od każdej osoby, która zarejestruje się i zostanie członkiem. Jest to też dla Was dobra okazja do wsparcia mojego bloga, ponieważ zamierzam wprowadzić nową funkcjonalność, która na samym wstępie będzie kosztowała ok 500 zł. Dlatego też zostając członkiem SII za pośrednictwem mojego linku, przyczyniacie się do rozwoju bloga. Uważam, że to całkiem fair, dlatego postanowiłem szczerze się tą informacją podzielić.

Poklikajcie, sprawdźcie, co SII może zaoferować Wam, a jeśli zdecydujecie się dołączyć, zróbcie to za pośrednictwem prawidłowego linku :)

sobota, 23 listopada 2013

Radosław Chodkowski to już nie tylko Humanista na giełdzie

Temat wpisu może Wam się wydać nieco intrygujący, więc od razu wyjaśnię, że chcę w nim wskazać miejsca w których możecie mnie w internecie znaleźć, jak również podzielić się kilkoma planami na przyszłość, z których część znajduje się już na dość zaawansowanym etapie realizacji. 

Ale na początku chcę Wam podziękować za obecność i słowa wsparcia oraz pozytywne opinie, które otrzymuję. Praktycznie nie spotykam się ze złymi reakcjami, z komentarzami które musiałbym kasować lub też użytkownikami, których bym musiał blokować. Jednocześnie zauważam powstanie pewnej społeczności użytkowników, którzy udzielają się w komentarzach, piszą do mnie maile podpowiadając to i owo. Jesteście fantastyczni i dlatego zaplanowałem kilka ciekawostek, z którymi możecie zapoznać się w dalszej części tego wpisu.

źródło: www.marcinosiak.pl

Radosław Chodkowski w Internecie


Przede wszystkim jest oczywiście blog, którego czytacie. Istnieje on od kwietnia 2010 roku, a więc ponad 3,5 roku. To długo i szczerze powiem, że nie sądziłem, iż będzie to tak długotrwała aktywność. Niemniej to właśnie dzięki wsparciu, które otrzymywałem i otrzymuję każdego dnia od moich czytelników, mam siłę do dalszego pisania i poruszania kolejnych tematów.

Jak pewnie wiecie, na bloga możecie dotrzeć w różny sposób. Jednym z nich jest kanał RSS bloga, dzięki czemu dostajecie informację o każdym nowym wpisie. Jeśli chcecie być na bieżąco, z pewnością jest dobre rozwiązanie, zwłaszcza w obecnych czasach, gdy mamy dużą ilość aplikacji obsługujących kanały RSS.

Nie wiem, czy wiecie, ale bloga możecie też czytać poprzez urządzenia mobilne. Strona ma swoją wersję na telefony komórkowe, a zatem nie powinno być problemem czytanie w autobusach, pociągach, czy innych miejscach, gdy dysponujecie chwilą wolnego czasu. Na razie ruch mobilny nie jest jeszcze wielki, ale zachęcam Was do optymalnego wykorzystywania czasu. Mimo, że wyglądanie przez okno lub patrzenie w sufit ma swoje zalety, ja wolę w wolnych chwilach nauczyć się czegoś nowego. Zachęcam do tego i Was.

Kolejnym miejscem, w którym możecie mnie spotkać jest Facebook, a dokładnie fanpage Humanisty na giełdzie. Polubienie tej strony, do czego bardzo zachęcam, sprawi że będziecie mieli nie tylko dostęp do wpisów, ale również moich nagrań na YouTube oraz innych wiadomości, które publikuję. Czasami są to luźne informacje rynkowe, ale zdarzają się też dość pilne informacje, jak chociażby spontanicznie organizowane Hangouty, które przypadły Wam do gustu. Również na facebooku publikuję co jakiś czas ciekawie wyglądające wykresy, stanowiące moim zdaniem interesujące okazje inwestycyjne.

Polubienie strony na facebooku może być o tyle istotne, że postanowiłem wprowadzić pewną zmianę na blogu. Od dziś będę się starał publikować treści o wyższej jakości. Rozumiem przez to wpisy dużo dłuższe, omawiające w miarę kompleksowo dane zagadnienie. Dlatego też wszystkie krótsze notki zostaną przekierowane właśnie na facebooka. Jeśli nie chcecie ich pominąć, zachęcam do polubienia strony.

Jak dobrze wiecie, prowadzę również kanał w serwisie YouTube. Wszystkie osoby, które posiadają tam konto i w miarę regularnie zaglądają, zachęcam do jego zasubskrybowania. Niektóre zagadnienia, zwłaszcza związane z analizą techniczną, są trudne do poruszenia w formie pisemnej, dlatego też zajmuję się nimi właśnie w formie wideo. Oznacza to dla Was sporo dodatkowych wiadomości oraz komentarza z mojej strony, co jak sądzę jest właśnie tym, po co do mnie wracacie. Bardzo się cieszę, że przypadła Wam do gustu seria nagrań pt. Spółki Ciekawe Technicznie. Pomysł powstał spontanicznie, ale teraz jest już jak najbardziej poważny, a to właśnie dzięki Waszemu wsparciu. 

Muszę powiedzieć, że jestem bardzo zadowolony z Waszej aktywności w serwisie YouTube na moim kanale. Pojawia się coraz więcej komentarzy, coraz więcej polubień i udostępnień filmów. Liczba subskrybentów rośnie w tempie przekraczającym 10% miesięcznie, a to oznacza już całkiem niezłą dynamikę. W porównaniu z innymi dziedzinami może nie jest to tempo zawrotne, ale w dość zamkniętej branży, jaką jest edukacja giełdowa, jest to rzadko spotykane tempo. Warto podkreślić, że według mojego rozeznania kanał znajduje się już w czołówce polskiego giełdowego YouTube'a. Przed nami jest, z tego co wiem Bankier.tv mający ponad 3300 subskrybentów, ale jego robią profesjonaliści i na razie nie mogę się z nim ścigać.

Jest jeszcze mój Twitter. Szczerze mówiąc nie bardzo czuję to medium, dlatego też nie jestem na nim szczególnie aktywny. Wynika to z faktu, że moja aktywność ma charakter bardziej analityczny, a nie newsowy, więc publikuję tam rzadko. Wiedząc, że czas "życia" tweeta nie jest szczególnie długi, raczej nie będę rozwijał tego kierunku mojej działalności.

Nowe projekty w fazie realizacji


Być może niektórzy bardziej dociekliwi czytelnicy zauważyli pewne subtelne zmiany, które zaszły w mojej internetowej działalności. Nie publikuję już wpisów jako Humanista, ale jako Radosław Chodkowski. Również mój kanał w YouTube prowadzony jest pod nazwiskiem. Wynika to z jednej strony z chęci połączenia w całość blogowej działalności, aby coraz więcej treści było brandowanych moim nazwiskiem. Z drugiej strony jest to rezultat kwestii technicznych związanych z algorytmami wyszukiwarki google. Podpięcie pod moje nazwisko wszystkich serwisów sprawia, że zamiast rozdrobnienia, algorytm google traktuje mnie jako jedną osobę o pewnym poziomie autorytetu w dziedzinie inwestowania, a co za tym idzie, pozycjonuje mnie wyżej w wynikach wyszukiwania. Takie szczegóły techniczne, ale dzięki nim mogę dotrzeć do szerszego grona inwestorów.

Konsekwencją powyższych zmian jest mój profil w serwisie Google+. Wiem, że dla dużej części z Was to jeszcze egzotyka, ale przyjrzałem się trochę mechanizmom, dzięki którym ten serwis ma się rozwijać i wiem, że będzie się on stawał coraz ważniejszy. Informacją istotną dla moich czytelników jest to, że Google+ spina wszystkie podejmowane przeze mnie aktywności w sieci, dlatego też będzie to chyba jedyne miejsce, w którym będziecie mogli śledzić wszystkie treści mojego autorstwa pojawiające się w sieci. Zachęcam, abyście dodali mnie do swoich kręgów.

Powyższe jest o tyle istotne, że jeszcze w tym roku ruszam z nową stroną internetową. Będzie to część mojej ogólnej blogowej działalności, ale wyodrębniona i przeniesiona w całości na nową domenę. A co za tym idzie, będzie nowy kanał RSS i nowy fanpage. Jako wspólne pozostanie konto w serwisie YouTube, ponieważ i tak działa już ono pod nazwiskiem, a nie brandem blogowym, a także strona w Google+. Przygotowania są już na finiszu, dlatego zachęcam Was do podpięcia się pod wszystkie moje social media, aby nie stracić wartościowych materiałów.

Kolejnym z planów na przyszłość, który jest już na zaawansowanym poziomie realizacji jest mały, ale niezmiernie ważny ebook. Nie jest to projekt, nad którym pracowałem kiedyś, ale coś zupełnie nowego i będzie on sprzedawany, a nie udostępniany za darmo. Sądzę, że może on pomóc wielu osobom w poprawieniu własnych inwestycji na tyle, że jego cena nie będzie znacząca w perspektywie możliwych do osiągnięcia korzyści.

W dalszych planach mam również zbudowanie trzeciej strony internetowej, poświęconej tylko i wyłącznie jednemu zagadnieniu. Ale to prawdopodobnie nie wcześniej niż w 3Q2014.

Jak sami widzicie, jest wiele nowych rzeczy, które się za jakiś czas pojawią. Dlatego też zachęcam do bycia na bieżąco z aktualnościami, póki co Humanisty na giełdzie, ale już niebawem szeroko pojętego Radka Chodkowskiego.

Kontakt ze mną i prywatne konsultacje


Kilka osób pokusiło się o odszukanie mojego prywatnego profilu na facebooku i zaprosiło mnie do znajomych. Niestety, w przeciwieństwie do innych osób prowadzących blogi, mój profil osobisty na FB pozostanie prywatny. Oznacza to, że nie będę akceptował zaproszeń do znajomych od osób, z którymi nie zawarłem bliższej znajomości. Wynika to z faktu, że nie publikuję na swoim prywatnym podwórku treści finansowych, więc nie znajdziecie tam wielu przydatnych informacji.

Jeśli chcecie się ze mną skontaktować, zawsze możecie napisać wiadomość przez któryś z serwisów, czy też tradycyjnego maila na adres humanista.na.gieldzie (małpa) gmail.com

Z racji tego, że maili spływa coraz więcej, a także z coraz poważniejszych problemów, które w nich poruszacie, postanowiłem wyjść z pewną propozycją. Jej szczegóły możecie znaleźć w poświęconej temu podstronie bloga. To rozwiązanie pozwoli Wam zadać swoje pytania w sposób dużo pełniejszy niż pozwala na to forma pisemna, jednocześnie szanując swój i mój czas, gdyż gruntowne poruszenie jakiegoś zagadnienia wymaga wymiany wielu maili. A tak załatwimy sprawę od razu.

Dziękuję za to, że jesteście ze mną. Wasze wsparcie, poprzez komentarze, polubienia i udostępnienia moich treści, bardzo wiele dla mnie znaczy. Jeśli macie jakieś uwagi, prośby lub propozycje, dajcie mi znać w komentarzach.

czwartek, 21 listopada 2013

Recenzja - Jacek Walkiewicz - Pełna moc życia

Tym razem nadszedł czas na lekturę nieco inną niż dotychczas opisywane na blogu. Otóż obejrzeliście zapewne słynne już wystąpienie Jacka Walkiewicza na konferencji TEDx. Jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, podaję link, i radzę zabrać się za to w wolnej chwili, kiedy będziecie mogli na spokojnie się wsłuchać. 

Muszę powiedzieć, że ta krótka prelekcja została przeze mnie bardzo pozytywnie odebrana i kiedy spacerowałem pewnego razu Chmielną w Warszawie, postanowiłem poszukać księgarni pana Jacka i do niej zajrzeć. Tam natknąłem się na opisywaną właśnie książkę. Na półkach było zdecydowanie więcej interesujących pozycji, ale niestety trafiłem na zamknięcie sklepu i zdążyłem pochwycić tylko tę jedną.

Książka, jak się zapewne domyślacie, nie traktuje o jakimś konkretnym zagadnieniu, nie opisuje żadnego zjawiska, czy problemu. Jest to typowa lektura z dziedziny motywacji i rozwoju osobistego. Autor, w rozdziałach z których każdy poświęcony jest innemu aspektowi naszego życia (np. cele, szczęście, marzenia, odwaga etc.), stara się przekazać nam swoje doświadczenia i przemyślenia związane z danym zagadnieniem. Obudowuje to w liczne anegdoty, częściowo z własnego życia, częściowo z doświadczeń znajomych i dzięki temu stara się przystępniej wyjaśnić nam swój punkt widzenia na istotne aspekty naszych zachowań.

W zasadzie można powiedzieć, że jest to książka, jakiej można by się było spodziewać. Autor pisze, żeby się nie bać patrzeć życiu prosto w twarz, chwytać nadarzające się okazje, a najlepiej samemu pomagać w ich pojawianiu się oraz namawia do zastanowienia się nad sobą. Można powiedzieć, że nic wielkiego. Zwłaszcza, że tekst wymaga sporego dopracowania pod względem korektorskim, gdyż ten element rzuca się w oczy, nawet moje, wyrozumiałe dla różnych niedociągnięć. Ponadto są nawiązania do szkoleń, stanowiących zapewne pokaźne źródło dochodu autora książki, a także słyszałem głosy, że niektóre anegdoty Jacek Walkiewicz nie do końca słusznie przypisuje sobie. Czy to oznacza, że książki nie warto przeczytać?

Uważam, że jednak warto. Głównie dlatego, że faktycznie pozwala ona na przemyślenie pewnych spraw. Zwraca uwagę na istotne nieraz kwestie i jednocześnie sprawia, że zaczynamy je dostrzegać w swoim życiu. Widzę to po sobie, w podejmowanych decyzjach, w trakcie i po przeczytaniu tej książki. I dlatego sądzę, że jest ona warta tych, niemałych mimo wszystko, ponad 50 złotych. Jeśli czytaliście już dziesiątki takich książek i zawarte w niej rady znacie zapewne na pamięć. Wtedy być może uznacie czas i pieniądze poświęcone na jej przeczytanie za zmarnowane. Ale jeśli potrzebujecie czasem w życiu pozytywnego kopniaka, trochę świeżego spojrzenia i ukierunkowania w ważnych sprawach, ta lektura jest z pewnością dla Was.

Co do mnie, wiem że jeszcze zapewne nie raz będę do niej wracał. Koncepcja osobistego wywodu, którą przyjął Jacek Walkiewicz, bardzo do mnie trafia i cenię sobie wnioski i wskazówki, które we mnie pozostały po tej lekturze.

Jeśli chcecie przeczytać więcej moich recenzji, znajdziecie je na specjalnie temu poświęconej stronie, a więcej szczegółów o samych książkach znajdziecie na stronie programu partnerskiego.

wtorek, 19 listopada 2013

Mechaniczny system inwestycyjny - czy każdy musi go mieć?

Inwestorzy podejmują decyzje dotyczące transakcji w oparciu o bardzo różne przesłanki. Sporą rzeszę zwolenników ma analiza techniczna, wiele też osób kieruje się wskazaniami analizy fundamentalnej. Niezależnie od tego, w oparciu o jakie przesłanki budujemy nasz plan inwestycyjny, niewiele osób może o sobie powiedzieć, że posiadają metodę opartą o zobiektywizowane i przetestowane kryteria.

Z drugiej strony liczni autorzy publikacji związanych z inwestowaniem często podkreślają wielką wagę systemu w pełni mechanicznego. Takiego, w którym czynnik ludzki zostaje wyeliminowany, jako potencjalne zagrożenie dla całej konstrukcji, a decyzje inwestycyjne podejmowane są tylko i wyłącznie w oparciu o kryteria z góry ustalone i poddane wcześniejszym testom.

Mechaniczny system inwestycyjny
żródło: www.digitaltrends.com

Mechaniczny system inwestycyjny

Istnieje wiele definicji starających się opisać system mechaniczny. Większość z nich akcentuje zamknięty zestaw reguł, które zostają stworzone na początku, przetestowane w symulacjach komputerowych na danych historycznych, a następnie dopiero dopuszczone od funkcjonowania w realnym otoczeniu rynkowym. 

Zastosowanie symulacji komputerowej zakłada, że system ten będzie pracował w oparciu o wykresy, a co za tym idzie, jego podstawą będą najczęściej wskazania płynące z analizy technicznej. Jeden wskaźnik wygeneruje sygnał, oscylator go potwierdzi, średnia krocząca wykaże zgodność z dominującym trendem i można zajmować pozycję. Tak też w rzeczywistości najczęściej bywa. Wynika to z naturalnej podatności ciągu danych, jakimi są notowania giełdowe, na różnego rodzaju matematyczne przekształcenia.

Skoro jednak system mechaniczny to zamknięty zestaw reguł, możliwe jest zbudowanie go przy wykorzystaniu innych kryteriów niż te bazujące na wykresie. Tyle tylko, że w tym przypadku ciężej jest zobiektywizować zasady takiego systemu. Regułami mogą być dobre wyniki kwartalne, wskaźnik C/Z wyższy od określonego poziomu, czy też sprawny odpowiedzialny zarząd. Jednak tutaj trudno jest w zupełności odciąć się od indywidualnej oceny poszczególnych elementów, co sprawia, że system nie jest w pełni mechaniczny. Można podejmować próby przekładania danych opisowych na liczby, co skutecznie robi Albert Rokicki w swoich analizach spółek.

Mechaniczny system inwestycyjny ma niewątpliwie wiele zalet. Pierwszą z nich jest faktycznie wyeliminowanie czynnika ludzkiego. Wyłączamy więc możliwość subiektywnego postrzegania poszczególnych sytuacji rynkowych, a w konsekwencji wpływania na wyniki systemu. W rezultacie, jeśli tworząc system wzięliśmy poprawki na wszystkie istotne dla jego rezultatów czynniki (prowizje, poślizgi, luki cenowe etc.), powinniśmy w efekcie uzyskać mniej więcej to, co pokazały komputerowe symulacje.

Druga wielka zaleta posiadania takiego systemu to możliwość zweryfikowania, czy dane techniki inwestycyjne rzeczywiście mają sens. Czy nie porywamy się z motyką na słońce próbując stosować oscylatory w sposób, jaki zalecają podręczniki liczące sobie kilka dekad, a często jest to sposób od dawna nie działający. Możliwość przetestowania koncepcji daje nam właśnie odpowiedź na takie pytanie - czy udało nam się uzyskać obiektywną przewagę nad rynkiem. Nie błądzimy więc na ślepo, ale jeśli faktycznie wszystkie przygotowania odbyły się w sposób prawidłowy, mamy bardzo duże szanse na odniesienie sukcesu.

Trzecim wartym podkreślenia atutem, jaki dają systemy mechaniczne jest powtarzalność wyników. Z góry wiemy, jakie mniej więcej otrzymamy rezultaty, jaki będzie stosunek średniego zysku do średniej straty, czy też jaką skuteczność uzyskają nasze transakcje. W efekcie możliwe staje się zastosowanie matematycznych i statystycznych narzędzi pozwalających poprawiać wyniki systemu, zmniejszyć ryzyko bankructwa, czy też dobrać optymalną wielkość pozycji i dywersyfikację portfela. 

Przedstawione powyżej zalety, choć z pewnością nie jedyne, kuszą, aby mechanizować swój system.

System inwestycyjny z elementem ocennym

Pokaźna część inwestorów korzysta z systemu półmechanicznego. Posiadają oni pewien zbiór reguł, zarówno w zakresie doboru spółek do portfela, wyboru momentu otwarcia pozycji, czy podejmowanego ryzyka, ale reguły te nie tworzą zamkniętej całości. W rezultacie inwestor poszukuje okazji na rynku poprzez pewne konkretne kryteria, ale na podjęcie ostatecznej decyzji wpływ ma też każdorazowo opinia inwestora na temat danego przypadku. Czy wykres spełnia warunki, w jak wielkim stopniu je spełnia, czy są jakieś inne elementy, które mogłyby stawiać transakcję pod znakiem zapytania. A może wręcz przeciwnie, pojawiły się dwa sygnały jednocześnie, ale jeden z nich jest o wiele bardziej atrakcyjny od drugiego? Może wygląda ładniej, inwestor już kiedyś kilkukrotnie skutecznie w oparciu o daną formację spekulował i jest przekonany, że będzie ona sukcesem? A co jeśli ten "gorszy" sygnał pojawi się o dzień wcześniej i w rezultacie "przechwyci" on transakcję? Tu właśnie decydujący może okazać się osąd ludzki.

Oczywiście nie dotyczy to tylko i wyłącznie chwili otwarcia pozycji. Również zarządzanie nią poprzez system zleceń stop loss i take profit może przyjmować zupełnie inną postać w podejściu mechanicznym i dyskrecjonalnym. Pisałem już o tym przeszło trzy lata temu.

Od razu należy poczynić zastrzeżenie, że nie są to systemy w zupełności labilne, gdzie wiele rzeczy jest pozostawione przypadkowi bądź gorszemu samopoczuciu inwestora. Są to określone z góry techniki i metody inwestycyjne, restrykcyjne przestrzeganie zarządzania kapitałem, ale jednocześnie jest pewien element dyskrecjonalny, który przed ostatecznym rozstrzygnięciem pozostawia inwestorowi pewien zakres swobody. Coś jak zbiór zasad, którymi kieruję się w przypadku spółek ciekawych technicznie, ale jeszcze bardziej dopracowany.

Zderzenie dwóch podejść

Wyobraźmy sobie, że w pewnym momencie inwestor od lat skutecznie zarabiający na giełdzie przy wykorzystaniu swoich narzędzi w połączeniu z intuicją, postanawia przejść na system w pełni mechaniczny. Co robi? Oczywiście stara się przełożyć wszystko to, co ma w głowie na komendy zrozumiałe dla komputera. Ocenia "urodę" wykresu, którą do tej pory bardziej wyczuwał niż rozumiał i stara się wyłuskać z niej te elementy, które pozwolą odróżnić wykresy wyjątkowe od tych przeciętnych. Myślicie, że to łatwa sprawa?

Powiem teraz przez chwilę z własnego doświadczenia. Jak wiecie, co miesiąc publikuję Spółki Ciekawe Technicznie w formie nagrania na YouTube. Za każdym razem przez ok 30 minut opowiadam o tym, dlaczego dane spółki zyskują moje uznanie, a dlaczego inne mi się nie podobają. Jestem właśnie takim inwestorem, który ma pewien zestaw reguł, ale też korzystam z intuicji i doświadczenia. Z nagrań zapewne wynika więcej tej intuicji niż stosuję w rzeczywistości, ale też nie ujawniam całego warsztatu dokonywania transakcji. I po takim nagraniu dostaję zazwyczaj od widzów kilka propozycji spółek, które mogą spełniać moje kryteria. Niektóre faktycznie wyglądają atrakcyjnie, ale niestety duża część odpada z bardzo podstawowych powodów.

Wtedy własnie dociera do mnie, jaka jest różnica między moim spojrzeniem na dany wykres, a spojrzeniem drugiej osoby. I nie mówię tutaj, że mój punkt widzenia jest lepszy, one są zwyczajnie inne. I w takiej sytuacji wytłumaczenie komputerowi, aby był w stanie skutecznie replikować moje decyzje podejmowane z wykorzystaniem doświadczenia i intuicji, staje się zadaniem niewykonalnym.

Co jeśli inwestor usilnie próbuje zaprząc algorytmy do opisania czegoś, czego opisać się nie da? Angażując się w mechanizację swojego systemu odchodzi od pierwotnego podejścia na rzecz rozwiązań sztucznych. Nie widzi już intrygująco ładnego wykresu, ale wykres, w którym oscylator przebija pewien poziom, a wolumen zwiększa się lub zmniejsza. W swoich decyzjach na rynku stara się testować różne rozwiązania, aby wyłuskać zmienną odpowiadającą za sukces, a w rezultacie być może sukces wymyka mu się z rąk, gdyż saldo jego rachunku nie przyrasta już tak szybko, albo nawet się zmniejsza.

Podsumowanie

Przełożenie doświadczenia i intuicji na język programowania nie zawsze jest możliwe. Czasami może to przynieść więcej szkody niż pożytku. Czy więc warto jest starać się o zbudowanie systemu mechanicznego?

Przede wszystkim trzeba się zastanowić, jaki jest udział elementów uznaniowych w naszych decyzjach inwestycyjnych. Czy mamy jakiś rdzeń ścisłych zasad, które przestrzegamy i jak jest on duży?

Po drugie, czy nasze działania na giełdzie są zyskowne. Jeśli tak, nie zawsze trzeba coś zmieniać, wystarczy kontynuować dobrą praktykę i wystrzegać się potknięć. Jeżeli natomiast nie zarabiamy na giełdzie lub też chcielibyśmy poeksperymentować z czymś nowym, warto jest popracować nad systemem mechanicznym.

Niekiedy decydujące znaczenie ma rynek, na którym działamy. Zupełnie inaczej wygląda to na rynku forex, gdzie często posiadanie systemu samodzielnie składającego zlecenia jest koniecznością, bo nie zawsze można operować wsparciami i oporami, a inaczej na rynku opcji, gdzie systemy w pełni mechaniczne nie są bardzo popularne.

Dlatego też nie powinno się ulegać presji, że jeśli dana metoda nie jest w stanie wygenerować komputerowego raportu podsumowującego jej wyniki to jest ona z gruntu podejrzana. Być może podejście w połowie intuicyjne to jest właśnie to, w czym odnajdujemy się najlepiej jako inwestor. I jeśli coś działa dobrze, nie trzeba przy tym grzebać.

A jakie jest Wasze podejście? Proszę Was, abyście postarali się w komentarzu określić procentowy udział czynników obiektywnych (analiza techniczna, sygnały ze wskaźników, precyzyjne ryzyko na transakcję) oraz czynników subiektywnych, gdzie pozwalacie sobie na dopuszczenie do głosu elementów trudnych do precyzyjnego zdefiniowania.

Bardzo jestem ciekaw, jak wygląda to u Was.

sobota, 16 listopada 2013

Sprawdzamy propozycje Spółek Ciekawych Technicznie

Listopadowe nagranie Spółek Ciekawych Technicznie przypadło Wam do gustu. Minęło od niego pół miesiąca i jeden z widzów zwrócił uwagę w komentarzu, że wiele z zagrań, które proponowałem jako możliwe do zrealizowania, poniosłoby porażkę z powodu zamknięcia pozycji na stop lossie. Postanowiłem więc sprawdzić, czy faktycznie tak by to wyglądało.

W poniższym nagraniu przeprowadzam ponowną analizę techniczną wybranych spółek. Okazuje się, że niektóre faktycznie zachowały się niezgodnie z moimi oczekiwaniami. Ale niektóre nadal pozostają atrakcyjne, a ponadto pojawiło się kilka nowych okazji inwestycyjnych.

Zapraszam do obejrzenia poniższego nagrania, z którego dowiecie się też, po jakiej cenie wyleciał mi stop loss na spółce Gino Rossi.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Recenzja - Curtis M. Faith - Spekulacja intuicyjna

Spekulacja intuicyjna
Podchodziłem do tej książki trochę nieufnie. Kiedy przekartkowałem ją na stoisku Wydawnictwa Linia podczas konferencji Skuteczny Inwestor 2013 nie byłem do końca przekonany, czy faktycznie chcę kupić tą książkę. Wydawała się na początku nieco nijaka, traktująca o niczym. Ponadto jej autor, który był przez pewien czas członkiem grupy stosujących jedno z najsłynniejszych podejść mechanicznych na świecie, nagle tworzy publikację o spekulacji intuicyjnej.

Co więcej, przez pierwsze kilkadziesiąt stron odnosiłem bardzo podobne wrażenie. Że jest to takie bajanie o psychologii inwestowania, które mógłby napisać "z palca" każdy, kto funkcjonuje na rynku już jakiś czas. Przełom w moim odbiorze tej książki nastąpił na rozdziale nr 6 i został on jeszcze wzmocniony przez rozdział 7. Można powiedzieć, że dopiero wtedy przyssałem się do tej publikacji i zacząłem z dużo większą uwagą przyjmować to, o czym pisał autor. Dlaczego?

Nie będę tutaj zdradzał, o czym traktowały wspomniane rozdziały. Powiem tylko, że w tym momencie poczułem, jakbym czytał książkę o sobie. Opisując podejście intuicyjne w zastosowaniu do różnych sytuacji rynkowych, Curtis Faith, zdawać by się mogło, opisywał moje podejście do tych wykresów. Jego uwagi niemal pokrywały się z moimi spostrzeżeniami i regułami, których przestrzegam we własnych inwestycjach. I dlatego właśnie uważam, że ta książka jest ważna.

Moim zdaniem dużo bardziej skorzysta z niej osoba, która już jest obecna na rynku finansowym i inwestuje własne pieniądze. Nowicjusz, zajmujący się giełdą jeszcze teoretycznie, może mieć trudności z odniesieniem treści tej książki do własnej sytuacji, do własnych emocji i podejścia do rynku. Natomiast osoba posiadająca już pewne doświadczenie z inwestowaniem będzie w stanie doszukać się wielu podobieństw do własnych przeżyć podczas zajmowania pozycji, zamykania jej, czy też ogólnie do analizowania wykresów.

Dopiero kiedy skończyłem czytać Spekulację intuicyjną, przypomniałem sobie wstęp autorstwa Van Tharpa. On również zauważył, że były momenty, kiedy uznawał, że nie jest warto brnąć przez tą publikację do końca. Aż z ciekawości wróciłem do tego miejsca i sprawdziłem, które rozdziały były dla niego przełomem. Tak, zgadza się, były to rozdziały 6-7. Dlatego też wiem, że zapewne niebawem ponownie sięgnę po tą pozycję. Chociażby po to, ażeby z pełną uwagą przeczytać pierwszą jej część, którą do tej pory traktowałem z lekkim przymrużeniem oka. Być może zupełnie niesłusznie...

Więcej moich recenzji znajdziesz na dedykowanej temu stronie oraz w moim programie partnerskim.

środa, 6 listopada 2013

AFL - tworzymy własny wskaźnik w programie Amibroker

Po opublikowaniu serii wpisów na temat testowania pomysłu na system inwestycyjny, odezwało się do mnie kilka osób z prośbą o poradę dotyczącą programowania w języku AFL, czyli Amibroker Formula Language. 

Oczywiście w miarę swoich możliwości staram się pomagać tym, którzy zgłaszają się do mnie z podobnymi kwestiami, ale nie zawsze jest to możliwe. Z drugiej jednak strony, profesjonalne oprogramowanie do analizy wykresów i testowania systemów inwestycyjnych na danych historycznych to na tyle fantastyczna sprawa, że postanowiłem pokazać Wam, do czego można je wykorzystać.

W poniższym nagraniu pokazuję sposób, w jaki piszę sobie w Amibrokerze różne rzeczy. Nie będzie to system inwestycyjny, a jedynie wskaźnik, który posłuży mi do sprawdzenia jednego z zachowań rynku. Zapewniam Was, że żaden z ogólnodostępnych programów do analizy technicznej nie posiada takiego właśnie wskaźnika. Nic zresztą dziwnego, skoro posłuży on tylko mi i to do zbadania jednej, konkretnej rzeczy.

To jest właśnie wielka zaleta tego oprogramowania, że sami możecie stworzyć sobie narzędzia, których potrzebujecie. Do tego potrzebna jest wiedza na temat posługiwania się językiem AFL. Czy łatwo jest ją zdobyć? Jak wszystko, wymaga to pracy, nakładu sił i czasu. Trzeba nie tylko nauczyć się tego języka, ale też orientować się w tematyce inwestycyjnej, gdyż bez tego cała nauka nie ma sensu.

Z tego co wiem, nie ma żadnego tutoriala dotyczącego nauki tego języka. Ja sam uczyłem się przy użyciu modułu "help", który zawiera opis wszystkich formuł oraz podstawową składnię. Wszystko powyżej tego poziomu to często metoda prób i błędów. A że nie jesteśmy w tym trudzie osamotnieni, prawdopodobnie gdzieś w internecie funkcjonuje forum skupiające osoby zainteresowane nauką AFL.

Zachęcam do obejrzenia poniższego nagrania. Nie obawiajcie się, nie jest to suchy wykład na temat kodu, ale pokazuję w nim od początku do końca proces tworzenia własnego wskaźnika. Od samej koncepcji, aż po wykonanie oraz próbę modyfikacji, z kiepskim niestety skutkiem.

Nagranie liczy sobie przeszło miesiąc, ale tak to już czasami jest, że w przypływie weny stworzę materiał, którego później nie ma jak wepchnąć w grafik na blogu :)

poniedziałek, 4 listopada 2013

Piękny gest jednego z czytelników

Piszę tego bloga już od dawna, bo od ponad 3,5 roku. Zacząłem go tworzyć w dużej mierze dla siebie, ale później coraz więcej myślałem o osobach, które tego bloga czytają. Starałem się i do dzisiaj się staram prezentować przydatne materiały i w interesujący a jednocześnie przystępny sposób omawiać inwestycje giełdowe.

W związku z tworzeniem tego bloga otrzymuję często informację zwrotną od Was, czy to w komentarzach, czy też prywatnych wiadomościach przesyłanych mailem, czy poprzez facebooka. Muszę powiedzieć, że dużo mi to wsparcie daje, ponieważ wiem, że tworzone przeze mnie treści są dla Was przydatne.

Niecałe 2 tygodnie temu otrzymałem zaskakującą wiadomość od jednego z czytelników. Otóż wypowiedział się on pozytywnie na temat bloga, którego macie okazję czytać i wyraził wolę przekazania mi kilku książek ze swojej inwestorskiej biblioteczki. Zdziwiłem się nieco, ponieważ sam bardzo sobie cenię literaturę giełdową i rozstaję się z nią w zasadzie tylko na potrzeby blogowych konkursów. Kiedy rozmówca podtrzymał wolę przesłania książek, podziękowałem i przesłałem dane adresowe. Dzisiaj rano, kiedy odebrałem przesyłkę, zupełnie mnie zamurowało. Zobaczcie sami:


Samo rozpakowywanie tej przesyłki zajęło mi dobre pół godziny. Wszystko bardzo dokładnie owinięte w folię bąbelkową i zabezpieczone tak, że największy kataklizm nic złego by tym książkom nie zrobił. Co najbardziej mnie zszokowało to ilość. Sądziłem, że otrzymam ze trzy książki, co i tak byłoby niesamowite, a tu proszę, cały karton ważący prawie 20 kg, wypełniony literaturą giełdową. 

Pewnie ciekawi jesteście, co znajdowało się w poszczególnych opakowaniach, prawda? No to rzućcie okiem, bo ja sam do tej pory nie bardzo wierzę w to, co widzę:
32 książki. Trzydzieści dwie publikacje giełdowe stanowiące pokaźną kolekcję giełdowej literatury. Nie liczyłem swoich zasobów, ale ta przesyłka chyba podwoiła ilość książek o inwestowaniu znajdujących się na moich półkach.

Muszę powiedzieć, że jeszcze mnie coś takiego nie spotkało. Otrzymuję od Was liczne sygnały, że moja praca przypada Wam do gustu, a nawet są osoby wspierające rozwój bloga niedużymi sumami, ale jeszcze nigdy nie otrzymałem tego rodzaju przesyłki. Dla kogoś mogą to być tylko książki, ale jako inwestor i bloger potrafię docenić wartość takiej literatury.

Nigdy nie sądziłem, że mój blog będzie kiedyś na tyle ważny dla niektórych czytelników, że zdecydują się na taki gest. Okazuje się, że jednak takie rzeczy się zdarzają i to nie tylko u mnie. Dlatego dziękuję Wam serdecznie za te wyrazy wsparcia, które otrzymuję. W szczególności dziękuję A.W. za powyższą przesyłkę oraz J.G. za stałe wsparcie. Coś takiego dodaje siły do kontynuowania tej działalności, którą prowadzę i myślę, że jeszcze w tym roku będę miał dla Was pewną niespodziankę w tym zakresie.

Książki już się pięknie prezentują na półce i zapewne część z nich będzie stanowiła nagrody w najbliższych konkursach. Bo literatura powinna przechodzić z rąk do rąk, a nie bezczynnie zalegać na regale, mimo że już się do niej nie zawsze wraca.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails