Zapisz się na newsletter, otrzymuj informacje o nowych wpisach i odbierz szkolenie!

czwartek, 27 grudnia 2012

Czas to pomysł

Tekst napisany jakiś czas temu...

Spędziłem dziś jedenaście godzin w pracy. Tak samo wczoraj i zapewne jutro też nie będzie inaczej. W podobnych sytuacjach dochodzą do głosu idee, które wcześniej tkwiły w głowie, ale jakoś szczególnie się nie ujawniały.

Weźmy dla przykładu kreatywność. Jestem blogerem, człowiekiem który wpada czasem na ciekawe pomysły, a następnie przelewa je na ekran komputera, żeby móc podzielić się z innymi. Daleko mi do literackiej bohemy, lecz mimo wszystko zauważam u siebie pewną interesującą prawidłowość. Otóż w ciągu tygodnia, gdy jestem zmęczony po pracy, czasem nawet nie mam siły sprawdzić notowań, czy poleżeć przy literaturze giełdowej. Potrafię siedzieć przed pustym monitorem i nic nie napisać. Natomiast w sobotę sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Dodatkowe dwie czy trzy godziny snu wydają się sprawiać cuda. Głowa jest świeża, pomysły rodzą się jeden po drugim i w efekcie jestem w stanie napisać w kilka godzin wpisy na cały tydzień z góry.

Już od pewnego czasu zastanawia mnie ten fenomen i jestem przekonany, że wielkiej filozofii w tym nie ma. Ot, wypoczęty umysł lepiej pracuje. Ale idźmy dalej.

Zdarzało mi się już narzekać, że aby coś osiągnąć, potrzeba na to dużo czasu. Niestety nasze życie jest tak zbudowane, że większość czasu zajmuje nam utrzymanie się na powierzchni. Kiedyś było to rozumiane jako walka z przyrodą, a obecnie jest to zaledwie chodzenie do pracy, która paradoksalnie też zaczyna być towarem deficytowym, zwłaszcza wśród młodzieży. W efekcie na rozwijanie zainteresowań, chociażby giełdowych, pozostaje nam stosunkowo mało czasu.

W ostatnich dniach, łącząc te dwa czynniki, zacząłem się nieco umartwiać nad losem współczesnego człowieka. Bo w końcu do jak wspaniałych rzeczy można by było dojść, jak znacząco rozwinąć własne pasje, gdyby nie trzeba było zajmować się czymś tak prozaicznym, jak praca. Osoba mająca możliwość poświęcenia całości lub przynajmniej większości czasu na rozwijanie swojej pasji jest w stanie osiągnąć niebywale wyższy stopień zaawansowania w danej materii niż gdyby miała się tym zajmować jedynie po godzinach.

Myślę, że niektórzy z Was z łatwością odnajdą podobne wzorce w przeszłości. Bo oto w XVIII wieku we Francji lub Anglii wielu było takich, którzy całe życie zajmowali się tworzeniem idei, opracowywaniem przełomowych rozwiązań lub też pisaniem dzieł, które dziś należą do kamieni milowych rozwoju ludzkości. Zgadza się, to właśnie była szlachta. Członkowie zamożnych rodów, którzy kończyli najlepsze z dostępnych uczelnie, a następnie zajmowali się w życiu tym, co ich pociągało, bez konieczności martwienia się, co włożyć do garnka lub w co się przyodziać.

Jestem świadom, jak wielką utopią wydaje się wizja, którą właśnie roztaczam. Niemniej również dziś jest grono dziedziców, których głównym zajęciem jest trwonienie fortun zgromadzonych przez poprzedników. Tacy jednak raczej nie zaglądają na mojego bloga, więc wróćmy na ziemię.

Zapewne wielu z Was gra na giełdzie po to, aby osiągnąć w końcu upragnioną wolność finansową. Z jednej strony jest to tak jakby etap końcowy - utrzymujemy się przecież z dochodów kapitałowych. Ale z drugiej strony dobrze jest o tym pomyśleć, jak o nowym początku. W końcu to właśnie wtedy uwolni się duża ilość wolnego czasu, którą będzie można poświęcić na to wszystko, na co kiedyś nam go brakowało. I właśnie w tym drzemie olbrzymi potencjał, który ciągle jest możliwy do wykorzystania.

Wracając do mojego przykładu, wolna sobota jest dla mnie właśnie namiastką takiego rentierskiego dnia, zwłaszcza gdy nie mam żadnych innych planów. Wstaję, przeciągam się, a następnie robię co chcę. Często pada na giełdę, bo przecież trzeba nadrobić zaległości z całego tygodnia. I to właśnie wtedy uwalnia się cała kreatywność i rodzą się w głowie najlepsze pomysły. Czasem to aż strach jest wyobrazić sobie, co by się działo, gdyby takich dni w tygodniu było siedem, a nie jeden...

piątek, 21 grudnia 2012

poniedziałek, 17 grudnia 2012

TPSA umarła

Wygląda na to, że okręt flagowy polskich miłośników dywidendy właśnie osiadł na mieliźnie. Cena ustabilizowała się na poziomie 12 zł i ani myśli się ruszyć. Wygląda to, jakby Szwajcarzy zapowiedzieli, że tego właśnie kursu będą bronili siłami całych swoich finansów.

Z drugiej jednak strony, złotówka dywidendy na 12 zł ceny daje ciągle stopę 8,3%, podczas gdy lokaty takich poziomów nie gwarantują. 

A od kwietnia covered call, covered call, covered call... I można spać spokojnie :)

sobota, 15 grudnia 2012

Kłamstwo Wig20 zdemaskowane

Na początku trzeba sobie powiedzieć, jak wygląda odcięcie prawa do dywidendy w spółce, chociaż zapewne wiele osób już zna to na pamięć. Wyznaczana jest data, w której po sesji trzeba posiadać akcje na swoim rachunku w KDPW. Tego dnia papiery notowane są jeszcze z prawem do dywidendy, a kolejnego dnia prawo to jest odcinane. Cena akcji zazwyczaj spada, gdyż obniżana jest cena odniesienia, czyli wczorajsze zamknięcie.

W praktyce, posiadając akcje spółki o wartości 10 000 zł, wypłacające dywidendę na poziomie 10%, notowane po cenie 10 zł za sztukę, w pierwszym dniu notowań bez prawa do dywidendy cena odniesienia obniżana jest do 9 złotych za sztukę. Brakującą złotówkę, co w przypadku naszego przykładu składa się na sumę 1 000 zł, otrzymujemy w postaci dywidendy, a nasz stan posiadania się nie zmniejsza. Oczywiście trzeba pamiętać o podatku.

Wig20 jest indeksem cenowym, w związku z czym jego notowania opierają się wyłącznie na cenach akcji wchodzących w jego skład. Gdybyśmy taką samą miarę zastosowali do zaprezentowanego wyżej przykładu, nasz stan posiadania z dnia na dzień spadłby o 1 000 zł, właśnie z powodu odcięcia prawa do dywidendy. Wiemy jednak, że tak nie jest i przyjęcie podobnego stanu liczenia naszego portfela fałszowałoby jego wartość.

Każdego więc dnia, patrząc na notowania Wig20 jesteśmy oszukiwani. Mówi nam się, że z chwilą odcinania praw do dywidendy, wartość koszyka akcji wchodzącego w skład indeksu zmniejsza się, co nie jest prawdą. Przecież dywidenda i prawa poboru nie znikają, posiadacze akcji otrzymują te korzyści, ale indeks już tego nie pokazuje. W takiej sytuacji opieramy bardzo wiele wskaźników na wyliczeniu, które każdego roku mija się z prawdą o kilka procent.

Wyobraźmy sobie teraz benchmarkowanie się do Wig20. Fundusz inwestycyjny mówi nam, że będzie inwestował w spółki wchodzące w skład tego indeksu, w związku z czym odnoszenie wyników inwestycyjnych do tego najpopularniejszego indeksu wydaje się czymś oczywistym. Tyle, że w porównaniu do portfela akcji, Wig20 zawsze będzie o kilka procent niżej. Oznacza to, że kupując dokładny odpowiednik indeksu i dbając o dostosowywanie zmian adekwatnie do zmian w indeksie, uzyskujemy pewność, że pobijemy benchmark. Co więcej, jesteśmy w stanie ukryć w tym zestawieniu opłatę za zarządzanie i nadal wyjdziemy nieźle. A że Wig20 wykorzystywany jest czasem jako benchmark, możemy się przekonać chociażby TU, TU i TU.

Obecnie sytuacja jest już nieco przyjaźniejsza dla inwestorów, gdyż powstał indeks Wig20TR, którego dwie ostatnie litery oznaczają Total Return, a sam indeks uwzględnia w sobie dywidendy oraz prawa poboru. Fajna rzecz.

wtorek, 11 grudnia 2012

Recenzja - Peter i Andrew Schiff - Gospodarka, rozwój, krach. Na czym to polega?

Śmieszna sprawa z tą książką. Bo biorąc ją do ręki nie bardzo wiadomo, z czym ma się do czynienia. Obrazki, literki raczej też duże, więc odnosi się wrażenie, że lektura jest niepoważna. Całości obrazu dopełniają wszechobecne rysunki ludzi zajmujących się rybami. Pojawia się pytanie: o co tu chodzi?

Muszę przyznać, że już dawno czytanie książki ekonomicznej nie sprawiło mi tak wielkiej przyjemności. I mówię to całkiem serio. Idzie szybko, a dzięki szczególnie przystępnej formie podania wiedzy, wchodzi ona do głowy stosunkowo bezproblemowo.

Autorzy podeszli do tłumaczenia reguł rządzących gospodarką na przykładzie ryb. To one są podstawowym miernikiem wartości. Trzy osoby zaczynają w sytuacji gospodarki pierwotnej, a następnie, w wyniku innowacji, inwestycji i pojawienia się kredytu, stopniowo rozbudowują swoją wyspę w coraz bardziej złożone państwo. W pewnym momencie zaczynamy zauważać podobieństwo różnych sytuacji do wydarzeń z dziejów ekonomicznych USA. W drugiej części książki mamy wprost do czynienia z historią USA pisaną na przykładzie ryb. Końcówka to już wyjście poza czasy obecne i wizja upadku USA, który został zapoczątkowany przez błędy (dziś) rządzących, a także brzemienną w skutki sugestię pewnego chińskiego chłopa...

Bo trzeba sobie powiedzieć szczerze, że książka pisana jest z pozycji krytyków obecnie dominujących w USA nurtów ekonomicznych. Wszystkie osoby, którym znana jest sylwetka Petera Schiffa znają jego poglądy i trzeba przyznać, że przebijają się one dosyć wyraźnie w tej książce. Krytyka odejścia od parytetu złota, polityki wysokiej podaży papierowego pieniądza oraz nadmiernego zadłużania się. 

Starając się przygotować do pisania tej recenzji, zadałem sobie pytanie, czy fakt silnego ukierunkowania ekonomicznego tej książki stanowi element pomniejszający jej wartość. W końcu doszedłem do wniosku, że tak nie jest. Mając od początku świadomość, że autorzy piszą z pozycji konkretnego nurtu ekonomicznego, można śmiało uwzględnić ten czynnik i cieszyć się lekturą bez przeszkód. Z drugiej strony liczne z argumentów prezentowanych w książce trafiają do wyobraźni, w związku z czym budzą pewną refleksję na temat obecnego stanu rzeczy w polityce ekonomicznej USA, ale nie tylko.

Myślę, że warto jest w wolnej chwili sięgnąć po tę niewielką książkę. Znajdziemy w niej przystępnie zaprezentowany wykład z podstaw jednego z nurtów ekonomicznych, który pozwoli uzyskać szerszy obraz otaczającej nas rzeczywistości, co jest szczególnie cenne w dzisiejszych czasach.

Jeśli chcecie dowiedzieć się nieco więcej o tej książce, rzućcie okiem do mojego programu partnerskiego. A jeśli ciekawią Was inne recenzje, które zrobiłem, sprawdźcie koniecznie stronę zawierającą je wszystkie.

niedziela, 9 grudnia 2012

Pieniądze rządzą światem... jakie to szczęście


Po obejrzeniu powyższego wideo, zadałem sobie tytułowe pytanie: co by było, gdyby ludzie nie dążyli do zdobywania pieniędzy? Czy świat byłby wtedy cudownym miejscem do życia? Czy w końcu moglibyśmy żyć pełnią życia i spełniać marzenia?

Wyobraźmy sobie sytuację, w której pieniądze nie mają żadnej wartości. Nie motywują nas już one do działania, nie musimy wstawać rano do pracy i możemy leżeć do południa. Później jednak wstajemy i dochodzimy do wniosku, że przydałoby się jakieś śniadanie. Idziemy więc do piekarni po pieczywo, lecz tam zastajemy wiszące kłódki. O co chodzi? Okazuje się, że piekarz, skoro całe życie piekł nocami pieczywo, postanowił odespać zaległości. Nic to, jedziemy do supermarketu, ale tam zastajemy jedynie trzy osoby starszego personelu, które przyszły raczej z przyzwyczajenia niż innych względów. Pieczywo? Jest wczorajsze, bo dzisiejszego kierowca z nieznanych bliżej powodów nie dowiózł. Nic to, bierzemy z półek to, co zostało i wychodzimy bez płacenia, bo przecież nikomu nie zależy na pieniądzach. Po powrocie do domu okazuje się, że nie działa telewizja, a w Internecie wiszą wczorajsze nagłówki portali. O co kaman? Ach, no tak, dziennikarze postanowili cieszyć się życiem gdzie indziej niż w redakcji. Nie mija pół dnia, gdy odcinany jest prąd. Nie wiemy jeszcze, że miała miejsce awaria w elektrowni, gdyż jej załoga postanowiła nadrobić zaległości i spędzić czas z rodziną. Wieczorem ktoś z czystej złośliwości podpala nam samochód. Policjant przecież też człowiek...

Sądzę, że powyższy przykład dość dobrze pokazuje, jak wyglądałby świat, gdyby ludzie nie dążyli do posiadania dóbr, a zatem nie gonili za pieniędzmi. Piekarz nie wręcza nam z uśmiechem pachnącego bochenka z sympatii, ale dlatego, że otrzyma za niego błyszczącą pięciozłotówkę. Przecież wszyscy to znamy, nie muszę chyba wspominać klasyka, który o tym pisał.

Pieniądz zapewnia światu porządek. Sprawia, że każdy dla własnej korzyści staje się trybikiem w tej wielkiej maszynie, która pozwala nam wszystkim funkcjonować. Gdyby nie materialna motywacja, nie byłoby ludzi odpowiedzialnych za zaspokajanie naszych podstawowych potrzeb. Jednocześnie sami musielibyśmy się o to zatroszczyć, a to z kolei cofnęłoby nas do czasów prehistorycznych, gdy całe nasze życie koncentrowało się na poszukiwaniu pożywienia, zapewnianiu schronienia i prokreacji. Już pierwsza zima pokazałaby, jak pierwotne instynkty są w stanie wyjść z ludzi, gdy walczą oni o żywność, odzież, opał czy benzynę do samochodu. Pomyślcie sami, do czego bylibyście zdolni, mając w alternatywie śmierć najbliższych z głodu lub wyziębienia.

Zrobiło się nieco pesymistycznie, więc przyjmijmy jednak kilka założeń. Otóż jakimś cudem wszystko działa, półki sklepowe są pełne, a my, podobnie jak wszyscy inni ludzie, możemy oddać się przyjemnościom i cieszyć się życiem. Co robimy? Odsypianie zaległości zajmuje nam najwyżej trzy dni, bo więcej raczej się nie da. Później zaczynamy spełniać wszystkie te marzenia, na które wcześniej nie mieliśmy czasu lub pieniędzy. Okazuje się jednak, że wszystkie kurorty są przepełnione, gdyż nie byliśmy jedynymi, którzy wpadli na taki pomysł. Postanawiamy więc zmienić plany i jedziemy na działeczkę, żeby zaznać trochę ciszy. I zaznajemy... Jeden tydzień, drugi, trzeci... Po pewnym czasie stwierdzamy, że nie jesteśmy w stanie już wysiedzieć na miejscu i musimy coś ze sobą zrobić. A skoro nie musimy troszczyć się o pieniądze możliwości jest wiele...

Teraz trzeba zadać sobie pytanie, co robiliby ludzie, gdyby mieli cały czas tylko dla siebie. Zapewne część spędzałaby go na przyjemnościach, lecz znalazłby się odsetek, który podszedłby do sprawy inaczej. Oczywiście to margines, ale nadmiar wolnego czasu skłoniłby niektórych do łamania prawa. Bo skoro pracować nie trzeba to już prawie nic nie trzeba. Grzywny nie są żadnym straszakiem, a nadmiar energii musi jakoś zostać uwolniony. Podejrzewam, że po pewnym czasie pojawiłyby się akty wandalizmu i agresji. Nie dlatego, że ludzie są z gruntu źli, ale dlatego, że energii trzeba jakoś dać upust. Nadmiar czasu w skali wszystkich mieszkańców globu sprawiłby, że zapanowałby chaos trudny do opisania. Bo zamiast 80% ludności, która zachowuje się w sposób przewidywalny (chodzi do pracy i goni za pieniędzmi) mielibyśmy 100% ludzi, którzy robią, co chcą, bo pracować już nie muszą. A z tego nie powstanie żaden ład, wręcz przeciwnie...

Z tej perspektywy widać, że jednak dobrze jest, że pieniądz rządzi światem. A uwolnienie się od niego może przybierać jedynie wymiar jednostkowy, gdzie pojedynczy człowiek wyzwala się od pogoni za kapitałem, ale tylko w społeczeństwie, które dzięki żądzy pieniądza jest zorganizowane i przewidywalne...

środa, 5 grudnia 2012

The System - o ryzyku

Poprzednie wpisy z tego cyklu znajdziesz klikając:
Ostatni wpis, w którym zdradziłem założenia strategii, spotkał się z licznymi komentarzami z Waszej strony, których duża część dotyczyła ryzyka. Trzeba przyznać, że ryzyko jest w tym przypadku kwestią najważniejszą, gdyż w naturze tego systemu leży ograniczenie zysków połączone z możliwością poniesienia bardzo znacznej straty.

W związku z powyższym, większość naszych zabiegów będzie się koncentrowała na minimalizowaniu tegoż ryzyka. Począwszy od wyboru momentu otwarcia transakcji, poprzez zarządzanie nią w razie niekorzystnego ruchu rynku, aż po konsumowanie straty i próba jej odrobienia w inny sposób, co też zostanie omówione. Do tego dochodzą inne kwestie, równie istotne z punktu widzenia ryzyka, jak chociażby wybór rynku oraz instrumentu, na którym strategia będzie stosowana.

Dlatego też chciałbym uprzedzić wszystkich tych, którzy liczą na zyski sięgające kilkudziesięciu procent, że nie będzie to coś w ich guście. Raczej będzie to forma zarobienia kilku dodatkowych procent, a więc pójdziemy tu w stronę stabilizowania krzywej kapitału uzyskanej przy wykorzystaniu innych systemów i podejść inwestycyjnych.

Odnośnie ryzyka, jako takiego. Z poprzedniego wpisu wiecie, że będzie to strategia wystawiania i rolowania gołej opcji call. Jest to przedsięwzięcie ryzykowne, więc nic nie stoi na przeszkodzie, aby zrobić z tego covered call. Wszystkie kwestie dotyczące opcji pozostaną aktualne, niezależnie od tego, czy będziemy posiadali instrument bazowy, czy też nie.

Można też próbować łączyć oba podejścia, co może mieć lepsze lub gorsze wyniki, w zależności od panującej na rynku koniunktury oraz wykonania. Mam tu na myśli łączenie instrumentów bazowych oraz opcji call w różnych proporcjach. Rozwiązaniem pośrednim jest oczywiście stosowanie ratio 2:1, czyli dwóch opcji na jeden instrument bazowy. Wtedy jesteśmy w 50% naked, a w 50% covered. Bardziej zaawansowani inwestorzy mogą ryzykować zabawę z deltą. Dokładać i odejmować, w zależności od stanu rynku - czy to faktycznego, czy oczekiwanego.

Możliwości jest więc wiele, ale przede wszystkim należy odpowiednio uporządkować kwestie ryzyka. Ale o tym dopiero w następnym wpisie.

niedziela, 2 grudnia 2012

O naszym niedorozwiniętym rynku...

Dzisiejszy wpis w zasadzie nie będzie o rynku, ale o aktywach, o których w ostatnich dniach z pewnością wszyscy słyszeli, a mianowicie o obligacjach. Jako osoba zainteresowana tematyką giełdową, "polubiłem" na Facebooku liczne strony z tej dziedziny, skutkiem czego często dostaję ten sam link udostępniany przez trzy, cztery, czy pięć kolejnych fejsbukowych stron. 

O ile pewne rzeczy można jeszcze przeboleć, ostatnio zaczęły mi doskwierać nasze dziesięciolatki i ich rentowności. W ciągu dnia otrzymuję kilkanaście komunikatów z rekordowych poziomów, jakie te obligacje notują. Blogerzy i dziennikarze meldują, że rentowność spada do 4.06, 4.01, 3.99... I tak przez cały dzień... 

Skoro więc już te obligacje wtargnęły do mojego życia, postanowiłem przyjrzeć im się z punktu widzenia psychologii i analizy technicznej. Czynniki fundamentalne już zapewne znamy. Jedna strona mówi, że jest to wyraz wspaniałych reform, jakie dokonują się w naszym kraju, druga z kolei tłumaczy to napływem kapitału, który ucieka z innych, mniej interesujących miejsc. Rezultat jest jeden - nasze obligacje notują niespotykane dotychczas poziomy.

Aspekt psychologiczny jest stosunkowo łatwy do ujęcia. Gdy wszyscy o czymś mówią to znak, że czas uciekać, bo odwrócenie na rynku jest bliskie. I choć fryzjerzy raczej handlują akcjami niż obligacjami (i to zazwyczaj w czasie hossy), to jednak festiwal obligacji w branży giełdowej jest już szeroko komentowany. A wiec tutaj sygnał jest jasny.

A co z perspektywy analizy technicznej? Spójrzmy wiec na wykres naszych dziesięciolatek DS1019:
Jak to mówią, sky is the limit. Obligacje, które trzy wcześniejsze lata spędziły poniżej poziomu 100, obecnie szturmem zdobywają kolejne poziomy. Luka goni lukę. A co z rentownościami?
Jak logika nakazuje, mamy do czynienia z sytuacją odwrotną, czyli przyspieszającymi spadkami. 

I teraz powracamy trochę do psychologii, a mianowicie do chciwości i strachu. Osoby niemające zazwyczaj kontaktu z obligacjami mogą wpadać w konfuzję, gdyż nie wiedzą, czy to dobrze, czy źle, że obligacje tak rosną. Otóż to dobrze, gdyż jest to wyraz zainteresowania i zaufania do naszego kraju. A zatem chciwość. 

Pamiętajmy, że o bańkach mówimy wyłącznie po stronie chciwości, co oznacza stronę wzrostową dla akcji i towarów. To rekordy cenowe nazywa się balonem, a nie gwałtowne spadki, gdyż tam zazwyczaj takich odreagowań nie ma - strach rządzi się zupełnie innymi prawami.

Po tej krótkiej dygresji można powiedzieć, że faktycznie notowania naszych obligacji spektakularnie rosną. I w mojej ocenie rosną zbyt spektakularnie. Chciałbym mieć narzędzia do postawienia pieniędzy na scenariusz przeciwny, chciałbym móc zagrać na odwrócenie tej sytuacji, chociażby krótkoterminowe, ale za to gwałtowne. I tu wracamy do tematu dzisiejszego wpisu - nie ma na czym zagrać.

Niestety nasze obligacje nie są na tyle popularne, aby inwestorzy indywidualni mieli możliwość kupowania lub sprzedawania jakiegoś derywatu na nich opartego. Mając na uwadze specyfikę obecnej sytuacji, bardzo bym potrzebował opcji na nasze obligacje. Chciałbym tutaj zagrać przeciwko obecnemu trendowi poprzez kupno opcji daleko poza pieniądzem, które będą tanie, ale w razie silnej korekty gwałtownie zyskają na wartości. Więcej szczegółów technicznych możecie przeczytać w moim podobnym wpisie sprzed kilku miesięcy.

I radzę Wam się serio zastanowić nad tym tematem, bo dzień po moim podlinkowanym wyżej wpisie o Apple wypadł tam lokalny szczyt bańki, po którym ceny spadły o 19% :)

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails