Dowiedz się, jak skutecznie inwestować i zarabiać więcej każdego dnia!

wtorek, 31 stycznia 2012

Certyfikaty knock-out / turbo już na GPW

Właśnie się dowiedziałem, że 15 grudnia 2011r. zadebiutowały na GPW nowe produkty strukturyzowane - certyfikaty turbo, zwane również certyfikatami knock-out. Starałem się znaleźć możliwie dużo informacji związanych z tymi instrumentami, lecz okazuje się, że kilka rzeczy jest jeszcze nie do końca jasnych. Wynika to po części z braku dostępnych materiałów, w tym podstawowych dokumentów emisyjnych, a po części z krótkiego funkcjonowania tychże certyfikatów na naszym rynku.

Czym więc jest certyfikat knock-out? Jest to instrument przypominający nieco swoją konstrukcją opcje oraz warranty, lecz cechujący się nieco innymi parametrami. Przede wszystkim, daje on możliwość gry zarówno na wzrosty (certyfikaty long), jak i na spadki (certyfikaty short). Oprócz tego, daje on możliwość zastosowania dźwigni finansowej, co jest rzadko spotykanym rozwiązaniem przy instrumentach rynku kasowego.

Punktem odniesienia dla certyfikatu jest jego instrument bazowy. W chwili obecnej mamy do dyspozycji Wig20 oraz 9 spośród największych spółek. To właśnie ruchy instrumentu bazowego decydują o cenie certyfikatu. Warto dodać, że na jego wycenę nie ma wpływu zmienność (inaczej niż np. w warrantach czy opcjach) oraz czas do wygaśnięcia. To ostatnie związane jest z faktem, że certyfikaty wyemitowane zostały, jako open-end, czyli istnieją dopóty, dopóki nie zostanie osiągnięty poziom knock-out. Ponadto, certyfikaty zostały skonstruowane w taki sposób, że mamy możliwość kupna tylko części instrumentu bazowego. I tak, dla akcji Tauronu, jeden certyfikat równa się jednej akcji, dla TPSA, tylko 0.1 akcji (na każdą akcję trzeba kupić 10 sztuk certyfikatów), natomiast dla Wig20 mnożnik wynosi 0.01 (100 szt. aby zrównoważyć indeks).

Certyfikat ten, zwany również certyfikatem turbo, posiada dwa kluczowe poziomy. Pierwszym z nich jest bariera. Dla certyfikatów long (do gry na wzrosty), znajduje się ona poniżej ceny instrumentu bazowego, dla certyfikatów short - powyżej. Jeśli cena dotknie poziomu bariery - instrument przestaje być notowany i znika z rynku. Jego posiadacze otrzymują wartość rezydualną, której dokładny sposób wyliczenia niestety nie wpadł mi w ręce. Aczkolwiek z materiałów, do których dotarłem można wnosić, że środki te są na tyle znikome, że można przyjąć, iż w zasadzie nie dostaniemy nic. Dlatego też uderzenie w barierę (knock-out) będzie dla nas oznaczało utratę wszystkich środków zainwestowanych w certyfikat. Jest to rodzaj automatycznego stop lossa.

Drugi poziom, strike, zwany również ceną wykonania, jest wykorzystywany głównie przy wycenie certyfikatu oraz przy jego ostatecznym rozliczaniu po uderzeniu w barierę.

Co ważne, cena wykonania i bariera są ustalane oddzielnie dla każdej serii certyfikatu, ale ulegają one zmianie w trakcie jego życia. Wynika to z faktu, że wykorzystując lewar, de facto kredytujemy się kosztem innego podmiotu. W ten więc sposób, poprzez stopniowe podnoszenie poziomu bariery (dla certyfikatu long; pytanie, czy dla short jest ona obniżana), emitent zabezpiecza sobie koszt kapitału. Z informacji widniejących na stronie GPW wynika, iż koszt finansowania odliczany jest od ceny certyfikatu long i doliczany do certyfikatu short (coś w rodzaju punktów swapowych), ale nie wiem, jak to działa w praktyce, a do konkretnych dokumentów traktujących o sposobie liczenia nie udało mi się dotrzeć.

Wiemy już więc, że kupując certyfikat typu long, liczymy na wzrost instrumentu bazowego. Pojawia się pytanie, gdzie tu dźwignia i jak na niej zarobić. Niestety nie miałem dziś czasu na zebranie dużej ilości danych z rynku, ale myślę, że uda się coś powiedzieć. Jako przykład wezmę certyfikat RCTLWIG001 (RC- nazwa emitenta, T-turbo, L-long, WIG-instrument bazowy, 001- numer certyfikatu).

Kiedy rzuciłem okiem na notowania, bid dla tego certyfikatu wynosiło 9.75 zł, natomiast ask 9.90. Z tego wiemy, że spread oferowany przez emitenta wynosi nieco ponad 1,5%, co jest wartością bardzo atrakcyjną, w porównaniu np. do opcji. Niestety, nie udało mi się uchwycić ceny, przy której oferty te pojawiły się w arkuszu, więc przyjmę średnią cenę Wig20 z dzisiejszego dnia, a zatem 2339 pkt. Wiedząc, że mnożnik wynosi 0.01, kupując jeden certyfikat mamy możliwość kontrolowania 1% wartości indeksu liczonej punktami, a więc 2339 zł, a nie, jak przy kontraktach 23 390 zł. Zatem jest to 23,39 zł. Licząc od ceny ask (9.90zł), koszt zakupu jednego certyfikatu jest równy 42,3% wielkości pozycji, którą kontrolujemy.

Teraz wchodzi w grę kwestia lewara. Jest on zmienny, a więc za każdym razem przed transakcją, należy go sobie wyliczyć. Do tego potrzebujemy ceny instrumentu bazowego (S) oraz ceny wykonania certyfikatu (każdego dnia jest publikowana na stronie GPW)(X). Strike'a nie należy mylić z barierą.

Cena S to 2339, natomiast X to 1350,65. Wzór wygląda następująco (wzór dla certyfikatu long, dla short jest nieco inny):

dźwignia = S/(S-X)

co po podstawieniu danych daje nam:

2339/(2339-1350,65) = 2,37.

Jest to lewar stosunkowo niewielki. Jeśli instrument bazowy wzrośnie o 10%, cena naszego certyfikatu wzrośnie o 23,7%. Trzeba jednak zauważyć, że kluczowe znaczenie ma tutaj cena wykonania certyfikatu. Im bliżej ceny wykonania, tym dźwignia jest większa. Weźmy więc ten sam poziom indeksu, ale strike na poziomie 1800 pkt. Dźwignia wyglądałaby następująco:

2339/(2339-1800) = 4,34.

A dla strike'a 2200? Spójrzmy:

2339/(2339-2200) = 16,83.

Widzimy więc, że w miarę zbliżania się ceny instrumentu bazowego do poziomu wykonania, lewar zwiększa się wykładniczo. Z drugiej też strony, certyfikaty stają się wtedy najtańsze, co kusi do ich kupna. W tej sytuacji, ponosimy jednak największe ryzyko, że jeśli cena spadnie do poziomu bariery (która znajduje się powyżej ceny wykonania), tracimy wszystkie zainwestowane środki. Z kolei kupno certyfikatu odległego od bariery, daje nam mniejsze ryzyko utraty zainwestowanych środków, ale i mniejszy lewar.

Dla uspokojenia serc wzburzonych lewarem 17:1 na rynku kasowym powiem, że w chwili obecnej, strike najbliższy cenie (dla certyfikatów long), znajduje się na poziomie 1765, co daje lewar rzędu 4,07:1. 

Ciekawa jest też kwestia dokonywania wyceny teoretycznej certyfikatu. Dokonujemy tego według wzoru (dla long):
(S-X)*mnożnik

, co dla używanych wyżej danych wynosi:

(2339-1350,65)*0,01 = 9,8835.

Widzimy więc, że certyfikat wyceniany jest w miarę wiernie (pamiętając, że przyjąłem średnią wartość z Wig20, a nie dokładną na czas podanych widełek certyfikatu). Mając te dane, jesteśmy w stanie samodzielnie wychwytywać jakieś darmowe obiady, choć pewnie zbyt dużo ich nie będzie. Ważne, żeby samemu nie przepłacić przy kupnie.

Tak więc w uproszczeniu wygląda kwestia certyfikatów knock-out dostępnych na naszym rynku. Będę jeszcze zgłębiał tę tematykę, gdyż nie udało mi się ostatecznie rozwiązać kilku kwestii:
  • znaczenie dywidendy dla wyceny certyfikatu,
  • dokładny sposób rozliczenia przy uderzeniu w barierę,
  • wzór na przesuwanie bariery i strike'a (koszt finansowania),
  • czy faktycznie, jak napisano na stronie GPW, to co odliczane jest od pozycji long, trafia do pozycji short,
  • czy certyfikat, będąc instrumentem rynku kasowego, można kupić przez IKE (logika mówi, że tak).
Jakie są moje wrażenia? Z pewnością jest to ciekawy instrument, który będzie zyskiwał na zainteresowaniu w miarę zbliżania się ceny instrumentu bazowego do cen wykonania. Zobaczymy też, na ile aktywny będzie emitent RCB przy wypuszczaniu nowych serii w miarę przemieszczania się indeksu na nowe poziomy. W mojej ocenie certyfikaty knock-out są bardzo fajnym uzupełnieniem możliwości inwestycyjnych dostępnych na GPW. W najbliższej przyszłości postaram się porównać poszczególne certyfikaty do opcji, gdyż już na pierwszy rzut oka widać, że można będzie je całkiem ciekawie łączyć.

Głównym źródłem informacji o certyfikatach turbo, o których pisałem, są strony GPW, a konkretnie TA z odnośnikami do warunków emisji (warto przejrzeć) i do aktualnych poziomów bariery i strike'a, a także TA z notowaniami (opóźnionymi).

Gdybyście odszukali ciekawe informacje, które mi umknęły lub dostrzegli błędy w obliczeniach, zachęcam do zostawienia komentarza. Sam dołączyłem do założonego dziś wątku na forum Stockwatch.pl, gdzie pojawiają się już pierwsze propozycje wykorzystania nowych certyfikatów, więc jak wypłynie coś ciekawego, postaram się skrobnąć notkę.

sobota, 28 stycznia 2012

Praca domowa odrobiona?

Tak się jakoś złożyło, że lektura pierwszej i drugiej części Market Wizards zbiegła mi się ze wskrzeszeniem drukarki, co do której straciłem już wszelkie nadzieje. Z obu tych faktów, połączonych z refleksjami, które już jakiś czas plączą się po mojej głowie, narodziła się koncepcja odrabiania pracy domowej.

O samych książkach pewnie będzie jeszcze okazja napisać, więc w chwili obecnej wspomnę tylko, że wielu z inwestorów, którzy udzielili wywiadów autorowi obu książek, podkreśla konieczność odrabiania pracy domowej. Należy przez to rozumieć notowanie własnych uwag, przesłanek kolejno zajmowanych pozycji, ich rezultatów, przyczyn zamknięcia i wszystkiego, co może dotyczyć naszej aktywności na giełdzie. Według nich, jest to bardzo ważny element odnoszenia sukcesu.
 

Doszedłem więc do wniosku, że i ja powinienem już zacząć prowadzić rodzaj rejestru transakcji. Nie powiem, zdarzało mi się już zaczynać takie notatki, ale nigdy nie przybrały one bardziej zorganizowanej formy. Tym razem zamierzam konsekwentnie dokumentować swoje decyzje inwestycyjne, w czym właśnie pomóc ma mi drukarka. Dzięki temu pozostanie trwały ślad w postaci wykresu giełdowego, na którego odwrocie możliwe będzie zanotowanie własnych spostrzeżeń i uwag.

I teraz pojawia się kilka kwestii związanych z prowadzeniem wszelkich form własnoręcznej dokumentacji transakcji. Czy to ma sens? Po co to robić?

Przede wszystkim trzeba wziąć pod uwagę nasz styl inwestycyjny. Jeśli ktoś jest traderem systemowym, któego metodę można przetestować na danych historycznych, wydaje się, że nie ma aż takiej konieczności dokumentowania transakcji. Wynika to z faktu, że wszystko można przepuścić na backtesterze i wtedy dokładnie widać, jak sprawuje się nasza metoda. Chyba, że w trakcie jej stosowania dopuszcza się różnego typu własne modyfikacje strategii w oparciu o każdorazową ocenę kryteriów niezawartych w systemie - wtedy każde odejście może mieć wartość dodatnią lub ujemną dla naszych wyników i to już warto zanotować, żebyśmy wiedzieli, czy poprawiamy w ten sposób sytuację, czy też ją pogarszamy.

Kolejną sprawą jest częstotliwość transakcji. Jeśli ktoś dokonuje kilkunastu lub więcej operacji giełdowych dziennie, dokładne ich dokumentowanie może mu zająć więcej czasu niż sam trading, więc warto się zastanowić, czy to faktycznie ma sens. Tego typu trading dyskrecjonalny opiera się w dużej mierze na tymczasowych stanach rynku oraz niekiedy na emocjach, a handlując z wysoką częstotliwością, stosunkowo szybko otrzymamy efekty naszej strategii - zobaczymy je na saldzie rachunku pieniężnego.

I pytanie najważniejsze - czemu to ma służyć? Oczywiście, poprawie wyników na giełdzie, ale w jaki sposób? Tutaj niestety nie podeprę się konkretnymi opiniami inwestorów, którzy odnieśli sukces, ale napiszę, w jaki sposób zamierzam analizować tworzoną przez siebie dokumentację. Pierwszym i podstawowym zadaniem jest zgromadzenie odpowiedniej ilości danych, aby nie wnioskować w oparciu o zbyt małą próbkę. Zamierzam tu co prawda iść w jakość, więc nie sądzę, abym czekał na 30 obserwacji, skoro nawet z dwóch próbek wyciągnąłem już ostatnio pewne wnioski.

I właśnie o te wnioski wszystko się opiera. Celem jest przeanalizowanie transakcji zyskownych oraz transakcji stratnych, a następnie odszukanie potencjalnych punktów wspólnych dla każdej z kategorii. Co zadecydowało o sukcesie, a co o porażce? Czy przyczyną porażek były te same błędy, czy po prostu rynek nie pozwolił i nie ma się co zastanawiać? A może transakcje zyskowne pozwalały wycisnąć z rynku jeszcze więcej? Może stop kroczący był zbyt ciasny, może wyjście zbyt pochopne? W zasadzie prowadzenie tego typu analizy opiera się na przejściu przez wiele scenariuszy typu what if?

Sam zamierzam w ten sposób dokumentować tylko transakcje zawierane w perspektywie co najmniej średnioterminowej, głownie na akcjach oraz na opcjach. Dzięki temu, że nie są one tak częste, otrzymam możliwość w miarę przytomnego patrzenia na różne sprawy. Pomaga mi w tym fakt, że podczas swojej już prawie 3-letniej obecności na rynku, wypracowałem podejścia do poszczególnych rynków, z którymi czuję się dobrze, i które w miarę konsekwentnie stosuję. Uniknę dzięki temu biegania od przypadku do przypadku, gdzie każde zagranie będzie dokonywane w oparciu o inne kryteria.

Podczas pisania tego postu, przyszedł mi do głowy również inny sposób na notowanie swoich uwag i późniejsze ich analizowanie. Posiadam program Amibroker, z którego korzystam do analizowania m.in. naszego wig20 (gram na opcjach). Dzięki temu, za pomocą systemu strzałek i notatek, jestem w stanie na bieżąco notować własne spostrzeżenia w różnych fazach rynku, a następnie weryfikować skuteczność swoich prognoz. Z drugiej strony, kilkumiesięczna historia takich notatek nałożonych na wykres indeksu może stanowić całkiem interesującą lekturę :)

A Wy odrabiacie pracę domową? Prowadzicie coś w rodzaju dziennika?

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

W związku z faktem, iż rozpocząłem nowe studia, do tego w trybie mocno skoncentrowanym, mam w tej chwili nie więcej niż 2-3 dni wolne w miesiącu. Ponadto pcham kilka różnych projektów, a przecież muszę jeszcze kiedyś jeść, spać i czasem piwa się ludźmi na mieście napić. W związku z tym, moje wpisy mogą ukazywać się nieco rzadziej, a także mogą one nie być aż tak innowacyjne, jak te pisane po dobrze przespanej nocy i dniu spędzonym na odpoczynku. Niemniej dołożę starań, żebyście nie mieli powodów do narzekania i liczę, że dacie mi znać, jeśli zacznę obniżać poziom (do czego mam nadzieję, nigdy nie dojdzie).

Życie to nie jest bajka, nie głaszcze po... głowie :)

wtorek, 24 stycznia 2012

Motyl się narodził

 W nawiązaniu w wpisu sprzed kilku dni, miło jest mi poinformować, że strategia motyla już stoi :)

niedziela, 22 stycznia 2012

Łyżka nie istnieje


Edit: Ciekawie na temat formacji odwrócenia w tym ujęciu pisze Kathay.

środa, 18 stycznia 2012

niedziela, 15 stycznia 2012

Budujemy motyla

Patrzę na ten wig20 i patrzę i dochodzę do wniosku, że wygląda to na powolne uklepywanie dna. Od prawie miesiąca nie pogłębiliśmy już dołków, mimo że wieści ze świata nie były najlepsze. Szczerze przyznam, że zamierzam powoli rozpoczynać grę na wzrosty licząc, że najgorsze mamy już za sobą i niebawem rozpoczniemy pogoń za USA, które w ostatnim roku zdecydowanie umocniło się względem Europy.

Z jednej strony zamierzam zwiększyć zaangażowanie w akcje mniejszych spółek, ale z drugiej postanowiłem odgrzać też trochę opcje, które już nieco staniały (spadła zmienność implikowana). Dlatego też strategią na najbliższe dni będzie zbudowanie motyla na opcjach call. Jako że zakładam scenariusz wzrostowy, a do tego chcę trochę kierunkowo pospekulować, postaram się w poniedziałek kupić opcje call 2300. Jeśli faktycznie rynek ruszy się w górę, po pewnym czasie wystawię dwa razy tyle opcji call 2400, a następnie kupię jeszcze opcje call 2500, aby domknąć prawe skrzydło.

Całość strategii otwieram etapami, gdyż chcę doprowadzić do sytuacji, w której gotowy motyl znajdował się będzie w całości powyżej poziomu zero, jeśli chodzi profil wypłaty. W efekcie, jeśli po otwarciu całej strategii rynek ruszy się poza przedział jej zyskowności (wypadający przy tych założeniach w obszarze 2300-2500), nie poniosę żadnych strat.

sobota, 14 stycznia 2012

Szukajcie aż znajdziecie

Przeglądam właśnie spółki w celu wytypowania kilku z nich do potencjalnych inwestycji i dochodzę do wniosku, że możemy zrobić to wspólnie. Moja propozycja jest następująca:

- najpóźniej do jutra (niedzieli 15.01.2012r.) do godziny 16.00 czekam na Wasze propozycje maksymalnie trzech spółek, którymi warto się zainteresować w najbliższym tygodniu (wraz z uzasadnieniem, mile widziane wykresy);
- w niedzielę w godzinach popołudniowych przejrzę pocztę i wyłonię najbardziej przypadające mi do gustu analizy (jedna zwycięska, dwie wyróżnione), z których najlepszą opublikuję na blogu;
- nagrodą jest możliwość sporządzenia gościnnej analizy dowolnego waloru, którą opublikuję w formie odrębnego wpisu.

Jeśli więc chcecie, abym opublikował Waszą twórczość, podeślijcie w treści maila z analizami Wasze dane (imię, ew. nazwisko lub pseudonim) oraz zgodę na opublikowanie materiałów na blogu.

Zachęcam do poszukiwania spółek :)

Ciekawe, czy dostanę chociaż jednego maila...

piątek, 13 stycznia 2012

Humanista w Radiu WWW

Miałem dziś przyjemność gościć w Radiu WWW, gdzie w trakcie audycji o wdzięcznej nazwie Ma Tematyka prowadzonej przez Dominika Selerskiego mówiłem na temat giełdy i inwestowania.

Z tego miejsca przesyłam pozdrowienia i podziękowania całej ekipie Radia, a rozmowę możecie odsłuchać poniżej.

czwartek, 12 stycznia 2012

środa, 11 stycznia 2012

Czy z powodu ciasnego stop lossa może zabraknąć kapitału?

Oczywiście nie mam na myśli sytuacji, w której ciasny stop loss powoduje tak częste zamykanie transakcji, że całe nasze inwestowanie staje się nieefektywne.

W tym wpisie chciałbym pokazać znaczenie blisko ustawionego stop lossa dla naszego zarządzania kapitałem, a także odkłamać nieco lewarowanie portfela, które miewa niekiedy bardzo złą prasę.

Wyobraźmy sobie portfel inwestycyjny na rynku akcji o dowolnej wartości. Jego posiadacz opracował system inwestycyjny, który pozwala na ustawienie stopa średnio w odległości 2% od ceny wejścia. Jednocześnie, inwestor zakłada możliwość zaryzykowania 3% portfela w każdej z transakcji, jaką zawiera. Widzicie paradoks? Nawet kupując akcje za wszystkie środki zgromadzone w portfelu, nie jest możliwe, aby zaryzykować więcej niż te 2%, gdyż po prostu nasza strategia z samej swej konstrukcji zakłada postawienie na szali tyle i nie więcej.

W efekcie, inwestor może za każdym razem kupować akcje za wszystkie posiadane przez siebie środki lub też może sztucznie dzielić portfel na kilka części. W pierwszym przypadku, inwestowanie jest dużo bardziej powolne. Żyje się z tą jedną pozycją i tyle. Nawet, jeśli pojawia się wiele innych, potencjalnie bardziej atrakcyjnych okazji inwestycyjnych, inwestor z nich nie korzysta, gdyż nie ma na to środków. Drugie rozwiązanie jest równie nieciekawe. Owszem, jest dywersyfikacja, ale jest ona sztuczna, gdyż nie ma na celu rozkładania ryzyka, a jedynie sztuczne dzielenie środków. W efekcie, dzieląc kapitał na 4 części, inwestor w każdej transakcji stawia na szali nie 3% portfela, jak to wcześniej zakładał, ale jedynie 0,75%. Potencjalne straty są mniejsze, ale i zyski mają czterokrotnie mniejszą siłę oddziaływania na portfel.

Trzecim rozwiązaniem jest przeniesienie się na rynek oferujący możliwość skorzystania z dźwigni finansowej. Dzięki wykorzystywaniu kapitału jako depozytu, możliwe jest otwarcie pozycji wielokrotnie przekraczającej posiadane środki. Tak więc możliwe jest równoczesne otwarcie pięciu pozycji, lewarując portfel dziesięciokrotnie, wykorzystując przy tym jedynie 50% kapitału. I tu właśnie wielką zaletą jest ciasno ustawiony stop loss. Przyjmując wymienione wyżej założenie, każda z pozycji będzie miała wartość dwukrotności portfela. Jeśli inwestor ustawi stopa o szerokości 1,5%, zaryzykuje w jednej transakcji właśnie 3% portfela. Dzięki ciasnym stopom jesteśmy w stanie otwierać wiele pozycji na rynku, bez jednoczesnego zwiększania naszego ryzyka.

I tu właśnie kryje się klucz w korzystaniu z dźwigni finansowej. Jeśli kontroluje się ryzyko, można korzystać z lewara do woli. Na potrzeby tego wpisu dokonałem kilku punktowych obserwacji swojego portfela forexowego w sytuacji stosunkowo dużej dźwigni. Kilka razy trafiła się 18-krotność, a raz nawet 24-krotność wielkości otwartych pozycji w stosunku do posiadanego kapitału. Na pierwszy rzut oka, taka ekspozycja może sugerować, że "inwestor albo zaczyna, albo zaraz będzie kończył" swoją przygodę z giełdą. Ale przyglądając się bliżej, okazuje się, że jest to sześć pozycji, z których w każdej ryzyko nie przekracza 2% portfela.

Idąc tym tropem, można sobie wyobrazić jeszcze śmielszy scenariusz. Inwestor ma portfel zlewarowany 20-krotnie i jego całościowe ryzyko równe jest zeru. Jak? Każda z pozycji, które otworzył, przesunęła się w jego stronę o tyle, aby móc przesunąć zlecenia obronne w punkt wejścia. W efekcie, jego jedynym ryzykiem jest luka na otwarciu, która może wypaść poniżej zlecenia zamykającego. Będąc wolnym od ryzyka, kolejnym całkiem zasadnym krokiem może być otwarcie dalszych pozycji i jeszcze większe lewarowanie portfela. Bo i dlaczegóż by nie, jeśli okazje się nadarzają?

Przykład ten pokazuje, że lewar sam w sobie nie jest zły. Co więcej, lewar wykorzystywany bardzo intensywnie również nie musi być zły, pod warunkiem utrzymywania stałej kontroli ryzyka. Ciasne stop lossy dają szansę ograniczenia jednostkowego ryzyka w transakcjach, przy jednoczesnym otwarciu większej ich ilości. Dla aktywnych traderów, jest to idealne połączenie.

wtorek, 10 stycznia 2012

Humanista w radiu

Miło jest mi poinformować, że w najbliższy piątek (tak, w piątek trzynastego) będę gościem w internetowym Radiu WWW, gdzie w audycji Ma Tematyka będzie okazja trochę pogadać o giełdzie i inwestowaniu. Program prowadzony przez Dominika Selerskiego rozpoczyna się o godzinie 11.00, a sama rozmowa ze mną potrwa pewnie około 60 minut.

Jeśli jesteście zainteresowani i będziecie w tym czasie mieli dostęp do Internetu, zachęcam do słuchania.

niedziela, 8 stycznia 2012

Po co to wszystko? cz. 3

Uzupełniając nieco moje ostatnie nagranie, chciałbym wspomnieć jeszcze o dwóch ważnych kwestiach. 

Pierwszą z nich, jest skala czasowa, w jakiej sytuuję swoje zagrania. Podążanie drogą zacieśniania stop lossów może prowadzić do stopniowego zmniejszania skali czasowej, w której gramy. W efekcie, zamiast strategii swing tradingowej mamy liczne próby gry na interwale np. M5, gdzie faktycznie ustawiamy stop loss o szerokości kilku punktów, lecz jesteśmy systematycznie czyszczeni przypadkowymi ruchami rynku.

W tej sytuacji, mniej może odwołam się do samej techniki ustawiania stopów, ale do mojej metody wyszukiwania swingowego wyczerpania, gdyż dzięki temu złapiecie odpowiedni punkt odniesienia. Cała zabawa ma na celu złapanie swingu, czyli ruchu cenowego trwającego od tygodnia do kilku tygodni i przenoszącego rynek z jednego stanu impetu (np. wyprzedanie) do przeciwnego (np. wykupienie). Ruch ten nie odbywa się więc w ciągu kilku minut i rynkowi należy zostawić odpowiednią ilość miejsca, gdyż po prostu go potrzebuje. I tu pojawia się kwestia poszukiwania pewnego kompromisu, między ciasnym stopem, którego chcemy ustawić, a odpowiednią przestrzenią na szum rynkowy.

Każdy z inwestorów inaczej patrzy na rynek, jednak w mojej ocenie, chcąc złapać właśnie taki kilkutygodniowy ruch, nie można schodzić poniżej skali godzinowej (H1). Wszystko uzależnione jest oczywiście od rytmu każdego z rynków, lecz będąc analitykiem technicznym szukającym wierzchołków, swoiste mini-swingi wyznaczające siłę byków i niedźwiedzi w punktach wyczerpania impetu, widzę właśnie na skali H1. Czasami wystarczającą jest nawet skala H4, pokazująca to samo, ale w nieco szerszej perspektywie. Dlatego też, poszukując wyczerpania rynku, postawiłem sobie zasadę, że nigdy nie schodzę z moimi transakcjami poniżej skali H1. Pozwala mi to ustawiać ciasne stop lossy, ale z uniknięciem niepotrzebnych czyszczeń związanych z szumem, który poniżej tego poziomu jest już znaczny i może komplikować zyskowny trading.
Warto więc pamiętać, iż wszystko ma swoje granice. Próba łapania wierzchołków ze stopem o szerokości 5 punktów z pewnością poskutkuje dużą ilością przedwcześnie zamykanych pozycji i ponoszonych strat.

Druga uwaga, którą chciałbym dziś poczynić, dotyczy zarządzania kapitałem. W poprzednim nagraniu przyjąłem założenie, że w każdej transakcji nie ryzykujemy więcej niż 1-2% posiadanego kapitału. Są to wartości, które każdy może dobierać dowolnie, uwzględniając parametry własnego systemu, w szczególności jego skuteczność, implikującą potencjalne "ciągi strat", czyli ilość stratnych pozycji z rzędu. I mniej ryzykujemy w danej transakcji, tym większy szereg strat jesteśmy w stanie przetrzymać bez oddania dużej części naszego portfela.

Załóżmy więc, że w każdej transakcji ryzykujemy nie więcej, niż 2% portfela, co jest względnie bezpieczną wartością. Postawmy się teraz w sytuacji aktywnego gracza na rynku licznych towarów i surowców (ja sam obserwuję ich ok. 20). Zdarza się, że w tym samym momencie dostrzega on kilka okazji inwestycyjnych, np. na soi, kukurydzy i pszenicy. Otwiera trzy pozycje, w każdej ryzykując wspomniane 2% i okazuje się, że wszystkie trzy wykresy zachowują się bardzo podobnie, czyszcząc jego zlecenia obronne i pomniejszając portfel o 6%. Bolesne? Ale niestety bardzo realne. 

Grając na wielu aktywach, należy szczególną uwagę zwrócić na ich wzajemną korelację. Możemy się cieszyć, że ustawiliśmy kilka bardzo ciasnych stop lossów, ale w efekcie postawiliśmy te środki na jeden i ten sam scenariusz rynkowy, co zwiększa od razu naszą potencjalną stratę do sumy wszystkich tych pozycji. Nie mając tej świadomości, jesteśmy w takim samy stopniu narażeni na straty, jak w sytuacji otwarcia jednej pozycji z 6% ryzykiem. Czyniąc tak, zachowujemy się jak inwestor, który dywersyfikuje swoje ryzyko część środków angażując w kupno spółki PKO BP, a część w PEKAO.

Chcąc w sposób profesjonalny zarządzać tego typu ryzykiem, musielibyśmy zbudować model dynamicznego obliczania korelacji między poszczególnymi aktywami, a następnie podpiąć pod to nasz portfel, aby wiedzieć, jak dużą jego częścią stoimy za danym scenariuszem rynkowym. Jako, że jest to sposób dostępny dla nielicznych, trzeba mieć gdzieś z tyłu głowy mentalnego stopa, który aktywuje się w sytuacji, gdy chcemy zagrać pod ten sam układ, mając już otwarte dwie lub trzy podobne pozycje. Samodzielne radzenie sobie z korelacjami wymaga również stałego ich monitorowania. Dobrze oddaje to sytuacja na złocie, które z bezpiecznej przystani (rosło w czasie spadków na giełdach), stało się aktywem podwyższonego ryzyka (zachowuje się podobnie do indeksów giełdowych). Nie wspomnę już o ścisłych korelacjach między platyną i palladem, srebrem i złotem, pszenicą i kukurydzą, czy ropą i olejem opałowym. Chcąc zagrać pod jakikolwiek układ techniczny na powyższych aktywach, zazwyczaj lepiej jest to zrobić po prostu na tym z nich, na którym ma się lepsze warunki zawierania transakcji.

Przedstawione powyżej kwestie są zaledwie dwiema spośród wielu związanych z próbami ustawiania ciasnych zleceń stop loss. Kolejne poruszę w niedalekiej przyszłości :)

wtorek, 3 stycznia 2012

Po co to wszystko?

Wpis ten będzie rodzajem klamry, łączącej moje większość moich technik zajmowania pozycji na różnych rynkach. Piszę o zajmowaniu pozycji, gdyż dotyczy to jedynie wchodzenia na rynek, prowadzenie jest już nieco inną sprawą, dostosowaną do specyfiki poszczególnych walorów oraz moich planów co do danej transakcji.

Jeśli śledzicie mojego bloga już dłuższy czas, z pewnością zauważyliście, że pewne techniki przewijają się w zasadzie przez większość analiz. A więc, jeśli chcę kupić coś pomyślanego na dłuższą inwestycję (kilka miesięcy), staram się to zrobić w sytuacji, gdy trend spadkowy ulega odwróceniu i widzę pierwsze przesłanki do wzrostów. Czekam nie na wybicie, ale na jakąś następującą po nim korektę, w której wchodzę na rynek. Niekiedy zdarza się to jeszcze wcześniej.

Chcąc zająć pozycję w trakcie trwającego trendu, zawsze robię to w korekcie. Nie kupuję na przebiciu dotychczasowych maksimów (co jest wyznacznikiem podążania przez rynek w dotychczasową stronę), ale właśnie czekam na ruch przeciwko trendowi i składam swoje zlecenie w chwili, gdy uznaję, że korekta się kończy i rozpoczyna się kolejny ruch impulsowy.

W przypadku swing tradingu, sytuacja wygląda bardzo podobnie. Z pewnością znacie już układ swingowego odwrócenia, który w sytuacji wyczerpania impetu jest dla mnie doskonałą okazją do zajmowania pozycji. Tam właśnie staram się kupić, gdyż uważam, że są wtedy największe szanse na powodzenia takiego przedsięwzięcia.

Charakterystyczne jest również, że często nie kupuję na pierwszych ruchach w przeciwnym kierunku, ale staram się złapać jeszcze ekstremalne wychylenia w dotychczasowym. W praktyce wygląda to tak, że często swoimi zleceniami próbuję trafić idealnie w szczyt lub dołek

I tu wracamy do tytułowego pytania: Po co to wszystko? Dlaczego gram akurat tak, a nie inaczej? Słowem kluczem jest tutaj ciasny stop loss. Całość moich zagrań sprowadza się właśnie do tego, żeby móc ustawić zlecenie obronne jak najbliżej poziomu wejścia. A jak ustawiam stopy? Opieram się na analizie technicznej, a w szczególności na analizie czystego wykresu, a więc moje zlecenia obronne znajdują się zazwyczaj poniżej ostatniego dołka. Stąd też chcę zająć pozycję na rynku możliwie blisko tego dołka, aby ryzykować jak najmniejszy dystans.

Tak więc przy strategiach podążania za trendem czekam na koniec korekty, a stopa ustawiam pod jej dnem. W przypadku swing tradingu, czekam na wyczerpanie impetu i wchodzę w miejscu, do którego w mojej ocenie rynek już nie wróci. Stop oczywiście pod końcem swingu. Dlaczego tak nie lubię szerokich stopów?

Jest kilka powodów. Pierwszym z nich jest psychologia. Nie lubię patrzeć, jak rynek jedzie przeciwko mojej pozycji. Nie lubię też chwil, gdy zaraz po kupnie rynek nic nie robi. Po prostu nie lubię tego i już. W efekcie tak dobieram sposób zajęcia pozycji, aby zaraz po kupnie, cena poszybowała w górę. Takimi miejscami są właśnie dla mnie korekty w trendzie oraz wyczerpania swingowe. Jeśli widzę, że rynek zaczyna się odwracać, chcę tam właśnie być, aby korzystać z ruchu, który w mojej ocenie za chwilę powinien nastąpić.

Kolejną kwestią jest kupowanie tanio. Każdy chciałby kupować nisko i sprzedawać wysoko. Analizując tysiące wykresów doszedłem do wniosku, że tanio jest wtedy, gdy rynek w trendzie znajduje się w fazie korekty, a rynek idący bokiem znajduje się na wyczerpaniu swingu. Wtedy jest tanio, a co więcej, oczekuję że uda mi się to odsprzedać drożej. Kilka tysięcy wykresów dalej, ciągle uważam, że właśnie w tych miejscach jest tanio (a precyzyjniej: taniej niż gdzie indziej na wykresie).

I w końcu trzeci argument, najważniejszy z nich: zarządzanie kapitałem. Stawiając ciasnego stop lossa, jestem w stanie otworzyć dużo większą pozycję, niż by to było możliwe przy bardziej oddalonym zleceniu obronnym. Pokażę to na prostym przykładzie.

Załóżmy, że na rynku oczekuję ruchu w górę o zasięgu 10%. Rynek kończy korektę, powraca do trendu, a ja czekam dwa dni i kupuję. W tej sytuacji musiałbym ustawić stop lossa (zgodnie z moimi zasadami - pod ostatnim dołkiem) jakieś 5% poniżej poziomu wejścia. W efekcie, rynek mając za sobą już te 5% ruchu, ma przed sobą perspektywę jedynie na kolejne 5% (zakładając, że oczekiwany ruch 10% nastąpi). Mój oczekiwany stosunek zysku do ryzyka wynosi 1:1

Teraz zarządzanie kapitałem. Akcje kosztują 10 zł za sztukę, kupuję po cenie 10,50 zł, licząc na ruch do 11,00 zł. Dysponując hipotetycznym portfelem 10 000 zł i trzymając się założenia, że w jednej transakcji ryzykuję nie więcej niż 2% portfela, mogę otworzyć pozycję wielkości 400 akcji. Jeśli rynek spadnie do poziomu 10,00 zł, stracę 50 groszy na akcję, a więc 200 zł (400*0,5 zł). Jeżeli zarobię, mój zysk będzie taki sam (50 groszy na akcję = 200 zł). Mój portfel urośnie o 2% przy ryzyku 2%.

A teraz przykład odmienny, obrazujący moje podejście. Ta sama sytuacja, zakładam ruch o 10%, tyle, że oczekując odbicia wchodzę bardzo wcześnie, załóżmy, że jest to 1% od dna. W efekcie mam przed sobą jeszcze hipotetyczne 9%, które rynek powinien pokonać, jeśli moja analiza jest poprawna. Ważąc 1% stop loss i 9% potencjał do wzrostu, mamy stosunek oczekiwanego zysku do ryzyka na poziomie 9:1. Dużo więcej niż w poprzednim przypadku.

A jak wygląda zarządzanie kapitałem? Ryzykuję te same 200 zł z portfela o wartości 10 000 zł. Kupuję akcje po cenie 10,10 zł, oczekując na ruch do poziomu 11,00 zł. Moje ryzyko wynosi więc 10 groszy na akcję, dzięki czemu mogę zbudować znacznie większą pozycję - równą aż 2 000 akcji. Jest więc ona 5-krotnie większa od tej, którą otwierałem przy szerszym stop lossie. Jeśli rynek faktycznie dotrze do poziomu 11 złotych, mój zysk na akcję wyniesie 90 groszy, a więc na całej pozycji będzie to 1 800 zł. Ryzykując te same 2% portfela, daję sobie szansę na zarobienie 18%, a więc dziewięciokrotnie więcej (co potwierdza początkowy stosunek zysk/ryzyko).

Mam nadzieję, że powyższe dwa przykłady w dokładny sposób obrazują mój tok myślenia. Wolę wejść znacznie wcześniej, ale o wiele większą pozycją. Ponoszę przy tym nie większe ryzyko, niż przy zajmowaniu pozycji w innym miejscu na rynku. Poruszyć teraz trzeba kilka wad tego podejścia.

Po pierwsze, próba łapania dołka/szczytu, ma o wiele niższą skuteczność niż wchodzenie w bardziej zaawansowanej fazie ruchu. Mniejsze potwierdzenie sprawia, iż wiele tego typu pozycji jest zamykanych na zleceniach obronnych. A bo rynek się cofnie, a bo wyjdą dane, a bo to jeszcze nie był ten dołek. Tak więc stosując tę technikę należy się liczyć z o wiele większą liczbą porażek. Cel jest taki, aby te duże zwycięstwa, rekompensowały porażki z nawiązką. Zakładając, że scenariusz z drugiego przykładu się zrealizuje (1 800 zł zysku), nie będą nas bardzo bolały trzy, cztero, a nawet pięciokrotne porażki przed jego osiągnięciem. I tak jesteśmy do przodu.

Drugą wadą jest fakt, że zysk ten nie zawsze w pełni się realizuje. Nawet jeśli trafimy w ruch rynku, może się okazać, że technika prowadzenia pozycji zamknie nam ją na poziomie zysku 6:1, 4:1, 2:1, czy nawet 0,5;1. Dla mnie to akurat nie jest wielkim problemem, gdyż zawsze lepszy jest zysk 4:1 niż 1:1. Pamiętać jednak należy, że zyskami tymi musimy pokryć niską trafność tych wejść. Zysk 800 zł (4:1) nie pokryje sześciu strat po 200 zł.

Kolejnym problemem jest dobranie takich metod analizy rynku, aby możliwe było faktyczne zajmowanie tych zaplanowanych pozycji. Trzeba więc o wiele dokładniej składać i pilnować realizacji zleceń, gdyż w takich ekstremalnych wychyleniach (np. swingowych) rynek przebywa o wiele krócej niż w innych fazach ruchu. Bywa, że przy swing tradingu sytuacja taka trwa dzień lub nawet kilka godzin. Jeśli wtedy nie złożymy zlecenia (bo np. będziemy w pracy) lub też jeśli nasza pozycja zostanie zamknięta na stop lossie i jej nie odnowimy, ruch nam ucieknie. Tak więc próby łapania idealnych miejsc do zajmowania pozycji wymagają większej ilości wolnego czasu.

W dzisiejszym wpisie to tyle, następnym razem pokażę, jak to działa na wykresie.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Atakować frontalnie, czy precyzyjnie?

Niniejszy wpis jest obiecaną odpowiedzią na pytanie, które padło pod ostatnim wpisem. Żebyście nie musieli zerkać, o co dokładnie chodziło powiem, że jego autor poruszył kwestię inwestowania/grania tylko na jednym walorze spośród szerokiej gamy walut i towarów, na których, przynajmniej ja, zajmuję pozycje.

Niestety nie znam uzasadnienia dla decyzji o ograniczeniu się do obserwowania tylko jednego waloru, ale po pewnym zastanowieniu znajduję kilka argumentów, którym warto się bliżej przyjrzeć.

Po pierwsze specjalizacja systemowa. Określeniem tym nazywam sytuację, w której trader koncentruje się wyłącznie na jednym rynku (np. kontrakty terminowe na dany indeks) i właśnie pod jego zachowania, mechanikę i parametry buduje swój system inwestycyjny. Tak dobiera same założenia wyjściowe, jak i konkretne ustawienia (np. zarządzanie kapitałem), aby w możliwie wysokim stopniu wykorzystać powstające okazje inwestycyjne. Nie ma więc konieczności obserwowania wielu walorów i zmiany parametrów pod konkretny rynek. Bo po co poprawiać coś, co się świetnie spisuje?

Po drugie, specjalizacja merytoryczna. Nie chcę tu powiedzieć, że podejście przedstawione powyżej jest niemerytoryczne. W tym miejscu mam na myśli specjalizację w temacie konkretnego rynku. Np. inwestor zostaje (lub stara się zostać) ekspertem od rynku kukurydzy, bawełny, platyny, czy jakiegoś innego dobra. Bada strukturę popytu i podaży, analizuje cykliczność i śledzi wszelkie informacje istotne dla notowania "jego" waloru. W efekcie takie inwestowanie opiera się na poszukiwaniu okazji inwestycyjnych (i ryzyk) w oparciu o podstawy fundamentalne stojące za konkretnymi ruchami ceny. Jest to podejście wymagające dużej ilości czasu i mocnego zaangażowania, a także mocno uzależnione od informacji z otoczenia.

Trzecim argumentem przemawiającym za analizowaniem tylko jednego waloru może być oszczędność czasu. Zerkamy sobie tylko na jeden wykres i nie interesuje nas nic innego, o ile nie mają tu zastosowania istotne korelacje i powiązania z innymi walorami, co przecież jest częste. Generalnie kierowanie się oszczędnością czasu przy grze na giełdzie może być mocno chybionym pomysłem.

W zasadzie są to jedyne znalezione przeze mnie argumenty przemawiające za specjalizacją w jednym tylko walorze. Teraz postaram się poszukać zalet inwestowania i obserwowania wielu aktywów na raz. Zrobię to na przykładzie rynku towarów, gdyż sam działam na kilkunastu z nich.

Po pierwsze, większa ilość okazji do zainwestowania. Jeśli mamy system lub technikę inwestycyjną wykorzystującą określony układ na wykresie, na większej liczbie walorów wystąpi on zdecydowanie częściej. Chcąc uprawiać swing trading, na jednym walorze zawrzemy miesięcznie zapewne nie więcej niż pięć transakcji. Mając do dyspozycji dużo, różnie skorelowanych walorów jesteśmy w stanie zdecydowanie częściej wykorzystywać naszą technikę, o ile oczywiście jest ona skuteczna. W efekcie możemy filtrować sygnały, czyli w sytuacji równoczesnego występowania okazji inwestycyjnych, wybieramy tę, która w pełniejszy sposób spełnia nasze kryteria. Na jednym walorze musimy brać, co rynek daje, gdyż, w zależności od stosowanego podejścia, kolejna okazja może się trafić dopiero za kilka dni lub tygodni.

Drugą wielką zaletą jest możliwość dywersyfikacji. Na rynku walut i towarów, wiele aktywów nie jest ze sobą skorelowanych. Rozkłada to ryzyko, że poniesiemy duże straty w związku z niezrealizowaniem się zakładanego przez nas scenariusza. Wielość aktywów, często też odwrotnie skorelowanych, daje możliwość zabezpieczania części ryzyka rynkowego. Podajmy przykład. Dziś USA nie handluje, więc nie zamknęła mi się krótka pozycja na SP500, która w obliczu dzisiejszych ponad 2% wzrostów zapewne by zniknęła z rynku. Jednak dzięki temu, że ustawiłem oczekujące zlecenie sprzedaży na bundach (niemieckie 10-letnie obligacje), nie stracę na tym tak wiele, gdyż podczas wzrostów na giełdach, ceny obligacji spadają (odwrotna korelacja). Już wielokrotnie z opałów ratowało mnie takie awaryjne zlecenie otwierające przeciwną pozycję na walorach o ujemnej korelacji.

Trzecią sprawą jest w końcu częstotliwość dokonywania transakcji i tego skutki. Zakładając, że nasza metoda działa i nasz oczekiwany zysk z każdej pozycji to np. 2% portfela, dokonując jednej transakcji w miesiącu zarobimy rzeczone 2%. Natomiast powtarzając ten numer 10 razy miesięcznie, zarabiamy prawie 22%. Różnicę widać gołym okiem :)

Ostatnia rzecz to niewielkie koszty takiego podejścia. Oczywiście musimy dokonać adaptacji stosowanych przez nas metod, co czasami bywa trudne, jeśli korzystamy z systemów wykorzystujących specyficzne dla danego rynku prawidłowości, ale da się zrobić. Analityk korzystający z technik dyskrecjonalnych oraz wykorzystujący bardzo podstawowe okazje inwestycyjne (np. ja), jest w stanie ograniczyć całość analizy do rzutu oka na wykres w poszukiwaniu takiej, czy innej struktury ruchu rynkowego. W efekcie koszt gry na wielu instrumentach ogranicza się do przejrzenia kilkunastu obrazków.

Mając na uwadze powyższe argumenty, polecam rozpoczęcie analizy wielu różnie skorelowanych aktywów, chociaż przez jakiś czas. Zapoznacie się z zaletami takiego podejścia, a jeśli koszty przeważą, zawsze można wrócić do tego waloru, z którym czujecie się najlepiej.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails